Dziennik, 2. dzień, 2. tydzień 574 roku, Dia'taris
Wiatr: powyżej 30 węzłów
Kurs: baksztagiem na południowy wschód
Pułap: 3 lub 4 strefa
Kapitan ma nadzieję minąć Przylądek Khatharsis jeszcze przed załamaniem pogody. Barometry z Archimezji nie napawają jednak optymistycznie. Ale jaki mamy wybór? Zdechnąć z głodu, przez niedobory racji, albo spróbować sił w starciu z żywiołem. Stąd do Oktopolis jeszcze tylko trzy tygodnie żeglugi.
Dziennik, 3. dzień, 2. tydzień 574 roku, Dia'taris
Wiatr: powyżej 70 węzłów!
Kurs: wschód?
Pułap: 4?
Sztorm! Nie widzę gwiazd. Nie wiem, gdzie jesteśmy. Czy minęliśmy już Charybdyle?
Dziennik, 4. dzień, 2. tydzień 574 roku, Dia'taris
Wiatr: powyżej 70 węzłów!
Kurs: wschód?
Pułap: 2?
W blasku błyskawic widać ostre skały. Charybdyle! Próbujemy minąć je dołem. Prądy wznoszące są bezlitosne.
Dziennik [skreślone "pokładowy"], 5. dzień, 2. tydzień 574 roku, Dia'taris
Żyję!
Rago roztrzaskała się o Charybdyle mniejsze. Jedynym ocalałym z całego hoplonu jestem najpewniej jedynie ja, triari, sternik na Rago, Phoebidas z Oktopolis. Mam zapasów na trzy dni, prowizoryczne schronienie i nadzieję!
Kochana Amaltheio, wierzę, że niedługo się zobaczymy.
Dziennik, 6. dzień, 2. tydzień 574 roku, Dia'taris
[szczegółowe rozważania o tym, które oddziały powinny tędy wracać i matematycznie niepoprawne, bardzo zawyżone rachunki prawdopodobieństwa, kiedy będą mijać dokładnie tę, bezludną wyspę]
Dziennik, 7. dzień, 2. tydzień 574 roku, Dia'taris
[obserwacja zachowań mew opatrzona rysunkami]
Dziennik, 1. dzień, 3. tydzień 574 roku, Dia'taris
[list do ukochanej]
Dziennik, 2. dzień, 3. tydzień 574 roku, Dia'taris
Dużo śpię, staram się oszczędzać siły. Dziś z drzemki obudził mnie oślepiający blask. W nadziei na ratunek od razu pobiegłem ku niemu. Wciąż nie wierzę, co się okazało! Na tej kupie bezludnych, unoszących się skał, na której utknąłem, pojawił się HEROS! To przeznaczenie! Jestem pewien, że słup światła przyciągnie tu pomoc.
Jestem uratowany!
Dziennik, 3. dzień, 3. tydzień 574 roku, Dia'taris
Wiele o nich słyszałem, ale na żywo są jeszcze dziwniejsi niż w opowieściach. Ta kobieta? mówi płynnie w naszym języku, nie wie jednak, jak się nazywa. Wspólnie udało nam się ustalić, że jakoś Zingier. Jest ciepła w dotyku, ale twarda, jak marmurowe posągi. Nosi się osobliwie, a jej włosy i oczy skrzą się jak szlachetne kamienie. Jest bardzo ciekawa naszego świata, uprzejma, a jej głos przypomina zderzające się w trakcie toastu kielichy. Tak bardzo się cieszę, że mam z kim porozmawiać!
Na horyzoncie nie pojawił się jednak wciąż żaden okręt.
Jutro na pewno.
Dziennik, 4. dzień, 3. tydzień 574 roku, Dia'taris
Nadzieja. Trzymam się nadziei. Nie mam już sił. Przepraszam.
5 dzień, 3. tydzień 574 roku, Dia'taris
[List pożegnalny. Z szacunku do prywatności pana rozbitka (i z lenistwa) go nie napiszę. ]
Klęczałam na skraju klifu, głaszcząc mężczyznę po sklejonych od potu i brudu włosach. Leżał na moich kolanach w bezruchu już dobę. Koniecznie chciał ze mną wpatrywać się w horyzont, w kierunku, z którego podobno miał nadejść… jak on to nazywał? Ratunek?
Słońce zachodziło znów za cały archipelag ostrych, zdradliwych skał zamieszkałych tylko przez rozwrzeszczane mewy i skalne jastrzębie. Miało taki ciepły i silny blask. Tak bardzo przyjemny. Szkoda tylko, że wydawał się do biednego Phoebidasa nie docierać.
Jego skóra robiła się od rana już tylko coraz chłodniejsza.
Nachyliłam się nad nim, spoglądając w jego szeroko, desperacko rozwarte, a jednocześnie zamglone bielmem oczy. Popękane, wysuszone, rozchylone usta nie poruszyły się na mój widok, mimo że dotychczas rozmowy ze mną tak bardzo go cieszyły.
Tak, definitywnie zakończył już funkcjonowanie.
Nie zrestartuje się.
- Rozpadnij się na tysiące fragmentów i zaściel sobą ziemię, jak niebo zaścielone jest niezliczonymi gwiazdami - zaimprowizowałam zlepek słów, które z jakiegoś powodu wydawały mi się w tej sytuacji właściwe i zepchnęłam stężałe ciało z moich kolan wprost w ziejącą za granicą klifu otchłań. Wstałam. Nachyliłam się w ślad za moim pierwszym przyjacielem w Avarii, obserwując jego ostatnią podróż aż nie… zniknął.
- Hmmm - mruknęłam, wpatrując się w ledwo dostrzegalną wyrwę w czasoprzestrzeni, która dopiero teraz, w reakcji na naruszenie jej ram, zafalowała, skrząc się niczym fatamorgana w wieczornych promieniach słońca. Anomalia? Niestabilny, naturalny portal? Phoebidas opowiadał mi o takich zjawiskach. Rozmarzał się o nich z żalem i nadzieją. Cóż za ironia, że nie wiedział, iż jedno znajdowało się cały czas tak blisko.
Cofnęłam się od przepaści, zebrałam ze sobą kilka przedmiotów, które powierzył mi mężczyzna, gdy jakoś nadnaturalnie czuł, że zbliża się jego okres przydatności. Owinęłam się płaszczem hoplonisty, wierząc jego słowom, że mój nietutejszy ubiór przyciągać będzie nie tylko przychylny wzrok. Wetknęłam dziennik pokładowy wraz z listami do jego ukochanej Amalthei za pazuchę. W lewą dłoń chwyciłam jego brązową ciężką tarczę. W prawą ujęłam włócznię, na której dotychczas powiewała zrobiona z jakiejś szmaty flaga, mająca zwrócić uwagę przelatujących okrętów, które nigdy się nie pojawiły. Gotowa do dalszej podróży… skoczyłam.
Również zniknęłam.
Pojawiłam się na drugim krańcu Avarii. Jak się później okaże, w Sylvaris. U wybrzeży Zachodniego Morza. Nad wybrzeżem! Tu też był klif, z którego również spadałam. Balansując ciałem, odwróciłam się w powietrzu i wbiłam pożyczoną włócznię pomiędzy poszarpane skały. Wyhamowałam. Gwałtownie. Szarpnęło mną. Usłyszałam głośne trzaśnięcie. Nie był to jednak drzewiec broni, a moja własna kończyna pękająca w łokciu pod wpływem sił i naprężeń. Dalej spadałam. Uderzenie o cienką, kamienistą plażę udało mi się zamortyzować z użyciem magii, po czym zalała mnie fala przypływu i odłączyło mi awaryjnie zasilanie.
Dokładnie wiem, ile czasu przeleżałam pod słonymi falami, nim te cofnęły się wraz z powodującymi tu pływy, okolicznymi, fruwającymi wyspami. Kwarcowy zegar wciąż działał. Gdy tylko słońce wystarczająco mnie wysuszyło, rozwarłam oczy. Usiadłam. Strząsnęłam z siebie wędrownego kraba.
- Dzień dobry Phoebidasie - powiedziałam do napęczniałego trupa, który jakimś cudem nie został porwany przez fale, a wyrzucony na brzeg koło mnie. Nie odpowiedział. Szkoda. Ubolewałam też, że w zapłacie za towarzystwo przyjaciela morze postanowiło przywłaszczyć sobie moje ramię, albowiem dzida i trzymający ją, ułamany fragment kończyny nie znajdowały się już nad moją głową. Trudno. Zarzuciłam sobie mężczyznę na plecy. Z trudem odnalazłam ścieżkę prowadzącą na górę, z wysiłkiem się tam wspięłam i dokończyłam rytuał, ciskając rozbitka z wysokości wprost na ostre skały. Rozbryznął się, ale nie na tysiące skrzących się fragmentów, a na czerwoną miazgę.
Nie tak to sobie wyobrażałam.
Przykre.
Dowiedziałam się dzięki temu jednak czegoś więcej o tych miękkich istotach, a tak wiele wiedzy o ich świecie jeszcze na mnie czekało.