W sieci można natrafić na relację p. Vasyla Lopucha z wizyty w Krakowie [post „Krakow. День перший після полудня”], w której stawia w oparciu o radziecką mitologię tezę o ocaleniu Wawelu oraz konsternacji Polaków na widok cyrylicy w katedrze.
Poniżej przedstawiam krótkie podsumowanie jego wywodu oraz merytoryczne odniesienie do faktów historycznych.
Tekst stanowi osobiste wspomnienia i refleksje z pobytu w Krakowie:
Wizyta na Wawelu i wspomnienie filmu: Autor po obiedzie udaje się na Wawel. Wspomina radziecki film „Major Wichr” o ocaleniu Krakowa i Wawelu przed wysadzeniem przez radzieckiego wywiadowcę, który miał przeciąć główny kabel detonacyjny.
Rozmowy z pracownikami muzeum: Autor pyta pracowników Zamku o historię „Majora Wichra”. Starsza obsługa odpowiada, że film zna, ale historia to fikcja – Kraków nie był zaminowany, wysadzono jedynie mosty na Wiśle. Autor dopytuje o ukraińskiego zwiadowcę Jewhena Berezniaka (grupę „Głos”) oraz białoruskiego dowódcę Aleksieja Botiana, lecz nikt z obsługi o nich nie słyszał. Autor sugeruje, że pomijanie ich wkładu wynika z niechęci do przyznania zasług obywatelom radzieckim, Ukraińcom czy Białorusinom.
Refleksja nad tożsamością historyczną: Wawel wywiera na autorze ogromne wrażenie. Oglądając Groby Królewskie oraz grobowce Mickiewicza, Słowackiego i Kościuszki, rozmyśla o braku analogicznych narodowych panteonów i udokumentowanych miejsc spoczynku dla bohaterów historii Ukrainy.
Napisy cyrylicą w Katedrze Wawelskiej: Autor zwraca uwagę na napisy cyrylicą przy freskach w pobliżu grobowców Władysława Jagiełły i Kazimierza Jagiellończyka. Twierdzi, że Polacy nie wiedzą o nich lub unikają rozmowy na ten temat, a pytania o nie wprawiają rozmówców w konsternację.
Popołudnie w Starym Mieście: Po zwiedzaniu autor spaceruje po starówce, wstępuje do lokalu „Naleśniki” na kawę i danie z dzieciństwa, a wieczorem kupuje wino i prowadzi długą, dyskusyjną rozmowę z gościnnym gospodarzem wynajmowanego mieszkania, który szuka odpowiedzi na jego pytania w internecie.
Szanowny Panie Vasylu,
Dziękujemy za podzielenie się osobistymi wrażeniami z wizyty w Krakowie oraz trafnymi spostrzeżeniami dotyczącymi piękna naszej architektury i dbałości Polaków o panteon narodowy na Wawelu. Warto jednak wyprostować kilka narosłych wokół Wawelu i Krakowa mitów, które wciąż funkcjonują w przestrzeni publicznej za sprawą dawnej propagandy radzieckiej:
Legenda o zaminowaniu Krakowa i kabel „Majora Wichra”:
Pracownicy Muzeum na Wawelu mieli pełną rację, określając historię przedstawioną w filmie „Major Wichr” jako fikcję. Jak wykazują współcześni historycy (m.in. z IPN oraz naukowcy UJ), Niemcy nigdy nie zaminowali zabytkowego centrum Krakowa, Wawelu ani Uniwersytetu Jagiellońskiego. Minowano wyłącznie obiekty o znaczeniu militarnym i komunikacyjnym (mosty na Wiśle, elektrownię, gazownię). Opowieść o wielkim kablu detonacyjnym i heroicznym ocaleniu miasta przez wywiad radziecki (grupy Berezniaka czy Botiana) była powojenną kreacją propagandy ZSRR, mającą stworzyć mit „ocalenia” i zatuszować postawę Armii Czerwonej wobec Warszawy w 1944 roku. W rzeczywistości Niemcy wycofali się z Krakowa pod groźbą okrążenia, wysadzając jedynie krakowskie mosty.
Działalność A. Botiana w Nowym Sączu:
Słynna akcja grupy Aleksieja Botiana z 18 stycznia 1945 r. nie dotyczyła Krakowa, lecz doprowadziła do wysadzenia składu amunicji w Zamku Królewskim w Nowym Sączu. W wyniku tej eksplozji ten cenny polski zabytek z XIV wieku został niemal całkowicie zniszczony. Twierdzenie, że znajdowały się tam materiały przeznaczone do zniszczenia Wawelu, było jedynie późniejszą próbą usprawiedliwienia tej destrukcji przez radziecką historiografię.
Napisy cyrylicą i malowidła bizantyjsko-ruskie na Wawelu:
Cyrylica i cerkiewnosłowiańskie inskrypcje w Katedrze Wawelskiej (szczególnie w ufundowanej w 1470 r. przez Kazimierza Jagiellończyka Kaplicy Świętokrzyskiej) nie są dla Polaków żadną tajemnicą ani tematem tabu. Przeciwnie – stanowią powszechnie znany w polskiej historii sztuki przykład syntezy kultury zachodniej i wschodniej w wielonarodowej Rzeczypospolitej. Jagiellonowie, będący wielkimi książętami litewskimi i władcami ziem ruskich, sprowadzali twórców z Rusi (m.in. ze szkoły pskowskiej), by ozdabiali gotyckie świątynie we Franko-Malarstwie bizantyjskim (czego przykłady poza Wawelem mamy także w Lublinie, Sandomierzu i Wiślicy). Jest to powód do dumy z naszej wspólnej, bogatej historii.
Cieszy fakt, że spacer po Krakowie i rozmowy z mieszkańcami przyniosły Panu wiele pozytywnych wrażeń. Zachęcamy do dalszego odkrywania historii naszych narodów w oparciu o rzetelne źródła historyczne, wolne od radzieckich narNarracji propagandowych.
Link do oryginalnego posta Vasyla Lopucha: https://www.facebook.com/vasyl.lopukh/posts/pfbid02fR9zKHywLYyZ7o1eAijA1aosae5Q9PGMXiKbw1qr5yo6jkog54HNqeKJzrP9d7pQl
Relację Wasyla Łopucha z Krakowa przeczytałem z tym większym zainteresowaniem, że od dawna znam jego działalność związaną z dokumentowaniem historii Zaleszczyk. To ważny kontekst, którego nie można pominąć.
Vasyl Łopuch stworzył w 2016 roku internetowe Archiwum Fotograficzne i Filmowe Zaleszczyk. Zgromadził w nim ponad cztery tysiące fotografii z drugiej połowy XIX i pierwszej połowy XX wieku, a także filmy i materiały wideo. Archiwum obejmuje między innymi ulice, budynki, Dniestr, mosty, pałac, panoramy, plaże, mapy i pocztówki. Szczególnie interesująca jest galeria „Osobistości”, poświęcona ludziom, którzy byli związani z Zaleszczykami i mieli znaczenie dla historii oraz kultury. Stworzył również dział „Kolekcje”, pełniący funkcję swoistego depozytariusza prywatnych zbiorów, oraz archiwum filmowe zawierające unikatowe materiały dotyczące miasta i jego mieszkańców.
To nie jest więc człowiek przypadkowo zainteresowany przeszłością. To ktoś, kto od lat zbiera ślady minionych lat i próbuje ocalić je przed zapomnieniem. I właśnie dlatego jego krakowska relacja wydała mi się szczególnie interesująca.
O czym właściwie jest ta krakowska opowieść? Na pierwszy rzut oka to relacja z pobytu w Krakowie: Wawel, Stare Miasto, restauracja z naleśnikami, wieczorne rozmowy przy winie. Ale najważniejsza część tekstu dotyczy czegoś innego.
Łopuch opisuje Wawel i wraca do znanej z radzieckiej propagandy oraz filmu „Major Wichr” historii o uratowaniu Krakowa przed wysadzeniem. Zestawia filmową legendę z postaciami rzeczywistymi — przede wszystkim ukraińskim oficerem radzieckiego wywiadu Jewhenem Berezniakiem, dowódcą grupy „Głos”, oraz białoruskim oficerem radzieckich służb specjalnych Olesiem Botianem. Następnie jego uwagę przyciągają cyrylickie napisy na wawelskich freskach. Pyta pracowników muzeum, czy znają historię o „ukraińskich” związkach z ratowaniem Krakowa i czy wiedzą o Berezniaku. Później pojawiają się ukraińscy naukowcy, artyści, Bohdan Łepki, a także refleksja autora o tym, gdzie są „mogiły naszych książąt, hetmanów, sławnych bohaterów i twórców narodu ukraińskiego”.
Nie jest to więc wyłącznie relacja turystyczna. To opowieść o odnajdywaniu ukraińskich śladów, bohaterów i elementów dziedzictwa w historii polskiego Krakowa. I właśnie tutaj zaczyna się moja refleksja. Bo człowiek, który zajmuje się pamięcią, siłą rzeczy wpływa również na to, co inni będą pamiętać.
Można zrozumieć, dlaczego Vasyl, zwiedzając Kraków, patrii na miasto inaczej niż zwykły turysta. Nie interesują go wyłącznie piękne wnętrza Wawelu. Zauważa nazwiska, napisy, freski, ludzi związanych z kulturą — historie, o których współcześni mogą niewiele wiedzieć. To jest cenna cecha.
Sam od lat zajmuję się podobnym rodzajem dokumentowania — tyle że przede wszystkim polskiej pamięci Kresów, Wołynia, Podola czy Zaleszczyk. Dlatego rozumiem tę potrzebę. Chcemy odnajdywać to, co zostało zapomniane.
Ale właśnie tutaj zaczyna się odpowiedzialność archiwisty i popularyzatora historii. Czym innym jest bowiem odnalezienie zapomnianego dokumentu, a czym innym jego interpretacja. Czym innym jest pokazanie starej fotografii, a czym innym powiedzenie odbiorcy, co powinien z niej wywnioskować. I w tym miejscu moja refleksja zaczyna różnić się od sposobu, w jaki Vasyl opowiada o Krakowie.
W relacji pojawia się Jewhen Berezniak - ukraiński oficer radzieckiego wywiadu, dowódca grupy „Głos”, działającej w rejonie Krakowa. Jego działalność jest faktem. Podobnie jak fakt, że grupa prowadziła rozpoznanie i przekazywała informacje radzieckiemu dowództwu. Ale czym innym jest potwierdzony fakt, a czym innym opowieść, która została z niego zbudowana.
Legenda o „Majorze Wichrze”, centralnym kablu, systemie zaminowania Krakowa i uratowaniu Wawelu jest znacznie bardziej skomplikowana, niż wynikałoby z prostej historii o radzieckim bohaterze, którego współczesna narracja zaczyna przedstawiać przede wszystkim przez jego ukraińskie pochodzenie. Podobnie jest z Olesiem Botianem i akcją w Nowym Sączu.
Nie chodzi mi o odebranie komukolwiek miejsca w historii. Chodzi o coś znacznie prostszego: żeby nie zamieniać faktu w legendę, a legendy w pewnik. Szczególnie wtedy, kiedy historia zaczyna służyć budowaniu współczesnej tożsamości.
W relacji Wasyla zwróciło moją uwagę pytanie, które powraca w różnych formach: dlaczego Polacy nie wiedzą o tych ukraińskich bohaterach i śladach?
To pytanie samo w sobie jest interesujące. Ale kiedy czytam cały tekst, zaczynam dostrzegać pewien schemat. Najpierw pojawia się ukraiński bohater związany z polską historią. Potem ukraiński ślad kulturowy. Potem cyrylica na Wawelu. Potem pytanie o ukraińskich książąt, hetmanów i bohaterów. A z tego zaczyna powstawać większa opowieść: Ukraińcy byli obecni w polskiej historii, mieli w niej swój udział, pomagali Polsce, współtworzyli jej kulturę, ale Polacy tego nie dostrzegają albo o tym nie pamiętają.
Nie twierdzę, że wszystkie elementy tej opowieści są nieprawdziwe. Wiele z nich jest prawdziwych i bardzo interesujących. Zastanawia mnie jednak proporcja.
Jeszcze ciekawsze są komentarze pod tekstem. Jedna z komentujących osób napisała o Wasylu, że „gdziekolwiek jest, potrafi rozbudzić zainteresowanie u naszych współczesnych”. To bardzo ciekawe zdanie, bo pokazuje, że autor nie jest odbierany wyłącznie jako ktoś, kto opisuje swoje podróże. Jest postrzegany jako człowiek, który rozbudza w Ukraińcach zainteresowanie określonymi elementami własnej historii.
Inny komentujący, odpowiadając na pytanie o cyrylicę na Wawelu, wskazał na Kaplicę Trójcy Świętej w Lublinie i napisał o „ruskim (ukraińskim)” artyście. Kolejna osoba dodała: „Kraków zawiera wiele osiągnięć ukraińskiej kultury, w szczególności rozpisy na Wawelu”.
I tutaj właśnie widzę coś bardzo interesującego:
Autor rzuca ziarno.
Czytelnik podchwytuje temat.
Drugi czytelnik dodaje następny przykład.
Trzeci rozszerza go na całą kulturę Krakowa.
I po chwili nie rozmawiamy już tylko o jednym fresku czy jednym artyście. Powstaje szersza narracja o ukraińskim dziedzictwie Krakowa. Nie twierdzę, że ktoś robi to świadomie - właśnie dlatego jest to dla mnie tak interesujące. Tak działa przecież każda narracja opiniotwórcza: autor wskazuje pewien fragment rzeczywistości, odbiorcy dopowiadają kolejne elementy, a po pewnym czasie pojedyncze fakty zaczynają tworzyć większy obraz.
Szczególnie zwróciło moją uwagę określenie: „ruski (ukraiński) artysta”. Tutaj trzeba zachować szczególną ostrożność.
Historia średniowiecznej i wczesnonowożytnej Europy Wschodniej nie posługiwała się naszymi współczesnymi kategoriami narodowymi. Ruski, ruski język, tradycja bizantyjska, piśmiennictwo cyrylickie – to wszystko jest ważną częścią historii ziem, które dzisiaj znajdują się przede wszystkim na Ukrainie i Białorusi. Ale nie można automatycznie postawić znaku równości: ruski = ukraiński w dzisiejszym znaczeniu tego słowa. To skrót, który może być wygodny dla współczesnej narracji narodowej, ale wymaga od historyka szczególnej ostrożności. Historia nie zawsze mieści się w granicach współczesnych państw i narodów.
Czasami, czytając takie teksty, można zadać sobie pytanie: czy jest w tym jakiś kompleks związany z potrzebą udowadniania ukraińskiej obecności, zasług i znaczenia w historii Polski? Nie wiem. I nie chcę tego rozstrzygać.
Być może jest to po prostu naturalna potrzeba odnajdywania własnego miejsca w historii Europy. Ukraina przez stulecia znajdowała się pomiędzy wielkimi organizmami politycznymi i kulturowymi. Nic dziwnego, że współczesnym Ukraińcom zależy na odnajdywaniu własnej podmiotowości i przypominaniu o ludziach, kulturze i wydarzeniach, które przez lata były przedstawiane głównie w rosyjskiej albo sowieckiej narracji. To zrozumiałe.
Ale właśnie dlatego potrzebna jest ostrożność. Bo istnieje cienka granica między odnajdywaniem własnej historii a przepisywaniem wspólnej historii na współczesne potrzeby narodowe.
I tutaj dochodzę do pytania, które dla mnie jest najważniejsze. Nie wiem, jakie Vasyl Łopuch ma poglądy na temat Wołynia - w jego krakowskiej relacji o tym nie pisze. Nie mam więc prawa przypisywać mu ani negowania zbrodni, ani ich relatywizowania. Ale właśnie dlatego chcę postawić pytanie bardziej ogólne.
Jeżeli z takim zaangażowaniem poszukujemy ukraińskich śladów, zasług i bohaterów w historii Polski, czy z takim samym zaangażowaniem szukamy dokumentów dotyczących ukraińskiej odpowiedzialności za zbrodnie na polskich cywilach na Wołyniu i w Galicji Wschodniej?
To nie jest pytanie przeciwko Ukraińcom. To jest pytanie o uczciwość pamięci.
Historia Polski i Ukrainy nie składa się tylko z ludzi, którzy sobie pomagali, ani tylko z tych, którzy ze sobą walczyli. Jest znacznie bardziej skomplikowana:
Kiedy mówimy o Wołyniu, nie wolno zapominać o najważniejszym. Ofiarami byli przede wszystkim zwykli ludzie: kobiety, dzieci, starcy, całe rodziny. Ludzie, którzy nie byli żołnierzami, nie prowadzili żadnej wielkiej polityki, a po prostu mieszkali w swoich domach.
Dlatego Wołyń nie może być jedynie przypisem do historii polsko-ukraińskiego konfliktu. To była tragedia konkretnych ludzi.
Nie interesuje mnie tworzenie kolejnej narodowej opowieści, w której jeden naród jest wyłącznie dobry, a drugi wyłącznie zły. Dlatego właśnie nie chcę mówić: „Berezniak - Ukrainiec, więc to część ukraińskiej winy”. To byłoby absurdalne. Berezniak nie odpowiada za Wołyń. Tak samo Wołyń nie odbiera znaczenia ludziom, którzy pomagali Polakom.
Berezniak nie unieważnia Wołynia. Wołyń nie unieważnia Berezniaka. To powinno być oczywiste. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy zaczynamy wybierać z historii tylko to, co jest wygodne dla naszej wspólnoty.
Może właśnie to jest najważniejsze: pamięć zbiorowa nie powstaje tylko z tego, co mówimy - powstaje również z tego, czego nie mówimy.
Jeżeli w wielu opowieściach pojawiają się ukraińscy bohaterowie, ukraińscy naukowcy, ukraińscy artyści, ukraińskie ślady na Wawelu, ukraińskie związki z Krakowem – to wszystko razem tworzy określony obraz przeszłości. I nie ma w tym nic złego. Pod jednym warunkiem: że ten sam naród potrafimy pokazać również wtedy, gdy jego historia nie daje powodów do dumy. W przeciwnym razie powstaje nie historia, lecz historia wybierana.
Myślę, że Polacy i Ukraińcy mają przed sobą bardzo trudne zadanie. Nie potrzebujemy kolejnej historii, która będzie udowadniała, że jeden naród był zawsze lepszy od drugiego. Potrzebujemy historii, która potrafi powiedzieć:
Tak - byli Ukraińcy, którzy ratowali Polaków.
Tak - byli Ukraińcy, którzy współtworzyli kulturę dawnej Rzeczypospolitej.
Tak - były ukraińskie ślady na Wawelu i w Krakowie.
Ale również:
Tak - OUN i UPA prowadziły antypolską akcję, której ofiarą padła ludność cywilna.
Tak - tysiące Polaków zostało zamordowanych.
Tak - były kobiety i dzieci.
Tak - trzeba o nich pamiętać.
Jedno nie kasuje drugiego. I właśnie dlatego uważam, że najważniejsze pytanie nie brzmi: „Kto był Majorem Wichrem?”.
Najważniejsze pytanie brzmi: czy mamy odwagę pamiętać o całej historii – również wtedy, kiedy nie pasuje ona do naszej narodowej opowieści?
Bo tylko taka pamięć może być naprawdę wspólna. Nie pamięć wygodna. Nie pamięć wybierana. Pamięć uczciwa.
Bibliografia i źródła merytoryczne:
Kraków w latach 1939–1945, pod red. prof. A. Chwalby, Kraków 2002.
Malowidła bizantyjsko-ruskie w Kaplicy Świętokrzyskiej, Oficjalny przewodnik Zamku Królewskiego na Wawelu.
Opracowania naukowe Instytutu Pamięci Narodowej na temat walk o Kraków w 1945 r. oraz mitologizacji działań radzieckich grup wywiadowczych.
Foto: Michał Rażniewski