Za młodu pojechaliśmy z kumplami pod namiot,
na wieś, do wuja jednego z kolegów.
Jeden z kolegów miał ze sobą wilczura,
więc pierwszego dnia wuj Stefan (gospodarz) powiedział,
że ma króliki więc żeby dobrze pilnować psa.
Zapewniliśmy go, że nie będzie problemów,
rozstawiliśmy namiot na łące i zalaliśmy pały w trupa.
O świcie, obudził nas hałasujący pies,
który niemiłosiernie tarmosił biednego króliczka.
Oczywiście króliczek już nie żył,
był cały obśliniony i wytytłany w ziemi.
Taki kasztan już pierwszego dnia?
Poszliśmy cichaczem do gospodarstwa,
otrzepaliśmy królika z ziemi i włożyliśmy go do klatki.
Odespaliśmy jeszcze, po czym przychodzimy, jak gdyby nigdy nic.
Tymczasem wuj mocno strapiony
chodzi po obejściu i mamrocze coś pod nosem.
Udajemy więc zatroskanych i pytamy co się stało.
- Wczoraj zdechł mi królik i zakopałem go pod drzewem...
A dziś znowu jest w klatce...