W końcu przytrafiła się okazja aby ponownie odwiedzić Przeklęty Węzeł nad Wrzącym Morzem. Anzelm zaoferował nam przelot fregatą kapitana Kharzaraka 'Ognisty Duch'. Niby mamy coś zdziałać w jego interesach. Nauczeni z Durakiem doświadczeniem z poprzedniej wyprawy, zastanawiałem się jak skutecznie odeprzeć ogniste ataki tzheenthów, aby fregata nie stała się dosłownie imiennym ognistym duchem. Oczywiście, pojawiły się płomieńce. Nie te suche placki do jedzenia, tylko demony strzelające z daleka ogniem. Trudno było je pokonać z tej odległości. Podczas gdy ich ogniste ataki, choć niecelne zadawały kolejne zniszczenia fregacie. Razem z załogą udało nam się ugasić pożary, ale nie obyło się bez strat. W ramach wdzięczności, Kharzarak powiedział, że miał zlecenie na pozbycie się nas z pokładu w drodze do Węzła.
W Węźle, z braku innego konkretnego celu postanowiłem udać się do portu i poszukać roboty i informacji o swojej przeszłości. Udałem się do doków, z nadzieją na nawiązanie kontaktu z innymi Korsarzami, lub pozyskaniem innych informacji, które pomogłyby mi coś przypomnieć sprzed Splecenia.
Chyba wyróżniałem się w tłumie robotników, bo mimo iż szukałem w porcie ofert związanych z załadunkiem, zauważyłem uzbrojonego aelfa, idącego od strony przycumowanej w pobliżu fregaty. Szedł prosto do mnie pewnym krokiem i zapytał z marszu:
- Ej ty! Chcesz zarobić? Aqua Ghyranis oczywiście, a nie nóż pod żebro … Chyba, że nie jesteś Korsarzem i boisz się wejść na naszą łajbę …
Wskazał niedbałym machnięciem ręki w kierunku fregaty. Pod płaszczem widać było poznaczony różnymi cięciami, ale wciąż dobrze wyglądający pancerz. Uniosłem prawą rękę w geście przywitania, a drugą poprawiłem poły płaszcza aby mieć łatwiejszy dostęp do kordelasa.
- Tak, szukam zajęcia i nie jest to pierwsza łajba na której pokładzie byłem. Możemy się dogadać, o ile robotę da się wykonać i wrócić w ciągu maksymalnie dwóch dni.
Aelf zatrzymał się poza zasięgiem broni i patrząc z ukosa rzekł:
- Potrzebujemy wsparcia eskorty, wybieramy się w miejsce w okolicy Węzła. Mamy tylko odebrać towar i dostarczyć na miejsce w Węźle. To wszystko. Kwestię zapłaty i inne sprawy wyjaśni kapitan. Idziemy.
Po czym ruszył w kierunku fregaty. Podążyłem za nim, obijając się o tłum złożony ze wszelkich ras i frakcji. Zaprowadził mnie po trapie wprost do kabiny na mostku, gdzie w wygodnym fotelu siedział starszy i doświadczony już aelf, z fajką w ręku. Gdy tylko weszliśmy, zapytał mego przewodnika:
- To już ostatni?
- Tak mam już wystarczającą eskortę.
- Dobra słuchaj Nowy - zwrócił się do mnie - masz proste zadanie. Mamy eskortować więźniów - kultystów Slanesha, z miejsca kilka godzin drogi stąd. Narozrabiali tyle, że nawet tutaj ktoś nam zapłaci za ich dostarczenie. Oprócz stałej załogi fregaty, mamy drużynę dwunastu do eskorty więźniów. Nie chcemy ryzykować. Dwie fiolki ghyranis możesz dostać teraz, osiem po robocie. Wyżywienie gratis w ramach dłuższego pobytu na fregacie. Co ty na to? Tylko nie zastanawiaj się długo, bo możemy zaraz ruszać.
Hmm, zastanawiam się. Może zapłata nie jest wygórowana, ale sporo tu jest Korsarzy. Może się czegoś dowiem przy okazji.
- Podejmę się tej roboty, ale jutro najpóźniej muszę wrócić - odpowiedziałem
- Wrócisz do jutra. A jak nie wrócisz to może dlatego, że nie będziesz już w stanie. Tu masz fiolki … - schylił się do kufra obok fotelu i wyciągnął drogocenny płyn w moim kierunku. - Jong, hej Jooong! - zawołał
Wziąłem fiolki i obróciłem się gdy zaraz otworzyły się drzwi kabiny i wpadł przez nie młody aelf. Kapitan, z fajką w kąciku ust zwrócił się do mnie:
- To jest Jong. Jest Jong bo to jeszcze młokos, ledwie czterdziestkę przekroczył. Jong będzie miał baczenie na ciebie, a ty na Jonga. Może potrenujecie razem, bo przydałoby mu się więcej doświadczenia w machaniu szabelką… khe, khe
Zakrztusiwszy się kapitan puścił dym z fajki ustami i nosem.
- No idźcie już, będzie tak jak mówiłem. Machnął ręką.
Wyszliśmy i Jong ciągnąc mnie za poły płaszcza, zaczął opowiadać gdzie co ma miejsce na fregacie. A, że był młody to opowiadał o wszystkim i ciężko mu było przerwać. Nie chciałem się na początku wychylać za bardzo i dałem mu się wygadać, czekając na okazję aby posłuchać też innych. Nie dostrzegłem nawet kiedy ruszyliśmy w drogę na północ. Zaproponowałem mu kilka sparingów na rozgrzewkę. Jong przystał na to ucieszony. Przypomniały mi się szkolenia, które prowadziłem w Studni. Gdy mieliśmy już dość, odpoczęliśmy w tzw. kajutach, to jest w hamakach na podpokładzie. Były gdzieniegdzie oddzielone cienkimi grodziami. Ale one miały chyba głównie rolę zabezpieczać przemieszczający się ładunek i nie pozwolić przemieszać zbyt szybko zapachowi ryb, grzybów i wykwintnych przypraw. Niedługo potem ktoś zawołał:
- Przygotować się! Przybywamy na miejsce!
Drużyna złożona z połowy eskorty udała się na ląd. Mieliśmy spotkać tu wojowniczkę Myrmydii o imieniu Lessa Stalowy Piorun. Nikt nam nie wyszedł naprzeciw. Fregata była pokaźna, nie byliśmy też niesłyszalni, ale teraz nikt już nie hałasował. Nawet Jong się nie odzywał, tylko wytrzeszczył oczy, jakby miał w ten sposób coś lepiej zobaczyć.
- Musimy wejść dalej - powiedział dowódca drużyny
Szliśmy wolno lekko rozproszeni. Pomału zaczynało zmierzchać. W oddali pojawiła się mgła. A może to dym? Podeszliśmy bliżej. Z daleka było widać porozrzucane drewniane drągi i kawałki sznura. Dym unosił się z dogasającego ogniska, przy którym leżały nienaturalnie wygięte zwłoki wojowniczki i jej towarzyszy. Dowódca zarządził zwiad w okolicy, ale nie było ani śladu po kultystach. Z pozostawionych drągów i sznurów, skleciliśmy nosze i zabraliśmy ciało wojowniczki. Wróciliśmy na fregatę z posępnymi minami. Kapitan stał na pokładzie i krzyknął z niedowierzaniem:
- A cóż to! Gdzie więźniowie?
Dowódca skrótowo opisał sytuację, coraz bardziej zasępionemu kapitanowi. Po wejściu wszystkich kazał ruszać w drogę z powrotem.
- Przed nocą, dostaniecie jeszcze gulaszu grzybowego i kubek grogu kaktusowego. Ale nie jesteśmy w stanie dostarczyć więźniów, więc nici z pozostałej wypłaty.
Rozległy się pomruki niezadowolenia, szybko gasnące po tym jak kucharz wcisnął ciepłą miskę do rąk. Posiłek i mały kubek alkoholu raczej rozleniwiły wszystkich oprócz stałej załogi na wachcie. Więc udaliśmy się pod pokład do khmm kajut.
Jong znów zaczął gadać. Zapytałem go od niechcenia, czy był kiedyś na Arce. Po tym pytaniu aż oczy mu zaświeciły. Opowiadał, że był na 'Zdradzieckim Potworze' - ale w ramach zdobycia doświadczenia, musi uczestniczyć w różnych misjach. Do tej namówił go Kapitan - dawny znajomy rodziny.
- Ojca nie pamiętam, więc Kapitan to teraz najbliższa rodzina - odrzekł, bekając grogiem.
Nie chciałem się zdradzić, więc tylko zapytałem jak mu się podobało życie na Arce. Opowiadał o różnych codziennych sprawach, o tym jak wygląda zwykłe życie. Wiedziałem o tym, ale jakbym kiedyś o tym słyszał, a nie jakbym sam był mieszkańcem Arki. Potem zmienił temat.
- Na chwilę po tym jak przybyłem na Arkę, wszyscy byli poruszeni niedawną śmiercią syna kapitana. Podobno zaprzysiężony strażnik z którym wyruszył, wrócił sam opowiadając dziwne historie, że jego Pan zniknął a on go pomści. Normalnie na tym szczeblu taka sprawa to hańba, i strażnik powinien dokonać honorowe Zeihet aby być ze swoim Panem. Ale był jednocześnie mlecznym bratem i miał jak na strażnika wysoki status. Z jednej strony nie można go za bardzo tknąć, z drugiej strony sama jego obecność i niedopełniony rytuał wszystkich obrażał. Wobec ogólnego ostracyzmu wśród załogi, został wygnańcem. Znam go tylko z opowieści, już go nie było jak zamieszkałem na Potworze.
- Są takie zwyczaje. Nieczęsto dochodzi do takich sytuacji, bo zazwyczaj wszyscy walczą ramię w ramię ...
Zamilkłem w zadumie, przypominając sobie chwilę walki z morskim smokiem. To chyba nie był ten koniec. Ale czułem, że już wiem kim była jeszcze jedna postać, z którą czułem silną więź. Jong poszedł się wysikać, a ja ułożyłem się wygodniej w hamaku. Gwar sąsiednich rozmów przygasał, więc zasnąłem.
Nad ranem zbudził mnie portowy zgiełk robotników zaczynających poranną robotę. Wstałem, zbierając własne rzeczy. Na pokładzie wachtę miał aelf rekruter.
- Obawiam się, że nie mamy dziś innych zleceń.
Odpowiedziałem gestem w pożegnaniu i zszedłem trapem na wykończony na obwodzie pniami twardego drzewa pirs. Pójdę sprawdzić co się dzieje z resztą Splecionych, a jak będzie jeszcze trochę czasu, to poszukam czegoś w porcie.