Ekipa ruszyła raźno na wschód. Pogoda dopisywała, a zgodnie ze wskazówkami Yassana, teren był płaski, pozostałości drogi porastała tylko trawa i nieco krzkaków, nic nie ograniczało więc widoczności. Niestety po dwóch godzinach wędrówki, niebo na wschodzie zaczęło ciemnieć - nadchodziła burza. Jak wkrótce się okazało - nie była to zwykła burza, a śmiercionośny kwaśny deszcz! Parzące krople zaczęły spadać wokół, paląc rośliny i zostawiając niebezpieczne kałuże.
Drużyna postanowiła zaryzykować i znaleźć schronienie w ruinach budynków na południu - Yassan ostrzegał, że żyją tam ghule, ale pozostanie na otwartej przestrzeni byłoby samobójstwem. Zdążyli wpaśc do najbliższego budynku tuż przed nadejściem burzowego frontu.
Stalowo-szare chmury zawisły nad Zoną - zanosiło się na kilka solidnych godzin desczu. Na szczęście budynek okazał się opuszczony. Max sprawdził pobieżnie piwnice - wydawało się, że ciągnął się daleko pod ziemię łącząc kolejne budynku, ale bez porządnego źródła światła, Stalker nie zaryzykował dalszej ekslopracji. W międzyczasie Sroka znalazł na piętrze budynku nienaruszony artefakt z Przed Czasów! Dwu-warstwowa płachta elastycznej materii połączona zaworem zapewniającym szczelność. W głowie majsterkowicza od razu pojawił się pomysł na projekt - kolejne 4 godizny Sroka spędził tnąc, szyjąc i klejąc fragmenty niesamowitej materii. W efekcie stworzył dla siebie wyjątkowo wytrzymał strój chroniący przed Zgnilizną.
Gdy deszcz ustał, drużyna wyszła z budynku i miała okazję nieco się rozejrzeć - na placu nieopodal czekała ich kolejna niespodzianka. Potężna metalowa maszyna na dziwnych podłużnych kołach stała na postumencie przed okazałym budynkiem. Wejście do maszyny stanowił otwarty właz na dachu - niestety oznaczało to, że środek pełen jest kwasu po niedawnym deszczu. Mimo to, Sroka nie oparł sie pokusie zajrzenia do środka - choć wnętrze dawno splądrowano, to znalazł kilka kul i nieco konserw z jedzeniem.
Bohaterowie nie odważyli się zostać dłużej wśród budynków - czym prędzej wrócili na otwarty teren i znów ruszyli na wschód.
Zgodnie z wytycznymi Yassana, po około godzinie wędrówki, wspięli się na niewielki wał ziemny. Stamtąd, na południowy-schód dostrzegli jezioro, a kilkaset metrów za nim drzewa rosnące wzdłuż koryta rzeki. To ta rzeka ma ich doprowadzić wgłąb terytorium ghuli.
Na północnym brzegu jeziora zobaczyli dziwną drewnianą budowlę - przypominającą nieco szałas dla giganta - zbudowana z niezliczonej liczby patyków, gałęzi i innych drewnianych elementów. Zakradli się bliżej i ze zdumieniem odkryli, że po ścianach budowli spływa krystalicznie czysta (choć nieco słona) woda! Słońce chyliło się już ku zachodowi, postanowili więcj rozbić tu obóz i ruszyć na południe następnego ranka. Słona woda nie nadawała się zbytnio do picia, ale wystarczyla, by zmyć z siebie nieco brudu i skażenia Zony.
Podróż wzdłuż koryta rzeki była wyczerpująca - korzenie, krzaki i podmokły grunt nie sprzyjały szybkiemu poruszaniu się. Co jakiś czas Max wychodził na granicę drzew, by zorientować się w położeniu. Koło południa zobaczył charakterystyczne wzgórze. Na szczycie ktoś zbudował prowizoryczne umocnienia - a wśród nich poruszała się jakaś postać. Max stwierdził, że nie warto ryzykować wychodzenia na otwartą przestrzeń, a tym bardziej zakradać się w pobliże kopca.
Po kolejnych kilku godzinach, dotarli do miejsca, gdzie strumień wpływał pod starą zawaloną drogę, a linia drzew zanikała. Nie pozostało nic innego jak wyjść na otwartą przestrzeń. Po drugiej stronie szerokiej ulicy wbito w ziemię szerek pali - na szczycie każdego zatknięto czaszkę jakiegoś zwierzęcia lub mutanta, a także inne przerażające trofea. Bohaterowie dotarli do granicy terytorium ghuli!
Teren za drogą okazał się... zaskakująco sielski. W powietrzu nie czuć było nawet odrobiny Zgnilizny, gałęzie zdziczałych drzew owocowych uginały się od owoców, nigdzie nie widać było żywej duszy. Jedynie budynek na północy, przypomiający wielokolorową, gigantyczną gąsienicę, wzbudzał pewien niepokój.
Pełni obaw, bohaterowie przeszli wzdłuż dzikiego sadu, napychając żołądki i kieszenie owocami. Gdy po kolejnej godzinie nie dostrzegli nigdzie żywej duszy, odwważyli się zbliżyć do budynku. Budynek byl w gorszym stanie niż wydawało sie z daleka - większość dachu zapadła się, grzebiąc wnętrze pod gruzami. Zewnętrzne, metalowe ściany zapewniały jednak nieco zadaszenia, pod którym urządzono niewielki warsztat i składzik na narzędzia. Sielankę psuły tylko trzy ciała mutantów przybite do zachodzniej ściany budynku! Ciała było dość świeże, ale pewnym pocieszenim było, że nie był to nikt z ekspedycji Jonasza i Worhana.
Nie kusząc dłużej losu, bohaterowie ruszyli na wschód.
Za sadem teren przechodził w rozległe jezioro - ciągnące się zarówno na północ jak i na południe na kilkaset metrów. Jednocześnie, jakieś 50-100 metrów przed nimi znajdowała się rozległa wyspa, a na niej cel ich podróży! Budynki z Przed Czasu, wysokie kominy z których wciąż unosił się dym, rury wysokie jak człowiek i długie, betonowe baseny z wodą we wszystkich możliwych odcieniach - od brudnego brązu, przez zieleń, aż po krystaliczny błękit. I dziwny, niski odgłos niosący się wodzie - coś co Stary zawsze opisywał jako odgłos działającej maszynerii!
Bohaterowie postanowili zachować ostrożność i spędzić dzień na obserwacjach obiektu po drugiej stronie. Mama Mucha podleciała na dach "budynku-gąsienicy" by stamtąd obserwować okolicę, Max wszedł do wody by zbadać teren od strony jeziora (i z zaskoczeniem odkrył, że woda nie sięga nigdzie głębiej niż do ud), a Krasz i Sroka obserwowali budynku ukryci wśród drzew.
Przez cały dzień obserwacji, nie dostrzegli zbyt wiele - pojedyncze sylwetki przemykały między budynkami, a Mama Mucha zobaczyła na szczycie najwyższego komina gniazdo jakiegoś przerośniętego drapieżnego ptaka. Wieczorem ptaszysko wróciło do gniazda i rzeczywiście wyglądało dość niebezpiecznie - podejście za dnia może okazać się niebezpieczne.
Niestety, wraz z nadejściem zmroku, okazało się, że wyruszenie na wyspę nocą może być jeszcze gorszym pomysłem. Gdy słońce schowało się za horyzontem, zapaliły się światła w niektórych budynkach, a wśród cieni zaczęło krążyć o wiele więcej postaci - Krasz i Sroka naliczyli kilkanaście niedużych sylwetek. Około północy, z głównego budynku słychać było kilka strzałów, a potem dwie postaci uciekające do szopy na nadbrzeżu. Przez resztę nocy nie było więcej incydentów.
Poranek kolejnego dnia przywitał ekipę gęstą mgłą unoszącą się nad powierzchnią jeziora. Drużyna doszła do wniosku, że nie będzie lepszego momentu by niepostrzeżenie przekraść się na drugi brzeg. Jak postanowili, tak zrobili.
Niestety, sami zgubili nieco drogę - zamiast na obrzeża zabudowań, trafili bezpośrednio na pomost w środku wyspy. Postanowili jednak zaryzykować i przekraść się do szopy niedaleko brzegu. Gdy byli w połowie pomosty, na brzegu po obu stronach pojawiły się okutane w czarne łachmany postaci - każda z procą w ręce. W stronę drużyny poleciały ciężkie kamienie! Sroka rzuciła się w stronę drzwi szopy, ale kamień trafił ją w potylicę, gdy przekraczała próg - padła bez czucia na ziemię. Max wskoczył do wody i ściągnął jedną z postaci z brzegu - w wodze nie miała z nim żadnych szans. Mama Mucha wprawiła swoje skrzydła w szybkie wibracje i zaczęła wrzeszczeć w nieludzki sposób - agresorzy z południowego brzegu wpadli w popłoch i rzucili się do ucieczki. Krasz dopadł jednego z nich i cisnął nim o ścianę, aż gruchnęły kości. Drugi, ledwo żywy uciekł w głąb kompleksu.
Max wyciągnął na brzeg półżywego napastnika i zerwał mu z twarzy maskę....