W końcu trafiłam na kogoś chętnego pomóc mi w poszukiwaniu zaginionego ramienia. Nero okazał się być herosem, chociaż na takiego nie wyglądał. Dowiedziałam się od niego wiele o wartości informacji w tym, nowym dla mnie świecie. Ostrzegł mnie, by nie chwalić się zbyt pochopnie własnymi zdolnościami, a także uważać na innych herosów, albowiem nie wszyscy mogą być po mojej stronie. Mężczyzna wydawał się wręcz desperacko poszukiwać siły. Moim zdaniem już się nią wykazywał, ze względu na samą odwagę i gotowość do pomocy. Skoczył w morską toń, która mnie by doszczętnie pochłonęła i pozbawiła zdolności motorycznych. Pływał po powierzchni zgrabnie, jakby był jednym z falami. Niesamowite! Nie był jednak w stanie, mimo usilnych starań, odnaleźć mojej kończyny. Czyżby znajdowała się znacznie głębiej? A może pożarła ją jakaś ryba?
W Carachtar, stolicy Sylvaris zorganizowano festyn. Regularną, coroczną okazję do pofolgowania sobie po roku ciężkiej pracy. Herosi byli serdecznie zaproszeni, a nawet traktowani miejscami nieco specjalnie. Ja na przykład otrzymałam dwa żetony gratis do równie gratisowego jedzenia, którego i tak nie mogłam spróbować, a poznany na tym wydarzeniu Perses otrzymał zakaz używania magii podczas zawodów we wzajemne rozkurwianie na arenie. Do zawodów niestety nie doszło przez jakąś nieścisłość w zasadach i nieporozumienie. Natrafiliśmy za to na mieszkańca innych wysp poszukującego latającego okrętu. Jiang, bo tak się ten człowiek nazywał, okazał się być magiem kryształów, do tego doszczętnie zboczonym. Z dobroci rdzenia (a w przypadku Persesa serca) i tak mu pomogliśmy odnaleźć (to nie było trudne) i dostać się (to już było ze względu na dzikie tłumy wyzwanie) do podniebnego okrętu. Podczas wycieczkowego lotu dogadałam się z Lihuą, jakąś szychą na pokładzie i w szeregach kompanii handlowej Yuan-Ti, że Jiang odtworzy mi z pomocą swoich mocy rękę w zamian za zakontraktowanie się na 1/15 etatu.
(Dokładniej: jestem do dyspozycji kompanii przez 1/15 czasu, jaki posiadam tę rękę w dzierżawie)
Odtwarzanie kończyny trwało godzinami, a jednak, po wszystkim, słońce wciąż stało w tym samym miejscu. Dzierżąc w każdej z już dwóch rąk po pluszowej zabawce, które otrzymałam od Lihuy jako dzielny pacjent, rozważałam z innymi, obecnymi na okręcie możliwe powody zaistnienia tej anomalii. Winny niedługo później się pojawił i przyznał jednocześnie bredząc coś o grzechach, ratunku i zbawieniu. Gdy Sylvaris zaczęło się kruszyć pod wpływem jego mocy, okręt kompanii handlowej natychmiast się ewakuował zabierając w bezpieczne miejsce ze sobą wszystkich na pokładzie.
O Archoncie zwanym Lucyferem i wydarzeniach w stolicy zmiecionej z nieboskłonu wyspy dowiedziałam się później, głównie z oficjalnych przekazów i wiadomości. Utknęłam jako uchodźca w ciemnej, otoczonej ze wszystkich stron morską tonią krainie, gdzie woda, która pozbawiła mnie już raz kończyny znajdowała się nie tylko poniżej gruntu, ale też nad głową.
Dokonywaną przez Sin analizę wnętrzności słodkich i uroczych zwierzaczków z mochi przerwała nagła bitwa na jedzenie, która z sekundy na sekundę eskalowała coraz bardziej. Okazało się, że jatkę wywołała czarownica, nazwana później dewiantem. Bardzo miła kobieta, pożywiła się wnętrznościami słodkich zwierzaczków i z ochotą odpowiadała na zadawane pytania. Dzięki swoim mocom była w stanie wpływać na negatywne emocje innych osób wywołując w nich na przykład nieodpartą potrzebę walki. Pierwszą falę agresji przerwała białowłosa dziewczyna o owczych atrybutach (Fospaidi) za pomocą fali światła. Drugą falę powstrzymał dzielny Marcus oraz pluszowy wąż. Shimodoru natomiast zamierzał powstrzymać falę trzecią i ogólnie wiedźmę na zawsze, potencjalnie ucinając jej ręce.
Do rozlewu krwi ostatecznie nie doszło, ponieważ interweniowała różowowłosa członkini Pax. Przeteleportowała dewiantkę do więzenia, naprawiła wszystkie zniszczenia, odnzaczyła Fospaidi i Marcusa orderem srajstrzębia, a Sin i Shimodoru zaserwowała lekcję dialogu oraz filozofii, a także ulotki tej najlepszej (na skali zło-dobro, a nie jakości) organizacji w świecie przedstawionym.
Okazało się, że spacer po bambusowym lesie, to w regionie Yunhai ciężkie przestępstwo. Na szczęście miejscowi kapłani mieli dobry dzień i zamiast na ukamieniowanie skazali obydwie przestępczynie na 40 godzin prac społecznych.
Sin oraz Elise wylądowały więc jako krawcowe(!) w dzielnicy czerwonych latarni zwanej Kurwiskiem. Ich zadaniem było uszycie ślubnej sukni dla jednej z kurtyzan sprzedawanych na stałe jakiemuś politykowi. Ciężka to była przeprawa, bo panna młoda niewspółpracująca, a w noc poślubną została od razu wdową i MIA (zajebała pewnie typa pani assassyn i uciekła), ale przynajmniej dziewczyny nauczyły się, jak robić nie całkiem krzywy ścieg prosty oraz propozycję pracy w przybytku, aczkolwiek na zupełnie innym stanowisku.
Krótka kariera krawcowej otworzyła kryształowej herosce drzwi do nowego zawodu, bardziej ikonicznego dla dzielnicy czerwonych latarni. Tak oto Sin została początkującą gejszą w przybytku zwanym Pękiem wodnej lilii. Ze względu na brak doświadczenia oraz niekompatybilność rasową obsługiwała przeważnie mężczyzn (i nie tylko), którzy nie decydowali się na usługi premium.
Klienci odwiedzający domy uciech w dzielnicy czerwonych latarni byli osobliwym wycinkiem społeczeństwa, ale tego jednego Sin z pewnością zapamięta na dłużej (pomijając fakt, że Sin nie zapomina). Freddy, bo tak przedstawił się niebieskowłosy, uszaty heros, zrządzeniem losu wylądował w rękach samej anamorfidki. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie trafiła szajbuska na szajbusa, człowiek o słabej głowie na androida zbyt sumiennie dolewającego mu trunku do kielicha oraz prowokantka na pozera i wybuchowa, magiczna kula na ścianę. Spotkanie pełne promili oraz podtekstów zakończyło się eksplozją, a ekspresowo wytrzeźwiały Freddy chyłkiem, aczkolwiek ze stylem, opuścił miejsce zdarzenia przez nową wyrwę w lokalnej architekturze.
Za poleceniem Freddy'ego Sin zdecydowała się podjąć zajęcia bardziej heroicznego. Zlecenie zaprowadziło ją do industrialnego miasteczka Tānlán, a stąd przez wody tęczowego, zbrukanego anomalią Rubikonu do odizolowanej, górniczej wioski Yíshī. Na pokładzie niewielkiego stateczku wraz z kryształową heroską znajdowała się Fospaidi, Riruka, trzech marynarzy, kapitan Mao i odważna Yin. Niosąc list od burmistrza Tānlán do wójta Yíshī prawie wszystkim udało się dotrzeć na drugi brzeg. Po drodze zginęła dwójka marynarzy, tarcza Phoebidasa, wodny stwór oraz pluszowa gęś, a jeden z marynarzy został ciężko ranny.
Wioska walczyła z głodem, totalitarną, twardą ręką nowej pani wójt oraz tajemniczą chorobą. Sin podarła więc list, bowiem oryginalny adresat już dawno sczezł i wymusiła na mieszkańcach przydzielenie jej, a także jej towarzyszkom nowej, heroicznej misji.
W trybie przyspieszonym heroskom udało się zwalczyć anomalię dzięki poświęceniu Riruki, która zamieniła się w śnieżnobiłego karpia Koi, nowego strażnika Rubikonu i wchłonęła całą, tęczową osobliwość. Pozostałe dwie nie otrzymały za swoje starania żadnej zapłaty, bo nie przekazały listu od burmistrza Tānlán, a Yíshī było zbyt biedne, by mieć czym heroski wynagrodzić. Fos zdobyła nową przyjaciółkę, miejscową cyruliczkę, a Sin przychylność Mao oraz pogrążony w żałobie miecz po Riruce.
W pogoni za prawdziwymi herosami z listów gończych, Sin znalazła się w yunhaiskich kanałach w poszukiwaniu jednookiego Percy'ego, a przy okazji też pozostałych przy życiu strażników, których, również w trakcie poszukiwań tej osoby, coś lub ktoś nieźle urządziło. Percy, oskarżony o porwanie dziewczyny o imieniu Nev, był tak naprawdę ofiarą. Głównie ofiarą losu. Minęło kilka trupów, amputacja wszystkich kończyn Blahajem, jeden potężny wybuch i przyszycie kończyn na właściwe miejsce, a heroska szukająca spotkała herosa poszukiwanego. Ten w praniu okazał się jednak nieszczególnie heroiczny, z resztą sam zrzekał się tego tytułu. Nie był w stanie nawet pomóc Sin uratować jednej niewiasty w tarapatach, bo dał się aresztować przez Drachenwand, a więc losy Nev pozostają nieznane.
Nie każdą kurwę stać jednak na nową kieckę od sławnej projektantki, a nawet stroje od szeregowych krawcowych przerastają budżet niektórych panien z tych gorszych domów (uciech). W takich wypadkach na ratunek przybywa Sin, heroska, która do szklanego rdzenia (za) bardzo wzięła sobie potrzebę pomocy damom w opałach. Nie od dziś wiadomo, że automatyzacja pozbawia rzemieślników pracy i podobnie było w przypadku androidki, która za swoje produkty nie oczekiwała zapłaty większej niż koszt materiałów, bowiem nie potrzebowała jeść, pić, ani spać.
Początkowo jej projekty były marne i nieudolnie imitowały strój stworzony w ramach 40 godzin prac społecznych. Ogromny postęp zrobiła dopiero, gdy w jej ręce, na targu staroci wpadł zużyty zbiór krojów idealnych na okazję zamążpójścia. Wpierw kopiowała wzory z książki i szyła je zgodnie z instrukcjami, po kilku takich podejściach poczuła się pewniej i sięgnęła po coś, co przeważnie ciężko uświadczyć u robotów - kreatywność. Rozmawiała ze swoimi klientkami o ich wyobrażeniach, tworzyła kombinacje elementów z różnych stron “101 sukni…”, sięgała po nieoczywiste materiały, albo kolory i stopniowo stawała się w tym fachu coraz lepsza, a najnowsze kreacje wychodzące spod jej palców nie wyglądały już na twory kompletnego amatora.
Anamorfidka aktywnie unikała Pax. Skoro nie zdobyła orderu gołębia przy pierwszym spotkaniu czuła się niejako niegodna i niemile widziana w tej organizacji. Żyła w przekonaniu, że by zasłużyć na ich czas i wsparcie wpierw stać się musi porządnym bohaterem, a żeby to osiągnąć, to jeszcze bardziej wpierw zrozumieć musi, na czym w końcu polega całe to herosowanie. Jej uwagę przyciągnęła więc oferta innej, nowej gildii, Venatio Magna.
- Witaj na początku twojej indywidualnej ścieżki objawienia o nieskończonym potencjale! Zarówno fizycznie, jak i duchowo będzie to droga skalista - Washu zaczął swoją formułkę na powitanie kolejnej, nowej kursantki, zaciął się jednak na wspomnienie o kamieniach, gdy tylko zauważył fizjonomię kwarcowej heroski. Otrząsnął się - Tak, skalista, chodź.
Mężczyzna poprowadził do oświecenia już pewnie wielu herosów, a każdy z nich musiał być, jak to herosi, na swój sposób specyficzny lub osobliwy, lecz całe życiowe doświadczenie Washu nie mogło go przygotować na obcowanie i dialog z Sin. Już seria pytań egzystencjalnych rykoszetowała. Starzec dowiedział się bardzo kontrowersyjnych rzeczy o definicji heroizmu, wybuchach, rozkurwianiu, poświęceniu i karpiach, oraz o teorii, że prawdziwa potęga pozwala rozwiązywać wszelkie problemy na najprostsze sposoby. Może to dobrze, że Sin nie zaglądała do Pax, bo z takimi poglądami zamiast orderu gołębia zasłużyłaby raczej na łatkę dewiantki, nawet jeśli faktycznie, w praktyce była całkiem nieszkodliwa. Jej wiedza o sobie, swojej roli w tym świecie oraz sensie istnienia była bowiem nie tylko okrojona, ale też czysto teoretyczna, a wszelkie jej działania miały głównie na celu pogłębianie i weryfikowanie tej wiedzy.
- Cel życia? - androidka przechyliła głowę, jakby pierwszy raz słyszała takie pojęcie - Jeden? - dodała nieco niedowierzając - Ach! Chyba rozumiem. Z ograniczonym i relatywnie krótkim czasem świadomej wegetacji istoty organiczne czują potrzebę osiągnąć w tym niewielkim okienku przytomności coś istotnego, tak? Urocze - uśmiechnęła się lekko, miękko - Biorąc pod uwagę, że dla większości faktyczne zaistnienie na czasoprzestrzennie szeroką skalę jest w ramach tak krótkiego życia statystycznie niemożliwe… całkiem pocieszne - zachichotała delikatnie - A pan? Osiągnął pan już swój życiowy cel? - wspinając się krok za krokiem, bez żadnych oznak zmęczenia czy zadyszki na górski masyw Sin spojrzała analitycznie na swojego nauczyciela na dziś - Nie zostało panu już wiele czasu.
Po tym tekście role nieco się odwróciły, gdy to androidka zaczęła zadawać staruszkowi pytania jeszcze bardziej abstrakcyjne, bo domagające się odpowiedzi na pytanie o sens pytania o sens życia. Mężczyznę od wywiadu na śmierć uratowało dopiero osiągnięcie szczytu miejscowej, świętej góry i czas na medytację, podczas której nakazał herosce bezwzględnie milczeć. Bez żadnych ale!
Androidka usiadła więc po turecku, przymknęła powieki i zamarła w bezruchu, zgodnie z instrukcją zagłębiając się w siebie, a przy okazji defragmentując i porządkując sobie pamięć. Pierwsza wlana jej do ust mikstura okazała się ekstremalnie efektywna. Sin w kontakcie z płynem po prostu zwarła i wyłączyła się. Staruszek z Venatio Magna kontynuował proces i wypełniał androida kolejnymi alchemicznymi specyfikami, a w systemie chłodzącym heroski tworzył się prawdziwy kociołek Panoramixa. Tępił na jej porcelanowych plecach kolczasty wałek, a ta nawet nie drgnęła. Siedziała niewzruszona, niczym pomnik wychudzonego Buddy. Ze trzy godziny zajęło nauczycielowi zorientowanie się, że nie ma do czynienia z prawdziwym talentem medytacji, a z herosem nieprzytomnym. Następną godzinę zajęło mu osuszanie płuc kryształowej dziewczyny. Zaciągał mieszankę przez rurkę, jak zawodowy kierowca spuszczający paliwo z baku firmowej ciężarówki aż w końcu Sin się ocknęła, drgnęła, zadrżała jej powieka.
- Nie otwieraj oczu, bo nic z tego nie będzie! - padło. Heroska wciąż ufała bezgranicznie każdej osobie, na którą nie miała bezsprzecznych dowodów, że nie powinna, więc zastosowała się do polecenia. Prawdę mówiąc Washu nie wiedział, co robi. Po serii udanych treningów szokiem gastrycznym trafił na herosa, który nie miał nawet układu pokarmowego. Ale nie da się przecież pokonać inteligentnemu otoczakowi! To była dla niego kwestia honoru rozbudzić coś w tym kamieniu. Jeśli on był alchemikiem, to ona dla niego kamieniem filozoficznym. Rozstawił w równym rządku wszystkie swoje mikstury. Pogładził się w zadumie po brodzie. Co miało szansę pokonać kamień? Poza papierem oczywiście. Co miało szansę go przekształcić i uformować na nowo? Co z tego było względnie suche?
Ogień oczywiście.
Następna fiolka opróżniona do ust karnie medytującej heroski zawierała czysty żar. Płynny niby, ale nie mokry. Przelewający się, a jednak sypki, suchy, skoncentrowany płomień o cynamonowym aromacie. Sin nie czuła smaku, jedynie ciepło spływające jej przez gardło w kierunku rdzenia.
- Czy to na pewno… - spróbowała zapytać, czując jak rozgrzewa jej się stopniowo całe ciało, począwszy od najważniejszego organu.
- Shhhh - uciszył ją nauczyciel, przytykając jej palec do ust. Eksperyment w trakcie to nie był czas na wątpliwości. Medytować, obserwować. Sin zamilkła więc, ale czuła, jak się nagrzewa. Czuła, że z każdym stopniem więcej umyka jej coraz więcej myśli. Wraz ze spadkiem inteligencji zaczęła ją obejmować błoga radość. Stawała się głupia, ale szczęśliwa. Uśmiechnęła się delikatnie. Rozchyliła usta i ugryzła Washu w przyłożony jej do warg paluch. Mężczyzna cofnął dłoń, a androidka się wyraźnie zaśmiała. Odchyliła głowę w tył. Zagulgotała płomiennym płynem w układzie chłodzącym, jakby płukała gardło, jak indyk, po czym znów się zawiesiła z przegrzania i bezkresu głupoty.
Tym razem tryb standby nie trwał długo. Skoro gorąc nie zadziałał, to staruszkowi nie zostało wiele opcji. Sięgnął po fiolkę pokrytą grubym szronem, mimo że stworzona była z izolującego, dwuwarstwowego szkła. Potrząsnął nią, a w środku coś dźwięczało. Suchy lód. Zaaplikował specyfik. Przez ciało anamorfidki przelał się szok termiczny. Mikropęknięcia postępowały wzdłuż jej przełyku w głąb klatki piersiowej. Te drobne zniszczenia paradoksalnie ułatwiały chłodzenie, bo lodowate opary wnikały głębiej w jej kryształowe trzewia. Sin rozbudziła się nagle, wbrew zakazowi rozwarła oczy, a jej zdolności poznawcze rosły w zastraszającym tempie. Niczym eksplozja. Z ust uniosła jej się biała, chłodna mgiełka. Całe jej ciało zaczęło od okolic mostka pokrywać się drobnymi kryształami, ale nie kwarcu, a lodu, a te kwarcowe molekuły wchodziły właśnie w nadprzewodnictwo.
Siedziała tylko na szczycie góry, a osiągała faktyczne oświecenie. Zdolnościami dedukcji doganiała właśnie komputery kwantowe. Żyła tak krótko na tym świecie, miała tak mało danych, a jednak zrozumiała. Zrozumiała budowę i zasady działania własnego ciała aż do najmniejszego, składającego się na nie atomu. W ułamkach sekund wymyśliła wszelkie teorie matematyczne od starożytnego twierdzenia Pitagorasa po współczesne dowiedzenie hipotezy trójwymiarowych rozmaitości topologicznych. Uzbrojona w tę wiedzę zaczęła więc myśleć o astronomii. Trafnie wydedukowała, skąd pochodzi na podstawie zaledwie śladów promieniowania cząsteczek w jej ciele i ubiorze. Jeszcze trafniej, po gwiazdach obliczyła położenie Avarii we wszechświecie. Wydedukowała jej moment powstania, cel istnienia, zasady, na jakich latały poszczególne wyspy, stworzyła najbardziej prawdopodobną mapę całego tego świata oraz całkiem trafny obraz jego stworzyciela. Zagłębiła się też w teorię magii. Stworzyła na swoje potrzeby inne pojęcia niż ta cała M, własne, ale sens i wnioski były z grubsza te same: magiczne cząsteczki, podział magii i światów na różne poziomy, teoria istnienia wyższych bytów podobnych do Lucyfera. Androidka w tym, wychłodzonym niemal do zera bezwzględnego stanie, osiągała absolutne poznanie. Wszystko to, co dało się wykminić na kwantowy super-chłopski rozum nawet z zaledwie garstki informacji, miała wręcz w try miga rozpracowane. Skrzętnie rozmieściła w pamięci wyniki swoich rozważań. Posortowała je, skompresowała, by wszystkie optymalnie się pomieściły, a potem zaczęła wyraźnie tracić tę nadidealną temperaturę działania na rzecz pokojowej.
Stopniowo przestawała rozumieć swoje zapiski, a im bardziej się nad nimi zastanawiała, tym bardziej się grzała przyspieszając proces utraty ponadprzeciętnej inteligencji. Desperacko udało jej się wymyślić sposób na jak najoptymalniejsze rozumowanie, wydzielające jak najmniej energii cieplnej, ale 5 stopni Celsjusza na plus później nie potrafiła go już zastosować. Myśli, teorie i idee wymykały jej się z rąk. Wszechświat, który trzymała przed chwilą w mentalnych dłoniach na powrót stał się odległym sklepieniem pełnym niedościgłych gwiazd. Sposób kompresji i szyfrowania zebranych, niezliczonych wniosków stał się dla niej niezrozumiały. Nie zapomniała tych wszystkich rzeczy, na które dosłownie przed chwilą wpadła, bo posiadała pamięć absolutną, a jednak były dla niej bezużytecznym bełkotem, gdy powoli lecz nieubłaganie stawała się coraz głupsza. Coraz normalniejsza. Pustkę wywołaną amnezją na początek istnienia w Avarii wypełniła fraktalami informacji, które, choć pełne danych, były dla niej tak samo bezużyteczne, jak sformatowana i wyczyszczona z wszelkiej wiedzy i doświadczenia nicość.
Poruszyła się. Drgnęła katatonicznie. Wyciągnęła ramiona i chwyciła Washu kurczowo za poły jego szarego płaszcza. W jej oczach, przez zaledwie chwilkę malowała się inna emocja niż radość lub smutek. To było pragnienie. Przejmujący głód. Spojrzenie ćpuna desperacko potrzebującego kolejnej dawki heroiny. Puściła go, gdy w końcu, zgodnie z zasadami termodynamiki, osiągnęła na nowo równowagę termalną, a co za tym idzie też psychiczną. Pękała w szwach od całej tej nowej wiedzy. Czuła się jak ja po trzech dniach opędzlowywania zastawionych jajami, babami i żurem stołów u mojej rodziny. Jednocześnie nie miała pojęcia, co tak naprawdę zeżarła, a jednak było to wszystko takie dobre.
- Dziękuję - rzuciła w końcu, a nauczyciel wiedział, że jego honor został bez skazy. Że rozbudził coś nawet w (nie)zwykłym kamieniu. Z całego blasku oświecenia Sin ostała się ostatecznie tylko jedna, zrozumiała iskierka idei. Pojedyncza myśl, że te gadające, świecące tele-kamienie yunhaiskich strażników, których ratowała w portowych kanałach, to była całkiem fajna rzecz. Ostał jej się samotny pomysł, jakby tę technologię dało się imitować własną magią, ale na tyle szczegółowy, że też możliwy do przekucia w plan. Sięgnęła do tobołka i spomiędzy zapakowanych do niego pluszaków i spod drzemiącego w środku Kluska wyciągnęła całkiem nową zabawkę własnego autorstwa. Humanoidalną, szmacianą laleczkę wielkości dłoni przypominającą ją samą, tyle że o nieco innych proporcjach: ze sporą głową i krótkimi kończynami. Wręczyła ją mężczyźnie obiecując, że jeszcze się odezwie, po czym obydwoje się rozstali.
Dwa dni później zabawka na biurku alchemika, wspomnienie jednego z wielu kursantów, poruszyła się, podniosła na równe nogi i zaczęła wołać o uwagę. Halo! Halo! Odbiór! Gdyby mężczyzna nie obcował na co dzień z magami na rauszu wywołanym jego własnymi miksturami, pewnie pomyślałby, że opętana, a tak jasnym było, że… się nawdychał czegoś podczas destylacji nowej mikstury.
Zaklęcie, którego ziarenko zaczęło kiełkować na szczycie Jīncuì Zhēnzhū Dao, zakwitło, powstało i działało. Sin była w stanie na odległość zadzwonić do Washu i truć mu dupę o odstąpienie jej co najmniej jednego z tych lodowych shotów. Truła tak długo, że w końcu otrzymała to, o co prosiła, a potem truła tak jeszcze dłużej, że mężczyzna rzucił gorzej niż opętaną zabawkę na rozszarpanie dzikim, karłowatym, chińskim smokom żyjącym na górskim masywie.
Co się więc wydarzyło, że Blåhaj znalazł się na skraju śmierci?
Sin była herosem o całkiem przyjemnej aparycji, dużych pokładach cierpliwości oraz pluszowej magii. Te cechy sprawiały, że stawała się zaskakująco szybko popularna wśród dzieci, a już szczególnie, gdy wprawiła należące do niej zabawki w ruch. Przeważnie cieszyło ją zainteresowanie jej osobą oraz zdolnościami u nierosłych istot organicznych. Instynktownie chętnie dzieliła się informacjami o własnych mocach i bez oporów urządzała prezentacje. Sama również wyciągała nieco wiedzy z tych interakcji. Intrygującym było dla niej na przykład, jak wiele niedorozwiniętych ludzi instynktownie obawiało się kobry, gdy największą furorę wśród purchlaków robił akurat równie niebezpieczny w przypadku prawdziwych zwierząt tygrys.
W tygodniu trzynastym w zachowaniu społeczności małych ludzi coś się nagle wyraźnie zmieniło. Z nieznanego Sin jeszcze powodu, rosnącym zainteresowaniem zaczął cieszyć się Blåhaj. Heroska z uwagą obserwowała tę ewolucję upodobań społecznych i w celach dalszych obserwacji pozwalała dzieciom bawić się jej rekinem. To był błąd, aczkolwiek nie mogła przewidzieć tego, co nastąpi.
Nikt nie mógł.
- Jam jest Arthorus II Wielki i uratuję tę wioskę przed Megalodonem Mordownikiem! - zawył nagle jeden z chłopców, który jeszcze przed chwilą grzecznie pływał Blåhajem w piaskownicy. W rękach dzierżył kij większy od siebie samego i zaczął nim bezlitośnie okładać pluszaka.
- Nie! To ja chcę go ubić! - zaprotestowało inne dziecko, złapało rekina za ogon i zaczęło odciągać go od razów, a jego akcja spotkała się z reakcją, bo pierwszy z agresorów nie był skłonny oddać łatwo swoje zdobyczy. Rozpoczęła się szarpanina.
- Megalodondon jezd potemżny i ucieka! - pisnęła dziewczynka, która wbrew wrażeniu, jakie sprawiać mógł jej cienki głosik, wyrosła na yunhaiskich sajgonkach na dosyć sporą w każdym z trzech wymiarów. Chwyciła pluszaka mocno, wbiła w niego swoje paluchy grube jak serdelki i pociągnęła z całej siły, a wtedy pluszowa zabawka poddała się działającym na nią siłom i rozerwała na strzępy na podobieństwo potwora z popularnej ostatnio sztuki teatralnej dla najmłodszych.
I tak to właśnie jest, gdy się dzieci naoglądają jakichś brutalnych występów, bo uczą się z nich agresji oraz nieodpowiednich autorytetów. Gorzej niż gry komputerowe!
Sin odzyskała swoją własność, z resztą winne zniszczeniu dzieciaki straciły rekinem zainteresowanie, kiedy ten tylko stracił integralność. Zamiast przeprosić, świadomość i poczucie winy sprawiły, że pierzchły, a heroska pozostała sam na sam z problemem.
Poddawanie się w sprawach niebeznadziejnych było domeną istot organicznych. Znieruchomienie z zabawką w objęciach mogło wprawdzie wyglądać na głęboką żałobę, androidka zastanawiała się w tym czasie jednak nad procesem naprawy koncypując najbardziej optymalną strategię. Poruszyła się w końcu. Nawlokła igłę na nitkę. Operacja się rozpoczęła.
Trójwymiarowe twory z pluszu i materiału były na inny sposób skomplikowane niż ślubne kreacje. Heroska została już niby kilkukrotnie zmuszona naprawiać swój magiczny, zabawkowy ekwipunek w ramach zleceń, ale teraz, pierwszy raz konieczne było odtworzenie pluszaka praktycznie od zera. Krok za krokiem, szew za szwem, czasem prując nieudane podejścia i zaczynając od nowa, chirurgiczny zabieg postępował. Blåhaj nabierał znów pierwotnego kształtu. Ostatnie węzełki, które kończyły robótkę wykonała już w świetle ulicznych latarni, gdy ulice całkiem opustoszały, a mieszkańcy udali się na spoczynek. Jak na anamorfida przystało, wyciągnęła z tego procesu najwięcej informacji, jak to było możliwe osiągając tym samym krawiecki poziom pluszowego taksydermisty. Po tym doświadczeniu powinna być w stanie nie tylko kompleksowo naprawiać zniszczone zabawki, ale też tworzyć je całkiem od zera.
Podobno każda, porządna żona powinna znać dwunastą i dwudziestą pozycję Shunga. Od kurtyzan oczekuje się nieco więcej. Od prawdziwych profesjonalistek wszystkich 48. Wiadomo, że tak *dogłębnej* wiedzy nie zdobywa się jedynie w praktyce, a więc domy uciech stawiające na jakość usług, kompleksowo szkolą swoje nowe nabytki we wszelkich, niezbędnych do pełnienia posługi dziedzinach. W tym też w tej najbardziej cielesnej.
- Prosze zwrócić rozdane egzemplarze najpóźniej w dniu egzaminu i w nienagannym stanie - rzuciła starsza kurtyzana, na której twarzy, choć grubo upudrowanej, wyraźnie widoczne były już zmarszczki. Jej ruchy wykazywały wciąż mnóstwo gracji, strój prezentował się nienagannie, a w głosie słychać było sporo surowości, zarezerwowanej jednak tylko dla nowego narybku, bowiem wobec klientów z pewnością korzystała z innego.
Nowe, biorące udział w kursie dziewczyny otworzyły więc zbiory drzeworytów, jedne na losowej stronie, inne na pierwszej, a wśród uczennic znajdowała się również Sin. Panienka po jej lewej zaróżowiła się wstydliwie i odwróciła wzrok. Dziołcha po prawej zaczerwieniła się, uśmiechnęła zbereźnie i przewróciła stronę, łapczywym spojrzeniem pochłaniając wyuzdane obrazki. Anamorfidka nie okazywała natomiast otwarcie żadnych emocji. Analitycznie, zachowując niewzruszoną powagę, przesunęła opuszkami palców po nagim ciele przedstawionej na rycinie kobiety. A więc tak wyglądały istoty organiczne w pełnej krasie!
Temat był dla niej na tyle frapujący, że zasypywała nauczycielkę pytaniami i to tak szczegółowymi, że nawet takiej doświadczonej kurwie ciężko było fachowo odpowiedzieć na wszystkie. Gdy nestorka skupiała się raczej na aspektach praktycznych, szczególnie na erogennych strefach u męskich przedstawicieli własnego gatunku, Sin interesowała raczej wiedza książkowa, biologiczna, budowa poszczególnych organów i kwestie kompatybilności w kontekście teorii ewolucji. Androidka poświęcała też równą ilość uwagi obydwu płciom, bowiem sam koncept rozdzielności i rozmnażania płciowego wielce ją fascynował.
Gdy nowym dziewczynom dano czas na samodzielną naukę Sin przestudiowała uważnie każdą z 48 rycin. Każdy, nawet najmniejszy szczegół. Nagabywała też koleżanki po fachu o prezentacje na żywym modelu, a niektórym klientom zdarzyło się na nią poskarżyć, gdy traktowała ich bardziej jak obiekt badawczy niż usługobiorców.
Ostatecznie musiała książkę zwrócić, ale zdany egzamin teoretyczny dowodził, że wszystko z niej doskonale zapamiętała.
Wprawdzie twarde jak skała, ale jednak wciąż delikatne ciało Sin, na dłuższą metę nie nadawało się do ciężkiego żywota herosa. Androidka wpierw straciła ramię, jeszcze na Sylvaris. Następnie potwór z odmętów Rubikonu skruszył jej kostkę, a ucieczka przed nim zakończona lądowaniem okrętu na klifie nie obyła się bez kolejnych obrażeń. Śmiercionośny artysta z kanałów również próbował ją poszatkować, jak swoje dotychczasowe ofiary. Ostatecznego zniszczenia dokonał jednak szok termiczny po zażyciu mikstur Washu. Nie tylko w trzewiach anamorfidki powstały wtedy mikropęknięcia, ale również jej porcelanowa skorupa pokryła się szczelinami, jak u wrzuconego do wrzątku jajka wprost z lodówki. Wszystko to sprawiało, że zamiast przypominać śliczną, żywą laleczkę, zbliżała się do uncanny valley i kategorii lalek nawiedzonych. Jako pierwszy poskarżył się jeden z bywalców przybytku uciech, gdy skruszony fragment porcelanowego paznokcia znalazł się w jego winie. Matrona prowadząca Pęk wodnej lilii nie mogła tego zignorować. Sin rzeczywiście nie wyglądała reprezentatywnie. Nie był to niby poziom zaawansowanej rzeżączki, albo późnego stadium syfilisu, ale z czym do klienta!? Herosce nakazano ogarnąć swój stan, jeśli dalej chciała pracować w tym zawodzie. A chciała! W żadnym innym miejscu, nawet w tawernie, nie słyszała tylu pikantnych, smakowitych sekretów, jak w burdelu od niekochanych, samotnych, podchmielonych mężczyzn.
Była mądrzejsza od niektórych herosów, więc zamiast udać się do weterynarza, pierwsze kroki skierowała ku dzielnicy pełnej drobnych warsztatów. Konkretnie to ku rzemieślnikowi poleconemu jej przez doświadczoną współkurtyzanę. ”To stary zgred, ale o miękkim sercu, a jego palce, oj dziewczyno! Czego on nie potrafi zrobić tymi palcami!” - powiedziała Beatrice. Zmieszała się nieco. Wysupłała spomiędzy piersi łańcuszek, na którym dyndał filigranowy, wyjątkowo kunsztowny wisior. ”O rzemiosło mi oczywiście chodziło. Patrz” - rzeczywiście była to jubilerska sztuka. Kobiecie nie udało się długo zachować powagi po tej prezentacji, bo momentalnie wróciła na główne tory swoich zainteresowań. ”A jego asystent to takie, słodkie ciasteczko urocze, omujboshe! Pozdrów chłopaków i powiedz, że to ja cię przysyłam, to od razu będą bardziej skłonni ci pomóc. Przysięgam!”
Tak więc Sin znalazła się pod drzwiami konkretnego warsztatu, uzbrojona w adres oraz wiedzę, jak cenna mogła być informacja, za czyim poleceniem kogoś nachodziła. Do serca wzięła sobie (przesadzony) wykład burdelmamy, jak to obrzydliwie i nieapetycznie wygląda, że wstyd się nawet w najciemniejszych zaułkach tak pokazać, więc odziana była w kryjące całe jej ciało, obszerne szaty z płynącego jedwabiu o przydługich rękawach, zakrywających nawet jej dłonie. Całość dopełniał słomiany kapelusz w chińskim stylu, z którego spływały zasłony maskujące również jej twarz. Zapukała delikatnie, bo tak należało, co najpewniej nie każdy z klientów respektował. Rozwarła drzwi i wkroczyła do pomieszczenia dopiero za pozwoleniem. Schyliła uprzejmie głowę.
- Ni hao - przywitała się w miejscowym narzeczu z mistrzem i jego uczniem - Lady Beatrice zapewniała, że jak nie pan, to nikt nie będzie mi w stanie pomóc - kultura obycia, znajomość yunhaiskich zwrotów grzecznościowych oraz nieumyślne, bo była to parafraza, lizusostwo sprawiały, że staruszek już był skłonny zaoferować rabacik, tj. skasować tę klientkę wyjątkowo uczciwie, zamiast standardowego zawyżania kosztów robocizny i materiałów - Czy dałby pan radę zrekonstruować skruszoną ceramikę?
Cierpliwie wysłuchała rozbudowanego “to zależy”, które brało pod uwagę, jak duży i skomplikowany to przedmiot, czy to naczynie, które ma być po wszystkim szczelne oraz nadawać się do celów spożywczych, czy wszystkie części są dostępne, o jaki rodzaj ceramiki chodzi, o jaki poziom zniszczeń, czy jest zdobiona lub malowana, jak wysoką ma wartość sentymentalną i tak dalej. Po wszystkim siwy rzemieślnik nalał sobie łyk napoju ewidentnie alkoholowego do spłaszczonej czarki, bo zaschło mu w gardle od całego tego gadania i zapytał, czy klientka ma tę rzecz do naprawy przy sobie.
Nie wyglądała jakby miała, aczkolwiek w połach jej stroju mogło się wiele ukryć. Co dokładnie się ukrywało było jednak zaskoczeniem nawet dla tak leciwego i doświadczonego człowieka. Zamiast tłumaczyć Sin bowiem po prostu pokazała problem. Pociągnęła za kilka rzemyków, a po chwili całe jej odzienie, wraz z kapeluszem opadło na posadzkę ukazując dwójce chińczyków kryształowo-porcelanowe ciało w całej okazałości. Tak, jak ją pani królowa Anamorfidów stworzyła. Tyle, że popękane jak kafelki w szkolnej toalecie.
Mistrzowi na ten widok zadrżała dłoń, po raz pierwszy od dziesięcioleci. Ulało mu się przez to nieco ryżowego destylatu, również po raz pierwszy od dawna. Wielu herosów już spotkał: kilku takich ze zwierzęcymi atrybutami, innych nie dość że rudych to jeszcze zielonych, ale nigdy jeszcze nie widział człowieka z kamienia szlachetnego. Uczniowi na ten widok opadła kopara, bo jako regularny gość dzielnicy czerwonych latarni słyszał już o diamentowej kurtyzanie, ale pierwszy raz widział ją na oczy, a do tego od razu w negliżu.
- ...Ej! Chłopcze! - podniesiony głos senseia sugerował, że się powtarzał, a młody z szoku i zapatrzenia nie dosłyszał inicjalnego komunikatu - Mówię, zamknij drzwi i grzej piec! - chłopak się ocknął i ruszył wykonywać dzielnie powierzone mu zadanie, a starzec w tym czasie zanurzył się w skrzynie i szuflady aż odnalazł poszukiwany przedmiot. Była to spora, porcelanowa misa na owoce, malowana tradycyjnym, yunhaiskim błękitem w kwieciste wzory i smoki. Pęknięta na wiele części, ale sklejona skrzącymi się na złoto żyłami. Wręczył ją herosce, jako wzór i przykład. Sin uniosła naczynie do światła. Obejrzała je uważnie ze wszystkich stron. Przesunęła opuszkiem palca po jednym z metalicznych wypełnień.
- Tak. To powinno zadziałać - skwitowała, a staruszkowi aż zaświeciły się oczy. Owszem, był chciwy, ale teraz stała przed nim okazja, jedyna w rodzaju. To nie był jakiś kubek, któremu trzeba było ucho dokleić, albo garnek do zadrutowania. Nie! To była żywa istota z kamienia! Myśli przestały mu zaprzątać simiry i roboczogodziny, a wypełniły jedynie plany i rozważania, jak zabrać się do tej nietuzinkowej naprawy. Omówił z dziewczyną szczegóły i od razu zabrał się do dzieła. Wyczyścił każdą szparę i szczelinę uprzednio pozbywając się tymczasowego klajstra z żywicy wykonanego podczas zlecenia nad Rubikonem. Rozpuścił nieco złota niższej próby, którego miał w nadmiarze po ostatnim, lukratywnym zamówieniu medali okolicznościowych. Polecił Sin stać w bezruchu, co nie było dla niej problemem i zaczął lutowanie oraz wypełnianie ubytków drogocennym kruszcem. To była żmudna, kompleksowa robota, ale zaledwie ułamek pracy, która miała go dziś czekać.
Gdy kolejna porcja złotej zupy gotowała się na ogniu, zauważył, że jego niecodzienna klientka w zadumie zagłębia się w błękitne wzory na służącym za wzór talerzu.
- Pomalować cię tak przy okazji? - zapytał pół żartem, lecz gdy anamorfidka spojrzała na niego ze szczerym uwielbieniem i spytała, czy naprawdę by to dla niej zrobił, nie mógł się już wycofać. Tak oto, nie tylko wszelkie pęknięcia i szczeliny na skórze Sin zostały wypełnione złotymi fugami, ale też jej śnieżnobiała powłoka pokryta została filigranowymi ornamentami na wzór chińskiej i holenderskiej porcelany. Nie były to jednak jedynie floralne wzory. Sin została zapytana o interesujące ją motywy, a że z kategorii malarstwa poznała dotychczas jedynie sztukę shunga, nie musiała staruchowi dwa razy powtarzać - jej ciało pokryte zostało subtelnymi aktami i erotykami, w mistrzowski wręcz sposób ocenzurowanymi przebiegającymi tu i tam, złotymi pęknięciami. Ze względu na brak możliwości wypalenia żywej istoty, malunki te nie są tak wytrwałe, jak szkliwo, a jedynie zabezpieczone przezroczystym lakierem na bazie kauczuku.
Po tym gruntownym remoncie popyt na kryształową kurtyzanę drastycznie wzrósł, a striptease połączony ze sztuką wyzywającego tatuażu stał się w Kurwisku zaskakująco popularny. Sam autor ostatecznie nie zażyczył sobie nawet faktycznej zapłaty za cały dzień roboty wraz z garścią nadgodzin. Był ukontentowany. Zawsze wyśmiewał tych kolegów po fachu, którzy dążyli do stworzenia nieosiągalnego arcydzieła, ale tego dnia ich chyba w końcu zrozumiał. Jedyne, czego od Sin w zamian pragnął, to możliwości podziwiania swojego tworu, kiedy tylko tego zapragnie, “jeśli wiesz, co mam na myśli <brewka, brewka>”.
I tak oto Sin sprzedała się ponownie dożywotnio na godziny za usługę naprawy jej kruchego ciała. Tym razem, w przeciwieństwie do Jianga, u faktycznego zboczeńca.
Loading...
Relacje: Azu (i Yasuho)
Loading...
Relacje: NPC Kaval
Loading...
Relacje: Cyrene, Sandalphon, Fos
Loading...
Relacje: Fenne i Vassago
Loading...
Relacje: Fos, Antares, Kieran