• Jezusa solidarność Homilia na Niedzielę Chrztu Pańskiego 15 Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, 16 on tak przemówił do ...
    Opublikowane: 13 sty 2019, 02:49 przez: Redakcja JotJotZet
  • Epifania czy Befana? Homilia na uroczystość Objawienia Pańskiego Gdybyśmy dzisiaj postawili pytanie, jaką uroczystość świętujemy w liturgii Kościoła, to w całym świecie katolickim podniósłby się prawie jednomyślny krzyk, że to Epifania, święto Objawienia ...
    Opublikowane: 6 sty 2019, 05:44 przez: Redakcja JotJotZet
  • Wpatrzeni w Świętą Rodzinę Zatrzymując wzrok na ikonie Świętej Rodziny, w której wzrastałeś, podobnie jak każdy z nas wzrastał w swojej rodzinie, chcemy Ci, Jezu, opowiedzieć o naszej miłości, o naszym pragnieniu prawdziwej miłości ...
    Opublikowane: 6 sty 2019, 05:47 przez: Redakcja JotJotZet
  • Wyprawa wielkich dzieł Homilia na IV niedzielę adwentu 39 W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy. 40 Weszła do domu Zachariasza i ...
    Opublikowane: 24 gru 2018, 03:28 przez: Redakcja JotJotZet
  • Podzielić się Homilia na III niedzielę adwentu 10 Pytały go tłumy: «Cóż więc mamy czynić?» 11 On im odpowiadał: «Kto ma dwie suknie, niech jedną da temu, który nie ma; a ...
    Opublikowane: 15 gru 2018, 04:59 przez: Redakcja JotJotZet
Wyświetlanie postów 1 - 5 z 124. Zobacz więcej »

Jezusa solidarność

opublikowane: 13 sty 2019, 02:47 przez Roma Zygmunt   [ zaktualizowane 13 sty 2019, 02:49 przez Redakcja JotJotZet ]

Homilia na Niedzielę Chrztu Pańskiego

15 Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, 16 on tak przemówił do wszystkich: «Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. 21 Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo 22 i Duch Święty zstąpił na Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a nieba odezwał się głos: «Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie».
(Łk 3, 15-16, 21-22)

To pierwsze publiczne wystąpienie Jezusa. To nie dziecko, ale mężczyzna po trzydziestce. I zapewne niepokoi Jego najbliższych, że w tym wieku nie założył jeszcze rodziny. Być może niepokoi i to, że związał się jakoś z ruchem Jana Chrzciciela, który nie tylko że znajdował się w opozycji wobec Świątyni, ale swoim nauczaniem postawił się również przeciwko władzy tetrarchy Heroda, co w końcu doprowadziło do męczeńskiej śmierci proroka znad Jordanu.

Według ewangelisty Łukasza Jezus rozpoczyna swoją publiczną działalność od przyjęcia chrztu z rąk Jana Chrzciciela. Kościół miał z tym wydarzeniem problem od samego początku. Bo to mimo wszystko stanowi jakąś formę uznania wyższości Jana nad Jezusem. Sam Jan miał chyba tego świadomość, protestując przeciwko temu. Ślad tego znajdujemy w Ewangelii Mateusza:

Wtedy przyszedł Jezus z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. 14 Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: «To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?»
(Mt 3, 13–14)

Powiedzmy, że to podporządkowanie Jezusa można jakoś wytłumaczyć logiką Wcielenia. Od kiedy Syn Boży stał się człowiekiem, przyjął na siebie również pewne człowiecze powinności, zależności. To chociażby kwestia podporządkowania się autorytetowi matki i ojczyma (trudno być dzieckiem, nie słuchając rodziców), autorytetowi nauczyciela w synagodze, konieczność płacenia podatków świątynnych. Być może w tę samą logikę Wcielenia wpisuje się także podporządkowanie, zależność od Jana Chrzciciela. Ale to nie jedyna trudność, której dostarcza opowieść o chrzcie Jezusa w Jordanie. Ewangelie wyraźnie mówią, że był to obrzęd na odpuszczenie grzechów. Co zatem robił Jezus w gronie tych wszystkich ludzi, którzy rozpoznawali swoją grzeszność i byli przekonani, że potrzebują tego Janowego oczyszczenia, aby być bliżej królestwa Bożego? Przecież Kościół nieustannie głosił i głosi, że Jezus jest niewinny i to On gładzi grzechy świata! Że jest bez grzechu!

Głoszenie tej prawdy było kłopotliwe, zważywszy, że w pamięci Izraela zapisał się ów epizod chrztu Jezusa u Jana na odpuszczenie grzechów. Mówiąc o Jezusie, niewinnym Baranku gładzącym grzech świata, trzeba było się liczyć z tym, że ktoś w gronie słuchających podniesie rękę i zapyta, że skoro był niewinny, to po co przyjmował chrzest na odpuszczenie grzechów?

Ewangelia, tak jak ją czytamy, to nie tylko narracja, ale również pewne dzieło literackie, w której autor chce nas przekonać do postaci Jezusa Chrystusa. Stąd też ewangelista spina swoją opowieść dwoma epizodami, które mają podobną, jeśli nie identyczną dynamikę. Łukasz powiada, że na początku swojej działalności Jezus, przyjmując chrzest Janowy, utożsamia się z grzesznikami. Podobnie na końcu życia, kiedy umiera ukrzyżowany pomiędzy dwoma łotrami, wielkimi grzesznikami, których dopadła bezwzględna ludzka sprawiedliwość.

Solidarność Jezusa z grzesznikami, bycie z nimi jest czymś, co charakteryzuje ewangelię miłosierdzia, którą Łukasz pisze. Ta solidarność wystawia Jezusa na pewną dwuznaczność, którą Kościół poddany porządkowi społecznemu (a to trzeba strzec ładu małżeńskiego, rodzinnego, a to społecznego) niechętnie akceptuje.

ks. Adam Błyszcz

Epifania czy Befana?

opublikowane: 6 sty 2019, 05:42 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 6 sty 2019, 05:44 ]

Homilia na uroczystość Objawienia Pańskiego

Gdybyśmy dzisiaj postawili pytanie, jaką uroczystość świętujemy w liturgii Kościoła, to w całym świecie katolickim podniósłby się prawie jednomyślny krzyk, że to Epifania, święto Objawienia Pańskiego, uroczystość trzech tajemniczych królów, zwanych również magami, mędrcami.

W Kościele pierwotnym istniało jedno, jedyne święto. Była to Pascha, Wielkanoc. Dopiero z czasem pojawiły się inne uroczystości. Po koniec II wieku w Aleksandrii Egipskiej pojawiły się grupy heretyckie związane z działalnością niejakiego Bazylidesa, które 6 stycznia czciły w jednej celebracji cztery wydarzenia z życia Jezusa, czyli: Jego Narodziny w Betlejem, Jego objawienie się magom, chrzest w Jordanie oraz cud w Kanie galilejskiej. Po kilku wiekach święto rozpowszechniło się w całym chrześcijaństwie, tyle że na Zachodzie, w tradycji łacińskiej, zostało rozbite na osobne celebracje: 25 grudnia narodzenie Syna Bożego, Epifania, czyli objawienie się Jezusa poganom i pierwsza niedziela po Epifanii – chrzest Jezusa w Jordanie.

Niezwykle trudno ustalić, skąd pochodzili ci mędrcy (bo raczej chodzi o ludzi ówczesnej nauki niż władzy). Wśród pojawiających się hipotez najbardziej przekonująca jest ta, która mówi, że była to grupa (nie ma w Ewangelii żadnej wskazówki co do liczby tych osób), która wywodziła się z Babilonii. Żyła tam wielka diaspora Żydów i dawało to możliwość, żeby obcy (czyli ludzie spoza Przymierza z Abrahamem) mogli zaznajomić z Księgami Narodu Wybranego. Z nadziejami mesjańskimi Izraela. Nadto ówczesna Babilonia była centrum badań astronomicznych, co tłumaczyłoby także informację, że mędrcy zjawiają się w Jerozolimie ze względu na gwiazdę, którą dostrzegają na niebie.

Byłaby ta dzisiejsza uroczystość zatem uroczystością tych, którzy do Boga przychodzą nie dzięki Świętym Księgom, które Bóg powierzył Ludowi, a wysiłkiem intelektu poszukiwań rozumowych, refleksji nad wszechświatem, ludzką kulturą lub historią.

Nie jest zatem tak, że jesteśmy skazani na wieczny konflikt między rozumem a aktem wiary. Nie jest tak, że są to wartości wykluczające się. Można zresztą mnożyć przykłady tych, którzy w swoim życiu doskonale pogodzili jedno z drugim. Wystarczy wspomnieć chociażby George Lemaître’a, belgijskiego fizyka, astronoma (i księdza katolickiego), który uchodzi za jednego z twórców teorii wielkiego wybuchu Big Bang. Kiedy papież Pius XII chwalił go za jego pracę naukową, twierdząc, że jego odkrycia dadzą się pogodzić z opowieścią biblijną o stworzeniu świata, sam Lemaître protestował, mówiąc: „Wasza Świątobliwość, do moich konkluzji doszedłem na drodze rozumowej, a nie biblijnej”.

Na początkowe pytanie, co dzisiaj obchodzimy, odpowiedź, że Epifanię, słyszymy w całym Kościele, z wyjątkiem Włoch. Tutaj większość osób, zwłaszcza dzieci, powiedziałyby, że 6 stycznia świętujemy Befanę. Kim jest ta postać?

To kobieta, której przypisuje się cechy od czarownicy począwszy, a na dobrej wróżce skończywszy, w kulturze włoskiej jest utożsamiana z dwiema postaciami kobiet ze świata biblijnego. W niektórych regionach Włoch wierzy się, że w Befanę wciela się dusza żony Piłata, Klaudia Prokula, która po śmierci miała prosić Boga, aby mogła pozostać na ziemi do końca świata i w ten sposób pokutować za grzech swojego męża, który skazał na śmierć Syna Bożego. W innych rejonach Włoch wierzy się, że Befana personifikuje babcię Heroda Wielkiego, który podjął decyzję o wymordowaniu dzieci w Betlejem. Również ona chciała, opiekując się dziećmi i przynosząc im podarunki, wynagrodzić zbrodnię swojego wnuka [1]. Te dwie postaci, połączone w takiej legendarnej, bajkowej wizji łączy jedno: przekonanie, skądinąd głęboko chrześcijańskie, o możliwości pewnego zadośćuczynienia za grzechy czy winy innego człowieka.

Ale trzeba nadmienić jeszcze jedną rzecz. Befana w powszechnym przekonaniu przychodzi do dzieci, żeby te dobre nagrodzić (dają im na przykład słodycze), a te złe przywołać jakoś do porządku (zostawiając im jako ostrzeżenie węgiel). A to oznacza, że włoskie dzieci żyją w perspektywie pewnego sądu: oto nadejdzie dzień, w którym moje postępowanie, moje wybory, moja wolność zostaną osądzone, ocenione. Czy nie jest to perspektywa chrześcijańska? Możemy oczywiście to wszystko ośmieszyć i przywołać opinię francuskiego filozofa Jean-Paula Sartre’a, który pisał, że do wiary zniechęciło go przekonanie, że jest nieustannie obserwowany przez Boga, oceniającego jego postępowanie.

ks. Adam Błyszcz

[1] Por. Carlo Lapucci, La Vecchia dei camini. Vita pubblica e segreta della Befana, Firenze 2018, str. 11–12.

Wpatrzeni w Świętą Rodzinę

opublikowane: 31 gru 2018, 01:23 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 6 sty 2019, 05:47 ]

Zatrzymując wzrok na ikonie Świętej Rodziny, w której wzrastałeś, podobnie jak każdy z nas wzrastał w swojej rodzinie, chcemy Ci, Jezu, opowiedzieć o naszej miłości, o naszym pragnieniu prawdziwej miłości, o naszym pragnieniu kochania i bycia kochanym.

Dziękuję Ci za moich rodziców, z których jestem.

Dziękuję Ci za człowieka, który towarzyszy mi w drodze do domu Twojego Ojca. Oby nas przyjął w momencie, w którym nasza droga dobiegnie kresu. I spraw, abym pomimo moich ograniczeń i całej mojej ludzkiej słabości, mógł być dla tej osoby odbiciem, refleksem Twojej miłości, która nigdy nie szukała i nie szuka. Miłości bezwarunkowej.

Dziękuję Ci, że w tym naszym tak pustynnym świecie sprawiasz, że zakwitają tak piękne kwiaty jak miłość małżonków Klary i Henryka Petrillo. Miłość jest czymś możliwym.

Chcę Twojej miłościwej uwadze przedstawić także tych moich braci i siostry, których plany małżeństwa legły w gruzach. Przedstawiam Ci tych, którzy przeżywają swoje małżeństwo jako gorzką samotność, widząc w nim przekleństwo swojego życia. Przedstawiam Ci także tych, którzy podjęli decyzją o rozwodzie, gdyż nie chcieli żyć w codziennym wyobcowaniu. Również oni żyją nostalgią prawdziwej miłości, której przeciwieństwem nie jest nienawiść, ale jak mówił Twój prorok, św. Franciszek z Asyżu, posiadanie.

Ta nostalgia w jakimś sensie stanowi wyznanie, że nasz egoizm i grzech nie są definitywnym słowem o człowieku, i nawet „jeśli nasze serce oskarża nas, to Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko”. (por. 1 J, 3, 20) Jego ufność, którą pokłada w nas, Jego wiara w nas tworzy nas na nowo. W ten sposób Twój Ojciec odnawia w nas pierwotny obraz, który został wpisany przy stworzeniu Adama i Ewy.

W sposób szczególny polecam Ci samotne mamy, które muszą z determinacją i samotnością wychowywać swoje dzieci. Dotknij ich kobiecego serca, aby uwierzyły w swoją wartość.

Twojej braterskiej miłości polecam także dzieci, które każdego dnia muszą mierzyć się z uczuciową nieobecnością swoich rodziców.

Wierzę, że Ty, który wskrzesiłeś syna biednej wdowy z Nain, potrafisz wyprowadzić wszystkie te osoby z grobu ich uśmierconej miłości.

I na końcu wyznaję przed Tobą, sprawiedliwym i miłosiernym Sędzią, mój grzech i mój egoizm. I proszę o przebaczenie. I proszę zarazem, abyś naprawił to, czego ja już naprawić nie mogę.

ks. Adam Błyszcz

Wyprawa wielkich dzieł

opublikowane: 24 gru 2018, 03:27 przez Roma Zygmunt   [ zaktualizowane 24 gru 2018, 03:28 przez Redakcja JotJotZet ]

Homilia na IV niedzielę adwentu

39 W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy. 40 Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. 41 Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. 42 Wydała ona okrzyk i powiedziała: «Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. 43 A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? 44 Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. 45 Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana».
(Łk 1, 39-45)

Najbardziej rozpowszechniona lektura tego fragmentu utrzymana jest w takiej tonacji charytatywnej: młoda kobieta w początkowej fazie ciąży udaje się w podróż, aby swojej znacznie starszej krewnej w zaawansowanej ciąży świadczyć pomoc. I jest to zapewne lektura uprawniona, mająca również duże znaczenie w takiej moralnej zachęcie, aby dzieci Ewangelii były wrażliwe na potrzeby bliźnich.

Ale może trzeba zaproponować inną lekturę w oparciu o najbliższy kontekst tej dzisiejszej sceny. Maryja decyduje się na podróż do Elżbiety po zwiastowaniu. Ta opowieść w Ewangelii Łukasza (por. Łk 1, 26–38) w chrześcijaństwie oznacza materialny początek Jezusa Chrystusa. Początek, który jest pisany każdemu człowiekowi; zygota, embrion, płód. W łonie Maryi rozpoczyna się historia, która jest pisana osobnym DNA i która nazwana zostanie jako historia Jezusa Chrystusa, syna Maryi.

Maryja zdaje sobie sprawę, że to wydarzenie zmieni jej życie i życie Józefa. Musi wyjść naprzeciw bardzo trudnym i bolesnym chwilom. Za jakiś czas będzie musiała swojemu ojcu powiedzieć, że chyba coś jest nie tak, bo od dwóch miesięcy nie ma miesiączki, a kobiet mówią, że to znak, że jest w ciąży. Dlaczego ojcu? Bo to on jest odpowiedzialny za jej dziewictwo w tym pierwszym okresie jej małżeństwa, kiedy jest już żoną Józefa, ale jeszcze z nim nie mieszka i nie może z nim współżyć. Dramat Maryi i Józefa rozgrywa się między pierwszym aktem ich związku, który nosił nazwę qiddushin, w którym kobieta była poświęcana mężczyźnie. Kobieta wciąż mieszkała w domu swoich rodziców, ale uchodziła już za żonę swojego męża, z którym nie mogła się spotykać jednak na osobności. Na tym etapie małżeństwa wykluczona była wszelka intymność między małżonkami, a każda niewierność ze strony kobiety traktowana była jak cudzołóstwo i kończyła się śmiercią wiarołomnej kobiety. Po mniej więcej roku takiego małżeństwa na odległość mąż przychodził po żonę i zabierał ją w uroczystej procesji, orszaku do swojego domu. Ten obrzęd nosił nazwę nissu’in (od czasownika nosić, zanosić). Od tego momentu żyli już jak mąż i żona.

Maryja zachodzi w ciążę w czasie, w którym nie wolno jej współżyć ze swoim mężem. Nie ma poważniejszego dowodu niewierności mężatki niż fakt, że nosi dziecko, którego ojcem nie jest jej mąż. Maryja, jak wyznajemy, jest Niepokalana, ale to nie oznacza, że jest naiwna. Ona dobrze wie, co ją czeka. Mąż musi (to jest jego obowiązek według prawa Bożego) się z nią rozwieść (ślady tych wątpliwości Józefa znajdujemy w Ewangelii Mateusza) i o jej niewierności poinformować starszyznę klanu. Kobieta winna cudzołóstwa była kamienowana. Od tej kary można było odstąpić tylko wtedy, jeśli ciąża była widoczna. Wtedy, żeby ocalić dziecko, niewierna kobieta była odsyłana do domu swojego ojca i żyła na marginesie klanu ze swoim nieślubnym dzieckiem.

Maryja jest świadoma tych wszystkich niebezpieczeństw. Jest kobietą wiary. Słucha słowa archanioła Gabriela, który wydaje się tworzyć pewną przestrzeń ocalenia. W scenie zwiastowania mowa jest o Elżbiecie, w życiu której objawia się moc Boga. Ta, która całe swoje życie chciała być mamą, i dla jakichś dziwnych Bożych projektów nią nie została, ale kiedy się zestarzała, to Ten sam Bóg (zgodnie ze swoim postanowieniem, które dla wielu wydaje się kaprysem) zadecydował, że ma urodzić Jana Chrzciciela. „Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego i jest już w szóstym miesiącu ciąży ta, która uchodziła za niepłodną”.

Jeśli jest na całej kuli ziemskiej ktoś, kto może Maryję zrozumieć, to chyba właśnie Elżbieta, która w tym samy właściwie czasie doświadcza wielkiej mocy Boga. Więc może ta Maryjna wyprawa do Elżbiety nie jest li tylko wyprawą, którą trzeba odczytywać w kluczu charytatywnym, ale jest to wyprawa po język, w którym Maryja będzie mogła opowiadać wielkie dzieła, które Jej Pan uczynił.

ks. Adam Błyszcz

Podzielić się

opublikowane: 15 gru 2018, 04:55 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 15 gru 2018, 04:59 ]

Homilia na III niedzielę adwentu

10 Pytały go tłumy: «Cóż więc mamy czynić?» 11 On im odpowiadał: «Kto ma dwie suknie, niech jedną da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni». 12 Przychodzili także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i pytali go: «Nauczycielu, co mamy czynić?» 13 On im odpowiadał: «Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono». 14 Pytali go też i żołnierze: «A my, co mamy czynić?» On im odpowiadał: «Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie». 15 Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, 16 on tak przemówił do wszystkich: «Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. 17 Ma On wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym». 18 Wiele też innych napomnień dawał ludowi i głosił dobrą nowinę.
(Łk 3, 10–19)

W Adwencie pojawia się troje przewodników, mistrzów adwentowej duchowości czekania.

Pierwszym oczywiście jest Maryja. Początek Adwentu zdominowany jest Jej obecnością wywołaną uroczystością Niepokalanego Poczęcia.

Drugim mistrzem jest starotestamentalny prorok Izajasz. Jeśli przejrzeć Liturgię Słowa Mszy Świętych adwentowych w pierwszym okresie Adwentu (od pierwszej niedzieli do 16 grudnia), skoncentrowaną na oczekiwaniu na przyjście Syna Człowieczego, który ma sądzić ludzkość, to praktycznie każdego dnia (wyjątki można policzyć na palcach jednej ręki) czytany jest fragment z księgi Izajasza. I z dniem 17 grudnia znika zupełnie. Od tego dnia bowiem do końca adwentu, do 24 grudnia, w głowie mamy nie tyle sąd, ile narodziny Syna Bożego w Betlejem.

Już tydzień temu pojawił się trzeci mistrz, który jest z nami również dzisiaj: Jan Chrzciciel. Człowiek pustyni, peryferii, skonfliktowany ze środowiskiem świątynnym, z kapłańskim (mimo że z tego środowiska się wywodził, a może dlatego właśnie), później także skonfliktowany z liderami politycznymi, którzy doprowadzą do jego męczeńskiej śmierci. To właśnie na niego zstępuje Słowo Boże, które nie tylko ma przepowiadać Ludowi, ale które we właściwym momencie Ludowi ma wskazać. To Wcielone Słowo Boże, Jezus Chrystus, najprawdopodobniej w Janie Chrzcicielu widziało swojego nauczyciela, mistrza, a we wspólnocie Jego uczniów znalazł wspólnotę swojego wzrostu.

Tydzień temu usłyszeliśmy w liturgii Janowe wezwanie do nawrócenia, które oznaczało przede wszystkim zmianę mentalności, zmianę sposobu myślenia o świecie, o człowieku i o Bogu. Dzisiaj natomiast konkretni ludzie, osadzeni w bardzo konkretnych warunkach swojego życia i swojej wolności, stawiają Janowi pytanie, co mają czynić, co w ich sytuacji może oznaczać nawrócenie, do którego są wezwani.

Na samym początku prorok odpowiada ludowi, aby podzielić się tym, co niezbędne do życia. Ubraniem, żywnością. Nie wiem, czy dziwiło to ówczesnych słuchaczy Jana Chrzciciela. Na pewno nas dziwi. Po człowieku Bożym spodziewalibyśmy się wskazówek dotyczących życia religijnego, a to wezwania do jeszcze jednej nowenny albo do jeszcze jednej peregrynacji cudownej kopii cudownego obrazu. Nic z tych rzeczy! Jan jako znaku nawrócenia nie oczekuje żadnego gestu, który należałby do przestrzeni liturgicznej czy kultowej. Oczekuje natomiast gestów nasyconych głębokim humanizmem, wielką wrażliwością na biedę drugiego człowieka. Podobnie do nas dzisiaj przemawia papież Franciszek.

Ale w tłumie są dwie grupy, które Łukasz w swojej opowieści traktuje w sposób szczególny. Pierwszą grupę stanowią celnicy. Przeklęta kasta kolaborantów rzymskiego okupanta, gdyż opłaty pobierali na rzecz skarbca cesarskiego. I to był pierwszy powód, dla którego pobożni Żydzi nimi gardzili. Drugim powodem była ich chciwość. W tamtych czasach istniały swoiste przedsiębiorstwa poborców podatkowych, którzy startowali (używając współczesnej terminologii) w przetargach ogłaszanych przez funkcjonariuszy Cezara na wykonaniu usług celniczych. Kto wygrywał taki przetarg, musiał awansem wpłacić całą sumę, której oczekiwano. Zwycięzca „przetargu” nabywał prawo pobierania opłat celnych na danym terytorium Imperium. Mógł sobie wtedy pozwolić na pewną samowolę i pobierać nieco więcej, niż należało. Na każdym etapie takiej procedury istniała okazja (z której zazwyczaj skwapliwie korzystano) korupcji. Więc ci kolaboranci i oszuści (złodzieje?) pytają proroka znad Jordanu, co mają czynić. Odpowiedź Jana w oczach żydowskich patriotów wydaje się dwuznaczna. Po pierwsze, nie odnosi się ani słowem do kwestii narodowej czy religijnej. Jesteście celnikami na usługach Cezara, który okupuje Judeę i mieni się bogiem. Pozostańcie nimi dalej, ale ten zawód, wykonujcie za sprawiedliwością.

Nauczono nas przeciwstawiać Jana (surowy prorok, operujący na pustyni, na peryferiach, który zapowiada nadejście sądu, w którym raczej miłosierdzie nie będzie miało zbyt wiele do powiedzenia) i Jezusa (żarłok i pijak, który nie stronił od ludzi, zwłaszcza tych pogubionych, którym głosił nieskończone miłosierdzie swojego Ojca), ale kiedy wsłuchujemy się w tę odpowiedź Jana udzieloną celnikom, czy nie przychodzi nam do głowy, że ten prorok nakreślił ramy, w których Jezus mógł powiedzieć, aby cezarowi oddać to, co do cezara należy i mógł pójść do Zacheusza i nie żądać od niego, by przestał być celnikiem? Łukasz, który opowiada tę historię, widzi już w niej Ewangelię, Dobrą Nowinę.

Drugą kategorią osób, które stawiają Janowi pytanie o to, co mają czynić, są żołnierze. Czasami zastanawiam się, czy wśród tych, którzy byli nad Jordanem, bo powodował nimi niepokój religijny, był jakiś żołnierz, który później aresztował Jana albo uczestniczył w Jego egzekucji? Nie wiemy tego.

A zatem stają przed tym bezbronnym człowiekiem, który jest jak trzcina chybocząca się na wietrze, ci, którzy są ludźmi władzy i uśpionego sumienia – wykonawcy rozkazów możnych tego świata. Jan zdaje się mówić: wasza obecność jest potrzebna, gdyż gwarantuje porządek i bezpieczeństwo, ale nie ulegajcie pokusie przemocy.

Dzisiejszy fragment Ewangelii pozwala nam zrozumieć, na czym polega nawrócenie, o którym mówi Jan. Nie polega ono na ucieczce na pustynię, na rezygnacji ze swojej codzienności, ale na przeżywaniu jej zgodnie z wolą Ojca.

ks. Adam Błyszcz

PS Co począć z tym nieszczęsnym wiejadłem? Program ortograficzny, który sprawdza poprawność polszczyzny w moim komputerze, nie rozpoznaje tego słowa. Podkreśla je na czerwono, czym sygnalizuje jakiś błąd. Ale w polskim słowniku istnieje takie słowo, które oznacza narzędzie do oddzielenia ziarna od plew, w formie podobnej do wideł lub szufli. Zdaje się, że wiejadło nic już nie mówi współczesnemu czytelnikowi Biblii.

PS2 W treści homilii zamieściliśmy link do umieszczonej na Facebooku informacji o tym, jak można się podzielić  tym, co niezbędne do życia. Zbliżają się święta – czas, który chcemy spędzić z tymi, którzy są nam bliscy.  Poznańska Wspólnota Sant’Egidio po raz trzeci zasiądzie do stołu przy Obiedzie Bożonarodzeniowym ze swoimi ubogimi przyjaciółmi. Zapraszamy do włączenia się w to wydarzenie. Więcej szczegółów na Facebooku.

Konteksty nawrócenia

opublikowane: 9 gru 2018, 11:12 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 9 gru 2018, 11:14 ]

Homilia na II niedzielę adwentu

Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza Cezara. Gdy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod tetrarchą Galilei, brat jego Filip tetrarchą Iturei i kraju Trachonu, Lizaniasz tetrarchą Abileny; 2 za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni. 3 Obchodził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów, 4 jak jest napisane w księdze mów proroka Izajasza: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego! Każda dolina niech będzie wypełniona, 5 każda góra i pagórek zrównane, drogi kręte niech się staną prostymi, a wyboiste drogami gładkimi! 6 I wszyscy ludzie ujrzą zbawienie Boże.
(Łk 3, 1–6)

Ewangelista Łukasz swoją opowieść o Jezusie Chrystusie snuje zgodnie z zasadami historiografii antycznej, o czym zapewnia w pierwszych zdaniach Ewangelii:

Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które się dokonały pośród nas, 2 tak jak nam je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa. 3 Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny Teofilu
(Łk 1, 1-3)

Wcale to jednak nie oznacza, że wszystko dla współczesnego czytelnika jest jasne. Nasza wrażliwość historyczna jest inna niż ludzi starożytności. Nie wiemy na przykład, jakim kalendarzem posługiwał się Łukasz, stąd też mówi się, że istnieje kilkanaście sposobów interpretacji tego zdania. Większość badaczy opowiada się za tezą, że chodzi o końcówkę lat dwudziestych pierwszego wieku. Najprawdopodobniej rok 27 lub 29.

Pojawienie się proroka Jana, którego nawiedza słowo Boga, ma swój kontekst polityczny i swój kontekst religijny. Kontekst polityczny nakreślony jest przez przywołanie polityków, którzy kształtowali ówczesny świat. Imperium rzymskie, które gwarantowało „pax romana”; czas pokoju i dobrobytu. Wszystko to było okupione, jak piszą historycy, pracą około 20 milionów niewolników. Nasz system społeczno-polityczny, który możemy nazwać „pax americana”, dobrobyt półkuli północnej i świata zachodniego, okupiony jest według corocznych raportów ONZ pracą około 200 (!) milionów niewolników.

Ewangelista Łukasz określa również kontekst religijny, wymieniając dwóch arcykapłanów świątyni jerozolimskiej, których imiona pojawią się ponownie przy procesie i skazaniu Jezusa Chrystusa.

I to, co zdumiewa (ale co jak najbardziej odpowiada logice Bożej objawionej chociażby w hymnie Magnificat por. Łk 1: 46ss) to fakt, że Bóg swoim słowem nie nawiedza mieszkańców pałacu cesarskiego ani kapłanów posługujących w świątyni jerozolimskiej. Omija te miejsca, które stanowią centrum świata politycznego i religijnego. Więcej, swoje upodobanie znajduje w człowieku, który żyje na pustyni i peryferiach, i być może, jeśli dać wiarę tym, którzy dowodzą, że Jana Chrzciciela coś łączyło z esseńczykami, stronnictwem, które prowadziło swoje życie na tej samej pustyni, na której spotkać można było proroka; ci esseńczycy znajdowali się w ostrym i otwartym konflikcie z ofiarnym kultem świątynnym. Czyżby Bóg upodobał sobie nie tylko peryferie polityczne, społeczne, ale również religijne – tam, gdzie Go nie powinno być, bo mieszkańcy tychże peryferii religijnych oskarżeni są o bycie heretykami, odszczepieńcami.

Na czym polega prorockie zadanie Jana Chrzciciela? Ma wzywać do nawrócenia. Kiedy słyszymy to słowo, od razu chcemy wchodzić w język moralny: nie grzeszyć, nie poddawać się pokusom. Ale greckie słowo metanoia (nawrócenie) to coś więcej niż mówienie o grzechu. Oznacza radykalną przemianę sposobu myślenia. Wczoraj obchodziliśmy uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP. Maryja to przecież pewien antropologiczny projekt Pana Boga. Ale my wchodzimy w to uniwersum chrześcijańskie z takim dogłębnym przekonaniem, że wiemy, co to znaczy być człowiekiem. My wiemy, co to znaczy Kościół. Mamy swój projekt Boga. I tak z wszystkim. W takich sytuacjach nawrócić się oznacza przyjąć Boże spojrzenie na rzeczywistość (patrzeć na świat oczyma Pana Boga – byłoby dobrze zastanowić się, w jaki sposób, jaką drogą uzyskujemy taką zdolność) i zrezygnować z tych naszych pretensjonalnych opowiastek, co znaczy być prawdziwym człowiekiem, chrześcijaninem.

ks. Adam Błyszcz

Czy na pewno czekamy? I na kogo?

opublikowane: 2 gru 2018, 08:35 przez Roma Zygmunt   [ zaktualizowane 2 gru 2018, 08:36 przez Redakcja JotJotZet ]

Homilia na I niedzielę adwentu

25 Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. 26 Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. 27 Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. 28 A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie». 29 I powiedział im przypowieść: «Patrzcie na drzewo figowe i na inne drzewa. 30 Gdy widzicie, że wypuszczają pączki, sami poznajecie, że już blisko jest lato. 31 Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, iż blisko jest królestwo Boże. 32 Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się wszystko stanie. 33 Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą. 34 Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, 35 jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. 36 Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym».
(Łk 21, 25–36)

Dzisiejszą niedzielą rozpoczynamy kolejny rok liturgiczny. Od dzisiaj będziemy słuchać tego, co do powiedzenia o Jezusie ma ewangelista Łukasz, który przedstawia Go jako proroka zapowiadającego nadchodzące królestwo Boże. W tym opowiadaniu o Jezusie Łukasz nacisk kładzie na pokorę i uniżenie Syna Bożego, miłosierdzie Boga (tylko u Łukasza znajdziemy przypowieść o synu marnotrawnym). Stąd Łukasz nazywany jest ewangelistą Bożego miłosierdzia.

We fragmencie, który dzisiaj jest głoszony, Jezus posługuje się tzw. językiem apokaliptycznym, który był typowy dla tamtych czasów. Obrazy, którymi się posługiwano, a które przywoływały kataklizmy naturalne (trzęsienie ziemi, erupcje wulkanów – w samej Apokalipsie Jana niewątpliwie są aluzje do wybuchu Wezuwiusza z 79 roku, powodzie) lub kataklizmy historyczne (wojny, zagłady miast) miały nie tyle napawać lękiem, ile przekonywać, że ani historia ani natura nie wymknęły się Bogu z ręki. Budzić miał ten język w wierzących nadzieję i ufność, przede wszystkim w czasach próby, prześladowań czy zamieszania, ciemności.

Jest w tej mowie Jezusa również pewne wezwanie rzucone pogaństwu, gdyż słońce, księżyc i gwiazdy w kulturze pogańskiej widziane były jako bóstwa, natomiast w dzień Przyjścia Syna Bożego te boże stworzenia zostaną zdetronizowane i przestaną zajmować miejsce idoli. Że są podporządkowane władzy Boga, Łukasz zaznaczy już w opisie męki i śmierci Jezusa:

44 Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. 45 Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek.
(Łk 23, 44-45)

A zatem adwent to czas oczekiwania na nadejście Pana, Syna Bożego, Syna Człowieczego. Przy czym w pierwszej części liturgicznego adwentu (od I niedzieli do 16 grudnia) zorientowani jesteśmy przede wszystkim na Tego, którego przebodli, a który ma nadejść sądzić ludzkość, moją wolność. Rozpoznają Go wszyscy, również ci, którzy go skrzywdzili:

7 Oto nadchodzi z obłokami, i ujrzy Go wszelkie oko i wszyscy, którzy Go przebili.
(Ap 1, 7)

Pozostanie jakąś tajemnicą dla nas, dlaczego Zmartwychwstały Syn Człowieczy, przebywający w chwale swojego Ojca, będzie nosił na sobie znaki, blizny swojej męki i śmierci.

Dopiero w drugiej części adwentu nasza uwaga z ostatecznego, pełnego chwały nadejścia Syna Bożego przenosi się na Jego nadejście historyczne, pełne ubóstwa, które dokonało się w Betlejem.

Oczywiście zdominowani jesteśmy przez kulturę konsumpcjonizmu, w naszych supermarketach już się celebruje święta Bożego Narodzenia i tak siłą kultury i pieniędzy, które mamy wydać na prezent pod choinkę, przechodzimy obok albo ponad kwestią, że nadejść ma Sędzia. Nawet jeśli ma nadejść, to i tak specjalnie nań nie czekamy.

ks. Adam Błyszcz

Kto ma rację?

opublikowane: 24 lis 2018, 13:16 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 24 lis 2018, 13:24 ]

Homilia na Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata

Piłat powiedział do Jezusa: „Czy Ty jesteś Królem żydowskim?”. Jezus odpowiedział: „Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?”. Piłat odparł: „Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił?”. Odpowiedział Jezus: „Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd”. Piłat zatem powiedział do Niego: „A więc jesteś Królem?”. Odpowiedział Jezus: „Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu”.
(J 18, 33b-37)

Jezus staje przed wysokim urzędnikiem reprezentującym Cezara. Urzędnik noszący tytuł prokuratora był oficerem i dowodził ograniczonymi oddziałami wojska, ale nigdy nie miał pod swoją władzą legionu. Mianowany przez Cezara odpowiadał przed nim, ale musiał się także słuchać najbliższego zarządcy. W przypadku Piłata, prokuratora Judei, tym legatem, którego musiał się słuchać i który mógł mu popsuć karierę, był legat Syrii.

Piłat swój urząd sprawował w latach 26–36 naszej ery (to ważna wskazówka pozwalająca nam określić rok śmierci Jezusa Chrystusa). I był jednym z najdłużej sprawujących rządy prokuratorów Judei. O jeden rok dłużej władzą nad Judeę cieszył się tylko Walerius Gratus, poprzednik Piłata. Wszyscy inni rządzili znacznie krócej.

Dopiero co wstało słońce. Zgodnie z rzymskimi zwyczajami sądzenie skazańców rozpoczynało się o szóstej rano. Więc Jezus staje przed urzędnikiem w todze. Strój nie ma tu jednak większego znaczenia. Piłat mógłby być w garniturze albo w księżowskiej lub biskupiej sutannie. Jezus staje przed urzędnikiem i zastanawia się zapewne, co zrobić, aby z niego wydobyć człowieka. Jak zbawić Piłata? Za kilka godzin umrze również za niego, ale w tej rozmowie chciałby zapewni wypromować człowieka. Bo jak mawiał ojciec Jan Góra OP, w zbawieniu chodzi o to, aby było więcej człowieka w człowieku.

Inicjatywa należy do przesłuchującego. Takie są prawidła tej gry. Piłat od razu chwyta byka za rogi i zmierza do sedna sprawy. Wiadomo, urzędnicza dusza: im szybciej uwinie się ze sprawą, tym lepiej. Ty jesteś królem żydowskim? Jezus się nie poddaje. Pytasz, bo szukasz w twoim życiu czegoś więcej, czy dlatego, że tak napisano ci w raportach na mój temat? Zuchwałość oskarżonego nie zmienia Piłata. Spokojnie chowa się za procedury. Przyprowadzili cię do mnie liderzy twojego ludu. Oni i mieszkańcy tego miasta domagają się twojej śmierci, bo, jak donoszą, głosisz się królem. Procedury przewidują, że oskarżony może powiedzieć coś na swoją obronę. Coś uczynił? - pyta Piłat.

Pomyśl przez chwilę – zdaje się mówić Jezus – gdybym był królem z tego świata i według tego świata, powinienem mieć za sobą moich żołnierzy, tak jak twój Cezar ma za sobą swoje legiony i żołnierzy takich jak ty. Oni biliby się o mnie, tak jak wy bijecie się za swojego Cezara. Nikt się za mnie nie bije, więc albo masz przed sobą idiotę, albo kogoś, kogo królestwo nie jest z tego świata i według tego świata. Rozsądź sam. Ciekawe, czy ludzie Piłata donieśli mu o incydencie w Ogrodzie Oliwnym, gdzie Piotr mieczem próbował bronić Jezusa przed aresztowaniem przez ludzi arcykapłanów?

Więc jesteś królem, bo na idiotę nie wyglądasz – rezolutnie odpowiada Piłat.

Teraz Jezus przyparty do muru musi uchylić przed tym poganinem rąbka tajemnicy swojego królestwa:

Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu.
(J 18, 37)

W królestwie Jezusa nie chodzi o pieniądze, o władzę, o stołki, o pieczątki. Chodzi o prawdę o Bogu i o człowieku. Piłat ma swoją prawdę o człowieku.

Czy ten urzędnik, który z samego rana, wbrew swojej woli musi zajmować się przypadkiem jakiegoś Jezusa z zapadłej wsi w Galilei, za kilkadziesiąt minut nie wyprowadzi Go skatowanego, w cierniowej koronie, miazgę człowieczego mięsa, przed ludzi (liczba mnoga od człowieka – tak człowiek przepada w tłumie) i nie powie dobitnie oto człowiek. A tłum odpowie mu jednogłośnie odpowie ukrzyżuj go (por. J 19, 5).

Tak jakby Piłat chciał skazanemu powiedzieć: chciałeś prawdy o człowieku, to ją masz. Nie ma w nim żadnego współczucia. Żadnego!

Kto z nich dwóch ma rację? Piłat, urzędnik Cezara, który rządził ówczesnym światem, czy Jezus, Król królestwa nie z tego świata?

ks. Adam Błyszcz

Czy Pan opóźnia czas swojego nadejścia?

opublikowane: 17 lis 2018, 05:06 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 17 lis 2018, 05:18 ]

Homilia na XXXIII niedzielę zwykłą

24 W owe dni, po tym ucisku, słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. 25 Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte. 26 Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. 27 Wtedy pośle On aniołów i zbierze swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi aż do szczytu nieba. 28 A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo! Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. 29 Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach. 30 Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. 31 Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą. 32 Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec.
(Mk 13, 24–32)

Cały trzynasty rozdział Ewangelii Marka zajmuje orędzie eschatologiczne Jezusa Chrystusa. W jakiejś mierze stanowi ono próbę odpowiedzi na pytanie, co będzie, co się stanie, kiedy zakończy się ziemska historia Syna Bożego? A zatem Jezus, odpowiadając na te niepokoje swoich uczniów, zapowiada upadek świątyni jerozolimskiej:

Gdy wychodził ze świątyni, rzekł Mu jeden z uczniów: «Nauczycielu, patrz, co za kamienie i jakie budowle!» 2 Jezus mu odpowiedział: «Widzisz te potężne budowle? Nie zostanie tu kamień na kamieniu, który by nie był zwalony».
(Mk 13, 1–2)

Istotnie, w 70 roku naszej ery, a zatem jakieś 40 lat po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, świątynia jerozolimska została zburzona i sprofanowana przez Rzymian. Dla pobożnych Żydów był to koniec świata, bo zgodnie z ich wierzeniami świątynię zamieszkiwał Jahwe. Świątynia była zatem materialnym znakiem obecności (Szechina) Jahwe. To dopiero początek cierpień, gdyż nadejść mają wydarzenia, które wstrząsną ludzkością: wojny, kataklizmy, prześladowania uczniów Jezusa, rozpad więzi rodzinnych. A końcem tego wszystkiego będzie objawienie się Syna Człowieczego (o tym dzisiaj czytamy we fragmencie Ewangelii Marka), który nadejdzie, aby sądzić.

Co sygnalizują te obrazy siejące grozę i przerażenie? Ich pierwsze przesłanie nie sprowadza się do tego, że czeka nas zniszczenie, zagłada. Zatem nie chodzi o wywołanie strachu lub lęku. Raczej te obrazy apokaliptyczne zapowiadają nowe stworzenie, przemienienie rzeczywistości. I to tak, że nie potrafimy sobie wyobrazić tego nowego stworzenia, tej nowej rzeczywistości!

Ukoronowaniem tego nowego, radykalnie nowego, stworzenia będzie nadejście Syna Człowieczego. I też nie mamy pojęcia, w jakiej scenerii Go zobaczymy. Możemy tylko powiedzieć, że będzie to tak, iż rozpoznają Go wszyscy. Również ci, którzy zadali Mu rany i Go zabili:

7 Oto nadchodzi z obłokami, i ujrzy Go wszelkie oko i wszyscy, którzy Go przebili. I będą Go opłakiwać wszystkie pokolenia ziemi.
(Ap 1, 7)

Nie wiemy zatem, ani kiedy, ani jak i chyba nie to powinno zaprzątać naszą myśl. Jezus, mówiąc do swoich uczniów, nacisk kładzie na umiejętność rozpoznania samego nadejścia. I odwołuje się do takiego naturalnego obrazu rozpoznawania tego, co dzieje się w przyrodzie i z przyrodą. Skoro zatem potrafimy odczytać nadejście pór roku, winniśmy sobie również poradzić z czytaniem Historii Zbawienia.

Ale w dzisiejszym fragmencie jest taka wypowiedź Jezusa, która błędnie interpretowana musiała wprowadzić w błąd pierwszą generację chrześcijan. Jezus pod koniec zapowiada (w bardzo uroczystej formule: Amen, amen), że nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko spełni. Stąd oczekiwano rychłego powrotu Syna Człowieczego. To oczekiwanie było tak natarczywe, że w niektórych wspólnotach, gminach chrześcijańskich dochodziło do pewnych niepokojów. I tak niektórzy chrześcijanie w Tesalonikach nie chcieli więcej pracować. Nie widzieli sensu pracy, skoro lada dzień nadejdzie Pan. Interweniować musiał sam Paweł Apostoł, pisząc, że kto nie chce pracować, niech też nie je.

Jeżeli problemem pierwszej, drugiej generacji chrześcijan było intensywne czekanie na nadejście Syna Człowieczego, to problemem naszej generacji jest odstąpienie od czekania. Utraciliśmy ten zmysł eschatologiczny… no bo ile można czekać? To już dwa tysiące lat od Wcielenia Syna Bożego, a On nie nadchodzi. Nie było wieku bez wojny czy kataklizmu, które wstrząsałyby naszym światem i nic. Pan nie nadchodzi! Znużeni czekaniem, daliśmy sobie spokój. Nie czuwamy dłużej.

Wiele czynników składa się na taką postawę współczesnego chrześcijaństwa. Niewątpliwie zarzuciliśmy studium Słowa Bożego, w naszych wspólnotach parafialnych z rzadka zdarzają się kręgi biblijne. Bardzo często niedzielna homilia, która mogłaby być dobrą okazją do refleksji biblijnej, staje się sposobnością do snucia jakichś rozważań o bliżej niesprecyzowanej tematyce. Ale jest też prawdą, że żyjemy w społeczeństwie, które nie oczekuje więcej nowego stworzenia ze strony Stwórcy, tylko samo zabrało się do roboty i próbuje dokonać nowego stworzenia w oparciu o własne siły.

Za dwa tygodnie rozpoczniemy Adwent, czas, w którym Kościół ponownie przypomni nam o konieczności czuwania, mimo że Pan opóźnia czas swojego nadejścia.

ks. Adam Błyszcz

Zdolność widzenia

opublikowane: 10 lis 2018, 04:03 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 10 lis 2018, 04:13 ]

Homilia na XXXII niedzielę zwykłą

38 I nauczając dalej mówił: «Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, 39 pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. 40 Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci tym surowszy dostaną wyrok». 41 Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. 42 Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. 43 Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. 44 Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie».
(Mk 12, 38–44)

Jezus w dzisiejszym fragmencie Ewangelii Marka atakuje uczonych w Piśmie. To specyficzna grupa w społeczeństwie żydowskim I wieku. Byli to mężczyźni od wczesnego dzieciństwa wprawiani w studium Pisma Świętego. Dzięki tym wysiłkom stawali się z czasem nauczycielami, mistrzami, osobami o dużym intelektualnym autorytecie. Nieco inaczej było z faryzeuszami. Ich autorytet opierał się nie tyle na wysiłku intelektualnym, żeby zrozumieć Torę, ile na wysiłku moralnym, aby zachować jak najwierniej przykazania Tory. Trzeba przyznać, że nie wszyscy uczeni w Piśmie byli zadufani w sobie i nie wszyscy faryzeusze byli zakłamani. Przykłady pozytywnych przedstawicieli tych grup mamy także na kartach Nowego Testamentu! Możemy podejrzewać, że część z nich sympatyzowała z Rabbim z Nazaretu. Dzisiaj jednak Jezus obnaża jakąś dwuznaczność tych teologów doktryny. Gdyby szukać dla nich odpowiednika w naszym Kościele, trzeba byłoby wskazać na grupę teologów w sutannach. Nie każdy teolog jest księdzem i nie każdy ksiądz jest teologiem!

Co takiego Jezusa irytuje w postawie uczonych w Piśmie? Jezus odkrywa, że wiele energii i sił poświęcają na zyskanie prestiżu społecznego, a przecież obcowanie ze Słowem Bożym ma prowadzić do odkrycia woli Boga, do odkrycia logiki Boga, jak o tym chociażby mówi Magnificat, gdzie Bóg nie wydaje się być zainteresowany światowym blichtrem.

To przywiązanie uczonych do prestiżu w społeczeństwie (a bądźmy szczerzy, w pewnym momencie odkrywamy, że sam potencjał intelektualny nie wystarcza, że potrzeba jeszcze pieniędzy i władzy, żeby coś znaczyć; dużo pieniędzy i dużo władzy) sprawia, że tracą zdolność widzenia małych, tych, którzy są wykluczeni, którzy nic nie znaczą i nie mogą się przyczynić do wzrostu ich prestiżu. Jak chociażby ta wdowa, biedna kobieta, która zdąża do sanktuarium jerozolimskiego. Nie przedstawia żadnej wartości w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Zresztą kobiety były zwolnione z kultu religijnego (podobnie jak niewolnicy), gdyż w kulcie (w sanktuarium i w synagogach) uczestniczyć mogli tylko ci, którzy dysponowali swoim czasem (czytaj: wolni mężczyźni). Panem czasu kobiety był jej ojciec lub mąż. Wrzuca do skarbony jeden grosz – ofiara, która w ekonomii sanktuarium nie ma żadnego znaczenia. Dziwić musi zatem komentarz Jezusa: ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Jest w tej scenie jakiś wielki ładunek relatywizmu; człowieka można sądzić miarą norm i reguł (oczekiwań, nakreślonych projektów), ale można go też sądzić miarą jego możliwości. Czasami jeden akt wykonany w niesprzyjających okolicznościach ma większe znaczenie niż sekwencja takich aktów w sytuacji, która nie rodzi żadnych napięć lub konfliktów.

ks. Adam Błyszcz

1-10 of 124