Ryszard Dziewulski
Źródło:
Arystoteles Dzieła Wszystkie, tom I, PWN, Warszawa 2003
/Tłumaczenie: Kazimierz Leśniak/
Cytaty z "Kategorii" markowane kursywą w kolorze niebieskim.
**
Dowolne rozważania na temat struktury bytu trudno byłoby nazwać rzetelnymi, jeśliby pomijały efekty badań Arystotelesa.
Pełną listę kategorii podał Arystoteles jedynie w dwóch miejscach: Kategorie, rozdz. 4 oraz Topiki, księga I, rozdz. 9. Oba wykazy ujmuje poniższa tabela, zestawiając je ze współczesnym rozumieniem kategorii wg Kotarbińskiego.
Istotnym problemem jest ustalenie, do czego odnoszą się używane przez Arystotelesa określenia „homonimy” i „synonimy”. Stwierdzenie, iż odnoszą się one nie do słów, lecz do rzeczy oznaczonych przez nazwy (…) Kategorie klasyfikują rzeczy, a nie słowa. /K. Leśniak, przypisy do Kategorii, Arystoteles Dzieła Wszystkie, PWN, Warszawa 2003, str 32/ wydaje się uzasadnione, nie wyjaśnia ono jednak tego, czym w istocie są owe „rzeczy”.
Wg Arystotelesa homonimami nazywamy rzeczy, które tylko nazwę mają wspólną, natomiast należąca do nazwy istota jest różna. Jeśli więc „zwierzęciem” nazwiemy zarówno obraz człowieka (rzecz 1) jak i człowieka (rzecz 2), to rzeczy owe będą homonimami. Wyjaśnienie istoty nazwy „zwierzę” orzekanej o rzeczy 1 lub rzeczy 2 – to odpowiedź na pytanie: co to znaczy „być zwierzęciem” w przypadku orzekania o danej rzeczy, a więc definicja wyjaśniająca aspekt, w jakim używamy nazwy „zwierzę”. W przypadku homonimów – definicje są różne, a więc tej samej nazwy używamy w różnych aspektach, natomiast dla synonimów tzn. rzeczy, których zarówno nazwa, jak i należąca do nazwy istota jest wspólna – tej samej nazwy używamy w tym samym aspekcie.
Mamy oto sytuację, w której tą samą nazwą („zwierzę”) oznaczyliśmy 3 różne rzeczy (obraz człowieka, człowieka i konia). Dwie definicje: (def.1) oraz (def.2 ≡ def.3) – posłużyły nam za zasadę przyporządkowania nazwy do rzeczy.
Stosując powyższy schemat do omawianego tu dzieła, wypada zauważyć, że wciąż jeszcze nie wiemy czego NAZWĄ jest słowo „rzecz”, a więc w jakim aspekcie używa Arystoteles tego wyrazu, czy może: czemu go przyporządkowuje.
W rozdziale 2. Arystoteles podaje podział rzeczy istniejących na podstawie ich dwóch własności: możności bycia orzekanym o czymś, i bycia lub nie bycia „w przedmiocie” (przez „w przedmiocie” rozumiem to, co jest w czymś nie jako część i co nie może istnieć oddzielnie od tego, w czym się znajduje).
Kolumna I tabeli obrazuje podział „rzeczy” na dwa typy: substancje (te, które nie znajdują się „w przedmiocie”, a więc w swym istnieniu są niezależne od istnienia innych rzeczy) i niesubstancje, czyli byty nieautonomiczne. Oba wymienione typy rzeczy mogą mieć charakter indywiduów (to, co jest indywidualne i jednostkowe, nie może być orzekane o żadnym przedmiocie) lub predykatów, czyli rzeczy orzekanych (kolumna II).
Powracając do istoty „rzeczy" - powyższa tabela dobrze obrazuje podstawowy kłopot wynikający z ujęcia Arystotelesowskiego: tą samą nazwą „rzecz” – obejmuje on zarówno byty samoistne (substancje pierwsze), jak i te, których istnienie jest wtórne: wszystkie inne rzeczy albo są orzekane o pierwszych substancjach jako podmiotach, albo występują w nich jako ich podmioty. Gdyby więc nie istniały pierwsze substancje, nie mogłyby również istnieć inne rzeczy. /Rozdz. 5, 2b5/).
Odwołując się do ustaleń rozdziału pierwszego: rzeczy posiadające tę samą nazwę mogą być albo homonimami (różniąc się definicją, czyli zasadą przyporządkowania nazwy do rzeczy), albo synonimami (posiadając wspólną definicję, a więc używając nazwy dokładnie w tym samym aspekcie). Wydaje się, że Arystoteles przekreśla ewentualność, iż mamy tu do czynienia z homonimami: Bo nie w większym stopniu jest kołem czworokąt niż podłużna figura; do żadnej bowiem nie odnosi się definicja koła. O ile po prostu definicja nie odnosi się do obydwóch przedmiotów, nie mogą być porównywane /Rozdz. 8, 11a9/. Jeśli więc rzeczy nie podlegających tej samej definicji nie można porównać, to nie dałoby się też ich zestawiać pod względem „bycia w przedmiocie” czy możności „bycia orzekanym”. Jedyną możliwością wydaje się ta, iż „rzeczy” są synonimami, a ich nazwa używana jest w aspekcie najogólniejszym: to, co istnieje.
A więc:
rzeczy ≡ byty
Tu jednak warto się zatrzymać.
Skoro bowiem nazwy „rzecz” używamy w aspekcie najogólniejszym i z tej racji musi ona obejmować wszystko, co istnieje – winny pod nią podpadać też i takie byty, które nie mogą być porównywane z innymi, w tym homonimy i kategorie. Ta konkluzja podsuwa jednak ważny problem: skoro wszelkie porównania mają sens jedynie wewnątrz poszczególnych kategorii, ich samych zaś ze sobą porównać się nie da, oznacza to, że gdyby istniały inne rodzaje bytów – potraktowalibyśmy je jako kategorie.
Skoro istotą „rzeczy” jest istnienie, a inne rodzaje „rzeczy” miałyby odmienną istotę – inne rodzaje bytów istniałyby na inne (różne) sposoby. Gdyby owe sposoby były do siebie niesprowadzalne, rodzaje bytów wzajemnie by dla siebie nie istniały. Prawdziwy kłopot musiałby jednak pojawić się wtedy, gdyby różne rodzaje bytów wzajemnie się przenikały. Każdy z nich, definiowany jedynie sobie immanentną istotą „rzeczy” – „rozpoznawałby” ową wspólną sferę istnienia jako inną cząstkę siebie (swoją kategorię). Różne rodzaje bytu mogłyby więc być dla siebie wzajemnie „niewidzialne”, co jednak nie zmieniałoby faktu, że wspólną sferę ich istnienia (ich wspólną kategorię) – można by nazwać homonimiczną, gdyż byłaby definiowana jednocześnie przez różne istoty.
Wydaje się, że taka właśnie sytuacja dotyczy kategorii substancji pierwszej, tym bardziej, że owa kategoria wspólna – dla każdej z istot ją współtworzących byłaby niezależna w swym istnieniu od pozostałych swoistych dla danej istoty kategorii, gdyż istniałaby dzięki czemuś „z zewnątrz”.
Sposób istnienia orzeczników, indywiduów niesubstancjalnych i substancji drugich – jest jasny: są to pojęcia. (Rodzaje i gatunki zaliczył Arystoteles do substancji wyłącznie dlatego, że: tylko one spośród predykatów ujawniają pierwszą substancję, jednak poza tym nie różnią się one od innych orzeczników: substancja druga oznacza raczej pewną jakość, bo przedmiot nie jest – jak w substancji pierwszej – jeden, lecz „człowieka” i „zwierzę” orzeka się o wielu podmiotach.) Świat idei (pojęć) – stanowiłby więc istotę kategorii wszystkich za wyjątkiem – substancji.
Jeśli w zamieszczonej tabeli porównamy wiersze A i B (klamra 1) z wierszami C i D (klamra 2), zauważymy, że są powieleniem siebie: rzeczy A oraz C to indywidua, rzeczy B oraz D to orzeczniki. Jedyną różnicę pomiędzy rzeczami opisywanymi przez klamry 1 i 2 stanowi fakt, iż jedne z nich Arystoteles umieścił „w przedmiocie”, a inne nie; gdyby nie to – ilość wierszy można by zredukować z czterech do dwóch.
W opisie rzeczy typów D i C czytamy:
- (ad. D): niektóre (rzeczy) znów bywają orzekane o przedmiocie i znajdują się w przedmiocie, na przykład wiedza jest w umyśle jako przedmiocie, a zarazem bywa orzekana o gramatyce jako przedmiocie
- (ad C): pewna określona wiedza gramatyczna znajduje się w przedmiocie, mianowicie w umyśle, ale nie jest orzekana o żadnym przedmiocie
A więc przedmiotem, w którym znajduje się zarówno predykat „wiedza” jak i indywiduum „gramatyka” – jest umysł.
Przykładami rzeczy typów A i B są człowiek (B) oraz poszczególny człowiek (A). Uznając – wbrew intencjom Arystotelesa – że powszechnik „człowiek” niczym nie różni się od powszechnika „wiedza” – trzeba by również umieścić go w przedmiocie, a więc w umyśle.
Najtrudniej przyjdzie przeciwstawić się Arystotelesowi w kwestii indywiduum substancjalnego, a więc substancji pierwszej, zadanie to wymaga bowiem redukcji fenomenologicznej. Wcześniej jednak – dla przejrzystości rozważań – konieczne jest odróżnienie słów określających różne sposoby „bycia”; skoro „bycie” w sensie najogólniejszym, obejmujące jego wszystkie możliwe sposoby, nazywamy „istnieniem”, dwa odrębne sposoby istnienia nazwijmy „egzystowaniem” i „bytowaniem”.
Zarówno „poszczególny człowiek”, jak i stojący przede mną kubek z kawą – bezsprzecznie są tym, co opisuje Arystoteles słowami: Wydaje się, że wszelka substancja oznacza pewne „to”. Co się tyczy substancji pierwszych, to jest niezaprzeczalną prawdą, że oznacza pewne „to”; bo rzecz wskazana jest niepodzielna i numerycznie jedna.
Zakładam, że istotę α stanowi świat „egzystujący” (istniejący przestrzennie), istotę ß – świat „bytujący” (istniejący ideowo), zaś substancja pierwsza – jest ich kategorią wspólną, tj. taką, na poziomie której możliwa jest obustronna komunikacja pomiędzy rodzajami istnienia.
Różnicę pomiędzy istotą α a istotą ß można spróbować zobrazować, zestawiając mózg z umysłem: mózg, jako rzecz przestrzenna, egzystuje, a więc istnieje na sposób pierwszy; umysł (w sensie: rozumność) – jako ocean rzeczy ideowych (pojęć) – bytuje, czyli istnieje na sposób drugi.
W tym miejscu wypada zwrócić uwagę na sprzeczność dwóch założeń: pierwsze z nich mówi, że oba sposoby istnienia definiowane są przez odmienną istotę, a więc – stosując ilustrację geometryczną – są niewspółpłaszczyznowe, co oznacza, że wzajemnie dla siebie nie istnieją; założenie drugie ustala, że egzystowanie i bytowanie posiadają sferę wspólną, dzięki której zachodzą pomiędzy nimi interakcje...
Z punktu widzenia teorii działań trudno byłoby przecenić doniosłość poruszonego tu problemu. Oba założenia wydają się być mocno uzasadnione, stanowiąc fundament prakseologii; gdyby pierwsze z nich nie było słuszne, nie mogłaby zachodzić celowość działań, gdyby nie było słuszne drugie – rację bytu straciłaby skuteczność. Najprostszym sposobem pozbycia się sprzeczności jest uznanie istnienia elementu trzeciego, umożliwiającego komunikację dwóch pierwszych. Rozwiązanie to wydaje się tym bardziej przekonujące, gdy uzmysłowimy sobie "nienaturalną" statyczność obu zakładanych sposobów istnienia, tymczasem:
- rzeczy przestrzenne - aby egzystowały - muszą przecież podlegać zmianie;
- pojęcia - aby bytowały - muszą trwać.
Wspólną osnową obu rodzajów istnienia byłby więc element trzeci - być może ten właśnie, który zwykliśmy nazywać "czasem" (istota γ?):
Powracając jednakże do kategorii…
Arystoteles powiedziałby: ten oto wskazywany przeze mnie przedmiot jest rzeczą przestrzenną. Fenomenolog zaś zauważyłby: słowo, którym rozpoczęliśmy niniejszy bieg myśli brzmi „zakładam”. Wszelkie procesy myślowe – w tym i te, których autorem był Arystoteles – są wyłącznie symulacjami ideowymi. Tak więc zarówno „poszczególny człowiek” jak i ten oto „kubek” – zawsze były i wciąż są tylko pojęciami, gdyż istotą świata mentalnego jest bytowanie.
Nie da się porównywać i zestawiać w tabelach rzeczy, które nie są pojęciami, to zaś, że niektóre z owych pojęć „przywiązujemy” do czegoś, co wydaje się istnieć na inny sposób – wcale nie sprawia, że owe „pojęcia przywiązane” przestają być pojęciami. Słowem: każda rzecz istniejąca przestrzennie (indywiduum egzystujące) np. ten oto koń – aby pojawić się w umyśle Arystotelesa jako substancja pierwsza poszczególny koń – musiała ulec transkrypcji do rzeczy istniejącej ideowo (indywiduum bytujące). W umyśle, a więc – używając terminologii Arystotelesa – „w przedmiocie”, w którym bytują wszystkie pojęcia. Wniosek ten (a właściwie kolejne „założenie”) uprawnia nas do zredukowania tabeli do dwóch wierszy; redukcja owa jest redukcją fenomenologiczną.
A więc „rzeczy” nie byłyby bytami, a jedynie:
rzeczy ≡ pojęcia
To, rzecz jasna, diametralnie zmieniałoby charakter dzieła Arystotelesa (co nie dotyczy jedynie "Kategorii", ale całego Organonu). Skoro bowiem wszystko, o czym mówi Arystoteles dałoby się sprowadzić do dwóch typów kategorii, tj. do indywiduów i ich orzeczników - to oznacza, że nie mielibyśmy tu do czynienia z rozważaniami ontologicznymi, ale raczej epistemologicznymi; rozmyślania dotyczyłyby nie tego, jakim świat jest w swej istocie, lecz tego, jakim go widzimy. Tego jednak można było się spodziewać od momentu, kiedy do rozważań dopuściliśmy redukcję fenomenologiczną: substancja, będąc teraz już tylko pojęciem substancji (czyli nie indywiduum egzystującym, a jedynie jego symulacją ideową, a więc przedmiotem intencjonalnym = indywiduum bytującym) - byłaby zwykłym "podmiotem zdania", predykat zaś, jako grupa kategorii satelitarnych - stanowiłby "grupę orzeczenia".
************************
aktualizacja: 10 X 2011
/Ryszard Dziewulski/
O intuicjach podobnej natury pisze Kotarbiński we Wstępie do Dzieł Wszystkich Arystotelesa (str. 15.): Sądzą więc niektórzy znawcy, że owe kategorie nie są właściwie jakimiś działami wszystkiego, co jest, lecz są raczej sensami, znaczeniami różnego rodzaju orzeczników lub orzeczeń.
Wydaje się, że uzasadnieniem takiego stanowiska może być fakt, iż w rozdziale 4., a więc w miejscu, w którym Arystoteles dokonuje dziejowej prezentacji poszczególnych kategorii - wylicza je on nie jako elementy bytu, ale jako „znaczenia” wypowiedzi: Każda nie połączona wypowiedź oznacza albo substancję, albo ilość, albo jakość... (itd.) Fakt, iż spośród wymienionych kategorii (znaczeń) tylko jedna posiada ciężar ontologiczny, wyrażony jest w cytowanym już powyżej, najważniejszym spośród wszystkich zdań „Kategorii”:
Gdyby więc nie istniały pierwsze substancje, nie mogłyby również istnieć inne rzeczy. /Rozdz. 5, 2b5/
Zdanie to każe mi uznać Arystotelesa za reistę, gdyż daje się je interpretować jedynie na trzy sposoby:
A) owym „innym rzeczom”, czyli kategoriom pozostałym (poza substancją) przypisujemy istnienie tylko dzięki istnieniu konkretnej substancji pierwszej, mianowicie mózgu, a więc rzeczy posiadającej zdolność doznawania zdań logicznych, czyli pojęć (jest to interpretacja somatystyczna a la Kotarbiński),
B) uznajemy, że owe „inne rzeczy” istnieją „w przedmiocie” (w mózgu) nie jako elementy, ale jako swoiste jakości substancji pierwszych (przez „w przedmiocie” rozumiem to, co jest w czymś nie jako część i co nie może istnieć oddzielnie od tego, w czym się znajduje), jednakże sposób ich istnienia jest odmienny od sposobu istnienia rzeczy rozciągłych, tzn. istoty rozumności nie da się sprowadzić do zjawisk fizycznych (reizm dualistyczny późnego Brentano)
C) uznamy – zgodnie z wcześniejszym tokiem rozważań – że nawet jeśli niektórym indywiduom bytującym (pojęciom substancji pierwszych, np. idea poszczególny koń) istotnie odpowiadają pewne byty egzystujące – to fakt ów jeszcze nie wystarcza do wyprowadzenia wiarygodnych sądów egzystencjalnych, gdyż dwa odmienne i niesprowadzalne do siebie sposoby istnienia – nie mogłyby się komunikować bez jakiejś trzeciej (co najmniej jednej) wspólnej płaszczyzny, a taką właśnie wydaje się być zmiana; dopiero suma owych trzech elementów (tj. materii, formy i zmiany) tworzy „rzecz” (reizm procesualny rzeczami nazywa procesy rozciągłe).
**
Prezentację kategorii w rozdz. 4. zamyka cytat, inspirujący do refleksji nad istotą oceny logicznej:
Żadna z wymienionych wypowiedzi nie występuje sama w jakimkolwiek twierdzeniu; dopiero przez wzajemne ich połączenie powstaje twierdzenie i przeczenie; bo każde twierdzenie musi być - jak się przypuszcza - albo prawdziwe, albo fałszywe; natomiast wyrazy, które nie występują w żadnym połączeniu, nie są ani prawdziwe, ani fałszywe, np. "człowiek", "biegnie", "zwycięża".
Wydaje się jednak (!), że o charakterze twierdzeń i przeczeń, jako nośnikach wartości logicznej, nie przesądza fakt, że zbudowane są one z wypowiedzi połączonych (np. zespoleń „biegnie zwycięża” albo „koń człowiek” nie da się ocenić prawdziwościowo), ale to, że struktura owych połączeń spełnia kryterium sensowności, to zaś zachodzi jedynie wtedy, gdy całość wypowiedzi posiada budowę podmiotowo-orzecznikową, a ściślej: procesualno-obiektową (np. „koń biegnie”, „człowiek zwycięża”).
To ostatnie doprecyzowanie wydaje się być o tyle istotne, że pozwala dostrzec występujące w zdaniu relacje w nieco odmiennym świetle. Zwyczajowo nie dostrzegamy bowiem, że podmiot odgrywa w zdaniu rolę drugoplanową, która sprowadza się jedynie do tego, by orzecznik miał o czym orzekać, jeśli jednak dowolną wypowiedź przedstawiamy jako relację procesualno-obiektową – staje się jasnym, że elementem decydującym o jej sensowności jest sam proces, gdyż tylko on może być potwierdzany lub negowany; sam obiekt bywa potwierdzany lub negowany jedynie w takim przypadku, kiedy rozumiemy go jako proces, np. istnieje x. Twierdzenie jest prawdziwe lub fałszywe, gdyż dotyczy rzeczy, która istnieje lub nie istnieje, a nie dlatego, że jest zdolne samo przez się przyjmować przeciwieństwa.
**
Wydaje się, że ustalenie, iż rzeczy ≡ pojęcia – w sposób zasadniczy komplikuje strukturę naszkicowaną podczas rozważania różnic pomiędzy homo- i synonimami. Uwzględniwszy tożsamość rzeczy i pojęcia, zmuszeni jesteśmy przyznać, że definicje aspektów stanowiłyby zasadę przyporządkowania nazw do pojęć. Jeśli teraz uzmysłowimy sobie, że definicje są zdaniami, a więc pojęciami złożonymi, zbudowanymi z wielu innych, różniących się od siebie pojęć, dla których to pojęć posiadamy inne, różne nazwy, z których każda wiązana jest ze swoim docelowym pojęciem przez własną definicję aspektu, a i te kolejne definicje aspektu również posiadają analogiczną strukturę – zrodzić się w nas musi pytanie: czy i gdzie – istnieje początek tej lawiny?
Zastanowić by się trzeba, czy stawiane w ten sposób pytanie w ogóle ma sens. Usiłując definiować pojęcia poprzez pojęcia złożone, z góry spodziewać się należy mnogich, szerszych i węższych pętli zwrotnych, odsyłających do siebie nawzajem, a więc wzajemnie się definiujących. Ostatecznie najprawdopodobniej zagubilibyśmy się w budowanym przez siebie labiryncie. Skoro więc badanie jednych pojęć przy pomocy innych prowadzić może na manowce (tu przypomina się reguła, zgodnie z którą nie da się badać danej dziedziny przy pomocy jej własnych narzędzi *) – być może powinniśmy przyjąć zasadę arbitralnego przyporządkowania nazwy do pojęcia, pojęcie zaś (stosując brzytwę) utożsamić z jego istotą, wyrażoną poprzez definicję.
* Założenie to jednak, jak sądzę, nie zawsze bywa słuszne. „Badanie”, a więc symulacja ideowa – jest właściwa dla świata bytującego, ten zaś nie wydaje się być ograniczony, gdyż w tym właśnie tkwi jego istota: w potencji przyjmowania na siebie symulacji o dowolnej postaci. U podstaw założenia, iż owa potencja posiada granice, których nigdy nie będzie w stanie pokonać, leży ten sam błąd, który podważa zasadność scholastycznej abstrakcji metafizycznej (petitio principii).
Ostatecznie zredukowalibyśmy cały schemat do dwóch elementów: istoty (definicji) i nazwy, której używamy dla jej oznaczenia. Aby wymknąć się z pułapki labiryntu pojęć, wypada dokonać transkrypcji tak zredukowanej struktury do procesualno-obiektowego trybu jej ujmowania: tutaj istota odpowiadałaby procesowi, nazwa zaś wyrażałaby ów proces jako obiekt; ilekroć odwoływalibyśmy się do nazwy jakiegoś elementu struktury – traktowalibyśmy go jako podlegający dowolnemu procesowi obiekt (ewentualnie jeden z obiektów, których proces dotyczy), ilekroć jednak rozpatrywalibyśmy jego istotę – ujmowalibyśmy ów element jako sam proces (który również musi dotyczyć jakiegoś obiektu/obiektów, być może obiektów „niższego szczebla”).
Można by więc powiedzieć, że proces orzeka o obiektach, których dotyczy. Struktura obiektowo-procesualna (O-P) posiadałby więc – być może – rzędowość podobną do zakładanej przez Arystotelesa, u którego element ogólniejszy zawsze jest orzekany o tym bardziej szczegółowym tak, że ten szczegółowszy „dziedziczy” to wszystko, co jest orzekane o ogólniejszym: Predykaty predykatów są również orzekalne o podmiocie. Gdy coś o czymś bywa orzekane jako o podmiocie, to wszystko, co się odnosi do predykatu, będzie się również odnosić do podmiotu. (...) Rodzaje nadrzędne bywają orzekane o rodzajach podporządkowanych, tak że różnice predykatu będą zarazem różnicami podmiotu.
************************
aktualizacja: 15 IV 2012
/Ryszard Dziewulski/