Katarzyna Szybowska Pamiętnik Dziadka. Fragmenty pamiętnika Tadeusza Szybowskiego
Słowem wstępu chciałabym powiedzieć, że zawsze, ale to zawsze będę dumna z mojego dziadka. Był dla mnie nie tylko bohaterem. Nie tylko wzorem godnym naśladowania. Przede wszystkim widziałam w nim pięknego człowieka. I zawsze będę. Nie zamierzam nigdy zapominać tego ogromu dobra, które dał nam wszystkim, którym dzielił się z nami do końca swojego życia. Odszedł do Pana 24 maja 2019 roku. Zawsze będę o nim pamiętać, a jego wspomnienie, wspomnienie tego, kto pokazał mi jak pięknie można żyć i jak pięknie odchodzić – pozostawiwszy za sobą dobro, które nie przeminie – zostanie ze mną na zawsze. Na zdjęciach, w myślach, w słowach, w sercu. Jego rodzeństwo i rodzice, których nie dane mi było poznać, również pokazali swym życiem, że dobro i odwaga idą w parze. I przede wszystkim – trzymając się Boga, człowiek przetrwa wszystko, każdą próbę życia. Tymi słowami zakończę wstęp i przejdę do samej historii…
Pokrótce o każdym z rodzeństwa:
Stanisław (I) Szybowski – zmarł mając ledwie 7 lat po urodzeniu, z powodu zapaleniu opon mózgowych, wtedy jeszcze nieuleczalnego.
Jadwiga Szybowska – kochająca nauczycielka, żona, matka i siostra w jednym.
Jan (I) Szybowski – zmarł jako czteroletni chłopiec, chory na (również niegdyś nieuleczalną) grypę
Józef (I) Szybowski – po 3 tygodniach od narodzin (z przyczyn niewyjaśnionych do dziś) opuścił świat.
Maria Szybowska – również nauczycielka, również żona, również matka.
Jan Szybowski – ksiądz, przetrzymywany w więzieniu we Wronkach (lata 1948-1953), tam pomagający dzielnie współwięźniom. Nieustający w modlitwie za bliźnich, których miłował jak siebie samego.
Zofia Szybowska – także nauczycielka. Jak to ujął jej młodszy brat – w czasie okupacji chyba najdzielniejsza z nas wszystkich. Kochająca przyrodę i ludzi żona, matka i siostra. Mimo dramatycznej, nagłej śmierci męża, zięcia i córki do ostatnich chwil życia, nawet po amputacji nogi, pomaga innym całym sercem, mimo że sama jest w dramatycznym stanie. Umiera niedługo po tych wydarzeniach.
Antoni Szybowski – partyzant AK, dzielnie walczący za Ojczyznę żołnierz. Przez długi czas ukrywał się na cmentarzu śpiąc w trumnie. Zginął tragicznie mając ledwie 24 lata, w noc sylwestrową roku 1944 na 1945, postrzelony.
Adam Szybowski – wybitny śpiewak i jeszcze wybitniejszy nauczyciel kolejnych artystów, a także mąż i ojciec.
Stanisław Szybowski – mąż i ojciec. Lekarz. Zmarł na glejaka (nowotwór mózgu), lecz przedtem zdołał pomóc wielu, bardzo wielu ludziom.
Józef Szybowski – organista (tak jak ojciec), kochający mąż i ojciec. Cudowny starszy brat.
Tadeusz Szybowski (1932-2019) – polski aktor, ostatni z dwanaściorga dzieci Karoliny i Jana Szybowskich. Mąż i ojciec. Bardzo dobry człowiek.
Okupacja
Przeprowadzka. Nie wiem, czy to inicjatywa pana organisty z Prądnika (dla poprawy powietrza, czyli dla jego zdrowia), czy mojego Tatusia – żeby dzieci miały łatwiejszy dostęp do nauki, czy też jakieś powody dla poprawy bytu – dość, że w 1939 roku latem doszło do tej przeprowadzki. Pierwszy szok cywilizacyjny – to asfalt. Zeskoczyliśmy z furmanki, którą jeździliśmy my i odrobina naszych śmiesznych, biednych betów… i pobiegliśmy, oczywiście na bosaka, nie po kamieniach, a po gładkim, ciepłym asfalcie. A jaka była to radocha, nich świadczy o tym fakt, że pamiętam te odczucia do dziś. Potem, przeprowadzka do murowanego domu… z prądem elektrycznym! Światło zapalało się po przekręceniu kontaktu i równie łatwo gasło. Nikt się na prądzie z nas nie znał, więc zaraz pojawiły się zakazy i ostrzeżenia, żeby uważać. Ważne, że światło było… i było wielką atrakcją, zwłaszcza że nam dzieciom nie wolno było nic ruszać. To nie zacofanie i prymitywizm życia – takie ono było w 1939 roku.
II Wojna Światowa
Pierwszego września wybucha wojna. My odczuwamy to nie tylko historycznie, ale i namacalnie. Nasz – nie nasz dom stoi chyba sto metrów od wiaduktu kolejowego linii Kraków-Warszawa... i właśnie w niego celował niemiecki samolot – chyba pierwszą bombą na Kraków. Trafił w stojącą między naszym domem, a owym wiaduktem stodołę. Pożar i przerażenie. Tak się zaczęła dla mnie – siedmiolatka II Wojna Światowa.
Niewiele z wydarzeń, które jak nawałnica waliły się na nas, znam, ale wiem, że wszystkiemu towarzyszył strach dziecka i rozliczne znaki zapytania, – dlaczego?, dlaczego?... Przecież zawsze w domu mówiło się i czyniło tylko dobrze. Wierzyliśmy, że ludzie są dobrzy, że nie ma zła, nienawiści. Mały chłopiec był przerażony, zagubiony. Ale miałem przy sobie troskę najlepszych ludzi na świecie – troskę i miłość rodziców.
Niestety zdarzenia straszyły. Tatuś stale zagoniony troskał się nie tylko o nasz los, ale i o las przeróżnych ludzi potrzebujących pomocy. Działał w jakichś – głównie przykościelnych – organizacjach niosących ową pomoc, to rodzinom żołnierzy, co poszli na wojnę, to dzieciom osieroconym, to takim, co im Niemcy kazali opuścić mieszkania, to głodnym, to chorym. Dorosłym moim siostrom przykazał gdzieś uciekać. Nic nie rozumiałem. Miałem siedem lat.
Nie rozumiałem i takiego niezwykłego zdarzenia. Tatuś – w ramach swoich starań bytowych – zabrał ze sobą mnie i oczywiście nasz wózek do sióstr prowadzących przy ul. Naczelnej rodzaj domu dziecka. Może da się coś zarobić, załatwić dla dzieci w domu. Zostawił mnie przed domem przy pięknej, upalnej pogodzie. Rozglądałem się, podziwiałem budynek, piękny ogród i pola. W pewnym momencie usłyszałem płacz małego dziecka, chyba niemowlaka. Nieśmiało poszedłem w kierunku tego płaczu – i oto w snopku zboża zobaczyłem mocno już spalone słońcem maleńkie dziecko w beciku. Przerażony pobiegłem z krzykiem szukać Tatusia. Odnalazłem go i razem z siostrami zakonnymi rychło znaleźliśmy się obok niemowlaka. Siostry zabrały go do siebie i roztoczyły nad nim opiekę. Sporządziły też coś w rodzaju opisu tego, co i jak się zdarzyło. Pamiętam, że pytały też mnie o moje imię, bo nazwisko znały od Tatusia. Co się dalej działo z dzieckiem, już będącym pod troskliwą opieką, nie wiedziałem... do pewnego momentu. Ale o tym (obiecuję) później.
A życie toczyło się dalej. Dorastałem... na tyle, że Tatuś coraz częściej budził mnie rano, żebym poszedł „kalikować” miechy przy kościelnych organach, bo bał się, że nikogo do tego zadania nie znajdzie tak rano. Młodym wyjaśniam, że były to wielkie miechy, z których sprężone powietrze, przeciskając się do piszczałek, dawało dźwięk organom. Z tyłu tego urządzenia wystawał taki jakby pedał-drąg, który należało swoim ciężarem i siłą naciskać i tak poruszać owe miechy. Ciężka praca, bo mój ciężar był jeszcze zbyt mały i resztę trzeba było wykonać sposobem. Nauczyłem się tego i byłem bardzo dumny, bo... potrzebny.
Potrzebny stawałem się coraz bardziej, bo i konsekwencje wojny coraz bardziej doskwierały, w tym po prostu bieda, głód. Mamusia miała coraz częściej problem, co włożyć do garnka... dla coraz większej ilości dzieci, które przyjmowali rodzice pod opiekę. Także dzieci siostry Jadzi, jako że jej mąż Bolek wojskowy długo nie wracał z wojny. Szczegółów oczywiście, jako dziecko, nie znałem. Pamiętam jak moja Mamusia uczciwie dysponowała choćby słodyczami, które były zostawione właśnie dla nich. Zazdrościłem, ale rozumiałem – to było ich. Nigdy nie miałem żalu. To też nie moja zasługa. Ale wróćmy do tego pustego garczka. Otóż był taki okres, że Niemcy wywozili wielkim, ciężarowym autem suche chleby gdzieś za Kraków. Ale gdy przejeżdżali koło naszego domu – na zakręcie, przy którym mieszkaliśmy – zawsze parę chlebów spadało. Polowaliśmy na nie, porywali i z radością przynosili do domu. Tatuś siekierą ciął je, a Mamusia wypełniała nimi talerze pełne kminkowej zupy-wodzianki. Cóż to był za smak.
Później Tatuś z moimi siostrami otworzyli budkę-sklepik ze wszystkim, co można było sprzedać i coś zarobić na życie. „Dostawcą” towarów z przeróżnych śmiesznych hurtowni w mieście, (bo Prądnik był przedmieściem odległym od centrum ok. 5 km) byłem ja, plus ewentualnie brat Józik i wzięty na utrzymanie od ukochanej cioci Rózi kuzyn – też Tadeusz. Ciągnęliśmy i pchali ten drewniany nasz wózek. Wózek – ten sam, jeszcze w Kalwarii – przetrwał dwa, trzy pokolenia, a służbę kończył chyba w Brzeziu na probostwie brata ks. Janka w latach 80-tych... To koniecznie, choć trochę o tym wózku.
(…)
Ale wróćmy na Prądnik czasów okupacji. Tu wózek stał się bohaterem-partyzantem. Brat Antoś (wtedy 22 lata) był już w Armii Krajowej. Na rozkaz dowództwa AK pracował w niemieckim magazynie amunicji i chodził w niemieckim mundurze. Oczywiście pracował tam tylko po to, żeby wykradać amunicję dla partyzantów, którą to amunicję na owym historycznym wózku... woziłem ja – z przekonaniem, że wiozę np. jajka do naszego pseudo-sklepiku. Nie wiedziałem tylko wtedy, dlaczego część „towaru” była wyładowywana w sklepiku, a część wiozłem jeszcze kilometr dalej do stodoły pp. Kramarczyków. Dowiedziałem się o tym, ale dużo później. O tym jednak nieco dalej.
Jeżdżąc tym wózkiem do miasta i z powrotem przejeżdżałem (dziś to ul. 29 listopada) przez miejsce, gdzie Niemcy, mozołem więźniów budowali wykop pod tory kolejowe i wiadukt (jest do dziś). I tu byłem świadkiem scen, których się piekielnie bałem, których nie rozumiałem i nigdy nie zrozumiem. Jak ci Niemcy traktowali owych więźniów. Wcześniej pisałem o moim-dziecka lęku przed biciem. Otóż tutaj widziałem jak ci Niemcy nie tylko bili, ale katowali – do śmierci włącznie – tych biednych, wygłodzonych, bezbronnych, wycieńczonych, słaniających się ludzi – podkreślam – ludzi! Ludzie ludziom zgotowali ten los... Widziałem – ja dziecko! Tak poznawałem owoce wojny – tak poznawałem zło! Boże! Gdzie byłeś?!!!
Wracam do domu na Prądniku. Ojciec organistuje, ma świetnego księdza proboszcza – ks. Mól. W parafii idzie wielka akcja wszelakiej pomocy potrzebującym. Pojawiają się jakieś pomoce z RGO (Rady Głównej Opiekuńczej) – jakieś paczki. Tatuś ze wszystkich stron szuka środków do życia. Może liczyć zawsze na petetę. Jest kolęda, rozprowadzanie opłatków – groszowe, ale jakieś środki wpływają. Jest też ten śmieszny, ale też troszkę owocujący sklepik-budka, gdzie siostra Zosia nabawia się przeziębień, których skutki będą ją gnębiły do końca życia. Siostra Rysia pomaga jak może. Na krótko łapie też pracę nauczycielki. Bracia Adam i Staś idą do tzw. LHD, czyli pomocy Straży Pożarnej, i tak bronią się przed wywozem na roboty do Niemiec. Ziutek towarzyszy mi w pracach domowych, podobnie jak Tadek Bułdys przygarnięty do nas przez rodziców na prośbę cioci. Antoś – już pilot w AK – sporadycznie, konspiracyjnie daje znać o sobie. Dochodzi nawet do paru spotkań z nim... na cmentarzu (też byłem, mam też jeden z jego grypsów partyzanckich).
(…)
Przychodzi dzień dla nas najtragiczniejszy. W nocy z 3 na 4 stycznia 1944 roku dom zostaje otoczony i wkracza gestapo. W domu obok Mamusi, Tatusia, Rysi, Zosi, Haliny, Adama (Staś był w LHD), Ziutka i mnie jest jeszcze przechowywana Gruzinka (pięknie rysowała), Polka i dwóch pilotów angielskich. Osoby nie z rodziny Niemcy wywożą – nie znamy ich dalszych losów. Tatusia i Adama na zmianę zabierają do pokoju na tzw. drugą stronę na przesłuchania, nas pozostałych trzymają pod karabinem w dużym pokoju... Cały dom rewidują. My – sparaliżowani... modlimy się. Siostra Zosia, niby pomagając im w rewizji, sprytnie i odważnie chowa parę oszczędzonych złotych na górę, za nasz historyczny, rodzinny zegar. Jeden z Niemców bierze nuty i siada do fortepianu (tak, był fortepian) i zaczyna grać... Chopina (!) – a my trzęsiemy się z przerażenia i modlimy. W pewnej chwili zaczynają dochodzić do nas coraz mocniejsze i straszliwsze krzyki i Tatusia i Adama – bitych. Dowiadujemy się, że gestapowcy znaleźli na strychu pistolet ukryty tam w rulonie papieru do pakowania przez Antosia. Wpada wtedy i do nas jeden z gestapowców – jak się okazało Ukrainiec, który służył, jako tłumacz, ale głównie, jako kat Tatusia i Adama. Wpada z masą gróźb i przekleństw. Jak myśmy to przeżyli, jak przeżyła to Mamusia – nie wiem.
Po całym dniu – najgorszym w naszej rodzinie – przed wieczorem zobaczyłem jak zbitego, zsiniałego, skrwawionego, skatowanego Tatusia prowadzą – związanego, nie tylko na rękach, ale i na szyi, powrozem (takim dla krów), a zaraz za nim Adama – do wozu i wywożą „obiecując”, że kiedy Staś zgłosi się do nich, to wypuszczą Tatusia... Zgłosił się. Jego oczywiście zatrzymali, Tatusia oczywiście nie wypuścili. Nas zapewnili, że jeszcze tu wrócą po wiadomości gdzie jest Antoś... I wracali, a każdy zwalniający samochód przy zakręcie wstrzymywał nam oddech, a bicie serca zdawało się go rozrywać.
Wracali nie tylko na rewizje, ale i na rabunek, głównie ten Ukrainiec. Na własną rękę przyjeżdżał ciężarówkami i zabierał z domu wszystko, łącznie z cukierniczką ze stołu…
(…)
Nie skończyły się jednak odwiedziny gestapo. Przyjeżdżali. Kiedyś znowu przyjechali i wzięli mnie (11,5 roku!) na przesłuchanie. Przesłuchiwał mnie pan Ukrainiec. Wziął do ręki jakiś gruby batog (to było jego wyposażenie); dla próby i prezentacji działania uderzył mnie po goleniach – chyba nie zapłakałem, strach był silniejszy od bólu, a w ogóle to te moje nogi drżały nieprzytomnie. Chodziło o ten mój „transport jajek”. Oczywiście zapewniałem, że to były jajka – to on mnie znowu batogiem, mówiąc:
– Jajka zostawiałeś w sklepie, ale co dalej?
To ja, że do domu. To on znowu batogiem i dodaje:
– To pojedziemy tam, gdzie ty pojechałeś.
Doskonale wiedzieli, bo nas wcześniej śledzili. Zabrali mnie i siostrę Zosię i zawieźli tam na górkę. Jajek nie było, ale w stodole był... silnik samolotu, który jeszcze w 1939 roku Antoś z kolegami schowali z lotniska w Czyżynach.
A co z nami – Zosią i mną? Ponieważ aresztowali pp. Kramarczyków, to nas płotki – tym bardziej, że już w samochodzie nie było miejsca – puścili wolno. A my – najszybciej jak się dało – biegiem do domu, żeby uspokoić Mamusię. I tak się zaczął najboleśniejszy okres naszej rodziny. Tatuś, Adaś, Staś – uwięzieni. Antoś – nie wiadomo gdzie i co z nim. Mamusia ledwo żyjąca w swoim bólu, my przerażeni, co dalej. Pozostaje modlitwa i wiara, wiara i modlitwa niemal nieustająca.
Po pewnym czasie – dzięki grypsom – dowiadujemy się, że Tatuś i chłopaki siedzą na Montelupich. Idą zaraz nasze starania o widzenie i o pozwolenie na paczki dla nich. Tu znakomicie działają siostry Zosia i Rysia. My do tego jesteśmy z Józikiem za mali. Idą też naiwne starania o wykupienie Tatusia. Jesteśmy tylko haniebnie oszukiwani... Widzenia też nie daje się uzyskać – pozostaje jedynie chodzenie na Montelupich i wypatrywanie, czy w którymś z okien za kratami ich nie zobaczymy. Robimy to – my mali też – codziennie. Skutki – raczej złudzenia – są nikłe. Chyba tylko raz Zosi udaje się uzyskać krótkie widzenie z Tatusiem. Natomiast paczki stają się dla nas zadaniem numer jeden. Oczywiście towarzyszy temu problem, – co posłać? Ponieważ jest bieda, więc paczki mogą być tylko biedne i takie są: chleb ze smalcem, cebule, trochę cukru, soli, kawałek słoniny. Do tego jeszcze trzeba się liczyć z obostrzeniami. Największą pociechą są pierwsze listy z Montelupich (oczywiście cenzurowane) i grypsy przemycane przez dobrych ludzi.
Tak mijają pierwsze trzy, cztery miesiące. Potem dowiadujemy się, że Tatuś z chłopakami przeniesieni zostają do obozu koncentracyjnego w Krakowie-Płaszowie. Tatuś ma numer 12331. Stąd listy, a zwłaszcza grypsy bywają liczniejsze. Wiele z nich przemyca, pracujący tam w roli chyba jakiegoś pomocnika w transporcie, pan Józef Gospodarczyk, nasz parafianin, którego po latach spotkałem w Teatrze Rapsodycznym, – jako portiera. Dzięki panie Józefie!
(…)
Udaje się nam też zobaczyć Tatusia i chłopaków – przez druty – z ulicy Wielickiej, między obozem, a stacją kolejową Płaszów. Tatuś jest kompletnie siwy i tylko, ocierając łzy, troskliwym, ostrożnym ruchem pokazuje nam, z lęku o nas, żebyśmy już odeszli.
Wiosną i latem dochodzi do sytuacji nowej. Staś wychodzi do roboty na zewnątrz. Mianowicie więźniowie wykonują roboty ziemne i kamieniarskie przy budowie nowej drogi między Krakowem, a Wieliczką – dzisiejsza ulica Kamieńskiego – tam, gdzie stoi pomnik Płaszowski. Dla mnie rodzi się niezwykłe zadanie (mam 11-12 lat): podchodzenie pod miejsce ich pracy, wręczanie pilnującemu ich Niemcowi pół litra wódki, bądź jakichś pieniędzy, albo jednego i drugiego. Wtedy on, w czasie chwilowej przerwy w pracy, pozwalał mi usiąść z nimi – więźniami, którzy natychmiast nakładali mi pasiaka dla niepoznaki. Wręczałem im to, co przyniosłem i przekazywałem im wiadomości o nas, a Staś opowiadał mi o nich, o ich życiu w obozie. Rodziny innych więźniów, kiedy dowiedziały się o moich owocnych eskapadach, wyczekiwały na mnie przy tramwaju, którym dojeżdżałem do Łagiewnik – i obładowywały mnie torbami z żywnością dla swoich bliskich. Stałem się przewoźnikiem-hurtownikiem. Dwukrotnie zdarzyły mi się bardzo dramatyczne wypadki – wtedy ich grozy nie rozumiałem. Raz, pamiętam, wypatrzyli mnie z budki strażniczej obozu Niemcy... i puścili w moją stronę serię z karabinu maszynowego. Uratowały mnie żelazne wózki-transportery ustawione na szynach na budowanej drodze. Usłyszałem tylko dźwięk uderzających w nie kul, a sam zeskoczyłem za nimi w dół... i w nogi – życie uratowane.
Drugi przypadek był chyba groźniejszy. Kiedy już siedziałem wśród więźniów w płaszczu-pasiaku przyjechało dwóch oficerów niemieckich na koniach. Komendant grupy więźniów ogłosił apel. Stanąłem w szeregu między więźniami. Padł rozkaz:
– Kolejno odlicz!
Któryś z inteligentnych więźniów powtórzył cyfrę i tak ilość się zgadzała. Nie zgadzała się natomiast zbyt młoda gęba jednego z przestraszonych „więźniów”. Oficer podjechał na koniu do mnie, trzepnął mnie szpicrutą przez twarz, a komendant grupy, sam przerażony konsekwencjami, „zapewnił” z nerwowym uśmiechem, że to też więzień... Panowie oficerowie odjechali. Ja w nogi, ale oni, nie wiem czy z podejrzenia, czy z innych powodów, wrócili, a wracając wypatrzyli chłopca uciekającego jak najdalej od miejsca zdarzenia. Pędzili za mną, ale na moje szczęście laski łagiewnickie jeszcze wtedy były tak gęste, że oficerowie nie chcieli siebie, ani swoich koni narazić na zranienie gałęziami i zaniechali pogoni, a mnie udało się zwiać i chyba drugi raz ocalić życie... I jak tu nie wierzyć w łaskę boską i jak tu nie modlić się z wiarą? Ale do Płaszowa, pod obóz chodziłem dalej.
Niestety po paru miesiącach te kontakty, dające przecież pewność, że oni żyją, skończyły się. Zostali wywiezieni do obozu do Niemiec... Ale gdzie? Jak przeżyli transport? Czekanie, niepewność, wyobraźnia, strach.
A my tu „na wolności” wegetujemy. Siostry harują jak mogą, prowadzą tę budkę. My, chłopcy chodzimy do szkoły... i pracujemy naszym wózkiem, jako zaopatrzeniowcy i sprzedawcy. Mamusia w coraz większej rozpaczy, ale dzielna, mądra, zaradna. Gotuje zupy-nic, uprawia jarzynki, nawet ziemniaki w mini-ogródku, płacze, modli się... i pociesza nas. Ksiądz Janek jak może pomaga ze swojej pierwszej parafii w Marcyporębie. Żyjemy, wegetujemy, modlimy się, wierzymy. Wierzymy też, że oni wrócą... Wreszcie przychodzi pierwsza wiadomość od nich z obozu w Gross-Rosen, że żyją i są razem. Pracują tam w kamieniołomach (będę tam po latach)... I znowu listy (cenzurowane) i znowu paczki... ale jest je słać do kogo, bo żyją, są!
Brat-partyzant
ANTONI SZYBOWSKI – S. Jana i Karoliny z d. Włodarczyk, ur. 8 kwietnia 1919 r. w Skawinie, zm. 31 grudnia 1944 r. w Szpitalu św. Anny w Miechowie.
Był pilotem. Wojna zastała go na lotnisku w Czyżynach k/Krakowa. Działał w ruchu oporu od r. 1939. Przez pewien czas pracował w niemieckim magazynie amunicji, który znajdował się przy ul. Kamiennej w Krakowie. Z tego magazynu wykradana była amunicja dla oddziałów partyzanckich.
Podczas akcji zamachu na oficera gestapo, Antoni Szybowski został ranny pociskiem w udo. Ponieważ lekarz w Krakowie odmówił udzielenia mu pomocy, został przewieziony do miechowskiego szpitala i zarejestrowany pod zmienionym nazwiskiem Jerzy Karpiński. Do rany dołączyła się infekcja ropna. Usiłowano ratować go transfuzjami krwi, której dawcami byli pracownicy szpitala, m.in. dr A. Downarowicz. Niestety, nastąpiło ogólne zakażenie krwi, które było przyczyną śmierci. Miał pseudonim konspiracyjny „Jurek”.
Tyle – tylko tyle udało mi się „ocalić od zapomnienia” po moim bracie-bohaterze, który oddał swoje młode życie za ojczyznę... I tu nie ma odrobiny przesady, nieprawdy, patosu. Oddał życie za ojczyznę... w noc sylwestrową 1944/45, mając 24 lata! Dodajmy do tej notatki z „Historii cmentarza parafialnego w Miechowie” Jerzego Mrożkiewicza, że koledzy-partyzanci zachowali się należycie: przybyli na pogrzeb (jest jeszcze okupacja!) i oddali mu salwę honorową z partyzanckich karabinów. Mamusia o śmierci Antosia nic nie wiedziała. Tu jeszcze dodam, że ta śmierć uratowała Antosia od jeszcze tragiczniejszej sytuacji. Otóż Niemcy zorientowali się, że w szpitalu miechowskim leżą głównie partyzanci i dzień po jego pogrzebie przyszli do szpitala, wyciągnęli wszystkich chorych na zewnątrz i rozstrzelali – razem z Niemcami.
„Wyzwolenie”
Jest więc styczeń 1945 roku. Zbliża się Armia Czerwona, zbliża się z nią Wojsko Polskie... i moja dziecięca wiara i nadzieja w nich. Są bombardowania, walki. Jestem świadkiem jak partyzanci (jednego dobrze znałem) rozbrajają... i nawet rozstrzeliwują Niemców.
Janek Nowak, przyszły mąż Zosi, radzi nam schronić się w ziemiance na polach w Węgrzcach poza Krakowem. Może się powtórzyć historia z 39-tego roku z bombą, bo wiadukt kolejowy obok nas... Udajemy się więc tam wieczorem 17-go stycznia. Po drodze jestem świadkiem dramatycznej rozmowy Mamusi z Zosią:
– Zosia, powiedz mi teraz, jaka jest prawda o Antosiu. Przecież ja to czuję. Wyście przed sylwestrem brali jego czarne ubranie z domu. Mówiłaś, że na bal, a ja wiem, że na jego pogrzeb. Ja to wiedziałam. Zosia, my za chwilę możemy tu zginąć – ja chcę, ja muszę poznać prawdę. To jest moje dziecko...
Oczywiście Zosia przyznała się, a Mamusia po raz kolejny zdała egzamin matki-bohaterki! To nie mój patos – to hołd dla Mamusi. Były łzy, był ból, ale i siła mądrości...
Nasza „ucieczka” przed kulami była niczym wobec tego, co przeżyliśmy wszyscy w tamtej chwili. Dotarliśmy do kopca na ziemniaki wykopanego w szczerych polach, jak się okazało – polach... obustronnego ostrzału armatniego wrogów! Co się działo w środku – nie do opisania. W tym kopcu zgromadziła się masa ludzi. Na zewnątrz siarczysty mróz, a w środku zaduch coraz groźniejszy, brak powietrza. Świeczka gaśnie z braku tlenu. Jakieś dziecko wpada w atak lęku, wrzeszczy:
– Tatło! Tatło! Tatło!
Ani tato, ani nikt inny nie jest w stanie go uciszyć. Nawet wybuchy kul armatnich wokół nas wydają się mniej przerażające niż ta histeria dziecka. My wszyscy zbici w jedną masę ludzką nie widzimy żadnej przyszłości poza śmiercią, która czyha na nas na zewnątrz, ale chyba bardziej tu, w tym zaduchu i wrzasku... Ale skoro to wspominam, to znaczy, że przeżyliśmy i o świcie wróciliśmy. Ale gdzie?...
Miało być wyzwolenie, a tymczasem rychło po zmianie miejsca schronienia z tego kopca na piwnicę w domu, 18 stycznia, wczesnym rankiem do tejże piwnicy weszli pierwsi Rosjanie – „wyzwoleńcy”. Było to NKWD, które przyszło aresztować Antoniego Szybowskiego – partyzanta, który walczył z okupantem o wolność Polski. Przed aresztowaniem – i wszyscy wiemy czym – uratowała go śmierć. Antoś – cześć, najwyższa cześć twojej pamięci!!!
Powrót
I tak, mając 13 lat, stałem się właściwie dojrzałym mężczyzną... oczywiście poza sprawami męsko-żeńskimi. Poznałem zło i dobro, zacnych i podłych ludzi, poznałem smak rodzinnej miłości, poznałem ból fizyczny i moralny, strach, siłę nadziei, wiary, poznałem głód, groźbę śmierci, radość życia. Brakowało mi tylko doznań miłosnych, ale do tego były potrzebne lata. Przyszły – nawet w nadmiarze.
Teraz mamy rok 1945, mamy Polskę Ludową... Panie, miej nas w opiece. Wiadomości o losie Tatusia, Adasia i Stasia kompletnie się urwały. My tutaj wegetujemy. Ja zaczynam chodzić, dosłownie chodzić – na nogach – sześć kilometrów do gimnazjum... Pracuję nadal, jako „zaopatrzeniowiec” i „ekspedient”, trochę w ogródku, trochę przy parafii – byle żyć.
Wreszcie przychodzi dzień 15 maja 1945 roku. Wracają Adaś i Staś! Jeszcze w pasiakach obozowych, ale wracają... Niestety bez Tatusia. Radość i rozpacz przelewają się przez nasze serca. Najmocniej oczywiście przez umęczone do ostatka serce Mamusi. Co ona przeżywała? Tu tylko znaki zapytania. Chłopcy niechętnie opowiadają o swoich losach w obozach, a było ich po Gross-Rosen jeszcze kilka. Mówią trochę o samych początkach po wyzwoleniu, o powietrznych nalotach, dywanowych bombardowaniach i o strasznych biegunkach po pierwszym najedzeniu się. O tym, jak po przeniesieniu przez Adama chleba w worku stwierdzili, że w tym chlebie były kule karabinowe, co dowodzi, że ten chleb uratował mu życie. Tu wymowna, ohydna ciekawostka – miałem do tego wrócić. Otóż człowiekiem w rosyjskim mundurze, który rozdawał im chleb, był – ku ich przerażeniu – ów Ukrainiec-tłumacz z dnia aresztowania przez gestapo u nas!
Najwięcej mówią chłopcy po powrocie o tym ile i jak mocno starali się poznać losy Tatusia, którego zabrano w innym transporcie, kiedy Niemcy zacierali ślady po obozach koncentracyjnych. Chłopcy zdołali dowiedzieć się tylko, że ten ostatni transport z Nord-Hausen do obozu w Dorn Tatuś przeżył, ale co się działo dalej, nikt nie wie. Domysłów jest bardzo wiele – rozstrzelanie, głód, bombardowania, ale też to, że już po wyzwoleniu, w czasie transportu wycieńczonych więźniów statkiem do Szwecji (dla wzmocnienia ich) – statek ten, przez tragiczną pomyłkę, został zatopiony, jako statek niemiecki... Nazwisk przewożonych ludzi nigdy nie ujawniono...
Tak kończy się życie wspaniałego człowieka. A gdzie nagroda, bodaj uznanie???!!! A my, mimo dalszych dociekań, do dziś nie wiemy nic o losie i śmierci Tatusia – najlepszego z najlepszych, najukochańszego z najukochańszych. Tatuś – kocham cię i kochać będę do końca życia.
Zaczyna się nowe życie w nowej rzeczywistości. Siostry powoli dojrzewają do małżeństwa, Adaś i Staś zabierają się za uzupełnianie nauki, za początek studiów – Staś za medycynę, Adaś za Konserwatorium Muzyczne (dzisiejsza Akademia Muzyczna), Józik i ja chodzimy do gimnazjów, jeszcze przez jakiś czas prosperuje sklepik i wszyscy – nie wiem jak – pomagamy sobie nawzajem w zdobywaniu chleba. Ot, rzeczywistość skrzeczy.
Przychodzi rok 1948. Janek jest wikarym w Nowym Targu (też nam pomaga). Tam staje się porywającym kaznodzieją. Zbiera pieniądze – również przy skromnej pomocy Adama i mojej (przez występy artystyczne) – na budowę wielkiego kościoła w Nowym Targu. Nade wszystko zdobywa młodzież, która zachwycona jego nauką gromadzi się wokół niego.
(…)
Zdaniem księcia kardynała Adama Stefana Sapiehy [ks. Jan Szybowski] był najlepszym kaznodzieją na Podhalu... co niewątpliwie rozsierdziło Urząd Bezpieczeństwa. Jest więc brat bacznie inwigilowany przez UB, często wzywany na przesłuchania, szantażowany. Jednak konspiracyjnie sprawuje duchową opiekę nad partyzantami, spowiada ich, także "Ognia".
(…)
Sam byłem świadkiem zdarzenia w 1947 r., kiedy ubowcy przyprowadzili do mieszkania mojego brata (w Nowym Targu) aresztowanego mężczyznę - praktykującego katolika - aby go przesłuchać w obecności księdza, żądając przysięgi na ewangelię, że nie wie, gdzie jest jego syn - partyzant z oddziału "Ognia". Liczyli także na to, że tym przesłuchaniem ujawnią kontakty brata z podziemiem. Brat wziął w swoją rękę - rękę tego mężczyzny, owinął je stułą i zapytał: "możesz przysiąc, że nie wiesz gdzie t e r a z (podkreślając słowo "teraz" tzn. w tym momencie) znajduje się twój syn" - oczywiście, znacząco ściskając pod stułą rękę przesłuchiwanego, który spokojnie - z błyskiem zrozumienia w oczach - t a k ą przysięgę mógł spokojnie złożyć.
(…)
Ksiądz Jan Szybowski nie zawahał się przybyć do szpitala w Nowym Targu, aby udzielić Sakramentów Spowiedzi i Ostatniego Namaszczenia umierającemu Józefowi Kurasiowi - pseud. "Ogień" - który był zresztą postacią co najmniej kontrowersyjną. Ubowcy z oddalenia obserwowali posługę kapłańską i później przesłuchiwali księdza, żądając wiadomości, jakie mógł mu "Ogień" przekazać. Srodze się zawiedli, kapłan był nieugięty - zachował tajemnicę spowiedzi. O tym przesłuchaniu wiem od mgra Bolesława Derenia, autora książki o "Ogniu" - on zaś dowiedział się o tym od A. Goca - b. więźnia "Wronek" - który przebywał w jednej celi z księdzem Janem. Twój brat - choć nie skłonny do zwierzeń - opowiedział o tym przesłuchaniu A. Gocowi. Zachowanie tajemnicy spowiedzi - obowiązek kapłański - stawał się jednak heroizmem przy metodach, jakie bywały stosowane przez UB. Niezłomny ksiądz poniósł konsekwencje...
(…)
W 1948 r. brat został aresztowany. Zaraz wieczorem tego dnia, przed aresztem w Nowym Targu gromadzi się wielka masa ludzi żądających uwolnienia swojego księdza - niektórzy przyszli z siekierami. To oczywiście powoduje eskalację rygorów i oskarżeń. Brat zostaje więc rychło przewieziony do krakowskiego więzienia Montelupich - i tu dnia 8 stycznia 1949 r., po pseudo procesie, zostaje skazany na siedem lat więzienia! Pisze ówczesna prasa: "Ksiądz zbrodniarz za kratkami", "deprawował młodzież", "chciał siłą obalić ustrój”, bo mówił (koronny dowód oskarżenia!?): „Dwóm panom służyć nie wolno" (notabene jest to cytat z Ewangelii!!!). Byłem na tym "procesie". W więzieniu o zaostrzonym rygorze - we Wronkach - Janek przebywał aż do 1953 r. Kiedy, po wyjściu odbierałem go z więzienia - pierwsze swe kroki skierował do kościoła, gdzie chciał odprawić Mszę św. Nie chciano mu wierzyć, że jest kapłanem - to bolało!
Teatr
Wracam do teatru. Po likwidacji Teatru Rapsodycznego, po dyplomie aktorskim, mieliśmy prawo zaangażować się do jednego z teatrów dramatycznych w Krakowie, czyli albo do Teatru Starego, albo do Teatru im. J. Słowackiego. Dyr. Krzemiński lojalnie powiedział mi:
– Jeśli pan wybierze mój teatr, to pana przyjmę.
A dyrektor Henryk Szletyński:
– Jeśli pan nie podpisze umowy ze mną teraz, to Teatr Słowackiego i tak będzie się o pana bił. (!)
Nie musiał się bić. Umowę natychmiast podpisałem... i znowu przeżyłem radość życia. Wprawdzie u dyr. Szletyńskiego wiele nie pograłem, bo i on rychło odszedł, ale byłem w Teatrze Słowackiego, a to bardzo wiele. Chyba po roku dyrekcję objął dyr. Bronisław Dąbrowski i zaczął się dla mnie najlepszy czas teatralny. Nie, nie będę wyliczał blisko stu ról, ale choć kilka muszę.
Zacząłem od nagłego zastępstwa w świetnej, charakterystycznej, dużej roli Gucia w „Domu na Twardej” W. Korcellego – i to w jakiej obsadzie: Helena Chaniecka, Marta Stebnicka, Władysław Woźnik, Tadeusz Burnatowicz, Eugeniusz Fulde, znakomity Karol Podgórski – wystarczy? A to tylko część. Potem rychło życiowa, tytułowa rola Kordiana w dramacie J. Słowackiego – na rok 1956 pozycja niezwykle odważna i ważna... bo polska – więc niemal zakazana. Za tę rolę mojego życia składam dyrektorowi Dąbrowskiemu gorące dzięki.
(…)
Tu muszę dodać, że w tym czasie zaczęła się repatriacja Polaków z Sybiru. W Teatrze Starym zorganizowano koncert na rzecz tych zgnębionych cierpiętników. Brałem udział w tym koncercie największych w owym czasie artystów Krakowa... i kiedy powiedziałem monolog Kordiana do Spiskowych, a w nim słowa „a dziś zapytaj mewy lecącej z Sybiru ilu w kopalniach jęczy, a ilu wyrżnięto...”, brawa (nie dla mnie – dla tekstu, sytuacji) trwały kilkanaście minut. Potem i ja i Władysław Woźnik, który reżyserował ten koncert, wzywani byliśmy kilkakrotnie do Komitetu Wojewódzkiego Partii na reprymendy.