Jak już wspominałem w poprzednich relacjach, kanwą trwającego w czasie pisania tego tekstu wyjazdu są nieodwiedzone dotąd obiekty saunowe, a przy okazji też (za dnia) jest zawsze pewien program turystyczny, a wieczorami sauny. Pogoda na razie dopisuje (stan na 2.02), jest raczej jesienna niż zimowa, więc nawet składnie to wychodzi. No i po takim zwiedzaniu lubelskiego zamku i trochę się jednak wyziębieniu na jego dziedzińcu i w nieogrzewanej zamkowej wieży, idealną opcją stała się planowana już wcześniej wizyta w saunach w tamtejszym Aqua Lublin. Także tym sposobem zawitałem w kolejnym obiekcie do pokaźnej już kolekcji odwiedzonych saunariów.
No i początek, to cóż... Posypały się brzydkie słowa... Po pierwsze, nie było to jasne, gdzie tam jest w ogóle wejście. Tzn. jak ktoś jedzie od południa, to widać je jak wół. Ale od strony zamku jak wjechałem na parking, to obiekt był, ale gdzie się wchodzi, żadnej informacji. Byłem tuż przed 17:00 i już przez to szukanie wejścia stało się jasne, że na 1-szy seans nie zdążę... Cóż... Potem kasy. I na tym etapie wyszło tyle idiotyzmów organizacyjnych, że już miałem myśli, by w ogóle sobie odpuścić saunowanie. Najpierw idiotyzm numer 1 - maksymalny bilet to 3-godzinny! Ale otrzymałem informację, że mogę bez przebierania i zmiany szafki przyjść i dokupić sobie kolejne godziny. Czyli sauna "na godziny"... Ale chcąc mimo wszystko kupić ów 3-godzinny bilet, zatrzymał mnie skutecznie idiotyzm numer 2. Otóż opłata parkingowa jest dla klientów 2 zł (inni muszą dopłacać za kolejne godziny) i trzeba w tym celu okazać bilet przy kasach. Ok, to standard w paru obiektach przynajmniej. Ale chcąc to zrobić zostałem poproszony o... wpisanie numeru rejestracyjnego samochodu!! A skąd mam kuźwa go znać na pamięć?! Po wyróżniku powiatowym mam same cyfry - dla humanisty nie do zapamiętania... Cóż, byłem zmuszony zrezygnować z zakupu i przyjść ponownie z dowodem rejestracyjnym, by móc z niego przepisać numer rejestracyjny... W tej sytuacji postanowiłem, że skoro mam tylko 3 h, a seans mi już i tak przeszedł koło nosa, postanowiłem wejść tuż przed następnym, więc po przyniesieniu owego dowodu, poszedłem sobie na herbatkę. No i 10 minut przed 18-tą zamierzam wchodzić. No i idiotyzm numer 3 - powiedziano mi, że buty muszę zostawić w szatni na dole! WTF?! Jaki problem widzą we włożeniu ich do szafek, nie mam pojęcia - przecież w butach nie idę, tylko niósłbym je w ręku. No to cóż, ponownie drałowanie na dół do szatni i zostawiam buty. Od 10 lat saunuję, ale takiego nagromadzenia kompletnie absurdalnych ustaleń nie spotkałem jeszcze nigdzie dotąd! W każdym razie, pierwsze wrażenie obiekt wywarł na mnie najgorsze w historii moich saunowych bytności.
No, ale w końcu sauny i od razu seans. I na tym etapie negatywnego wrażenia ciąg dalszy - bo przy wchodzeniu znów hasło, od którego dostaję białej gorączki - "najpierw panie"... Wchodząc głośno skomentowałem "Co to za dyskryminacja" - bez reakcji saunamistrzyni... Cóż później okazało się, że to tylko ta gościara takie zasady stosuje. Pan-saunamistrz prowadzący inną ceremonię, po prostu zaprosił do sauny. A skoro zatem jesteśmy już przy seansach, to najpierw o nich słów kilka. Generalnie - słabizna. Po pierwsze, leją koncentraty zamiast naturalnych aromatów na kulach z lodu. Najpierw myślałem, że kostkarki nie mają. Ale potem okazało się, że jednak lód jest, bo na późniejszym seansie już były kule. Dlaczego więc tak? Oszczędności...? Koncentraty zapewne tańsze.... Techniki machania to niby coś tam próbują urozmaicać (gdzieś tam widać ktoś ich uczył), i ciepłe momenty w sumie były. Ale seanse były na raczej niezbyt zadowalającym poziomie. A szkoda, bo przy składnym seansie można by tam fajnie dogrzać - piec wyraźnie oddawał. Ale za to bardzo nie podobało mi się to rzucanie lodem po saunie. Ogólnie nie wiem, po co to w ogóle... Zamysłu tego nie rozumiałem odkąd pierwszy raz to zobaczyłem. Chłodzenia od tego nie ma, a tylko niepotrzebnie później dodatkowo moczy to ręczniki, na których się siedzi... Powiem tak, aż prosi się, by zawitał tam ktoś, kto się naprawdę zna na prowadzeniu seansów i ich nauczył, bo na razie to wygląda mało profesjonalnie. Żeby doszukać się w przypadku seansów jakiegoś pozytywu, to na pewno jest nim brak nadmiernych kolejek na seanse. Wszyscy, nawet osoby przychodzące na ostatnią chwilę, mieścili się na ceremonie.
Co do infrastruktury, to ta akurat wygląda całkiem spoko. Zaczynając od końca, czyli od sauny seansowej, to jest to sauna całkiem w miarę, z całkiem konkretnym piecem, tylko, jak wspomniałem wyżej brakuje kogoś, kto by mógł wyciągnąć cały jego potencjał. Potem są dwa prysznice (z których tylko jeden działał) i zaraz obok nich wejście do łaźni parowej, zwanej tam aromatyczną. Generalnie standardowa łaźnia i ja tam aromatu nie poczułem, nie licząc tego, który zafundował jakiś pan akurat robiący sobie mentolowy peeling. Ale to zdecydowanie nie zasługa działania samej sauny ;) Zaraz na przeciw jakiś basen, w sumie to nawet nie wiem, czy do chłodzenia czy do moczenia się. Nie korzystałem, więc tylko wspominam, że jest. Po sąsiedzku jest sauna profi z koloroterapią. I kolorki działają! Bo to nie wszędzie przy takich saunach jest gwarantowane. Super! Lubię takie sauny pomiędzy seansami, a coraz rzadziej je spotykam. Wszedłem tam parę razy w czasie pobytu i się mogłem podelektować. Tak dla uspokojenia po wnerwiającym początku wizyty. Dalej w stronę wejścia jest kolejny prysznic, wnęka z wiadrem do schładzania, a obok balia do tego samego celu. Jednak w kwestii pryszniców, to tych w obiekcie jest wyraźnie za mało. Tylko 3, a za mojej bytności 2... Mówi samo za siebie. Obok owej balii jest sauna fińska. Byłem w niej chwilę raz, pod koniec pobytu. Rzec by można, typowa sauna tego typu i całkiem gorąca. Mogli by pomyśleć o jakichś seansach piekiełkach w tej saunie. Ale to tylko mój "głodny kawałek". W tym obiekcie po prostu wiele rzeczy mogłoby być lepiej, a niestety nie jest... Tak tylko z kronikarskiego obowiązku dodam, że przy wejściu jest stanowisko obsługi, z którą sąsiaduje mini-strefa wypoczynkowa i... łaźnia parowa... Po prostu "kapitalny" pomysł, nie ma co. Łaźnia parowa, do której wchodzi się nago na widoku ze stanowiska obsługi... Sorry za dosadność, ale czy w ogóle ktoś trzeźwy to projektował?! Ja z łaźni w takiej "lokalizacji" postanowiłem całkowicie zrezygnować.
Co do bywalców, to wygląda na to, że oferta obiektu niezbyt trafia do płci pięknej. Pań zaledwie kilka i w czasie mojego pobytu była tam miażdżąca męska dominacja. Przestroga dla osób uczulonych na taki stan rzeczy. Choć żadnych niewłaściwych zachowań nie było. Za to na plus to, że nie było tłumów. A jeszcze większym pozytywem była 100%-owa poprawność saunowania. Nie było ani jednej osoby w stroju kąpielowym ani innym tekstylnym udziwnieniu i generalnie wszyscy podkładają ręczniki pod całe ciało, a na jedno odstępstwo od tegoż, reakcja obsługi była wręcz natychmiastowa. Brawo - mocny pozytyw obiektu! Chociaż coś jest tam na plus :)
Podsumowując, obiekt raczej nieszczególnie godny uwagi. Przynajmniej na razie. Chociaż, gdyby ktoś bardziej życiowy zarządzał obiektem i poprawił zarówno co niektóre zasady, jak i ogół funkcjonowania strefy saun, to mogłoby być tam bardziej sympatycznie. Na razie, to raczej szczególnego parcia na powrót do tego miejsca raczej mieć nie będę. Choć pewnie kiedyś, starym zwyczajem, dam jeszcze temu miejscu drugą szansę, ale nie zanosi się, że będzie to prędko.