Od ponad 100 lat pisano wielokrotnie o tym, dlaczego esperanto jest złą propozycją globalnego lingua franca (GLF). Krytyka pochodzi zarówno ze strony innych ruchów na rzecz GLF, np. języka ido, jak również ze strony ludzi, którzy są sceptyczni do samej idei GLF – czy to konstruowanego, czy to naturalnego.
Popieranie esperanta jako GLF to pogląd bardzo daleko idący[1], łączący w sobie wiele poglądów bardziej ogólnych – podzielanych np. przez zwolenników innych ruchów tego typu (jak język ido) i przez ludzi popierających w tej roli język angielski. Esperantyści „komunikacyjni” (finawenkiści) często przeskakują wiele etapów argumentacji – uzasadniając tylko część swoich przekonań, a pozostałe przyjmując jako milczące założenia. Tych elementów jest co najmniej kilka. Finawenkista powinien być w stanie uzasadnić to, że:
W skrócie: finawenkizm opiera się na popieraniu:
Dla każdego z tych czterech pomysłów należy uzasadnić, że jest dobry i realistyczny. Niestety finawenkiści często tego nie robią. Ludwik Zamenhof usiłował uzasadnić swoją ideę krok po kroku, w dziele [???].
Przeskoki argumentacyjne mogą mieć różne skutki. Przykładowo niektórym ludziom nie wystarczy przekonywanie, że esperanto jest językiem źle zaprojektowanym. Ich wiara w „ostateczne zwycięstwo” może być tak silna, że są gotowi walczyć o ten cel nawet za pomocą języka źle zaprojektowanego, który może już poszczycić się pewnymi doświadczeniami i strukturami organizacyjnymi.
Ludzie rozczarowani tym projektem, ale dalej wierzący w tę ideę, mogą przechodzić do podobnych ruchów – równie ambitnych, ale nie mniej karkołomnych[2]. Mogą np. działać na rzecz tego, żeby GLF został wspomniany język ido, czy nawet któryś z języków zaprojektowanych w innym celu: jak interlingua czy lożban.
Innym skutkiem braku systematycznej analizy finawenkizmu może być to, że jego sceptycy mimo wszystko tolerują go wśród esperantystów i nie zauważają, że światowa dominacja esperanta czy jakiegokolwiek innego języka miałaby poważne skutki uboczne.
Co również istotne: brak systematycznej analizy finawenkizmu rzutuje na inne formy esperantyzmu, np. na ten edukacyjny. Przykładowo jedną z przeszkód w istnieniu GLF jest niemożliwość języka uniwersalnie prostego – a to również pewna przeszkoda w znajdowaniu języka propedeutyki, języka światowej społeczności hobbystów czy języka tłumaczeń pośrednich. Poza tym wspominane tolerowanie finawenkizmu może czynić język esperanto mało atrakcyjnym dla hobbystów – o czym mówi inna sekcja.
Ludwik Zamenhof wierzył, że istnienie wspólnego języka obcego mogłoby ograniczyć przemoc i konflikty na świecie. To przekonanie mógł wynieść z rodzinnego Białegostoku, gdzie ścierało się wiele narodów i języków. Być może faktycznie istnieje pewna korelacja między łatwością komunikacji a pokojem. Jednak na pewno nie ma tu korelacji ścisłej:
Ludwik Zamenhof pewnie wiedział o tego typu przykładach i pewnie słyszał takie uwagi. Mimo to są warte przypominania – tak żeby entuzjastom GLF wytrącić z ręki jeden z możliwych argumentów.
Są też sytuacje, gdzie wspólny język może być zarzewiem konfliktu. Pisarz Douglas Adams jest autorem żartu, w któtym ryba Babel – uniwersalny translator – spowodowała niespotykane wojny. Tak więc nie ma gwarancji, że GLF rozwiązałoby pewne problemy, które miałoby rozwiązywać. Oprócz hipotetycznego powodowania konfliktów GLF miałoby też swoje całkiem prawdopodobne skutki uboczne:
Niektórzy esperantyści, jak Claude Piron, bardzo życzeniowo odpowiadają na ten trzeci problem. Zachęcają ludzi do poznawania dialektów, ignorując fakt, że czas i pieniądze nie są z gumy. Być może języki lokalne w krajach anglojęzycznych (np. celtyckie, indiańskie, aborygeńskie) nie byłyby tak silnie chronione i rekonstruowane, gdyby mieszkańcy tych krajów mieli silniejszą potrzebę nauki j. obcych (jak francuski), a przez to mniej czasu i pieniędzy na ochronę dialektów.
Tym skutkom ubocznym być może da się zapobiec. Nawet jeśli się nie da, to być może jest to cena warta zapłaty. Tym niemniej zwolennicy GLF, w tym „tradycyjni” esperantyści (finawenkiści), powinni mieć świadomość tych problemów, przypominać o nich i cały czas dbać o zapobieganie im (prewencję, profilaktykę).
Jeśli tak, to prawdopodobnie tylko drogą planowania. Trudno spodziewać się sytuacji, w której język sztuczny staje się głównym językiem jakiegoś narodu, który to zostaje potęgą ekonomiczno-kulturową i przez to jego język zostaje GLF.
W hipotetycznym scenariuszu planowania GLF trudno powiedzieć, czy większe szanse miałby język naturalny, czy sztuczny. Opcja sztuczna mogłaby być bardziej poprawna politycznie i sprawiać wrażenie bardziej egalitarnej, demokratycznej, w jakimś sensie neutralnej.
Pod wieloma względami (ale nie pod wszystkimi!) byłoby lepsze niż wolapik, ale zdecydowanie gorsze od innych, późniejszych propozycji.
Na szczęście nie. Niektórzy esperantyści mogą być oburzeni tym, że jak można uważać światową popularność eo za gorszą sytuację niż brak GLF. Są skłonni uważać, że skoro lepsze byłoby GLF esperanckie niż żadne, to jest to wystarczający powód, żeby obstawać przy swoim ruchu. Taki argument można sprowadzić do absurdu – zgodnie z tą logiką ruch esperancki był pewnym błędem, a rację mieli i mają entuzjaści języka wolapik. Jeśli ktoś kieruje się w życiu tzw. etyką deontologiczną, to powinien stosować zasady, które jego zdaniem dobrze działałyby jako uniwersalne. Esperantysta-deontolog może dojść do wniosku, że porzucenie języka wolapik dla esperanta było złe.
To prawda, że być może eo w roli GLF byłoby lepszą sytuacją niż obecna. Nie zmienia to faktu, że stosunkowo łatwo podać scenariusze dużo lepsze, np. gdyby rolę GLF pełniło ido. Światowa dominacja jakiegokolwiek sztucznego języka mogłaby utrudnić sytuację dalszych zmian – tak jak to się stało w przypadku alfabetu łacińskiego, jego kolejności i układu klawiatury QWERTY. Przy proponowaniu trudno odwracalnych decyzji warto się zastanowić, czy są optymalne.
[1] w żargonie naukowym, zwłaszcza w naukach ścisłych i w filozofii, mówi się, że zdanie jest „mocne” lub „silne” – kiedy ma bardzo dużo założeń i przez to implikacji logicznych. Użycie tego określenia w główym tekście mogłoby być mylące.
[2] Specjalnie określam takie projekty jako „karkołomne”, a nie jako „utopijne”, gdzyż utopia to z definicji miejsce cudowne. Za to istnienie GLF oraz konkretnego języka w tej roli wcale nie musi takie być. Świat, gdzie ludzie oprócz języka ojczystego potrzebują tylko jednego obcego można by nazwać co najwyżej antyutopią (miejscem realizującym pewne ideały za ogromną cenę). To mogłaby być nawet dystopia (miejsce koszmarne).