Fotografuję ku pokrzepieniu serc. Uzdrawiającą moc przyrody wyczuwa każdy z nas. A ja staram się oddać wiernie piękno i uroki mojej małej ojczyzny.
Michał Rażniewski
Michał Rażniewski – nota biograficzna
Michał Rażniewski (ur. 11 lipca 1953 r. we Wrocławiu) – emerytowany instruktor, trener narciarstwa, dokumentalista oraz webmaster.
W latach 1970–2014 był aktywnie związany ze Szkołą Narciarską i Sudeckim Klubem Sportowym „Aesculap”. Od 1995 roku posiada stopień Instruktora Wykładowcy PZN oraz Egzaminatora SITN z uprawnieniami do prowadzenia kursów kadrowych. W strukturach szkoły pełnił funkcję instruktora od 1975 r., trenera (Instruktor Sportu I Klasy od 1985 r.), a w latach 1995–2014 zajmował stanowisko Kierownika Wyszkolenia SN i SKS „Aesculap”, odpowiadając za szkolenie narciarzy i nauczycieli narciarstwa. Laureat Nagrody Starosty Jeleniogórskiego „LICZYRZEPY” (2010) oraz Honorowy Członek SITN (2018).
W pracy zawodowej kluczową rolę odgrywały jego umiejętności narciarskie, fotograficzne, filmowe oraz informatyczne, wykorzystywane bezpośrednio do obsługi technicznej i promocyjnej Stowarzyszenia:
Szkolenia narciarskie: Tworzył dokumentację kursów, kadrowych i egzaminów, szkolenia kadry instruktorskiej Aesculapa i współzawodnictwa oraz innych imprez - zawodów szkolnych i ogólnokrajowych w narciarstwie. Wdrażał autorskie techniki autofilmowania oraz analizy klatka po klatce przejazdów slalomowych i ewolucji z Programu Nauczania SITN-PZN, tworząc bazę materiałów dydaktycznych dla kadry i kursantów.
Praca kronikarska i historyczna: Przez dekady rejestrował na kliszach i taśmach wideo codzienne funkcjonowanie Mikrostacji Sportów Zimowych i Letnich Łysa Góra – Dziwiszów, kursokonferencje oraz egzaminy, stając się głównym autorem opracowań historycznych i archiwów Szkoły oraz Klubu „Aesculap”. Brał czynny udział w akcjach letnich - organizacji imprez sportowych. Na przykład cyklicznych zawodów rowerowych MTB "Łysogórki", czy wyścigów na hulajnogach.
Webmastering i informacja turystyczna: Samodzielnie opanował kod HTML i w latach 2000–2014 stworzył oraz osobiście prowadził oficjalny serwis internetowy szkoły (aesculap.com.pl), odpowiadając za poranne, codzienne komunikaty narciarskie o warunkach na Łysej Górze. Po wygaśnięciu domeny przejął ją w 2019 roku z celów archiwalnych, a obecnie prowadzi historyczną platformę „Piękna Łysa Góra”.
Autoportret
Moja droga: góry, kadry i przestrzenie wolności
Całe życie spędziłem w pracy, w nieustannym biegu i z walizkami pod ręką. Dopiero będąc na emeryturze, znalazłem czas, by zacząć składać własną historię w jedną całość. Dziś, patrząc wstecz, widzę jasno, że moja droga zawsze prowadziła przez góry, śnieg i przestrzenie, w których człowiek czuje się naprawdę wolny. Te pasje nie rodziły się w biurze – ich początek ma konkretną datę i miejsce.
Wszystko zaczęło się w 1959 roku. Miałem wtedy sześć lat, gdy mój tata, Stanisław Rażniewski – wzór sportowca i miłośnika gór – zabrał mnie na zawody narciarskie organizowane na Smogorni, w czasach klubu „Stal” Cieplice. Zaszczepił we mnie bakcyla na całe życie. Pierwszych nart nie pamiętam, ale z 1961 roku zachowało się zdjęcie, na którym stoję dumnie na niesamowicie długich deskach z wiązaniami typu Kandahar. Jako młody chłopak potrafiłem wieczorem iść z nartami na plecach, brodząc po pas w śniegu, do Chaty Smogorni, byle tylko ćwiczyć slalom w kotle – „na podchodzeniu”. Pamiętam ten wyjątkowy, surowy klimat. Noclegi na piętrowych pryczach, ryk Srebrnego Potoku za oknem, odgłosy strzelającego drewna w kuchennym piecu i ten poranny widok zamarzniętej wody w garnku, gdy wyskakiwało się z ciepłego śpiwora. Te przeżycia do dziś stoją mi przed oczami z niezwykłą wyrazistością.
Tam, na podchodzeniu, rodziła się moja technika i życiowy upór. Wiosną, a czasem nawet latem, uciekałem z Jeleniej Góry wysoko w Karkonosze, szukając „chwilodowców” – skrawków i łat topniejącego śniegu uwięzionych w żlebach. Podejście, zjazd, kilkanaście ciasnych skrętów i znowu w górę. Do utraty tchu, do całkowitego zmęczenia. A potem herbatka w schronisku i autobus do domu. Po latach, kiedy byłem już Instruktorem Wykładowcą PZN i Egzaminatorem SITN, wróciłem do tej idei z kamerą. Autofilmowanie przestało być ciekawostką, a stało się moim kluczowym narzędziem. Na znikających płatach śniegu na Łysej Górze, a także w Alpach podczas kursokonferencji, nagrywałem samego siebie. Rezygnowałem z wygody, rezerwowałem godzinę przerwy między obradami i podchodziłem na piechotę, by ustawić aparat i zarejestrować kilka czystych sekwencji śmigu. Potem analizowałem to klatka po klatce: pozycja, timing, praca nóg, balans. Pierwszy fotomontaż sekwencji ruchu składałem ręcznie w „szopie”, wycinając sylwetki z tła, bo zależało mi, by każda faza skrętu z Programu Nauczania była czytelna. To był zapis drogi, pasji i konsekwencji. Dowód na to, że doskonałość rodzi się z uważności i gotowości do pracy nad sobą – zwłaszcza wtedy, gdy trzeba iść pod górę.
Te karkonoskie i alpejskie przestrzenie wyryły we mnie głęboki ślad, który często wraca w moich snach i tekstach. Czasem patrzę na swoje zdjęcie w niebieskim kombinezonie i nawet nie chcę pamiętać daty ani pasma górskiego. Liczy się zatrzymany na nim stan wolności. Stan, który przychodzi, gdy góry przestają być wyzwaniem, a stają się naturalnym środowiskiem, chłodem i światłem, z którymi się stapiam. Często śni mi się Kaprun widywane z wysokości lodowca, alpejskie słońce, lazurowe niebo i ta absolutna cisza w kolejce górskiej, przerywana tylko stukiem liny na podporach, gdy razem z kolegami instruktorami – z których wielu nie ma już wśród nas – patrzyliśmy przez okno, by nasycić się krajobrazem na całe życie. To był mój ostatni wjazd i zjazd w Alpach. Dziś te sny i obrazy pomagają mi wracać do chwil, które fizycznie już nie wrócą, ale dzięki pracy nad montażami żyją we mnie nadal.
Równolegle rozwijała się moja druga natura – fotografia artystyczna i dokumentalna. Zaczęło się w 1981 roku, gdy urodziła się moja córka Joasia. Stary, mieszkowy aparat „Ercona” (którego używam do dziś) posłużył do uwiecznienia jej pierwszych kroków i rodzinnych spacerów na Zabobrzu. Zafascynował mnie proces czarno-białej ciemni, ta pełna kontrola nad ostatecznym wyglądem odbitki. Przez ponad trzy dekady byłem członkiem Jeleniogórskiego Towarzystwa Fotograficznego. Z czasem moją pasją stało się uwiecznianie mojej Małej Ojczyzny – Jeleniej Góry i okolic, Kotliny Jeleniogórskiej, miasta pośród gór, jego architektury i unikalnego pejzażu.
Kiedy w 2018 roku problemy kardiologiczne ostatecznie odcięły mnie od nart i intensywnych treningów, a w 2022 roku skomplikowane złamanie ręki w wypadku rowerowym ograniczyło moją sprawność, to właśnie aparat i przestrzeń internetu stały się moim nowym frontem. Moja przygoda z siecią ruszyła w 2000 roku od galerii „Wędrówki z aparatem w plecaku”. Jako 47-letni samouk, pisząc nocami kody HTML w edytorach Zajączek i Pajączek, wchodziłem w cyfrowy świat na piechotę. Dziś, mając 73 lata, przeżywam kolejny przełom – płynnie wszedłem w świat Sztucznej Inteligencji, budując nowe strony autorskie, projektując szatę graficzną i porządkując archiwa przy użyciu AI. Nie ma w tym wstydu, to czysty postęp i nowe skrzydła dla twórcy. Aby odciąć się od malkontentów, zamknąłem komentarze na profilach, ale mój fanpage „Zdjęcia Jeleniej Góry i okolic”, który gromadzi już ponad 8000 obserwatorów, wciąż tętni życiem.
Dziś moje tempo zwolniło, ale pasja nie wygasła. Dawne dalekie wyprawy rowerowe z sakwami po Polsce musiały ustąpić miejsca spokojniejszym trasom. Nadal jednak ruszam w teren na moim „fullu”, przemierzając leśne ścieżki i wertepy wokół Jeleniej Góry. Ręka wzmocniona śrubami i drucikami trzyma kierownicę wystarczająco pewnie, a ja cieszę się każdym kilometrem jak dziecko. Moim nieodłącznym kompanem podczas tych spacerów i fotograficznych łowów w mieście i okolicach jest pies – jamnik ZIBI.
Narciarstwo, setki kursów, tysiące kadrów, rowerowe szlaki i cyfrowe strony splatają się w jedną opowieść. I choć Aesculap i Łysa Góra zamknęły swoje podwoje, stając się dokumentem minionego czasu, czuję ogromną wdzięczność. Po latach życia na walizkach, kiedy wracam z moich wędrówek z aparatem i Zibim do domu, słyszę od mojej żony Basi proste słowa: „Dobrze, że jesteś w domu, Michał”. Wiem wtedy, że wszystko miało swój czas i swoje miejsce, a ja z radością dopisuję do swojej historii kolejne, zupełnie nowe rozdziały.
Michał Rażniewski
Liczyrzepa