Sułtanie złoty, dokąd to?
„Władza nad przyprawą to władza nad wszystkim” - mówi chorałem sardaukarskiego kapłana Denis Villeneuve w swojej ekranizacji „Diuny”. Kłócić się można o wiele. Na ile ów cytat jest inwencją twórczą Villenueve’a? Na ile odtwórczą, czerpiącą z „Kto kontroluje przyprawę, kontroluje wszechświat” Lynchowskiej adaptacji? Kłócić się można o to, czym inspirował się Frank Herbert, pisząc o przyprawie w swojej powieści. Jedni widzą w przyprawie ropę naftową, inni – tajwańskie czipy. Garstka miłośników grzybów powie o psychodelikach, zaś ambitni będę szukać wielopoziomowej metafory. W końcu znajdą się i złośliwi, którzy stwierdzą: „To fantastyka, a Herbert po prostu dał się ponieść wyobraźni. Przyprawa nie musi odnosić się do żadnej konkretnej rzeczy”. Jednak w jednym punkcie trudno się nie zgodzić – inspiracją dla samego Arrakis (Diuny) był Półwysep Arabski i jego kultura, a dla ludu Fremenów – Beduini.
Na południu Półwyspu Arabskiego funkcjonuje jedna z ostatnich monarchii absolutnych – sułtanat Omanu. Z jednej strony otaczają go bogate Emiraty oraz Arabia Saudyjska, z drugiej – Jemen wraz z zajdyckimi Hutu. Zaczyna się na pustynnych piaskach, kończy na ciepłych wodach. Podzielony jest przez góry, kamieniołomy, skały. Ja powiem: pustynia. Wam nie skojarzy się z zielenią. Atoli ta może się tam pojawić w porze deszczowej. Wyschnięte badyle zaczynają kwitnąć. Popękana ziemia co ente wybrzuszenia przecięta wstęgami dolin, które wypełnia rzeczna woda. Luki między nimi nasycają się szmaragdową florą. Jednak nie dla całego Omanu to dostępny luksus. Nawet dla wybrańców jest to jedynie epizodyczna ugoda, kiedy to ceny apartamentu w Salalah potrafią wzrosnąć z dziesiątek dolarów amerykańskich za tydzień do setek lub tysięcy dolarów za dzień. Codzienny Oman to Arrakis, nie Arkadia. Już jadąc z lotniska, napotkać można monumentalne tamy przygotowane na porę deszczową.
Jedząc co dzień śniadanie w hotelu, po prawej stronie mogłem podziwiać rafinerię, a po lewej port. Zawiłość, chaotyczność i rozległość sieci skomplikowanych instalacji rafinerii przyprawiała o ból głowy. Jedna rura idzie tu, druga tam. Trzecia idzie między nimi zygzakiem, a czwarta nie wiadomo gdzie. Na szczęście od zupełnego pochłonięcia uwagi przez labirynt rur ratowała czteropasmówka biegnąca między zakładem a hotelem. Co jakiś czas rury zasłaniały stare ciężkie rzęchy lub rozklekotane gruchoty.
Jednak to za portem była większa tajemnica. Jeśli już spróbować przeprowadzić wzrok przez plażę, której szerokość dorównuje kilkunastu najszerszym bałtyckim pasom piasku, a następnie przenieść go ponad portowe żurawie, dostrzeże się statek za statkiem, płynące, by zacumować w Salalah. Gdzie okiem sięgnąć, ustawiają się w kolejce kontenerowce, tankowce, kutry. Raz statki mniejsze, raz większe. Nieraz przeciętniaki i nieraz olbrzymy. W noc i dzień. Z Salah do Salalah nieprzerwanie płyną statki. Ropa musi płynąć.
W mieście, jakby na przekór, gdziekolwiek i kiedykolwiek by się poszło – pusto. Trzeba wchodzić do środka, by spotkać żywą duszę. Choć głównym powodem jest oczywiście skwar, to nie jest to jedyny czynnik. Zasady szariatu, zwłaszcza te dotyczące ubioru, również nie zachęcają mieszkańców do wychodzenia na zewnątrz. Meczety, zazwyczaj puste i ukazujące ogrom swojej przestrzeni, wypełniają się w czasie modlitw.
Pomijane dotąd przeze mnie relacje międzyludzkie są tak ważne dla ich kultury. Wspólne modlitwy to tylko jeden przykład kolektywności arabskiego społeczeństwa. Dystans społeczny? Dla Arabów nie istnieje! Przewodnik, którego poznałem pięć minut temu, potrafi objąć mnie jak starego dobrego przyjaciela. To wszystko nabiera sensu, gdy pozna się Oman takim, jakim powinno się go poznać – przez pustynię. Złociste piaski zawsze przyjmują barwy słońca. Rano przybierają mlecznożółty odcień, popołudniami stają się marchewkowe, a tuż przed zachodem – krwistoczerwone. Jeszcze trzy dekady temu turysta przemierzał pustynię na wielbłądzie. Dziś, w kulturze wygody, podstawia mu się klimatyzowanego SUV-a z pełnym zaopatrzeniem. Nie wybieramy nic ponad to, co musimy. Czy człowiek w ogóle coś osiąga, jeśli robi jedynie to, co konieczne? Człowiek, nawet beduin, pustyni nie zdobędzie. By przetrwać, musi wędrować z innymi. I tu jest ta kolizja wielkiej przestrzeni ze wspólnotą. Tu ściera się ogrom przestrzeni z potrzebą wspólnoty. To z tej sprzeczności wyrasta arabska kultura – jej odmienność, jej ortodoksyjność wobec ustalonych norm moralnych. Pustynia była bezlitosna dla tych, którzy łamali jej prawa. To ona ukształtowała kulturę handlu wymiennego, w której targowanie się jest nieodłącznym elementem. Wizyta na arabskim bazarze bez negocjacji to jak wyjazd nad morze bez kąpieli w wodzie. Czy my, ajnabi urodzeni w Europie, możemy narzucać im nasz świat? Im, wykutym na pustyni? Sami zadają to pytanie podczas wieczornego ogniska rozpalonego pośrodku pustki, między nicością a niczym: „Być może dla nas, Arabów, demokracja nie zawsze jest dobra?”.
Dominik Marinković