Obiektywem schwytane, wyobraźnią dopisane
Nie fotografuję dla statystyk ani dla pośpiechu. Fotografuję, bo nie potrafię przejść obojętnie obok miejsca, w którym żyję od dzieciństwa. Kotlinę Jeleniogórską znam nie z map, lecz z tysięcy spacerów – o świcie, w mgle, w deszczu, w słońcu. Aparat jest ze mną zawsze, ale zdjęcie powstaje dopiero wtedy, gdy światło i chwila zdecydują się współpracować.
To portfolio jest zapisem tej cierpliwości. I wdzięczności.
Prawie cała moja dotychczasowa twórczość obejmuje Kotlinę Jeleniogórską – skrawek Dolnego Śląska, który od lat nazywam swoją małą ojczyzną. Najczęściej kieruję obiektyw na Jelenią Górę oraz góry, które ją otaczają i współtworzą jej niezwykły charakter. To miasto i krajobraz, które nie narzucają się od razu. Trzeba się z nimi oswoić, a potem pozwolić, by same zaczęły opowiadać.
Przed laty poprosiłem rysownika, aby w prosty i nieco humorystyczny sposób przedstawił moją ideę fotografowania. Powstała grafika wędrowca – spacerującego po jeleniogórskim rynku, pod arkadami kamienic, z plecakiem, w którym czeka aparat i kamera. To w gruncie rzeczy autoportret.
Zatrzymuję się, rozglądam, patrzę na drogowskaz – i wiem, że za chwilę znów spróbuję uchwycić coś, co za moment może zniknąć.
Poświęcam wiele czasu na samotne spacery z aparatem i kamerą po moim mieście. To nie jest plan produkcyjny ani projekt „na termin”. Fotografowanie przypomina raczej polowanie – na światło, na nastrój, na chwilę. Czasem trzeba wrócić wiele razy w to samo miejsce i cierpliwie czekać na odpowiednie warunki pogodowe.
Dlatego to portfolio nie jest zamknięte. Będzie się powoli rozrastać. Nieregularnie, ale uczciwie wobec tego, co widzę.
Polecam Państwu tę fotograficzną opowieść o Jeleniej Górze i jej okolicach. To długi pokaz slajdów – projekt, który wymyśliłem w 2018 roku i który wciąż trwa. Niech te obrazy będą chwilą zatrzymania się, oddechu i spokojnego spojrzenia na miejsce, które wciąż potrafi zaskakiwać.
Fotografuję ku pokrzepieniu serc.
Uzdrawiającą moc przyrody wyczuwa każdy z nas.
A ja staram się oddać wiernie piękno i uroki mojej małej ojczyzny.
Michał Rażniewski
fotograf, autor projektów dokumentalnych
Zdjęcia i film pozwalają zatrzymać czas. Utrwalić to, co ulotne. Ocalić od zapomnienia miejsca, ludzi, zdarzenia. Kamera i aparat od lat są dla mnie naturalnym sposobem opowiadania świata. Filmuję i fotografuję, bo lubię. Bo tak potrafię najpełniej zapisywać własne życie i przestrzeń, w której ono się toczy.
Mieszkam w Jeleniej Górze. Kotlina Jeleniogórska i otaczające ją pasma górskie to moja mała ojczyzna – krajobraz, do którego nieustannie wracam, także z aparatem w dłoni. Przez wiele lat moje życie zawodowe i pasje skupiały się wokół narciarstwa, turystyki rowerowej, fotografii, filmu i tworzenia stron internetowych. Zimą były narty, latem rower, a aparat towarzyszył mi przez cały rok.
Przez długie lata byłem związany ze Szkołą Narciarską Aesculap. Pracowałem jako instruktor, trener, wykładowca, prowadziłem kursy na stopnie kadrowe SITN-PZN. Posiadam stopień Instruktora-Wykładowcy Polskiego Związku Narciarskiego. Przez czternaście lat prowadziłem także oficjalny serwis internetowy szkoły, dokumentując jej codzienne życie, szkolenia, zawody i wydarzenia.
Po zakończeniu pracy zawodowej stworzyłem prywatnego bloga poświęconego historii Szkoły Narciarskiej i Sudeckiego Klubu Sportowego Aesculap oraz jej dawnej bazie szkoleniowej – Łysej Górze w Górach Kaczawskich. To tam zebrałem materiały archiwalne, filmy i fotoreportaże, które dziś stanowią zapis świata, którego już nie ma. Ani Łysa Góra, ani Aesculap w tamtym kształcie nie istnieją – pozostała pamięć, obrazy i zapisane historie.
Film zawsze zajmował w mojej twórczości szczególne miejsce. Dokumentowałem górskie wycieczki, zimowe zajęcia narciarskie, jazdę synchroniczną instruktorów, slalomy zawodników, rozpoczęcia i zakończenia sezonów. W 2010 roku uwieczniłem obchody 40-lecia Szkoły Narciarskiej Aesculap. Realizowałem także komunikaty i raporty śniegowe Mikrostacji Sportów Zimowych i Letnich Łysa Góra – Dziwiszów. Dziś te materiały są nie tylko zapisem wydarzeń, ale również dokumentem epoki.
Wiele lat poświęciłem także fotografowaniu Jeleniej Góry i Kotliny Jeleniogórskiej. W moich galeriach internetowych znajdują się zdjęcia miasta, Doliny Pałaców i Ogrodów, karkonoskich i izerskich pejzaży, a także opisy tras rowerowych. Turystyka rowerowa była dla mnie naturalnym dopełnieniem narciarstwa – innym sposobem bycia w drodze i poznawania przestrzeni.
Dziś moje życie wygląda inaczej. Ze względów zdrowotnych – choroby wieńcowej i przebytej, skomplikowanej operacji ręki – nie jeżdżę już na nartach i nie pracuję w zawodzie instruktora. Ale potrzeba ruchu, obserwowania świata i opowiadania o nim pozostała. Nadal fotografuję, filmuję, tworzę, prowadzę stronę internetową i bloga. Spaceruję z aparatem po mieście i okolicach, wybieram się na krótkie wycieczki rowerowe, czasem – ostrożnie – także w teren. Zawsze na miarę możliwości, wieku i ograniczeń, ale z tą samą uważnością.
Moim tematem niezmiennie pozostaje Jelenia Góra i jej okolice. To tu zaczynają się i kończą moje wędrówki. Często dosłownie – w bramie bloku, w którym mieszkam. Rzadko korzystam z pociągów. Lubię, gdy droga wyrasta z codzienności.
W nogach mam dziesiątki tysięcy kilometrów. W oczach – setki miast, miasteczek i wsi. I wciąż to samo pragnienie: iść, jechać, patrzeć, zapisywać. Zdjęcia pozwalają mi wracać do tych miejsc w dowolnej chwili. Kawa, herbata, chwila ciszy. Fotografie poukładane w albumach – cyfrowych i tych w pamięci – przywołują obrazy dawnych dróg, rozmów, krajobrazów.
Dzielę się nimi nadal. Dla tych, którzy lubią patrzeć uważnie. Dla tych, którzy chcą zobaczyć Jelenią Górę i okolice moimi oczami. I dla tych, którzy wierzą, że warto ocalać od zapomnienia to, co pozornie zwyczajne.
✔️ Łysa Góra jakiej nie znacie…
Dziewięć historii o Aesculapie i ludziach, którzy przez lata tworzyli miejsce pełne pasji, pracy i wspólnych wzlotów. To opowieść o górach, nartach, codziennym wysiłku i wspomnieniach, które wciąż żyją na Łysej Górze. Minimalistyczna strona, białe tło, wygodna do czytania na telefonie – dla Aesculapiaków, przyjaciół Łysej Góry i wszystkich miłośników narciarskich historii.
Nowa strona o Helenie Mniszek — już dostępna!
✔️ Z ogromną radością prezentuję specjalną stronę poświęconą Helenie Mniszek, autorki bestsellerowej powieści Trędowata (1909). Urodziła się w Kurczycach nad rzeką Słucz na Wołyniu. Pisała o miłości, konfliktach społecznych i życiu kobiet w swoich czasach. Jej książki zdobyły ogromną popularność i doczekały się wielu ekranizacji. Choć życie prywatne wypełniały jej obowiązki rodzinne i towarzyskie, pozostawiła po sobie bogaty dorobek literacki, który wciąż inspiruje czytelników.
Moja strona od zawsze była opowieścią o Jeleniej Górze, otaczających ją górach, rowerowych wyprawach, światłach poranków i detalach codzienności. O patrzeniu. O próbie zatrzymania chwili. Z biegiem lat coraz częściej jednak łapię się na tym, że fotografując współczesne miasto, widzę coś więcej niż tylko to, co znajduje się przede mną. Widzę obrazy nakładające się na siebie – ślady ludzi, miejsc i światów, które już minęły. Może właśnie dlatego dziś tak mocno przyciągają mnie dawne Kresy II Rzeczypospolitej – Wołyń, Podole, Huculszczyzna, dawne miasta i miasteczka rozsiane między Karpatami Wschodnimi a Dniestrem. To nie jest przypadkowa fascynacja. Przecież moje miasto po wojnie stało się domem ludzi przesiedlonych zza Buga, z tamtych gór, dolin i kresowych ulic. W pewnym sensie ich pamięć zamieszkała tutaj razem z nimi. Dziś, będąc już na emeryturze, podróżuję inaczej niż dawniej. Możliwości fizycznych wypraw są bardziej ograniczone, ale pojawił się inny rodzaj wędrówki – podróż przez fotografie, stare filmy, dokumenty, wspomnienia i opowieści. Godzinami potrafię oglądać archiwalne materiały, dawne zdjęcia, przedwojenne przewodniki i kroniki filmowe. To właśnie tam odnajduję świat, którego nigdy nie mogłem dotknąć osobiście, a który mimo to stał mi się bliski.
Bo fotografia nie kończy się na robieniu zdjęć.
Fotografia to także umiejętność patrzenia. Zachwytu nad światłem, krajobrazem, twarzą człowieka, starą ulicą, cieniem na kamienicy. To wrażliwość na piękno – zarówno to współczesne, jak i zapisane w starych kadrach. Sam fotografuję od lat, ale równie mocno uwielbiam oglądać prace innych fotografów – tych dawnych i współczesnych – którzy podobnie próbowali zatrzymać swoje emocje, swoją chwilę i swój świat. Kiedy oglądam przedwojenny film o dawnym Hirschbergu, widzę spokojne miasto pełne ludzi, którzy nie wiedzą jeszcze, że za chwilę wszystko się skończy. Te same place, te same ulice, które mijam dzisiaj. I nagle pojawia się dziwne uczucie – jakby współczesna Jelenia Góra nakładała się na dawny Hirschberg. Jakby obok mnie stali inni fotografowie, inni mieszkańcy, inni przechodnie.
A potem oglądam stary Lwów – pełen batiarskich piosenek, gwaru ulic, tramwajów, śmiechu i niezwykłego światła. I znowu mam wrażenie, że patrzę nie na historię, lecz na czyjeś prawdziwe życie zatrzymane tuż przed wielką zmianą. To właśnie wtedy zaczynam rozumieć, że fotografia jest czymś więcej niż dokumentem. To sposób łączenia światów. Świata tych, którzy musieli odejść z jednych miast, i tych, którzy przybyli do innych. Świata dawnych mieszkańców Dolnego Śląska i ludzi przyjeżdżających tutaj z Kresów Wschodnich. Dwóch historii, dwóch tęsknot i dwóch pamięci, które po wojnie spotkały się właśnie tutaj.
Moi dziadkowie opowiadali o świecie wielobarwnym – o sąsiadach różnych narodowości, o codzienności, która nie była jeszcze podzielona przez późniejszą historię. Długo słuchałem tych opowieści. Potem zacząłem oglądać stare fotografie i filmy. Aż w końcu zrozumiałem, że te wspomnienia w jakimś sensie stały się również częścią mojego własnego patrzenia. Dlatego na mojej stronie coraz częściej pojawiają się materiały „specjalne” – opowieści o dawnych Kresach, archiwalne filmy, stare fotografie, literackie opisy i dokumenty. Nie traktuję ich jako dodatku do fotografii. Dla mnie są jej naturalnym przedłużeniem. Bo czym innym są choćby przedwojenne Zaleszczyki – legendarna polska Riwiera nad Dniestrem? Oglądając film z 1937 roku, widzę świat niemal egzotyczny: plaże nad szerokim Dniestrem, dojrzewające morele i brzoskwinie, eleganckie pensjonaty, ludzi przyjeżdżających słynną Luxtorpedą z Krakowa i Lwów. Widzę miejsce pełne słońca, życia i przedwojennego uroku. A jednocześnie mam świadomość, że ten świat został brutalnie przerwany.
Podobne uczucie towarzyszy mi, gdy zagłębiam się w opowieści o Huculszczyźnie. Czytając Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego, niemal słyszę trembity niosące się po połoninach, widzę konie pędzące przez Czarnohorę i ludzi żyjących w rytmie gór, muzyki oraz dawnych obrzędów. To nie jest już tylko literatura czy etnografia. To gotowy obraz – pełen światła, kolorów, emocji i niezwykłej fotograficznej plastyki. I może właśnie dlatego te dawne światy tak mocno mnie dziś przyciągają. Nie przez politykę. Nie przez nostalgię samą w sobie. Ale przez ludzi, krajobrazy, estetykę i emocje zapisane w obrazach. Przez tę niezwykłą mieszaninę piękna i przemijania. Mam czasem wrażenie, że wszystkie te miejsca – Jelenia Góra, Lwów, Wołyń, Podole czy Huculszczyzna – łączy jedno wspólne spojrzenie. Spojrzenie ludzi próbujących zatrzymać swój świat choćby na chwilę: w fotografii, filmie, pieśni, opowieści albo pamięci. A ja, fotografując współczesność i jednocześnie zanurzając się w stare obrazy, mam poczucie, że dopisuję do tej historii własną warstwę. Może właśnie na tym polega fotografia. Nie tylko na patrzeniu. Ale na dostrzeganiu tego, co pomiędzy tym, co było, a tym, co pozostało.
Zapomniana polska Riwiera, czyli tam, gdzie winogrona smakowały najlepiej! Czy wiedzieliście, że w II RP mieliśmy własny śródziemnomorski raj? To Zaleszczyki – najbardziej ekskluzywny kurort przedwojennej Polski, położony w malowniczym zakolu Dniestru. Dlaczego to miejsce było tak wyjątkowe? Unikalny klimat – dzięki wysokim temperaturom rosły tu morele, melony, a nawet winogrona, z których słynął cały region. Luksus i elegancja – nowoczesne plaże, przeszklone pensjonaty i goście z pierwszych stron gazet. Najdłuższa trasa kolejowa – pociągi z Gdyni pokonywały ponad 1300 km, by dowieźć turystów prosto w to magiczne miejsce. Zaleszczyki to nie tylko słońce i zabawa, to także niemy świadek historii wrzesnia 1939 roku. Dziś miasto leży na Ukrainie, ale jego panorama do dziś zapiera dech w piersiach.
Źródło zdjęcia: Domena publiczna / Maurycy Bäumer galicyjski fotograf / Wikimedia Commons
Utwór „Wołyń 1943” autorstwa Lech Makowiecki to jedna z tych pieśni, które trudno traktować wyłącznie jako muzykę. To raczej przejmujące świadectwo pamięci – opowieść o tragedii, która na zawsze zapisała się w historii Kresów i losach tysięcy ludzi. Piosenka nawiązuje do dramatycznych wydarzeń Rzeź wołyńska – czasu bólu, strachu i utraty, który dla wielu rodzin do dziś pozostaje żywą raną. W interpretacji Makowieckiego nie ma patosu ani przesady – jest natomiast skupienie, cisza między słowami i emocja, która wybrzmiewa tym mocniej, im uważniej się słucha. To utwór, który nie tylko przypomina o ofiarach, ale też skłania do refleksji nad pamięcią, historią i odpowiedzialnością za jej przekazywanie kolejnym pokoleniom. Wpisuje się w nurt pieśni, które mają znaczenie nie tylko artystyczne, ale i moralne – są formą hołdu i próbą ocalenia od zapomnien
Istnieją w historii miejsca, które zamiast mapy, bardziej przypominają baśń opowiedzianą o świcie...
Czy słyszeliście kiedyś o Huculszczyźnie z czasów dwudziestolecia międzywojennego? 🏔️ To była bez wątpienia jedna z najbardziej mistycznych i kolorowych krain dawnej Rzeczypospolitej. Świat, w którym echo potężnych trembit niosło się po czarnohorskich połoninach, a zapach surowego drewna starych cerkwi mieszał się z dymem samotnych chat.