O tym położonym na północno-zachodnich rubieżach Brna, drugiego co do wielkości miasta Republiki Czeskiej, obiekcie nazwanym Infinit Maximus czytałem i słyszałem całkiem niemało. Głównie było to w pozytywnym, a nawet bardzo pozytywnym tonie. No i fakt, widząc takie zdjęcia, jak tytułowe do tej relacji, trudno nie czuć się zachęconym. A jeśli jeszcze dodamy do tego fakt, że z tym miejscem mają powiązania jedne z czołowych postaci czeskiego światka saunowego, to cóż, wystarczyło, żeby obiekt wpisać na listę do odwiedzenia, pomimo, że odległe o tyle kilometrów saunaria na tę listę za często nie trafiają. Niemniej, i tak to zdecydowanie za daleko, żeby organizować wyjazd specjalnie tam, więc trzeba było tylko czekać na okazję. No i ta nadarzyła się w czasie turystycznego feryjno-zimowego wypadu do Brna właśnie. A że w poniedziałek muzea śpią, to saunowy pobyt tam jawił się jako oczywisty wybór na taki właśnie dzień, mając nadzieję na fajne jego wypełnienie. Cóż, w tym przypadku, tego typu nadzieje okazały się płonne, bo powiem szczerze - tak źle to nie było dawno... Ale może po kolei. Przestrzegam, będzie dosadnie....! Jeśli jest to dla kogoś z Czytelników problem, na tym etapie proponuję zrezygnować z dalszego czytania...
No i właśnie zaczynając chronologicznie to najpierw może o przyjeździe do obiektu. Co jak co, ale taki niby renomowany hotel z teoretycznie wypasioną strefą wellness, a dojazd taki, że mogłyby się naprawdę brzydkie słowa posypać... Od strony centrum miasta prowadzi tam wąska, kręta i wyboista droga, na której w sumie dość często coś jedzie, a miejsca, by się wyminąć, jest średnio. Widząc takie coś, ja już niemal zwątpiłem, czy dobrze jadę. Choć i tak chyba dobrze, że pogoda trafiła się w zasadzie wczesno-wiosenna. Napis pod znakiem drogowym "silnice se v zimě neudržuje" ("droga nie ma zimowego utrzymania") sugerował, że przy pełni zimy, byłby tam problem... I to spory... No, ale dobra - dojeżdżam... Pomimo, że było to o godzinie otwarcia, parking mocno zawalony, ale miejsca były. W razie czego jest jeszcze opcja podziemna, ale ta już dla mnie niedostępna - zakaz dla LPG.
Po tych motoryzacyjnych refleksjach, czas na wejście do obiektu. I recepcja, na której pokazuję mój internetowy bilet, a tam urodziwa dziewczyna, po mojej przeczącej odpowiedzi na pytanie, czy już u nich byłem, instruuje mnie, co gdzie jest oraz że pobierają kaucję za zegarek w wysokości 200 koron... Papierowych koron ze sobą nie miałem, musiałem zatem wpłacić ją kartą, a pod koniec pobytu na kartę zwrócili mi tę kwotę. Dobrze, że mam konto w czeskich koronach i żadne takie manipulacje nie kosztują mnie żadnych prowizji. Ale jak ktoś ma konto w innej walucie i miałby chęć mimo wszystko samemu ten obiekt wypróbować, polecam jednak mieć przy sobie papierek z Janem Amosem Komenskim.... No i szatnie... O ile wspomnianą wcześniej drogę dojazdową mimo wszystko cierpliwie zniosłem, to teraz już autentycznie posypały się brzydkie słowa... Szafki za małe, by zmieścić moją torbę z całodziennym zapasem ręczników, na górę rzędu szafek (jak to w paru obiektach) włożyć tej torby nie sposób, a jak próbowałem wnieść torbę na strefę, zostałem cofnięty z informacją, że nie można. Na moje pytanie, co mam wobec tego z torbą zrobić w obliczu niemożności włożenia jej gdziekolwiek, kazano mi zostawić ją na recepcji... No cóż, musiałem wyładować to, co w tej ichniejszej szafce się mieściło (choć i tak później się okazało, że aż tyle potrzebne nie było), a torbę wraz z tym, czego już nie dało się wepchnąć, zanieść do recepcji właśnie.... Przez te wszystkie kompletnie bezsensowne manewry nieomal bym się spóźnił na pierwszy seans... Aż mi się ciśnie - niech sobie jadą do sąsiednich Niemiec i zobaczą, jak tam kwestia toreb jest rozwiązana, i niech uczą się... Bo to, co mają w tym brneńskim przybytku, to jest jakaś paranoja. Dodam, że w ramach biletu dostaje się bezpłatnie przydziałowy ręcznik oraz prześcieradło. Cóż, ok - przynajmniej miałem szansę zużyć chociaż o jeden ręcznik ze swojego ekwipunku mniej, a z uwagi na moje saunowe plany w dniach kolejnych i niemożność wyprania w międzyczasie ręczników - bezcenne... Chociaż coś w tym obiekcie...
Jak już wszystko szatniowo-torbowe w bólach ogarnąłem, idę na seans. Ale może o seansach napiszę szerzej jeszcze później, a teraz skupię się na refleksjach z topograficznego rekonesansu po strefie, który miał miejsce zaraz po pierwszym seansie. No i... WTF?! Co tu ****a mać robią ci tekstylni?! Ok, najpierw jest pewien krótki tranzyt przez tekstylną część basenową, ale potem strefa saun i... niewiele się zmienia... No dobra, może zmienia się to, że oprócz tego są i ludzie bez tekstyliów. W holu części wewnętrznej ludzi w strojach dosłownie (za przeproszeniem) "od cholery", a już totalnie zdębiałem widząc ludzi w tekstyliach ładujących się do łaźni parowej... Ok, poszedłem do obsługi (baru... - tylko taka była...) i zadałem pytanie, czy do łaźni parowych można wchodzić w strojach. Odpowiedzieli, że tak.... (Minuta ciszy...) Po rozeznaniu okazało się, że zakaz tekstyliów dotyczy w tym miejscu wyłącznie samych saun suchych oraz chłodzących zbiorników wodnych, natomiast kompletnie NIE DOTYCZY przestrzeni między tym wszystkim oraz łaźni parowych właśnie... Aż żal szerzej to komentować... Totalny dramat!!!
Ale żeby tylko to... Okazało się, że w opisywanym obiekcie najwyraźniej NIE MA OBOWIĄZKU PODKŁADANIA RĘCZNIKA POD CAŁE CIAŁO!!! Już na pierwszym seansie się okazało się, że stopy na deskach są tam w 100% tolerowane. Nie było w zapowiedzi saunamistrza ani słowa na ten temat ani jakiegokolwiek zwrócenia uwagi tym, którzy w niemal wszystkich normalnych obiektach zostaliby przywołani do porządku... Jakaś żałosna alternatywna wersja zasad saunowania a'la Infinit Maximus... Tak to niestety wygląda... Efekt - poza seansami zdecydowana przewaga stóp na deskach nad sanującymi poprawnie, a na seansach to jednak przewaga poprawnie saunujących, ale jednak też od wielu osób pot w ławy saunowe wsiąkał. Chwilami to się dosłownie robiło od tego niedobrze... A w jednej saunie (z nazwy niby "miodowej") to wręcz śmierdziało od tego...
Teraz może na chwilę zróbmy jakąś dygresję od tych utyskiwań, także o jednym jedynym atucie obiektu, czyli o infrastrukturze. Choć zaznaczam, że nie wszystko wypróbowałem. Szczerze mówiąc, to nie miałem nawet ambicji w realiach tak koszmarnej poprawności saunowania. Ale z tego, co byłem, to w części wewnętrznej są dwie sauny suche i dwie parowe. Te pierwsze to Sauna Cytrusowa oraz (wspomniana już) Sauna Miodowa. Parowe to Aromatyczna i Turecka - akurat udało mi się skorzystać bez towarzystwa tesktylnych. Z kolei teoretycznie wrażenie mogłaby robić cześć zewnętrzna, gdzie jest mnóstwo różnorakich saun. Ja wypróbowałem tylko Saunowy Dom przy okazji seansów, oraz Saunę Nadjeziorną, a także saunę o nazwie "Jaskiniowe Sanktuarium". Jest jeszcze kilka (chyba oprócz tego jeszcze 5) innych saun, w których nie miałem sposobności być. I powiedzmy, że tylko tyle. Z uwagi na bycie totalnie zdegustowanym specyfiką korzystania z tych saun przez większość bywalców, powstrzymam się od jakichkolwiek ocen tych pomieszczeń. Generalnie w innych okolicznościach taki ogród saunowy mógłby naprawdę robić wrażenie... Na takie dictum, to... no sorry...
No i o seansach... Wszystkie były w "Saunowym Domu", najpierw co godzinę, a późnym popołudniem co pół godziny. Trafiłem łącznie na trzy osoby je wykonujące. Miała być jeszcze czwarta pod wieczór, ale z uwagi wszelakie okoliczności, mając już totalnie wszystkiego dość, zdecydowałem się przedwcześnie zakończyć pobyt w tym przybytku i do kolejnego saunamistrza już "nie dotrwałem". W każdym razie, żadnych znanych gwiazd nie było... Pierwszą część dnia zagospodarował saunamistrz o imieniu Ľada, dalej byli na zmianę Michalis i Lenka. Pomimo, iż wyraźnie było czuć, że piec bardzo fajnie operuje i można by zrobić tam piekielne klimaty, to jednak ten pierwszy miał kłopoty z rozmachaniem zwłaszcza ostatnich rund. A, z kolei, jak przyszły seanse co 30 minut, to było jakieś nieporozumienie. Nigdy jeszcze nie spotkałem się z sytuacją, żeby w jednej saunie były seanse w tych interwałach... No to był niniejszym pierwszy raz... Nie dało się tego normalnie ogarnąć - sauna nie nadążała się wietrzyć, w większości był zaduch. Choć ów Michalis akurat potrafił nieźle powietrze rozprowadzić, ale wystarczy, że seans pół godziny wcześniej był forsowny, i nawet on nie mógł z tym nic zrobić. Zaznaczę, że nie chodziłem na wszystkie seanse. Nie było sensu... Wymęczyłbym się bardziej niż wypoczął. Cóż, mają w obiekcie tyle różnych saun, w których można by robić seanse, czemu "połówek" nie ogarniają gdzieś indziej...? Cóż, pytanie retoryczne, raczej do zarządców obiektu... Przy takiej, a nie innej organizacji, niestety naparzania pozostawiają sporo do życzenia. Na tyle, że nawet taki "pies na seanse" jak ja zaczął mieć tego wszystkiego dość... Dość niewiarygodne to, ale takie są fakty.
Tradycyjnie trochę na temat bywalców. Powiem tak, jak na ten kraj, to bardzo wstydliwie było... Są w pakiecie pobytowym owe prześcieradła i większość była nimi zakryta. Pełna nagość w saunie - w zdecydowanej mniejszości. Zwraca natomiast uwagę bardzo niska średnia wieku klienteli, z bardzo dużą ilością osób młodych, poza tym wyrównane proporcje płci i miażdżąca przewaga par mieszanych. Pod tym względem, realia porównywalne do Suntago. Świadomych saunowiczów w tym gronie była mniejszość. Znaczna część to chyba goście hotelowi, z podejściem do saunowania chyba dość podobnym do tego typu klienteli w polskich obiektach. Opisane wszystko powyżej, chyba nic nie trzeba w tej kwestii dodawać... Ale w innej kwestii jednak coś by trzeba... Otóż, sporo klientów ma ze sobą smartfony na strefie i widziałem 2 razy, jak jakieś parki cykały sobie selfie na widocznym na tytułowej fotce drewnianym mostku. I to wszystko w pełni tolerowane, żadnych uwag ze strony obsługi... A jak sobie jeszcze pod koniec pobytu siedziałem w saunie cytrusowej, wszedł jakiś koleś, który w uszach miał bezprzewodowe słuchawki, najprawdopodobniej połączone ze smartwatchem, który miał na ręku. I z tym do sauny... Aż brakuje słów, by to wszystko w ogóle komentować... To znaczy może tak, znalazłyby się, ale trzeba by użyć praktycznie samych wulgaryzmów...
No i może jeszcze jedno takie spostrzeżenie na podstawie tych 8h, które to w tym przybytku spędziłem. Otóż w moim odczuciu obsługa, a zwłaszcza ta jej część, która z nagością nie powinna mieć do czynienia, moim zdaniem za nadto narzuca się klientom. Panie z baru przechodziły sobie jak gdyby nigdy nic przez część strefy, gdzie część osób na przykład wychodziła nago z łaźni parowych albo się przebierała. Albo sprzątaczki, które zamiast wykonywać swoje zadania z czasie, kiedy nie ma ludzi, to nie - ludzie stoją przy półeczkach, przebierają się albo wykonują inne czynności, a te akurat muszą się wpychać ze swoimi mopami. A już karygodnym jest, że owe sprzątaczki sobie tak po prostu sprzątają szatnię męską, podczas, gdy są w niej nadzy panowie. Aż sam musiałem się chować przed jedną z nich, z jej powodu nie mogąc się komfortowo ubrać pod koniec pobytu...
Podsumowując, rozpacz na maksa... Chciałem wypocząć, chciałem mieć jakiś saunowy pobyt na poziomie. Niby renoma obiektu wydawała się dawać ku temu wszelkie możliwe przesłanki, jednak rzeczywistość okazała się taka, jaka się okazała... Tak ujmując to nieco szerzej, to trzeba nadmienić, że ten obiekt ma również parę innych siostrzanych oddziałów w innych lokalizacjach w tym kraju. A jeden z owych siostrzanych obiektów w tym roku zyskał honor bycia gospodarzem paru prominentnych turniejów, w tym tegorocznych Play-Offów Aufguss WM. Ciekawe, czy tam też podobne zasady, jak w brneńskim oddziale, czy może bardziej normalne...? Bo jeśli to pierwsze, to będzie obciach przed całym saunowym światem... Ale miejmy nadzieję, że takie realia, to tylko w tym opisywanym. Niech ręka boska broni przez kopiowaniem takich "standardów" gdziekolwiek indziej...! Tak czy owak, Infinit Maximus to jest dla mnie wręcz zaprzeczenie saunowego wypoczynku, pod niemal każdym względem. Pobyt uważam za stracone pieniądze. A te to niestety niemałe, bo cena za całodniowy wstęp jest na poziomie tych faktycznie najbardziej renomowanych obiektów. Niestety w tym przybytku ten poziom ma tylko cena, jakość za tym nie idzie kompletnie! Zatem cóż, moja czarna lista obiektów saunowych niniejszym powiększyła się o kolejny... Szkoda czasu, pieniędzy i czegokolwiek tam jeszcze na to coś... A tak jeszcze na koniec taki tam sobie komentarz, który mi się nasunął. Otóż na jednym z "firmowych" okryć, które miał na sobie jeden pan, zauważyłem dość groteskowe w tych realiach hasło promocyjne. Zacytuję: "Infinit. Umění relaxace" ("Sztuka relaksu"). No tak... Z miejsca mającego taki potencjał zrobić taką zakałę, to w rzeczy samej "sztuka", i to wielka...!