Boimy się? Mamy nadzieję? Czego się boimy? Utraty kontroli? Zbyt szybkiego tempa? Niecnych zamiarów tych, którzy sprawują władzę? Nieświadomego użycia? A na co liczymy? Na rozwiązanie naszych problemów? Na wyręczenie w zadaniach najbardziej nużących, duszących monotonią, wyniszczających cierpliwość i zdających się ponad ludzki hart?
Zdecydowanie najbliższe mi podejście do technologii to podejście instrumentalne. Ku zdziwieniu zarówno nadmiernych optymistów, jak i przesadnych sceptyków nie pozostawia ono naszej woli aż tak wiele miejsca. Pierwszorzędną sprawą jest nasza wielkość, a raczej maleńkość. To możni, ci na górze, są konduktorami. My co najwyżej opałem, wrzucanym do pieca, by rozpalić płomień i wzniecić żelazny zryw lokomotywy. Nawet jeśli mamy jakąś tam sobie sprawczość, to nie mamy pełnej swobody. Nawet gdy przyznamy sobie siłę oddziaływania, to pozostaniemy blokowani przez to, co zrobią inni, a inni – przez to, co zrobimy my.[1]
Czy możemy zrezygnować z technologii? Sami, jako jednostki? Możemy, ale poniesiemy tego konsekwencje. W rezultacie człowiek, chcąc uczestniczyć w grze społeczeństwa i rywalizować na jego zasadach, od momentu kolektywnego przyjęcia technologii jest na nią skazany. Będzie dążyć do własnej korzyści lub tego, co mu się korzyścią wydaje. Bynajmniej nie chodzi mi o homo œconomicusa, lecz raczej o Hobbesowskiego homo egoistę. Jeśli coś nie przynosi nam korzyści, to oznacza stratę. W najlepszym wypadku stratą będzie jedynie koszt włożonego wysiłku. Anomalią dla ewolucji byłoby stworzenie istoty niedążącej do własnej korzyści. Jak wiemy, ewolucja rozwija cechy sprzyjające przeżyciu, a eliminuje te, które mu nie służą. Mechanizm ten wymusza, by każda modyfikacja zwiększała szanse na przetrwanie. Jeśli je zmniejsza, osobniki z daną cechą będą częściej umierały; jeśli zwiększa, przeżyją częściej. Jednych będzie więc coraz więcej, drugich – coraz mniej. Korzystniejsza cecha samoistnie się rozpropaguje, a cecha stratna zaniknie. Logicznym wnioskiem jest to, że dążenie do korzyści można odnaleźć w każdym ludzkim działaniu. Można oponować: a co z altruizmem? Co z działaniem pro bono? Jednym z wyjaśnień jest troska o wizerunek, innym – poczucie moralnej wyższości lub wrażenie wartości dodanej dla świata.
Technologia nie jest wyjątkiem od wyżej opisanych praw ludzkiego działania. Daje przewagę i jest dostępna. Porzucenie jej oznaczałoby rezygnację z korzyści, jakie oferuje, a tym samym pozostanie w tyle. W ten sposób my jako ludzkość jesteśmy na nią skazani. Co więcej, narzucone może być nie tylko samo używanie technologii, ale także sposób jej wykorzystania. Parafrazując Tylera Durdena z majstersztyku Finchera – technologia, którą posiadasz, z czasem zaczyna posiadać ciebie.
Oczywiście, może się zdarzyć, że ktoś przedłoży korzyści płynące z braku technologii nad te, które ona oferuje. Przykładami tego są spokój oraz harmonia z naturą. To jednak odmienny przypadek. Poza tym doświadczenie pokazuje, że system jednoznacznie wybiera technologię. Jednostki czynią to mniej stanowczo, ale wciąż w wystarczającym stopniu. Nasza kontrola nad celem użycia technologii, choć złudnie absolutna, mimo wszystko istnieje. Na tym polega jej instrumentalność. Tak jak dynamit może służyć zarówno do wyburzania skał pod budowę tuneli, jak i jako broń w działaniach wojennych czy terrorystycznych, tak i my możemy wykorzystywać technologię na różne sposoby.
Najpierw – nasze zamiary mogą być złe, ale istnieje opcja jeszcze bardziej podstępna. Bardziej podstępna, ponieważ nie gorsza w swoim złu, lecz lepiej je maskująca. Chodzi o sytuację, w której błędnie wykorzystujemy technologię. Powszechnym lękiem jest obawa przed zastąpieniem czegoś przez AI. Jednak ludzie mają przewagę przynajmniej w jednej kwestii – myśleniu lateralnym. Podobnie ograniczony będzie proces twórczy sztucznej inteligencji. By coś stworzyć, AI musi najpierw nauczyć się tego czegoś lub kategorii, do której to coś należy. Można by się spierać – ludzie, tworząc, również opierają się na tym, co już widzieli. Uważam jednak, że czynią to w znacznie mniejszym stopniu oraz potrafią wyjść poza to, czego już doświadczyli. Człowiek potrafi wyobrazić sobie rzeczy niewyobrażalne, czytając dobrą fantastykę. Modele AI nie potrafią natomiast wygenerować obrazu pełnej lampki wina, ponieważ w internecie brak zdjęć pełnych lampek wina.
Z tych właśnie powodów, przynajmniej na razie (co istotne – na razie), sztuczna inteligencja będzie wykonywać zadania wymagające minimalnej intencji ludzkiej. Oznacza to, że będą to zadania powtarzalne, żmudne. Rola człowieka w ich wykonywaniu sprowadza się do wydania instrukcji. Oczywiście modele sztucznej inteligencji potrafią rozwiązywać równania różniczkowe na tyle zaawansowane, że człowiek, a nawet cały zespół ludzi, nigdy nie zbliżyłby się do ich rozwiązania. Jednak ta zdolność okupiona jest brakiem uniwersalności. Modele te są wąsko wyspecjalizowane. W związku z tym pozostają jedynie kolejnym narzędziem – jak choćby CAD dla inżynierów. Wykorzystywanie ich jako wsparcia w pracy i narzędzia ułatwiającego zadania jest więc ich właściwym zastosowaniem.
Wykorzystywanie sztucznej inteligencji jako zamiennika ludzkiej pracy stanowi zagrożenie. Media społecznościowe już teraz zalewane są masowo generowanym, niskiej jakości kontentem tworzonym przez AI – często służącym jedynie do rozprowadzania linków afiliacyjnych lub monetyzacji treści. Możemy wygenerować potrzebny nam tekst jednym promptem. I prawdopodobnie otrzymamy gniot – rozwodniony, pełen ogólników, pozbawiony konkretów. Możemy jednak podejść do pisania inaczej: tworzyć samodzielnie, a AI wykorzystywać jako narzędzie pomocnicze – do znajdowania alternatywnych pomysłów, lepszych fraz czy synonimów. Przede wszystkim możemy używać modeli językowych do poprawiania błędów ortograficznych, stylistycznych i gramatycznych. Właśnie w ten sposób wykorzystałem Chat GTP, pisząc ten tekst.
I tak oto sztuczna inteligencja może być dla nas całodobowym wsparciem – czymś w rodzaju „kolegi”, którego zawsze prosimy o radę przy pisaniu tekstów. Z tym że nigdy nie odpowie „nie wiem” – nawet gdy faktycznie czegoś nie wie. Zawsze znajdzie odpowiedź, choćby miała być zupełnie nietrafiona. Jednocześnie pozwala nam oszczędzać czas przy zadaniach żmudnych, powtarzalnych i czasochłonnych, takich jak poprawianie błędów w tekście. W zamian możemy skupić się na kwestiach istotniejszych i bardziej wymagających: co jeszcze mogę napisać? Jak przedstawić to najprecyzyjniej? Jak ująć to w sposób najbardziej obiektywny? W takim razie zagrożone byłyby zawody rzemieślnicze, a nie twórcze.
Istnieje jednak jeszcze jedno zagrożenie związane ze zbytnią zależnością od SI. Mam tu na myśli coś, co lubię nazywać eksternalizacją funkcji kognitywnych – czyli przenoszeniem naszych zdolności poznawczych na technologie, na których zaczynamy polegać. Dobrym przykładem jest używanie internetowych map do nawigacji w mieście. Jeśli korzystamy wyłącznie z nich, co się stanie, gdy nagle je stracimy? Czy nadal będziemy w stanie odnaleźć się w przestrzeni miejskiej? Moje doświadczenie podpowiada, że nie. Umiejętność samodzielnej orientacji w terenie stopniowo zanika. Czy podobnie nie stanie się z innymi kompetencjami, które będziemy eksternalizować na rzecz technologii?
Dużo już narzekałem, więc pora raz jeszcze, raz ostatni, zwrócić się do sceptyków. Owszem, ewolucja biologiczna wymaga tysięcy lat, by przyniosła widoczne zmiany. Jednak ewolucja społeczna to zupełnie inna kwestia – jej przebieg możemy obserwować na przestrzeni pojedynczych pokoleń. Nowe technologie raz po raz wznosiły cywilizację na wyższy poziom, a problemy wygenerowane przez technologię albo były rozwiązywane, albo przestawały mieć znaczenie. Kalkulator, który miał być końcem matematyki, dzisiaj w szkole średniej jest niezbędny. Podczas jednej z debat na temat sztucznej inteligencji w edukacji, w której miałem przyjemność brać udział, padło pytanie do nas, panelistów, o kompetencje cyfrowe. Mianowicie: czy nie martwimy się o to, że przyszły rozwój może pogłębić nierówności w zakresie tych kompetencji? Odpowiedziałem: czy to ma znaczenie? W miastach z pewnością znajdziemy mniej osób, które potrafią wydoić krowę, niż na wsi i na terenach mniej zurbanizowanych. Można by wysnuć wniosek, że urbanizacja i migracja ludności do miast przyniosły nierówności w kompetencjach agrarnych. Pytanie brzmi: czy dzisiaj ma to znaczenie? I czy podobne procesy nie spotkają nas w erze cyfrowej? Czy nie dostosujemy się do nowych technologii tak, jak robiliśmy to zawsze? Na koniec zachęcam tak: choć grając w pewną grę, zostaliśmy niewolnikami jej reguł, to postarajmy się, jak możemy, by wygrać.
Ja bym wyróżniła te dwa początkowe akapity jako otwierające rozważania.
Dominik Marinković