Rozłożone na stole stare fotografie są jak otwarte okna do świata, którego już nie ma. Nadleśnictwo Bronna Góra w latach trzydziestych minionego wieku leżało na skraju poleskich borów i bagien. Miejsce to łączyło w sobie twardą pracę leśników, przemysł drzewny oraz spokój życia kresowego dworu. Śledząc kadry utrwalone na obiektywie, krok po kroku wchodzimy w codzienne życie moich dziadków – Jana i Marii Fickich – ich dzieci, przyjaciół oraz ludzi, którzy tworzyli tę społeczność.
Na jednym z pierwszych ujęć widzimy reprezentacyjny, drewniany budynek leśnictwa. Przed gankiem, wspartym na solidnych słupach, stoi w równym rzędzie oddział kolarzy w służbowych mundurach. Rowery w dwudziestoleciu międzywojennym były tu podstawowym środkiem transportu – pozwalały szybko pokonywać utwardzone szutry i leśne dukty. Obok, nieodłączny druh leśnika – szorstkowłosy pies myśliwski.
Dziadek Jan Ficki był gospodarzem tych ziem. Odpowiadał za szkółki, ochronę zwierzyny i pozyskanie surowca. Tuż obok działał tartak Edwarda Borken-Hagena. Zdjęcia z poręb pokazują, jak ciężka była to praca: ciężka lokomobil spalinowa na skraju lasu wciąga olbrzymie pnie na wozy, a w trudniejszym terenie pracują poleskie konie w zaprzęgach z charakterystyczną dugą.
Gdy przychodziła wiosna, praca przenosiła się na wodę. Kolejna fotografia ukazuje flisaków przy wielkich tratwach. Poleszucy w ciężkich buciorach i czapkach, uzbrojeni w długie tyczki, spławiali drewno wzdłuż kanałów. Z kolei piaszczysty brzeg Jeziora Białego na innym kadrze zdradza drugą stronę łowieckiego życia: w długiej, drewnianej dłubance siedzi całe towarzystwo. Dziadek Jan Ficki z bronią opartą o ramię, babcia Rysia i ich goście po udanym polowaniu na kaczki, otoczeni przez lokalnych przewodników.
Drugi dom – prywatna rezydencja dziadków – witał gości dworkowym gankiem, dzikim winem na ścianach i różanym ogrodem. Na kadrze przed podjazdem stoi elegancki powóz zaprzężony w dwa kasztany, gotowy do drogi.
Wnętrza dworku zdradzają ciepło i kulturę domowników. Na zdjęciu z salonu widnieje purpurowa, pluszowa kanapa na tle zielonej tapety, na której zawieszono trofea myśliwskie i skóry drapieżników. Siedzi na niej rodzina, otoczona domowymi kwiatami. Obok, w muzycznym kadrze, babcia Rysia gra na pianinie. Przy blasku świec i dźwiękach muzyki przysłuchują się jej dziadek Jan oraz przyjaciel domu, Edward Borken-Hagen. Bliska relacja łącząca leśnika i właściciela tartaku wychodziła daleko poza służbowe interesy – razem polowali, spędzali wieczory i dzielili trudy życia w odległej puszczy.
Świadectwem tych łowieckich wypraw jest zimowa fotografia z gęstwiny: przy rozpalonym na śniegu ognisku stoi grupa myśliwych w ciepłych płaszczach, jedząc gorący posiłek z kociołka. Z kolei w innym, bliskim ujęciu widzimy dym z papierosa, uśmiechy i swobodną rozmowę w zaśnieżonym lesie.
Najbardziej poruszające są kadry poświęcone najmłodszym. Fotografia podpisana starannym pismem „Macierzyństwo” przedstawia moją mamę jako niemowlę, trzymaną w czułym objęciu na plecionym fotelu. To niezwykle ciepłe, intymne ujęcie ukazuje spokój i radość domowego ogniska w leśniczówce.
Dzieci w Bronnej Górze dorastały w bezpośreniej bliskości natury. Wujek Tolek pojawia się na kilku fotografiach, które doskonale oddają klimat tego wychowania. Na czarno-białym kadrze „Wujek” malec siedzi bezstrachliwie na rozpostartej na podłodze skórze wilka z wyszczerzoną paszczą. Na innym zdjęciu, już w kolorze, mały Tolek z dumą dosiada wielkiego gniadego konia przed drewnianą ścianą dworu. Jednak najbardziej niezwykły jest kadr, na którym chłopiec w ciemnym płaszczyku z uśmiechem trzyma w ramionach... oswojonego, małego rysia. Dzikie zwierzę, zwykle skryte w głębi poleskich ostępów, tutaj traktowane jest jak domowy ulubieniec.
Życie w Bronnej Górze to nie tylko odosobnienie, ale też silna społeczność. Fotografia z leśnej polany przedstawia mecz siatkówki – młodzi chłopcy w sportowych strojach grają przy siatce, sędzia siedzi wysoko na drabina, a mieszkańcy przyglądają się z trawy. Na innej fotografii widać uroczystość na skraju młodnika: leśnicy w galowych mundurach, duchowny oraz zgromadzone dzieci i kobiety uczestniczą w lokalnym święcie leśnym.
Gdy do leśniczówki przyjeżdżała z Kuchar prababcia Helena Mniszek, odnajdywała tu spokój, który opisywała potem w swoich książkach.
Te zachowane zdjęcia układają się w spójną opowieść. Pokazują świat, w którym praca leśnika, surowość puszczy i fabryczny rytm tartaku harmonijnie łączyły się z rodzinnym ciepłem, dziecięcym zachwytem nad przyrodą i trwałą przyjaźnią.
Kresowe krajobrazy towarzyszyły Helenie Mniszek od najmłodszych lat. Urodzona w Kurczycach na Wołyniu, z sentymentem wspominała dzieciństwo i liczne podróże po Ukrainie, w które zabierał ją ojciec. Choć losy i drugie małżeństwo z Antonim Radomyskim wiodły ją przez Rogale na Podlasiu aż do Kuchar koło Drobina na Mazowszu, Kresy nigdy nie przestały tętnić w jej sercu.
Nowy rozdział tych sentymentalnych powrotów otworzyło małżeństwo jej córki Marii – nazywanej przez wszystkich czule Rysią – z Janem Fickim. Dziadek Jan pełnił funkcję leśnika w malowniczych lasach w okolicach Bronnej Góry nieopodal Berezy Kartuskiej. Kuchary stały się dla prababci nie tylko ukochaną przystanią twórczą, ale i doskonałą bazą wypadową na Polesie. To stamtąd regularnie wyruszała w podróż na wschód, by znów zanurzyć się w ciszy kresowych puszcz, odetchnąć zapachami poleskich łąk i podziwiać bezkres piaszczystych brzegów oraz wód tutejszego Jeziora Białego.
Nazwa i położenie: Jezioro Białe (biał. Белае возера) leży w dzisiejszym rejonie bereskim na Białorusi, tuż obok miejscowości Białooziersk.
Sąsiedztwo z Bronną Górą: Zbiornik znajduje się zaledwie około 10-12 km na południowy wschód od stacji i kompleksu leśnego Bronnej Góry. W okresie międzywojennym tereny te stanowiły jeden obszar leśny pod zarządem Lasów Państwowych, w którym pracował dziadek Jan Ficki.
Fotografia 1: Helena Mniszek w buduarze w Kucharach
Kameralny kadr z wnętrza dworu w Kucharach. Helena Mniszek siedzi przy klasycznym biurku w swoim buduarze, zatopiona w lekturze lub pisywaniu korespondencji. Elegancka suknia w odcieniach głębokiego bordostwa i szmaragdowej zieleni doskonale współgra z historycznym wystrojem pokoju. Wokół niej roztacza się bogactwo domowej flory - od bujnych paproci i palmy po wazony pełne świeżych kwiatów. W tle widać rodzinne portrety i drobiazgi układające się w intymną opowieść o codziennym życiu w Kucharach.
Fotografia 2: Wycieczka na Polesiu - na łodzi nad Jeziorem Białym
Autentyczna fotografia dokumentująca wyprawę nad poleskie wody. Na pierwszym planie, na drewnianej łodzi przy piaszczystym brzegu, siedzą uczestnicy wyprawy: po lewej stronie, w jasnym płaszczu i kapeluszu, zasiada moja prababcia Helena Mniszek. Pierwszy z prawej strony to mój dziadek Jan Ficki - leśnik i gospodarz tych ziem, z bronią myśliwską opartą o ramię. Obok niego siedzi jego żona, moja babcia Rysia. Pomiędzy nimi siedzi towarzysz wyprawy, a na brzegu zgromadzili się lokalni przewodnicy, gajowi oraz ustrzelone dzikie kaczki. Całość wieńczy ściana poleskiego lasu i toń Jeziora Białego.
Kiedy piaszczysty, pstrzony cieniem sosnowych gałęzi gościniec wiedzie mnie ostatecznie w głąb poleskiej kniei, serce moje uderza żywszym, młodzieńczym tętnem. To znów te same Kresy, które od zarania dzieciństwa wrosły w moją duszę - dzikie, tajemnicze, pachnące żywicą i wilgotnym mchem. Z moich ukochanych Kuchar pod Drobinem drogi wiodą w różne strony świata, ale żadna nie ma w sobie tylu czarów, co ta prowadząca na wschód, ku mojej Rysi i jej mężowi Janowi, gospodarzowi tutejszych puszcz.
Boru poleskiego nie da się porównać z żadnym innym. W połowie lata przyroda na obrzeżach Bronnej Góry nie tyle żyje, ile pije łapczywie słońce i żyzność z mrocznych, wilgotnych łon ziemi. Trawy pną się ku niebu w jakimś niewstrzymanym szale, łany paproci tworzą zielone oceaniczne roztocza, w których człowiek kryje się jak w borze dziewiczym. W powietrzu wisi oddech gorący, gęsty od zapachu żywicy, igłowia i spiekoty dnia. Czuć niemal bulgotanie soczystych sokiów w łodygach, czuć ten cichy, potężny puls ziemi, która w bezkresnej szczodrości wyrzuca z siebie zwoje ziół, purpurę poziomkowych kropel i aksamitne mchy.
A cóż powiedzieć o wodach poleskich? Nad Jeziorem Białym czas traci swoją ziemską miarę. Kiedy Jan i Rysia usadzili mnie na prostej, wyciosanej z jednego pnia łodzi, zwanej tu pytką, poczułam, jak gładka tafla wody wciąga mię w mistyczny zachwyt. Jezioro śpi spowite w pasma seledynu i różu zachodzącego słońca, które krwawą ścianą kładzie się na ścianie dalekiego lasu. Cisza tu jest tak głęboka, że słychać tylko miarowe Pluski wiosła i odległy krzyk dzikiego ptactwa, zrywającego się z sitowia.
Oto Jan, z bronią opartą o ramię, czujnym wzrokiem leśnika przebija mroki gęstwiny, spoglądając na podległe mu królestwo. Obok moja Rysia – promieniejąca, spokojna, wpasowana w ten surowy, a przecież tak piękny krajobraz. Chwile te, zatrzymane w mgnieniu oka, są dla mnie jak najcenniejszy balsam.
Wracam do moich Kuchar pełna tego poleskiego szału kwitnienia, zabierając w duszy szum starych puszcz, opowieści leśne i ten nieuchwytny, wieczorny czar Jeziora Białego, który potem na zawsze osiada na kartach moich książek.
Od Redakcji / Słowo ode mnie
Powyższe wspomnienie jest stylizacją literacką przygotowaną na potrzeby mojej strony „Silva Rerum”. Powstało na podstawie autentycznych fragmentów prozy Heleny Mniszek - m.in. jej opisów przyrody z powieści Gehenna - a także archiwalnych fotografii i historycznych faktów związanych z dziejami naszej rodziny.
Inspiracją była rodzinna pamięć o podróżach Heleny Mniszek z Kuchar na Mazowszu do córki Marii i zięcia Jana Fickiego, leśnika pracującego w rejonie Bronnej Góry i Jeziora Białego na Polesiu.
Nie jest to więc odnaleziony pamiętnik ani dosłowny zapis wydarzeń, lecz moja literacka rekonstrukcja atmosfery tych miejsc i rodzinnych wspomnień, w której autentyczne źródła splatają się z wyobraźnią i stylem epoki.