Zimowa Babia


Poranek zaskoczył nas przecudną pogodą.




     Lubię mróz, tak zwyczajnie. Słońce i plaża też są fajne, ale latem. Zimą śnieg i mróz. Tak to już jest zrobione i tak powinno zostać. Dzięki temu życie staje się kolorowe (biały to też kolor). W tym roku zima przyszła późno. Bardzo późno. Ale za to z przytupem. Pod koniec stycznia w górach było już prawie 2 metry śniegu, a z początkiem lutego, chwyciły siarczyste mrozy. Fajnie. Ale wróćmy do sedna. Skoro lubię mróz, to też często się na niego wystawiam. Nie, nie nago czy chociaż w slipkach. Porządnie ubrany - w końcu nigdzie nie napisałem, że lubię marznąć. Wręcz przeciwnie. Lubie jak mi jest ciepło, dlatego też w mroźną pogodę odpowiednio się ubieram i polecam to wszystkim którzy mówią, że nie lubią zimy, bo zimno. Porządny ubiór pomoże im zmienić zdanie. Tak więc wystawiam się na mróz, najczęściej robię to w górach, po pierwsze dlatego, że kocham góry, a po drugie dlatego, że w górach przeważnie mróz jest większy niż w mieście. Ot, taka prosta motywacja. Z tego też powodu, od paru już lat, staram się przynajmniej 2-3 weekendy zimy spędzić pod namiotem. Nie będę tłumaczył dlaczego to robię. Tym którzy uważają mnie za idiotę i tak niczego nie wyjaśnię. A Ci, którzy mnie za niego nie uważają, prawdopodobniej nie wymagają takich tłumaczeń. 

     W tym roku dni pomiędzy 1-3 lutego okrzyknięto najzimniejszymi dniami zimy! Gdzieś tam w Polsce
 temperatura spadła podobno do -32 °C. Od razu wpadł mi do głowy pomysł, że to przecież najlepszy czas na biwak zimowy. Siarczysty mróz zapewnia wspaniałą pogodę i łatwy spacer bo zmrożonym śniegu. Bez zapadania, torowania, dziurkowania. A skoro to najlepszy okres na zimowe zabawy, to trzeba je czym prędzej uskutecznić. Szybkie ustalenia z drugą połówką i już wiem, że mogę jechać. Byle Jej na siłę nie ciągnąć. Spoko, zrozumiałem. Więc rzucam informację w sieć i już po chwili zgłasza się dwóch chętnych, później jeszcze trzeci, który jednak z powodów rodzinnych jest zmuszony zrezygnować. Ale nie jest źle. 3 dorosłe osoby, które zimą w górach przeżyły już co nieco, powinny dać sobie radę. Trzeba jeszcze tylko wybrać miejsce biwaku. Pada na Babią Górę. Po pierwsze to jedna z moich ulubionych gór, po drugie miejsce na biwak na szczycie jest idealne i sprawdzone 4 poprzednimi wyjazdami. Minus taki, że to park. Narodowy. W parku biwakować nie wolno, no chyba, że jest się zmuszonym. Przyznam, że trochę nagięliśmy przepisy. Ale ja to tłumaczę tym, że ze szlaku nie schodzimy, a rozbijamy się w miejscu, gdzie codziennie kilkadziesiąt osób przebywa i zostawia o wiele gorsze rzeczy niż my. Dlatego zwierzyny raczej nie płoszymy (bo jej w tym miejscu po prostu nie ma). Ot, takie uspokojenia sumienia, bo ogólnie jestem zwolennikiem przestrzegania regulaminów PN. 

   Zdjęcie pożyczone od Marka. W nocy było zimno, lecz w namiocie znacznie cieplej ;) Skoro już mamy miejsce i w miarę czyste sumienie, czas wyruszyć. Na Przełęcz Lipnicką docieramy wczesnym popołudniem, nie ma sensu się spieszyć, bo na szczycie i tak nie będzie co robić, a spać od 17 to jednak ciężko. Spokojnie więc zaczynamy się przebierać i przepakowywać. Jest i czas na piwo przy samochodzie, przecież do wejścia na szczyt zdążymy je spalić. Temp. - 17 °C. Nieźle. Ruszamy chyba po 15, wg. mapy mamy niecałe 2,5 godziny na szczyt, więc przy normalnym tempie powinniśmy zdążyć przez zachodem słońca. Pogoda fajna, tylko chmury na Babią, ale to akurat było do przewidzenia, tym bardziej, że podobno idzie jakiś niż. Znad Rosji, a to nie wróży zbyt dobrych warunków. No trudno, teraz już nie ma sensu się wracać. Na Sokolicy warunki dobre, wiatr słaby. Widać Kępę jak i Zawoję, chmury się podniosły, więc nie jest źle, jednak na dalekie widoki szanse marne. Krótki popas, założenie dodatkowych ubrań i po parunastu minutach ruszamy dalej. Idzie się bardzo wygodnie, pod nogami zbity gips, delikatnie się zapadamy jedynie poza ścieżką, poza tym marsz jak po betonie. Widoczność kilkaset metrów. Na szczyt docieramy krótko przed 17. Pusto. Dwa miejsca pod namioty przygotowane, trzeba je tylko nieznacznie wyrównać i można się rozbijać. Wiatr niestety zachodni, więc kamienny murek pomaga niewiele. Chwilowe problemy z rozłożeniem namiotu podczas porywów wiatru udaje nam się przezwyciężyć. I już po chwili nasz tymczasowy dom stoi dumnie. Mocujemy szybko odciągi, na szczęście wystarczy zahaczyć je o śnieg. Wbijamy też łopatę i czekan. Jest dobrze. Pomagam przez chwilę kumplowi, który zdecydował, że będzie spał w sam w swoim namiocie. Widocznie lubi. W tym samy czasie mój kompan buduje mur. Pomagam mu więc czym prędzej i już po paru chwilach jesteśmy znacznie obudowani. Czas na "meblowanie" wnętrza. Idą więc karimaty, śpiwory, plecaki i na końcu my. W środku jest ok. Przynajmniej nie wieje, a to już sporo. Po przebraniu postanawiamy się wygrzać. Trwa to znacznie dłużej niż planowałem i nawet udało mi się zasnąć. Budzę się po godzinie, jest mi gorąco i błogo, ale czuję też głód. Biorę się za bułki, te są na tyle dobre i sycące, że nie mam ochoty na ciepły posiłek. Za to decydujemy się ogrzać nasze browary. JetBoil radzi sobie świetnie (kurczę, powinienem dostać jakąś zapłatę za reklamę). Wypijamy po piwie i coś tam jeszcze. Dyskutujemy do późna. W tym samym czasie kumpel w drugim namiocie słucha to nas, to muzyki. Jednak i on w końcu On zasypia.

    
Rano budzi mnie rozmowa kogoś na zewnątrz. Później okazuje się, że przyszło dwóch turystów oglądać świt. Poleżeli w śpiworach do 7:30 i poszli sobie. Ja nie miałem ochoty wychodzić na zewnątrz. Ok. 8 jednak przyszedł ten trzeci, obudził nas i nakręcił filmik. To mnie zmotywowało, zebraliśmy się więc w miarę żwawo i wyszliśmy przed namiot. To co zobaczyłem, spełniło kolejne z moich marzeń. Słońce i dalekie widoki stały się faktem. Dopiero podczas 5 noclegu na szczycie. Raz już trafiłem na ładną pogodę, ale wtedy nocowałem w schronisku, wychodząc na szczyt tylko podczas świtu. Przez dłuższą chwilę kontemplowałem widoki, wiatr i temperatura nie przeszkadzały, wręcz przeciwnie - w końcu przecież lubię zimno. Niestety, coraz więcej osób pojawiało się na szczycie, a to jednak trochę mi przeszkadza, nadszedł więc czas dokończyć pakowanie i powoli uciekać. Tutaj mała wpadka organizacyjna, gdyż nie do końca poinformowaliśmy się o kierunku zejścia, jednak wszystko udało się naprawić. Po niecałych 2 godzinach znowu jesteśmy na parkingu w Krowiarkach. Szkoda wracać, ale obowiązki wzywają. Jeszcze tylko obiad w restauracji Czarda w Widłach i spokojny powrót do domu. Kolejna zimowa Babia przeszła do historii.

Więcej zdjęć znajdziecie TUTAJ i TUTAJ

autor relacji i zdjęć: Łukasz Kuc
zdjęcie termometru i śpiworów: Marek Świech

Są i Tatry.



Comments