Bieg STO-nogi. Krótka historia ….. bezczelności.
Bezczelność? Bo jak nazwać taką sytuację, gdy kilka przypadkowych osób nagle postanawia - zróbmy sobie Bieg - i bez żadnego doświadczenia rzuca się w wir wydarzeń z głośnym okrzykiem – A DLACZEGO NIE? No tak. Lepiej przecież być bezczelnym niż …. Szalonym. Ale po kolei. Na początku byli ludzie. Chaos zrodził się potem.
LUDZIE
Każde działanie zaczyna się od ludzi. To w ich głowach kiełkują myśli i idee, które przeradzają się w działanie. To działanie z kolei tworzy historię. Zapewne historia naszego Biegu STO-nogi nie różni się za bardzo od historii powstania innych Biegów ulicznych. Ktoś wpada na pomysł, ktoś stwierdza – fajna rzecz, wchodzę w to. I maszyna zaczyna się kręcić. Jeśli o mnie chodzi, to zacząłem kiedyś biegać. Po raz kolejny zacząłem. I tym razem nawet regularnie. Pewnego dnia, gdzieś pod koniec lata 2011 mój kolega Mario, podczas gadki-szmatki w pracy zapytał:
– A Ty biegasz coś? Z dumą odpowiedziałem, że taaak.
- No to zapisz się na Bieg – rzucił Mario.
- Eee nie. Ja tylko tak dla siebie biegam
- Zapisz się. Pobiegniesz, koszulkę dostaniesz. I medal na mecie. I mają taki wypasiony Pakiet Startowy.
Kusił dalej.
- A co to takiego Pakiet Startowy?
Połknąłem przynętę. I już byłem stracony dla świata. Mój kolega wytłumaczył mi wszystko . Jak się zapisać. Gdzie odebrać pakiet. Z wielkim entuzjazmem zacząłem się przygotowywać do mojego pierwszego biegu ulicznego. A był to bieg Biegnij Warszawo 2011.
Tak mnie to zafascynowało, że niechcący pochwaliłem się tym „na zarządzie”. Co to zarząd? Ten konkretny to grupka społeczników, która poświęca swój wolny czas, by wspierać swymi decyzjami pracę dyrekcji Społecznego Liceum Ogólnokształcącego nr 5 w Milanówku. To trochę skomplikowane, wiem. Myślałem, że zabłysnę w tym gronie chwaląc się moimi biegowymi wysiłkami, a tu p. Hanna – która już wkrótce stała się Hanią – stwierdziła, że jej mąż Leszek też właśnie zapisał się na ten bieg, i też po raz pierwszy będzie próbował swoich sił w biegu na 10 km. Zaraz też uruchomiła swój zmysł organizatorski, ogarnęła dojazd, powrót i imprezę po biegu. I tak zawiązała się grupa inicjatywna, chociaż wtedy nikomu nie przyszło do głowy, że już za rok … . To jeszcze nie teraz. W każdym razie właśnie wtedy, przy dobrym jedzonku i wspaniale smakującym po biegu piwku poznali się: Ania, Hania, Jurek i Leszek – przyszli organizatorzy. Z czasem mieli do nas dołączyć inni zakręceni i zabiegani.
Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć i B. Już w następnym miesiącu był Bieg Niepodległości. I znów spotkanie pobiegowe. I następne plany. Skoro dycha, to może półmaraton? Lawina ruszyła. Kolejne Biegi, kolejne życiówki. Leszek – wtedy jeszcze nauczyciel geografii – zachęcił grupę swoich uczniów do regularnego biegania. Do naszych biegowych przygód dołączyli koledzy Leszka z drużyny piłkarskiej TURBO Pruszków. Było nas więcej i więcej. A skoro jest ekipa, to trzeba ją jakoś nazwać.
NAZWA
To chyba u nas w kuchni gdzieś w zimie 2011/2012 odbyła się burza mózgów na temat nazwy naszej biegowej ferajny. Musiało w tej nazwie być coś z bieganiem, coś charakterystycznego, i przy okazji śmiesznego. Skoro ma być w Milanówku, to może „STOmilowi Biegacze”. Jest i STO od Społecznego Towarzystwa Oświatowego, i mila od Milanówka. Ale nie. Mila już zarezerwowana przez tradycyjną Milanowską Milę - Bieg młodzieżowy. To może „SLOw Runners” od Społecznego Liceum Ogólnokształcącego. Też nie. Przecież my chcemy biegać szybko, a poza tym po angielsku. Nie. Nasze rozważania zaczęły się kojarzyć Ani z taką kolorową zabawkową stonogą ubraną w sto kolorowych butów biegowych. STOnoga? Nie, nie jedna na noga, a wiele nóg .STO-nogi. To jest to. Ania na poczekaniu w komputerze stworzyła pierwsze LOGO naszego towarzystwa biegowego.
Szybko też zamówiliśmy klubowe koszulki, bo milowymi - nomen omen - krokami zbliżał się nasz pierwszy wspólny półmaraton. Mój ulubiony. Dookoła Jeziora Żywieckiego.
BIEG
Ale się rozkręciliśmy. Co miesiąc impreza, albo nawet dwie. Ciągle jakieś plany treningowe, poprawianie formy. I wreszcie kiedyś Leszek zapytał niewinnie:
- A może by tak Maraton? Wiesz, otwierają Stadion Narodowy. Tam ma być meta Maratonu Warszawskiego. Wyobrażasz sobie? Finisz na Narodowym! No chodź, pobiegnijmy.
Co tam. Ja nie przebiegnę? Nagle „marzenie ściętej głowy” o przebiegnięciu królewskiego dystansu stało się zupełnie realne. No przecież to naturalne, że jak się kilka miesięcy wcześniej walnęło pierwszą dychę, to maraton trzeba w niecały rok później zaliczyć. No i co? Szaleństwo, czy bezczelność?
PRZEBIEGLIŚMY !!! Jak? Nie pytajcie. To temat na zupełnie inną opowieść. Tym razem nie było żadnej imprezy na mieście. Z trudem dotarliśmy do Pruszkowa. W ogrodzie u p. Janasików my dochodziliśmy do siebie, a nasze rodziny z niepokojem sprawdzały co chwila, czy wracają nam kolory na twarzach, czy jednak trzeba będzie wzywać pogotowie. Na szczęście wystarczyło trochę czasu, dobre piwko i jedzenie, i wkrótce wróciliśmy do żywych. Pomijając oczywiście ból w całym ciele, który pojawiał się przy każdej próbie ruchu. I właśnie od tego bezruchu tak jakoś wpadło nam do głowy, że skoro tylu ludzi wokół nas organizuje biegi, to i my powinniśmy się w to włączyć. Może zrobilibyśmy własny BIEG. Taki prawdziwy. Uliczny. Fajny taki. „Biegacze dla Biegaczy”. Tak sobie bajdurzyliśmy sącząc piwko w promieniach wrześniowego słonka. Byłem przekonany, że na tym się skończy. A jednak. Kilka dni później już całkiem na trzeźwo i bez bólu w mięśniach, postanowiliśmy zająć się tym na poważnie. Zaczęła się długa „jazda bez trzymanki” ku imprezie dumnie nazwanej przez nas Bieg STO-nogi.
PRZYGOTOWANIA
Zrobienie Biegu zwłaszcza pierwszy raz to zadanie nieco skomplikowane. Można zlecić to zadanie fachowcom, ale to droga sprawa i zabawy przy tym żadnej. Można też wszystko robić samemu. Do tego z kolei potrzeba wielu zapaleńców i dużo wolnego czasu. My staraliśmy się być jakoś tak pośrodku. Przy okazji mieliśmy dużo szczęścia początkujących. Przede wszystkim wsparcia udzielił nam ówczesny dyrektor Społecznego Liceum Ogólnokształcącego nr 5 Wojciech Czaj. Ba. Udzielił wsparcia to mało powiedziane. Udostępnił nam szkołę, szkolne konto do operacji finansowych związanych z biegiem i sam aktywnie włączył się w przygotowania. Co więcej, zachęcił członków prowadzonego przez siebie kółka fotograficznego, by zrobili nam prawie profesjonalną obsługę wizualną. Mając taką podstawę mogliśmy spokojnie zabrać się za konkrety. O ile nazwa Biegu zrodziła się niemal automatycznie, to nad resztą musieliśmy się pochylić z dużą troską. Już na początku pojawił się problem – gdzie pobiec.
Nagle okazało się, że Milanówek to – z całym szacunkiem - małe miasteczko. Wytyczenie 10-cio kilometrowej trasy, która byłaby zadowalająca dla biegaczy i nie zablokowała całego miasta, to nie lada wyczyn. Dodatkowo założyliśmy, że start i meta Biegu muszą znajdować się przy szkole. Z bólem serca musieliśmy zrezygnować z 10-ciu kilometrów. Poszliśmy na kompromis. Dwa 5-cio kilometrowe „kółka”. Ulica Piłsudskiego – główna arteria Milanówka odpadała. Nie mogliśmy jej zająć na 2 godziny mniej więcej. Mieszkańcy zjedliby nas żywcem. Po długich przemyśleniach i licznych pomiarach powstała TRASA BIEGU. Przyjęła kształt litery T rozpiętej między Liceum, kapliczką na rogu ul. Warszawskiej i Podwiejskiej, oraz skrzyżowaniem Warszawskiej i Brzozowej. Równo 5 km. Oczywiście największą atrakcją i wyzwaniem jednocześnie stał się środek tej nieco „kopniętej” litery T, czyli skrzyżowanie Warszawskiej i Herberta,dawniej Fiderkiewicza. Atrakcją - bo biegacze mijali to skrzyżowanie sześć razy podczas całego biegu i można im było kibicować co chwilę. Wyzwaniem natomiast stało się pokierowanie tym całym ruchem i takie zabezpieczenie, by nikomu się nie pomyliło w którą stronę ma skręcić. Skoro mieliśmy już trasę, przyszedł czas na termin
Termin to kolejny strategiczny problem. Na przełomie 2012 i 2013 roku imprez biegowych przybywało jak grzybów po deszczu. Jako początkujący organizatorzy biegu na dychę nijak nie mogliśmy konkurować z większymi imprezami w naszym regionie. Trzeba było ustalić kiedy odbywają się jakieś pół, czy - o zgrozo - całe maratony. Poza tym musieliśmy uwzględnić terminarz pracy szkoły. Przyjęliśmy, że bieg musi się odbyć wiosną. Odpadał maj ze względu na matury. Pozostawał kwiecień i czerwiec. Marcowa impreza mogła się skończyć brodzeniem w śniegu, a pod koniec czerwca zaczynają się wakacje. Biorąc to wszystko pod uwagę wyznaczyliśmy termin zawodów na 28 kwietnia 2013 roku. Z perspektywy późniejszych wydarzeń zastanawiam się czy mogliśmy trafić gorzej. No dobra. Wrócimy do tego później. Na razie mając trasę i datę musieliśmy pomyśleć o finansach.
Od początku było wiadomo, że bez wpisowego się nie obejdzie. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że to nie wystarczy na pokrycie kosztów. Potrzeba nam było sponsorów. Na pewno wszyscy natychmiast sypną groszem, bo to przecież taka wspaniała impreza. Nic bardziej mylnego. Zaczęliśmy się rozglądać dookoła, kto byłby tak szalony jak my i dałby choćby kilka stów, a może jakieś gadżety do pakietu startowego. Wizyta w milanowskim ratuszu pokazała, że i tam znaleźć można biegowych przyjaciół . Ówczesny burmistrz Milanówka p. Jerzy Wysocki zgodził się objąć patronatem naszą imprezę. Zapewnił nam też pomoc Straży Miejskiej i Policji. Wydział promocji miasta miał sfinansować nasze koszulki biegowe, a wydział sportu pomóc przy organizacji. To było COŚ. Dostaliśmy wiatru w skrzydła. Nasz objazd po mieście zaowocował poparciem firm , które miały także stać się przyjaciółmi Biegu na wiele lat. Takie marki jak MPM, IGP, czy wytwórnia cukierków L. Pomorski i Syn stały się nierozerwalnie związanie z Biegiem STO-nogi. Pomogły nam też firmy nie związane z Milanówkiem. Tu trzeba w pierwszym rzędzie wymienić Jolantę Sawińską i reprezentowaną przez nią firmę RABEN. Bez jej pomocy trudno byłoby nam spiąć budżet pierwszego stonogowego biegu. Było też wiele innych mniejszych pomocników. Wśród długiej listy na uwagę zasługują milanowscy restauratorzy. Wtedy i w latach następnych fundowali vouchery dla biegaczy jako nagrody za ich wysiłek. Mieliśmy trasę, mieliśmy wsparcie.
Nie pamiętam kto kogo znalazł. Czy to my szukaliśmy kogoś kto nakarmi naszych biegaczy, czy to p. Marek zgłosił się do nas, widząc w internecie nową imprezę. Tak czy inaczej doszło do spotkania dwóch debiutantów. My ruszaliśmy z organizacją pierwszego Biegu, a firma CaterMark zaczynała działalność cateringową na imprezach sportowych. Tak zawiązała się organizacyjna przyjaźń na wiele lat. Gdy teraz ruszamy z jakimś kolejnym przedsięwzięciem zawsze niezawodnie możemy liczyć na kulinarne wsparcie „Pana Catermarka”. Wiele tych szczęśliwych zdarzeń i spotkań wspierało nas w organizacyjnym trudzie. Dzięki nim mieliśmy mniej pod górkę. Jednak im bliżej wyścigu tym było stromiej.
Zamarzyło nam się, żeby trasa miała atest PZLA. W końcu miał to być bieg poważny, z nagrodami pieniężnymi i liczyliśmy na jakichś biegaczy z wyższej półki. A jak taki biegacz pobije na naszej trasie rekord świata, to co? Wstyd będzie, że mu tego rekordu nie uznają. Miał więc być atest i prawdziwi sędziowie. Wyznaczyliśmy termin atestu gdzieś na połowę marca. Niestety zima w 2013 roku nie chciała odpuścić. Marzec się skończył, kwiecień zaczął, a tu śnieg ciągle leży na ulicach. Panu od atestów już terminów zaczęło brakować. Wreszcie cudem, jakoś w połowie kwietnia udało się zgrać przyjazd p. Dziekońskiego z pierwszym powiewem wiosny. Następnym zdarzeniem, które podniosło nam ciśnienie ponad już i tak podwyższoną normę była sprawa medali. Zamówiliśmy je na długo przed biegiem w renomowanej firmie gdzieś spod Częstochowy. Na tydzień przed biegiem zaczynały już na spływać puchary, nagrody, sprzęt do zabezpieczenia trasy, a medali jak nie było, tak nie było. Pani z firmy z którą rozmawialiśmy już codziennie starała się nas uspokoić, że medale będą na czas, ale kiepsko jej to wychodziło. Już nawet ciągnęliśmy losy kto rzuci te przygotowania – każde ręce na wagę złota – i ruszy w trybie awaryjnym pod Jasną Górę. Na szczęście medale dotarły po południu w przeddzień biegu. Jakby tego było mało w piątek po południu (przypominam - Bieg w niedzielę) okazało się, że brama startowa, którą użyczył nam jeden ze sponsorów, jest niesprawna, bo nie ma pompującego ją agregatu. A miało być tak pięknie. I znów szczęście głupiego. Bramę wyprodukowała firma w Legionowie. Nawet pracował tam ktoś w sobotę. Cóż było robić. W końcu Legionowo jest bliżej trochę niż Częstochowa. Jazda więc. Panowie w zakładzie byli bardzo uczynni. Zamontowali urządzenie i nawet pokazali jak taką bramę nadmuchać i jak potem spuścić z niej powietrze. Nie dziw, że po takich doświadczeniach rozglądaliśmy się bacznie skąd jeszcze może nadciągnąć jakieś przysłowiowe oberwanie chmury. Końcowe przygotowania dopięliśmy gdzieś tak ok 2:00 nad ranem. Gdy dojeżdżałem do domu na krótką drzemkę na szybie samochodu pojawiły się pierwsze krople deszczu.
BIEG
Kiedy obudziłem się jakieś cztery godziny później wiedziałem już, że mamy problem. Nad ranem nad regionem przeszedł szybki front chłodny, niosąc ze sobą gwałtowne opady deszczu i niemal równie gwałtowny spadek temperatury. Od razu pojechałem na objazd trasy. To co zobaczyłem, sprawiło, że ręce mi opadły. Centrum Milanówka tonęło w wodzie. W niektórych miejscach woda sięgała do łydek. KONIEC. Tyle starań i wszystko na nic. Wróciłem do szkoły – naszego centrum dowodzenia – z hiobowymi wieściami. Zaczęliśmy gorączkowo szukać pomocy. Na szczęście p. Burmistrz okazał się nie tylko honorowym, ale takim prawdziwym patronem. Uruchomił służby miejskie. Pomogli też strażacy. Gdzieś około 9:30 sytuacja wyglądała na opanowaną i mogliśmy zacząć rozstawiać barierki, pachołki i rozciągać taśmy. Pojawili się już pierwsi biegacze. Biuro zawodów ruszyło pełną parą. Mimo wciąż kropiącego deszczu widać było, że frekwencja dopisała. Wszyscy w dobrych humorach. Na piętnaście minut przed biegiem ruszyłem na przegląd trasy. Wtedy po raz pierwszy doświadczyłem czegoś co potem stało się cichą nagrodą za trudy przygotowań. Jechałem pustymi ulicami przygotowanymi na bieg. Wokół tylko wolontariusze zabezpieczający trasę, oraz nieliczni kibice i gapie. Żadnych innych samochodów, tylko ja i trasa biegu. Sprawdziłem zabezpieczenia i wróciłem na start, by dać sygnał, że wszystko gotowe. Na starcie i w szkole w międzyczasie atmosfera bliska była wrzenia. Hania wydawała ostatnie numery startowe. Leszek właśnie witał biegaczy. Ania ogarniała nasze mikroskopijne miasteczko biegowe. Agnieszka czuwała w strefie startu i mety. A przy nich nasi wspaniali wolontariusze. Taki podział ról miał się utrzymać na długie lata.
Jeszcze tylko kilka słów od burmistrza, końcowe odliczanie, strzał z pistoletu startowego i ….. poszli. Ruszył kolorowy tłum biegaczy. Nie zważając na deszcz i kałuże, pobiegli przez Milanówek. A przed szkołą nagle zrobiło się cicho. Chwila wytchnienia po tym szalonym pędzie. Teraz już nic nie mogliśmy poprawić, ani załatwić. Bieg i jego uczestnicy właśnie zaczęli pisać swoją historię. Ja z niepokojem wyglądałem pierwszego zawodnika. Martwiłem się, czy wszystko w porządku. Czy gdzieś nie wyjechał jakiś samochód i nie zatarasował drogi. Wreszcie jest biegacz. Dobiegł do nas, okręcił się wokół barierki i ruszył na drugą połowę trasy. Za chwilę następny i następny. Coraz więcej zawodników i zawodniczek mija zawrotkę. Wreszcie mogę spokojnie na nich popatrzeć, bo wcześniej nie miałem okazji. Duża rozpiętość wieku. Są „starzy wyjadacze” walczący o podium i początkujący, walczący o życie. Widzę gościa na wózku inwalidzkim. To Mariusz, który już wkrótce otworzy nam oczy na problemy sportowców „na kółkach”. Jest nasz kolega, który biegnie pchając przed sobą wózek z córeczką.
Jeszcze wiele razy potem dane nam będzie oglądać ludzi ogarniętych pasją biegania. Podglądać ich sukcesy i porażki. Patrzeć jak układają sobie biegowe życie i z każdą rozmową czerpać coś dla siebie.
Tymczasem do mety dobiega zwycięzca. Michał Kaczmarek. Utytułowany zawodnik WKS Grunwald. Udało mu się złamać na naszej trasie 30 minut. Dobiegł z czasem 29:55. Ten rekordowy wynik nie został pobity do dziś. Za nim na metę wpadają następni. Teraz pełne ręce roboty ma Agnieszka, która wraz z wolontariuszami dwoi się i troi, by wszystkim zawiesić na szyi medal uczestnictwa. Zaczyna się robić tłoczno przed szkołą. Zawodnicy dopiero co rozgrzani biegiem teraz z medalami na szyi szczękając zębami z wychłodzenia chronią się w budynku szkoły. Oj, sprzątaczki będą miały co robić. Na szczęście jest pan Catermark – jak zaczęliśmy nazywać p.Marka. Jego namiot, gorąca grochówka, słodkie babeczki i uśmiech rozgrzewają tych dla których nie starczyło miejsca w szkole. Nad tym całym zamieszaniem próbuje zapanować Ania. Tak jak wiele razy później jest dobrym duchem miasteczka biegowego. Z garstką wolontariuszy zarządza ruchem, kierując biegaczy a to do toalet, a to do depozytu.
- Nie była pani na masażach? A to proszę tu do tej Sali na prawo.
- Toalety są też w środku. Korytarzem na lewo.
I tak cały czas. Przy okazji zerka wnikliwym okiem czy ktoś nie śmieci i czy są bezpieczne puchary, i nagrody dla zwycięzców. Jesteśmy wśród swoich, ale licho nie śpi.
W pokoju nauczycielskim założyli swą bazę sędziowie PZLA. Na bieżąco zbierają informacje z mety i ustalają listę wyników. Już za rok zastąpi ich system automatyczny, ale póki co w chmurze dymu papierosowego, ze stery kartek z tymczasowymi zapiskami, wyłania się ostateczna klasyfikacja. Na ten moment czeka już Hania. Ma ważną rolę. Jej zmysł organizacyjny i zdolność zapamiętywania wielu szczegółów pomogły przy organizacji i prowadzeniu biura zawodów. Teraz jest podporą i skarbnicą wiedzy dla sędziów. Dokładnie wie kto ma jaki numer, kto odebrał pakiet, kto się pozamieniał i takie tam. Dzięki temu lista szybko trafia w okolice podium i można zaczynać dekorację zwycięzców. Tam też trafiają puchary i nagrody do tej pory czekające w jednej z sal. Można zaczynać dekorację.
Finał imprezy biegowej. Dekoracja. Tutaj mistrzem ceremonii jest Leszek. Ze swadą i humorem wita zawodników, gości oficjalnych i nieoficjalnych i zaczyna się dekorowanie zawodników. My w trójkę - Ania, Hania i Ja - staramy się robić wszystko, by dekoracja przebiegała płynnie, i by nie pomylić co i dla kogo. Cały czas jeszcze na najwyższych obrotach. Chwila luzu przychodzi gdy dla najbardziej wytrwałych, wyziębionych biegaczy rozpoczynamy losowanie mniejszych i większych upominków, które dla biegaczy ufundowali nasi sponsorzy. Jest dużo śmiechu i podniecenia. Atmosfera znów trochę się rozgrzewa. Wreszcie losowanie ostatniego fantu. Jeszcze Leszek żegna wszystkich uczestników i nagle buch, i koniec. Nagle robi się cicho. Opadają nerwy. Wszyscy zaczynamy czuć jak bardzo to był długi dzień, i jak bardzo jesteśmy zmęczeni. Nieco pomaga zastrzyk energii w postaci grochówki i babeczek. Wreszcie możemy spróbować jaka to pychota. Zwłaszcza, że w ferworze walki nikt z nas nawet nie pomyślał o jedzeniu. Musimy jeszcze wykrzesać trochę sił, by posprzątać po imprezie i udrożnić ulicę.
I tak zakończył się zorganizowany przez nas Bieg. I Bieg STO-nogi. Pozostawił po sobie wiele wspaniałych wrażeń i ogromne zmęczenie, porównywalne z tym po przebiegnięciu maratonu. Gdyby wtedy ktoś nas zapytał, czy za rok zrobimy Bieg, odpowiedź byłaby pewnie jedna – NIGDY W ŻYCIU. Ale już tydzień później, gdy posprzątaliśmy, podliczyliśmy, posłuchaliśmy i przemyśleliśmy, zupełnie inaczej zaczęliśmy myśleć o naszej przyszłości organizatorów imprez biegowych. Wkrótce pojawiły się nowe pomysły. Bieg od Źródeł Utraty, Noc STO-nogi, Maraton Miast Ogrodów, czy Górski Bieg STO-nogi. Wszystko to przeplatane kolejnymi wyzwaniami biegowymi. Klub STO-nogi Milanówek i jego sympatyków spotkać można było na takich imprezach jak Bieg Rzeźnika, Chudy Wawrzyniec, czy 12-Godzinny Podziemny Bieg Sztafetowy w Bochni. Wielu z nas zaliczyło Koronę Maratonów Polskich. Byliśmy niezmordowani. Bieg Sto-nogi stał się imprezą cykliczną. Zmieniła się data wyścigu. Z kapryśnego kwietnia, przenieśliśmy się do upalnego czerwca. Przy okazji piątej edycji szarpnęliśmy się i zrobiliśmy nową dziesięcio kilometrową trasę przez cały Milanówek. Spełniło się nasze marzenie, by biegacze przebiegli po milanowskim wiadukcie. Remonty dróg zmusiły nas do przeniesienia się na kilka lat na drugą stronę torów, gdzie gościnnie przyjął nas skwer Starodęby. Wraz z Biegiem STO-nogi rozkwitała też NOC-STO-nogi. Nasze kameralne pożegnanie sezonu biegowego w parku Muzeum Anny i Jana Iwaszkiewiczów w Stawisku, pomyślane jako jednorazowy wybryk biegowy, stało się niemal kultową imprezą biegową naszego lokalnego środowiska biegowego. I to pomimo niesprzyjającej listopadowej aury. Pięknie rozwinęła się idea połączenia organizacyjnych wysiłków naszych biegowych przyjaciół z okolicy. Udało się spiąć Bieg STO-nogi, Podkowiańską Dychę, Żółwińską Piątkę i NOC STO-nogi i stworzyć wspólną klasyfikację pod wspomnianą wyżej nazwą Maraton Miast Ogrodów.
Niestety nadeszła pandemia koronawirusa COVID-19. Dwuletnia przerwa w uczestnictwie i organizacji biegów spowodowała, że nasz entuzjazm jak i wielu innych biegaczy-organizatorów znacznie osłabł. Nie przetrwał Maraton Miast Ogrodów. Nie przetrwała Podkowiańska Dycha. Wielu naszych kolegów zarzuciło plany biegowe na rzecz innych aktywności. Niektórych pochłonął biegowy trójkąt bermudzki – telewizor, lodówka, kanapa. My też długo myśleliśmy, czy jest jeszcze sens reaktywować nasze biegi. Zaczęliśmy w 2022 roku od VIII Nocy STO-nogi. W następnym roku z wielkim trudem udało nam się reanimować Bieg STO-nogi. Zmienił się Milanówek, zmienił się świat. Ale w tej nowej rzeczywistości ludzie wciąż chcą biegać. Na naszych imprezach pośród znanych twarzy ludzi, którzy razem z nami rozpoczynali zabawę w bieganie, pojawia się coraz więcej nowych młodych biegaczy. Magia biegania wciąż przyciąga wariatów, którzy chcą stanąć na starcie z numerem na piersi i ruszyć biegiem ulicami Milanówka, by zmierzyć się z własnymi słabościami i lękami na klasycznym dystansie dziesięciu kilometrów. Taki widok daje nam siłę, by jeszcze raz zakasać rękawy i zabrać się za organizację Biegu STO-nogi. Bezczelności już w tym nie ma, ale szaleństwo – jak najbardziej.
Jerzy Stypa