Łysa Góra śni mi się po nocach. To kolorowe sny… Obrazy światłem malowane… Ośnieżone szczyty Karkonoszy, moje miasto przykryte chmurami, narciarze – niebieskie i czerwone na białym. Spokojnie prowadzę narty w skręcie – tutaj stok jest równy jak stół. Patrzę na armatki, które sypią śnieg. Widzę ratrak sunący po trasie, widzę śnieżny sztruks. A za chwilę… cisza aż w uszach dzwoni. Moje ostatnie wejście na Okole, ostatni kadr.
Patrząc wstecz, widzę swoje życie jak długą, wciągającą trasę narciarską, którą pokonywałem przez kilkadziesiąt lat. Były na niej szybkie odcinki, pełne radości i satysfakcji, ale i fragmenty twardsze, wymagające techniki i spokoju. I jak na instruktora przystało — trzeba było z równowagą przejechać cały odcinek...
Z powodu pracy (a i nie tylko) zjawiam się tu o różnych porach dnia i nocy... Zawsze z aparatem w rękach. Szósta rano, dziesiąta w nocy, wschód słońca, rozgwieżdżone niebo, księżyc w pełni... Ulubione mgły płynące nad przełęczą Widok. Niezwykle urokliwe krajobrazy widziane ze zboczy Łysej Góry i popularnej Kapelli. Ktoś powiedział kiedyś - widoki jedne z najpiękniejszych na świecie...