Przedwieczny Ulmaris
W najciemniejszych zakątkach portowych tawern Thalassii, tam gdzie wilgoć soli zjada mury, a ciszę przeszywa zaledwie szmer opowieści, mówi się o czymś, co nie powinno być nazwane, o Przedwiecznym Ulmarisem. To nie jest istota, jaką można pojąć umysłem śmiertelnika. Jego kształt jest zaledwie cieniem samej grozy, a to, co jawi się jako ciało, drży w sprzeczności z prawami znanego świata. Mówią, że jego macki, są jak rozkładające się pędy nienawiści, oplatają otchłanie, a każdy ich ruch wstrząsa fundamentami rzeczywistości. Przedwieczny spoczywa w mieście, którego imię nie jest już wypowiadane lecz dawniej było znane jako N’ythral. To miejsce istnieje poza czasem i przestrzenią, na dnie przepaści, gdzie ocean przechodzi w coś bardziej obcego i nieludzkiego niż pustka. Cyklopowe wieże miasta, zbudowane z kamienia tak czarnego, że zdaje się pochłaniać myśli, kryją tron, na którym pulsuje istota ale to nie sen, to nigdy nie jest nigdy sen. To wieczna, bezkształtna świadomość, której jedynym pragnieniem jest rozciągnąć swoją bluźnierczą obecność na powierzchnię. Ci, którzy zbliżyli się do granic znanego morza, wracali odmienieni. Ich twarze były pozbawione życia, ich spojrzenia martwe, a słowa, które wypowiadali, brzmiały jak niezrozumiałe, chropowate/chrapliwe jęki. Mówili o ścianach z kości, o dźwiękach przypominających odgłosy tysięcy oddechów wydawanych jednocześnie, i o mackach, które wydawały się być wszędzie, niewidoczne, a jednak czuwające. Nocą, w odległych wodach, rybacy widzą czasem światła unoszące się w gęstym mroku, o zieleni tak obcej, że wzrok od niej piecze, jakby umysł odrzucał jej istnienie. I zawsze, gdzieś na granicy świadomości, słychać dźwięk, pieśń, która nie jest pieśnią, jęk, który nie ma źródła. Ci, którzy słuchają zbyt długo, zaczynają nucić ją w snach, aż w końcu, pewnej nocy, odchodzą w milczeniu, wpatrzeni w horyzont. W porcie, gdzie opowieści te żyją w cieniach, starzy rybacy szeptem ostrzegają: „Nie wpatruj się w czarne wody, gdy horyzont znika, bo to, co tam żyje, wpatruje się w ciebie. Nie słuchaj szeptów fal, to nie fale mówią. A gdy usłyszysz pieśń, która przenika cię na wskroś, uciekaj… Bo kto odpowie, ten nigdy już nie wróci, a jego ciało stanie się tylko naczyniem dla głębinowej grozy.”
Legenda o Ognistym Skorpionie - Królu Piekielnych Piasków
W głębi pustynnych wydm krąży opowieść o Ognistym Skorpionie – potwornym stworzeniu, które według podań ma rozmiary niemal jak mały wzgórz. Jego ogon, zakończony żrącym jadem, potrafi wywołać ogniste wybuchy, niszcząc wszystko na swojej drodze. Mówi się, że potwór ten był kiedyś wcieleniem zapomnianego bóstwa, obdarzonego mocą przemiany i niszczenia, jednak z czasem jego boskość została wyparta przez dzikość natury. Obecnie pojawia się podczas najgorętszych dni pustyni, gdy piaski tańczą w ogniu, budząc lęk w sercach wędrowców.
Tajemnica Proroków Zmierzchu
W czasach wielkiej świetności królestwa elfów Eryntharu, gdy magia była codziennym chlebem, elfy marzyły o przekroczeniu granic życia i śmierci. Wierzyły, że połączenie obu światów otworzy drogę do nieśmiertelności oraz wiecznej mądrości. Z pomocą starożytnych artefaktów, tajemnych rytuałów i potężnych zaklęć rozpoczęły rytuał, który miał stworzyć most do wnętrza zasłony – bariery oddzielającej świat żywych od krainy umarłych.
Jednak zamiast zbudować łącznik między światami, doszło do tragedii. W miejscu, które elfy nazwali Przedwieczną Zadrą, zasłona zaczęła pękać, jakby sama tkanina rzeczywistości została rozerwana. Z jej ran wyciekały nie tylko duchy zmarłych, ale również istoty pół-umarłe – nienaturalne stworzenia, których istnienie mogło istnieć tylko na pograniczu światów. Chaos, który nastąpił, wypaczył równowagę między życiem a śmiercią, a mroczne cienie zaciemniły dawne piękno Eryntharu.
Wówczas, równolegle z rozkwitem elfickiego królestwa, istniało także królestwo Kharaz-Amin, spowite złotymi piaskami pustyni. W tym surowym kraju prorocy zmierzchu, postanowili ukryć, to co odkryte ponownie zostać nie mogło. Pod osłoną rozległych, nieskończonych piasków Kharaz-Aminu, prorocy zakopali artefakty, tablice i inskrypcje, które opowiadały o dramatycznym rozerwaniu zasłony. Tylko ci, którzy będą godni poznania tej tajemnicy – o czystości serca i mocy ducha – będą mogli odnaleźć drogę do zapomnianej krypty, gdzie spoczywa prawda o Przedwiecznej Zadrze.
Legenda głosi, że gdy nadejdą czasy wielkiego chaosu, a granica między życiem a śmiercią znów zostanie zagrożona, tajemnice, ukryte przez proroków zmierzchu, ujrzą światło dzienne. Wtedy cały Avaron, być może odnajdzie nowy porządek, ale za cenę, której nikt nie będzie w stanie przewidzieć.
Tak przetrwała opowieść o elfickim marzeniu o nieśmiertelności, które zamieniło się w tragedię – przestrogę dla wszystkich, którzy kiedykolwiek zapragną manipulować pradawnymi mocami życia i śmierci.
Legenda o zaginionym artefakcie
W dawnych, niewyobrażalnie odległych czasach, zanim królestwo Erynthar rozsypało się w proch pod ciężarem Przedwiecznej Zadry, istniał artefakt, który zarówno oświetlał drogi elfów, jak i rzucał na nie cień wieczystego potępienia.Natheril, harfa, której dźwięk przypominał szept wieczności, była ona dziełem rąk nieznanych istot, których intencje nigdy nie zostały wyjaśnione. Według elfickich przekazów, jej powstanie nie miało miejsca na ziemi, lecz w ciemnych odmętach pomiędzy gwiazdami, gdzie błądzą siły tak obce, że ich rozumienie mogłoby rozszarpać ludzki umysł na strzępy. Harfa pojawiła się nagle, pewnej bezksiężycowej nocy, w samym sercu Wieży Magów, jakby wyrwana z innej rzeczywistości. Nie przyniósł jej żaden posłaniec, ani nie została stworzona przez ręce magów. Zjawiła się otoczona aurą, której nie potrafili pojąć nawet najpotężniejsi czarodzieje. Jej korpus był zrobiony z kości nieznanej istoty, chłodnych oraz śliskich, mimo że powinna być martwa od eonów. Struny zdawały się być utkane z czystej nicości drgały, nawet gdy nikt ich nie dotykał, wydając dźwięki przypominające odległe lamenty. Szeptano, że Natheril nie była zwykłym instrumentem, lecz bramą, otwierającą ścieżki do innych wymiarów, gdzie przestrzeń i czas nie miały znaczenia. Mówiono, że każdy, kto zagra na harfie, staje się zarówno jej twórcą, jak i ofiarą, każdy akord otwierał drzwi do otchłani, przywołując rzeczy, których obecność nie powinna nigdy zakłócać tego świata. Pierwszym, który dotknął jej strun, był elficki król Aelyrion. Był on zdesperowany, by zdobyć przewagę w wojnach z ludźmi, które pustoszyły Erynthar. Gdy jego palce zaczepiły o struny, Wieża Magów zatrzęsła się, a wokół króla zaczęły wirować zjawy blade, bezkształtne istoty, które zdawały się przesuwać poza granicami widzialności. Pieśń, którą wydobyła się z harfy, nie była przeznaczona dla uszu śmiertelników jej dźwięk był zarazem pięknem i bluźnierstwem, melodyjną formą obłędu. Jego ciało, wpierw rozpadające się na pył, nie umarło w zwykłym rozumieniu smierci. Zamiast tego poddało się niewyobrażalnej przemianie. Struny Natheril otworzyły wymiary, które nie powinny być dotknięte przez żadnego śmiertelnika, a ich moc przepełniła króla, zmieniając go w coś nie z tego świata. Najpierw jego skóra zaczęła ciemnieć, jakby pochłaniały ją cienie. Stała się cienka jak pergamin, przez który przebijały się blade widmowe światła, pulsujące niczym blask światła odległych gwiazd. Jego oczy, niegdyś pełne dumy, wyparowały w kłębach dymu, a ich miejsce zajęły głębokie, czarne otchłanie, w których krążyły niezliczone drobinki, jak międzygwiezdny pył. Z jego pleców wyrosły potworne wypustki, nie były to skrzydła, ale coś pomiędzy płetwami a groteskowymi szczątkami dawnych członków, które poruszały się wolno, jakby tańczyły w rytm pieśni, która wciąż rozbrzmiewała wokół niego. Jego ciało zaczęło pulsować, zmieniać się i wyginać w kształty, które nie powinny istnieć w znanej geometrii. Ręce, dłonie a nawet jego stopy wydłużały się, aż przypominały cienkie, kościste ostrza, drżące w niemożliwym rytmie. Jego głos, lub raczej dźwięk, który wydobył z ust, był jednocześnie wrzaskiem i chorałem, harmonią tak przejmująco dziwną, że każdy kto usłyszał ten dźwięk popadał w obłęd. Szeptano, że jęki i krzyki magów, którzy byli świadkami jego przemiany, wciąż unoszą się echem pośród ruin Wieży. W chwili, gdy jego transformacja dobiegła końca, Wieża Magów zatrzęsła się do samego fundamentu. Kamienne mury pękły, a z wnętrza zaczęły wydobywać się smugi nieziemskiej energii, które pochłaniały światło wokół nich. Król Aelyrion, jesli wciąż można go tak nazywać, nie był już istotą, jaką znał Erynthar. Stał się czymś obcym, czymś, co nie należało ani do tego świata ani do żadnego innego. Mówiono, że jego umysł nie zdołał pojąć potęgi, którą próbował posiąść, a jego świadomość roztrzaskała się na fragmenty, dryfujące w otchłani pomiędzy wymiarami.