W 2016 roku brałem udział w zbiorowej wystawie fotografii Jeleniogórskiego Towarzystwa Fotograficznego. Swoje prace zaprezentowało trzydziestu pięciu autorów – członków JTF. Wernisaż oraz uroczystości związane z 55-leciem istnienia towarzystwa odbyły się w piątek 28 października, o godzinie 17 w siedzibie Dolnośląskiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli w Jeleniej Góra (przy ul. 1 Maja 43). Podczas wernisażu Robert Kwiatkowski zrobił mi pamiątkowe zdjęcie. I okazało się, że jest to mój ulubiony portret do dziś dnia. Pozowałem do fotografii trzymając w rękach niezawodną lustrzankę Sony A550, którą fotografowałem przez wiele lat.
Moje zdjęcia na wystawie oraz notka autorska i okładka katalogu wystawy
Michał Rażniewski 2016
Pakując rzeczy przed kolejnym wyjazdem na letni bądź zimowy obóz narciarski, czy jakieś ważne zawody, nigdy nie zapomniałem włożyć do plecaka mojej Zorki czy Praktiki i kilku rolek filmów. Podczas wycieczek rowerowych latem i w trakcie trwania narciarskich treningów zimą, starałem się znaleźć chwilę czasu na zabawę z aparatem. W ten sposób powstał w ciągu ostatnich lat mój osobisty dokument fotograficzny, przedstawiający miejsca, w których pracowałem i moich uczniów jeżdżących na nartach. Pamiątkowe krajobrazy (może nigdy nie będzie mi dane być ponownie w tamtych miejscach) i zdjęcia małych narciarzy, którzy niedługo przestaną być mali, wkładam do albumów. Albumy te stanowią kronikę mojej pracy i zajmują honorową półkę w szafie lub szufladzie. Teraz nadszedł moment, aby zaprezentować te zdjęcia, które powstawały mimochodem, przy okazji moich górskich wędrówek…
Zdjęcie z wernisażu oraz dwa przykładowe zdjęcia wystawowe
To, co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to właśnie „tłum” rowerzystów – złożony z ludzi w każdym wieku: mężczyzn w garniturach, kobiet w spódnicach rozwianych przez wiatr, studentów, rodziców z małymi dziećmi w przyczepkach, seniorów jadących powoli, ale pewnie. Każdy w swoim rytmie, a jednak w pełnej harmonii. Nie było tam pośpiechu, nerwowości ani dominacji samochodów – to rower zdawał się mieć pierwszeństwo nie tylko na ulicy, ale w mentalności całego miasta.
Gdy dziś o tym myślę, widzę obraz miasta poukładanego, spokojnego, gotowego na przyszłość. Już wtedy, w 1995 roku, infrastruktura Kopenhagi robiła wrażenie: szerokie, osobne pasy rowerowe, często oddzielone od jezdni; stojaki pełne jednośladów; proste, ale funkcjonalne mostki i kładki; znajomy mi odgłos dzwonków rowerowych, który wplatał się w rytm miasta jak delikatny akcent muzyczny.
A przecież to nie wszystko. W tle tej rowerowej rewolucji stała Kopenhaga jako miasto zabytków i miejskiej elegancji – nie monumentalnej, ale stonowanej, harmonijnej. Nyhavn ze swoją kolorową fasadą, wtedy jeszcze nie tak turystycznie oblegany, bardziej autentyczny; pałac Amalienborg, strzegący pamięci o duńskiej monarchii; surowa, ale piękna katedra św. Mikołaja; wreszcie Tivoli – park, który łączył nostalgię dawnych lat z duchem europejskiej rozrywki. Nie były to zabytki „krzyczące”, tylko takie, które budowały tło – równowagę między historią a nowoczesnością.
Zapamiętałem też charakterystyczny porządek – czystość ulic, spokojną architekturę, funkcjonalność przestrzeni publicznych: szerokie chodniki, zadbane parki, ławki ustawione dokładnie tam, gdzie potrzebował ich przechodzień. Kopenhaga wydawała się miastem, w którym życie płynie miękko, bez szarpnięć. A ja, obserwując to wszystko, czułem coś w rodzaju lekkiej zazdrości – że można stworzyć miejsce tak przyjazne, tak ludzkie, tak sprawne.
Dziś wiem, że ten zachwyt był także zachwytem nad stylem życia, który dopiero zaczynał kiełkować w naszej części Europy. Wtedy, w połowie lat 90., Kopenhaga była dla mnie pierwszym prawdziwym spotkaniem z nowoczesnym miastem – takim, które nie goni za przyszłością, tylko spokojnie do niej dorasta.
Moje zdjęcia Kopenhagi były prezentowane na wystawie fotograficznej w galerii Jeleniogórskiego Towarzystwa Fotograficznego w czerwcu 1998 roku.