Fotografuję ku pokrzepieniu serc. Uzdrawiającą moc przyrody wyczuwa każdy z nas. A ja staram się oddać wiernie piękno i uroki mojej małej ojczyzny.
Michał Rażniewski
To, co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to właśnie „tłum” rowerzystów – złożony z ludzi w każdym wieku: mężczyzn w garniturach, kobiet w spódnicach rozwianych przez wiatr, studentów, rodziców z małymi dziećmi w przyczepkach, seniorów jadących powoli, ale pewnie. Każdy w swoim rytmie, a jednak w pełnej harmonii. Nie było tam pośpiechu, nerwowości ani dominacji samochodów – to rower zdawał się mieć pierwszeństwo nie tylko na ulicy, ale w mentalności całego miasta.
Gdy dziś o tym myślę, widzę obraz miasta poukładanego, spokojnego, gotowego na przyszłość. Już wtedy, w 1995 roku, infrastruktura Kopenhagi robiła wrażenie: szerokie, osobne pasy rowerowe, często oddzielone od jezdni; stojaki pełne jednośladów; proste, ale funkcjonalne mostki i kładki; znajomy mi odgłos dzwonków rowerowych, który wplatał się w rytm miasta jak delikatny akcent muzyczny.
A przecież to nie wszystko. W tle tej rowerowej rewolucji stała Kopenhaga jako miasto zabytków i miejskiej elegancji – nie monumentalnej, ale stonowanej, harmonijnej. Nyhavn ze swoją kolorową fasadą, wtedy jeszcze nie tak turystycznie oblegany, bardziej autentyczny; pałac Amalienborg, strzegący pamięci o duńskiej monarchii; surowa, ale piękna katedra św. Mikołaja; wreszcie Tivoli – park, który łączył nostalgię dawnych lat z duchem europejskiej rozrywki. Nie były to zabytki „krzyczące”, tylko takie, które budowały tło – równowagę między historią a nowoczesnością.
Zapamiętałem też charakterystyczny porządek – czystość ulic, spokojną architekturę, funkcjonalność przestrzeni publicznych: szerokie chodniki, zadbane parki, ławki ustawione dokładnie tam, gdzie potrzebował ich przechodzień. Kopenhaga wydawała się miastem, w którym życie płynie miękko, bez szarpnięć. A ja, obserwując to wszystko, czułem coś w rodzaju lekkiej zazdrości – że można stworzyć miejsce tak przyjazne, tak ludzkie, tak sprawne.
Dziś wiem, że ten zachwyt był także zachwytem nad stylem życia, który dopiero zaczynał kiełkować w naszej części Europy. Wtedy, w połowie lat 90., Kopenhaga była dla mnie pierwszym prawdziwym spotkaniem z nowoczesnym miastem – takim, które nie goni za przyszłością, tylko spokojnie do niej dorasta.
Moje zdjęcia Kopenhagi były prezentowane na wystawie fotograficznej w galerii Jeleniogórskiego Towarzystwa Fotograficznego w czerwcu 1998 roku.
(JELENIA GÓRA) Do końca czerwca możemy oglądać w Galerii Jeleniogórskiego Towarzystwa Fotograficznego wystawę „Kopenhaga”, autorstwa Michała Rażniewskiego.
Autor urodził się we Wrocławiu w 1953 r., natomiast mieszkańcem Jeleniej Góry jest od 43 lat. Zawodowo związany jest z narciarstwem i ma stopień Instruktora Wykładowcy Polskiego Związku Narciarskiego. Łączy pracę zawodową z fotografią. Aparatem i kamerą „zapamiętuje” wydarzenia z życia Sudeckiego Klubu Sportowego „Aesculap”, w którym pracuje, i Szkoły Narciarskiej. Fotografią zajmuje się już od 1981 r.
W wolnych chwilach lubi fotografować spokojne pejzaże.
W 1995 r. Michał Rażniewski wyruszył w dwutygodniową podróż na swoim rowerze przez kraje Skandynawskie. Pokonał na nim 1500 km. Kopenhagę zwiedził jako ostatnią, lecz wracając do Polski czuł niedosyt i postanowił wrócić do tego miasta w 1997 roku. Teraz możemy obejrzeć ją oczami fotografika.
„Rowery były wszędzie. Stały w specjalnych kojcach przed sklepami, podpierały ściany domów, czekały na właścicieli pod kawiarniami. Nowe, ładne i błyszczące. Stare i zardzewiałe, ale zawsze zdolne do jazdy. Wszystkie typy i marki. I ludzie…” (Z katalogu wystawy).
Justyna Adamczyk