Puste Niebo, Szczegółowe Piekło.

Esej o reifikacji człowieka i kryzysie habitusu neofitów liberalizmu

 

I. Wstęp: Religia wolnego rynku i jej puste niebo

Współczesna przestrzeń debaty publicznej cierpi na inflację pojęć, którymi wszyscy rzucają, ale mało kto zadaje sobie trud, by zajrzeć pod podszewkę ich realnego znaczenia. Znana anegdota o kobiecie płaczącej w kościele nad „pięknym kazaniem”, z którego nic nie zrozumiała, idealnie oddaje mechanizm działania współczesnych ideologii. Liberalizm stał się dzisiaj dla wielu taką właśnie świecką religią – zestawem haseł-wytrychów, jak „wolność”, „rynek”, „indywidualizm”, które wywołują emocjonalne potakiwanie i poczucie uczestnictwa w czymś „nowoczesnym”, ale na poziomie głębszej refleksji są pustą formą.

Gdy zapłakana kobieta, wychodząc z kościoła, zostaje zapytana, o czym tak przejmująco mówił kapłan, odpowiada przez łzy: „Nie wiem, pani, nie wiem... ale ksiądz tak pięknie gadał, że aż się popłakałam”. Dokładnie tak samo współczesna, zwłaszcza polska, quasi-klasa średnia reaguje na mantry o wolnym rynku, elastyczności i samorozwoju. Nie rozumieją mechanizmów ekonomicznych ani społecznych kosztów doktryny, której dali się uwieść, ale sam ton „rynkowego kazania” wywołuje w nich stan bezrefleksyjnego uniesienia i poczucie cywilizacyjnego awansu.

Geneza wolności: Liberalizm klasyczny jako tarcza jednostki

U swoich historycznych źródeł liberalizm rodził się jako projekt emancypacyjny i głęboko humanistyczny. W XVII i XVIII wieku, w pismach Johna Locke’a, Monteskiusza czy później Johna Stuarta Milla, był on przede wszystkim tarczą obronną jednostki przed totalną władzą – absolutystyczną monarchią, opresyjnym państwem oraz dogmatycznym Kościołem. Klasyczny liberalizm stawiał człowieka w centrum, głosząc nienaruszalność jego praw naturalnych: prawa do życia, wolności sumienia oraz własności, rozumianej wówczas jako owoc pracy własnych rąk, gwarantujący niezależność.

W tamtym ujęciu gospodarka była jedynie służebnym narzędziem. Rynek miał być przestrzenią wolnej wymiany między autonomicznymi podmiotami, a państwo – „nocnym stróżem”, który pilnuje reguł gry, ale nie wchodzi obywatelowi z butami do jego prywatnego życia.

Wielkie wypaczenie: Narodziny neoliberalizmu

Ewolucja, która dokonała się w XX wieku – a której apogeum przypadło na lata 80. i 90. (doktryny Ronalda Reagana, Margaret Thatcher, a na gruncie polskim Leszka Balcerowicza) – wywróciła te proporcje do góry nogami. Klasyczny liberalizm został skolonizowany przez swoją radykalną, ekonomiczną mutację: neoliberalizm.

Wolność osobistą sprowadzono niemal wyłącznie do „wolności gospodarczej” i wyboru towaru na półce. Rynek przestał być narzędziem służącym człowiekowi, a stał się absolutnym regulatorem całego życia społecznego. Wszystko – od ochrony zdrowia, przez edukację, aż po relacje sąsiedzkie – zaczęło być poddawane rynkowej wycenie. Miejsce długofalowego planowania zajęła dyktatura natychmiastowego zysku.

Eschatologia rynkowa: Szczegółowe piekło, puste niebo

W swoim obecnym kształcie liberalizm zaczął funkcjonować jak religia, wykazując przy tym specyficzną asymetrię, którą można opisać za pomocą metafory eschatologicznej. W tradycyjnej teologii chrześcijańskiej niezwykle drobiazgowo, plastycznie i z przerażającym detalem opisywano zawsze piekło – z jego mękami, diabłami i kotłami pełnymi smoły. Wizja ta miała budzić lęk. Z kolei obraz nieba był zarysowany niezwykle oszczędnie: ot, wieczna światłość, chóry anielskie – żadnych konkretów, na których wrażliwy człowiek mógłby zawiesić oko. Z punktu religii - to wystarczająca wizja, człowiek wierzący będzie szczęśliwy z samej możliwości obcownia ze Stwórcą. Ale jako element doktryny ekonomicznej - to stanowczo za mało.

Współczesny liberalizm rynkowy działa dokładnie według tego samego schematu:

Rynkowe Piekło jest zdefiniowane z chirurgiczną precyzją. To wykluczenie ekonomiczne, brak zdolności kredytowej, niski status społeczny, „bycie nikim” w hierarchii konsumpcji, wypadnięcie z morderczego wyścigu szczurów. System potrafi tym piekłem straszyć od najmłodszych lat.

Rynkowe Niebo – mityczny sukces, status bogactwa i zamożności – okazuje się natomiast porażająco puste. To zaledwie zestaw sterylnych, powtarzalnych klisz z folderów reklamowych: leasingowany samochód klasy premium, dom na strzeżonym osiedlu z idealnie przystrzyżonym trawnikiem i platynowa karta kredytowa.

Inwestorzy i wyznawcy tego systemu organicznie nienawidzą oszczędności, stabilizacji i bezruchu. System odrzuca sytuację, w której ludzie mogliby po prostu czerpać satysfakcję z owoców swojej dotychczasowej pracy. W tej wizji „zbawienia” nie ma żadnej realnej treści: nie ma tam miejsca na kulturę, na głębszą refleksję, na bezinteresowną solidarność czy trwałe więzi międzyludzkie. Człowiek staje twarzą w twarz z dojmującą pustką. Odkrywa, że kupił formę, za którą nie kryje się żadna ludzka treść.

II. Ekonomia jako „nauka ścisła” – narodziny dogmatu i rynkowego kapłaństwa

Aby ideologia mogła stać się niepodważalnym regulaminem ludzkiego życia, musi najpierw zrzucić opinię światopoglądu, a przywdziać maskę obiektywnej, naukowej prawdy. Współczesny liberalizm dokonał tego poprzez spektakularne porwanie i wypaczenie ekonomii.

Ucieczka od człowieka w stronę chłodnej matematyki

Historycznie ekonomia była nierozerwalnie związana z filozofią moralną i socjologią. Adam Smith był przede wszystkim profesorem filozofii moralnej, który pytał o etyczne granice ludzkich działań. Wiek XX przyniósł jednak radykalne cięcie. Neoliberalni doktrynerzy rozpoczęli proces agresywnej matematyzacji dyscypliny. Człowieka z krwi i kości zastąpiono abstrakcyjnym konstruktem Homo economicus – mityczną istotą, która podejmuje wyłącznie racjonalne, skalkulowane decyzje, dążąc do maksymalizacji własnego zysku.

Wszystko, co ludzkie, wymykające się wykresom – jak solidarność, litość czy tradycyjne więzi sąsiedzkie – zostało odrzucone jako „szum statystyczny”. Ekonomia uciekła w chłodną, sterylną przestrzeń modeli ekonometrycznych. Ta transformacja była naukowym oszustwem o potężnych skutkach społecznych. Jeśli bowiem prawa rynku są tak samo obiektywne i niezmienne jak prawo grawitacji, to wszelka dyskusja z nimi staje się bezcelowa. Skoro „rynek tak chciał”, to krytykowanie nędzy czy dzikiej prywatyzacji ma tyle samo sensu, co obrażanie się na deszcz.

Polscy kapłani transformacji i kult Balcerowicza

Na gruncie polskim ta mistyfikacja padła na wyjątkowo podatny grunt w latach 90. W te warunki wkroczyła grupa technokratów z Leszkiem Balcerowiczem na czele. Przestali oni występować w roli polityków reprezentujących konkretne wybory ideologiczne – zamiast tego obsadzili się w roli arcykapłanów jedynej, obiektywnej Prawdy. Doktryna Balcerowicza została ogłoszona jako będąca poza wszelkim wyborem, bezalternatywna terapia.

Inicjatorzy tych reform byli przekonani, że społeczeństwo musi bezwzględnie podporządkować się wskaźnikom makroekonomicznym, nawet jeśli skutkiem miało być masowe bezrobocie i nędza całych regionów. W tym systemie myślowym wina nigdy nie leżała po stronie błędnej teorii ekonomicznej. Wina zawsze leżała po stronie człowieka – oskarżano społeczeństwo o „brak mentalności rynkowej” i mentalność homo sovieticus. Doktryna była nieskazitelna niczym matematyczny wzór; to ludzka tkanka okazała się „zbyt niedoskonała”.

Fetyszyzm wskaźników: Wielkie kłamstwo PKB i „wydajności pracy”

Aby zmusić żywą ludzką tkankę do tego bezwzględnego posłuszeństwa, kapłani neoliberalizmu stworzyli cały panteon sztucznych bóstw statystycznych. Dwa najważniejsze z nich, którymi od dekad tresuje się polskie społeczeństwo, to Produkt Krajowy Brutto (PKB) oraz mityczna „wydajność pracy”. Oba te pojęcia, poddane rzetelnej analizie, okazują się kompletną bzdurą i ideologiczną zasłoną dymną.

NEOLIBERALNA MANIPULACJA WSKAŹNIKAMI

PKB = Licznik transakcji, a nie dobrobytu. Im większa katastrofa i im droższy pośrednik, tym wyższe PKB.

WYDAJNOŚĆ PRACY = Kolonialny przelicznik marży. Kasjerka w Warszawie i Berlinie robi to samo, ale system wycenia człowieka przez pryzmat lokalnej podległości walutowej i kapitałowej.

 1. PKB, czyli licznik pustego obrotu

Współczesna propaganda każe nam klękać przed słupkami wzrostu PKB, sugerując, że wyraża on poziom zamożności czy szczęścia społeczeństwa. To ordynarne kłamstwo. PKB nie mierzy realnego dobrobytu, jakości życia, zdrowia obywateli ani trwałości państwa. PKB mierzy wyłącznie ilość i wartość zawartych transakcji rynkowych.

Z punktu widzenia tego wskaźnika, ideałem jest społeczeństwo chore, zatomizowane i permanentnie dotknięte awariami. Jeśli ludzie są zdrowi, wspierają się sąsiedzko za darmo i potrafią sami naprawić kran – PKB stoi w miejscu. Jeśli jednak dojdzie do katastrofy ekologicznej, trzęsienia ziemi, a ludzie masowo chorują i muszą kupować drogie leki oraz płacić zastępom prawników – PKB szybuje w górę. To wskaźnik perwersyjny, który potrafi wycenić jedynie destrukcję przekształconą w płatną usługę. Świetnym tego zobrazowaniem jest podręcznikowy przykład tego paradoksu, jakim przez dekady była Gwinea Równikowa (lub Angola, jak kto woli): 

Gwinea jest rządzona przez bezwzględną dyktaturę, gdzie większość obywateli nie ma dostępu do czystej wody pitnej, elektryczności ani podstawowej opieki medycznej. Poziom ubóstwa jest tam strukturalny i przerażający. Jednak w statystykach Banku Światowego, na początku XXI wieku, kraj ten notował astronomiczny wzrost PKB, a PKB na mieszkańca (per capita) przewyższał w pewnym momencie wskaźniki wielu krajów europejskich (jak Polska czy nawet Hiszpania!).

Jak to możliwe? Do kraju weszły zachodnie koncerny naftowe. Zaczęły na masową skalę wypompowywać ropę naftową. W neoliberalnej matematyce wygląda to tak:

Żeby zobaczyć, jak bardzo PKB jest oderwane od realnego życia, warto wyobrazić sobie sytuację ekstremalną, ale logicznie prawdziwą w tym systemie: wojnę domową lub gigantyczną katastrofę ekologiczną. Jeśli w jakimś państwie azjatyckim lub afrykańskim wybuchnie konflikt:

W klasycznym, ludzkim rozumieniu to jest tragedia, upadek państwa i destrukcja substancji materialnej. W logice neoliberalnej to doskonały rok dla gospodarki, bo wygenerowano gigantyczny ruch w interesie. Gdyby ludzie byli zdrowi, pili darmową wodę z czystych rzek i żyli w pokoju – PKB by stało w miejscu, bo nikt nie musiałby za nic płacić korporacjom.

2. Mit „zbyt niskiej wydajności pracy” jako bat na niewolnika

Przez całe lata transformacji (i do dnia dzisiejszego) polskiemu pracownikowi wmawiano z ambony: „zarabiacie mało, bo wasza praca jest zbyt mało wydajna”. To kłamstwo wszczepiło się w mózgowia rynkowych wyznawców tak głęboko, że traktują je jak dogmat religijny. A przecież wystarczy proste, chłopskie, zdroworozsądkowe wskazanie na konkretne profesje, by ten mit pękł z hukiem:

Kasjerka w markecie: Polka pracująca przy kasie w Warszawie czy Krakowie kasuje w ciągu zmiany dokładnie tyle samo towarów, przerzuca taką samą wagę produktów i obsługuje identyczną liczbę klientów, co jej koleżanka na analogicznym stanowisku w Berlinie czy Paryżu.

Kierowca zawodowy: Kierowca taksówki czy autobusu w Polsce jeździ z taką samą prędkością, przepisami i wozi tylu samo pasażerów w ciągu godziny, co kierowca w Niemczech.

Na czym więc ma polegać ta rzekoma „mniejsza wydajność” polskiego pracownika? Dlaczego za tę samą, identyczną fizycznie pracę, system pozbawia go godnego wynagrodzenia? Odpowiedź obnaża kolonialną naturę systemu. Neoliberalna „wydajność pracy” nie ma nic wspólnego z rzetelnością, tempem czy jakością ludzkiego wysiłku. Jest wyłącznie matematyczną pochodną wartości rynkowej produktu końcowego i marży korporacji, wyliczaną w oparciu o siłę zachodnich walut i pozycję peryferyjnego kapitału. Polak nie jest „mało wydajny” – Polak jest po prostu przez ten system systemowo okradany z wartości wypracowanego przez siebie zysku, a wskaźnik „wydajności” służy do tego, by ofiara czuła się winna i pracowała jeszcze ciężej.

Wydajność pracy jako termin ekonomiczny często jest nierozumiany nawet przez obrońców słuszności tej tezy. Aby to całkowicie rozjaśnić, posłużmy się brutalnym, ale niezwykle obrazowym przykładem z realnego rynku: porównajmy pracę dwóch szwaczek zatrudnionych przez tę samą globalną markę odzieżową.

Studium Przypadku: Szwaczka w Łodzi (Peryferia) vs. Szwaczka w Mediolanie (Centrum)

Wyobraźmy sobie dwie kobiety o identycznych, rzemieślniczych umiejętnościach. Obie mają po 20 lat doświadczenia w krawiectwie, obie pracują na takich samych maszynach do szycia i obie pracują w tym samym tempie przez 8 godzin dziennie, wykazując się taką samą rzetelnością.

1. Rzeczywisty wysiłek (Substancja)

Szwaczka w szwalni pod Łodzią: Szyje w ciągu dnia 20 luksusowych, wełnianych płaszczy dla znanej zachodniej marki.

Szwaczka w manufakturze w Mediolanie: Szyje dokładnie te same 20 płaszczy, z tego samego materiału, według tego samego wykroju.

Fizycznie, technologicznie i jakościowo ich praca jest identyczna. Gdybyśmy mierzyli wydajność „klasycznie” (sztuki na godzinę), ich wydajność wynosi 100%.

2. Magia neoliberalnej matematyki (Marża i Waluta)

Teraz do gry wkracza korporacyjna księgowość, która oblicza tzw. wydajność pracy (PKB na roboczogodzinę).

Płaszcz z Łodzi: Trafia do magazynu z metką „Made in Poland”. Korporacja wycenia wartość tego produktu na etapie opuszczenia szwalni bardzo nisko, ponieważ Polska to „kapitał peryferyjny” – kraj o niższych kosztach bazowych. Szwaczka dostaje pensję w złotówkach (PLN), która po przeliczeniu na euro jest niska.

Płaszcz z Mediolanu: Dostaje prestiżową metkę „Made in Italy”. Ten sam płaszcz, sprzedawany w salonie na flagowej ulicy Mediolanu, zyskuje gigantyczną marżę korporacyjną za „prestiż i pochodzenie”. Jest wyceniany bezpośrednio w silnej walucie (EUR) jako produkt luksusowy.

3. Wynik w statystykach: „Wydajność Pracy”

Kiedy pod koniec roku neoliberalny ekonomista siada do tabeli w Excelu, aby policzyć „wydajność pracy” (czyli: wartość rynkową wyprodukowanych dóbr podzieloną przez koszt pracy), wynik wprawia w osłupienie: W statystykach wychodzi, że szwaczka w Mediolanie jest „pięciokrotnie bardziej wydajna” niż szwaczka w Łodzi!

Dlaczego? Ponieważ wartość rynkowa płaszcza z włoską metką (wzmocniona siłą zachodniej waluty i marżą) jest astronomicznie wyższa niż płaszcza zaksięgowanego na peryferiach. Gdzie tu kłamstwo systemu? Gdyby wierzyć oficjalnej narracji, szwaczka w Łodzi powinna „pracować lepiej, szybciej i uczyć się nowych technologii”, aby dogonić wydajnością swoją koleżankę z Włoch.

Ale to zdanie wyjaśnia, dlaczego to bzdura: „Wydajność nie ma nic wspólnego z rzetelnością, tempem czy jakością ludzkiego wysiłku.”

Polka może dwoić się i troić, szyć 40 płaszczy zamiast 20, pracować bez sekundy przerwy – a jej statystyczna „wydajność” w międzynarodowych raportach niemal nie drgnie. Dlaczego? Ponieważ ona nie ma wpływu na to, że jej praca jest wyceniana w słabszej walucie lokalnej, a główna marża z jej wysiłku jest transferowana do centrali na Zachodzie.

Podsumowując: „Wydajność pracy” w neoliberalizmie to nie miara tego, jak dobrze pracujesz. To miara tego, jak silna jest waluta kraju, w którym mieszkasz, i jak dużo marży z Twojej ciężkiej pracy jest w stanie zgarnąć globalna korporacja. Jesteś „niewydajny” nie dlatego, że słabo pracujesz, ale dlatego, że system umieścił Cię na geograficznych peryferiach kapitału.

To zjawisko to nic innego jak „czyszczenie bilansu przez drenaż surowcowy”. Neoliberalizm celowo myli pojęcia: wzrost gospodarczy (czyli obrót kapitału) utożsamia z rozwojem (czyli dobrobytem ludzi).

Słabe, rozchwiane państwa są dla globalnego kapitału idealnym poligonem. Brak silnego rządu, brak inspekcji pracy, brak norm ochrony środowiska i skorumpowane elity oznaczają, że luksusowe dobra i surowce można stamtąd wyciągać najtańszym kosztem, generując potężną marżę na Zachodzie. A im wyższa marża korporacji, tym wyższe – paradoksalnie – staje się PKB tego drenowanego kraju.

To idealny dowód na tezę o „wydajności pracy” i marży. Mieszkańcy tych państw mogą pracować ponad siły w nieludzkich warunkach w kopalniach kobaltu czy naftowych szybach, a system i tak nazwie ich „niewydajnymi peryferiami”, jednocześnie dopisując wypracowane przez nich miliardy do słupków PKB, które zasilają zupełnie kogoś innego.

Technokratyczny analfabetyzm funkcjonalny

Ta bezrefleksyjność i ślepa wiara w procedury rodzą groteskowe formy analfabetyzmu funkcjonalnego u samych wykonawców systemu. Współcześni, zmanierowani technokraci – przekonani o swojej cywilizacyjnej wyższości i posługujący się wyrafinowanym żargonem – w istocie nie potrafią odróżnić podstawowych pojęć w obrębie narzędzi, którymi administrują. Kompromitują się na każdym kroku, czego symbolem staje się bezmyślne mylenie linku wsparcia użytkownika (user support) z konsolą zarządzania (management console). To nie jest zwykły błąd techniczny; to dowód na to, że pod fasadą nowoczesności kryje się bezmyślny urzędnik, który potrafi jedynie klikać w wyznaczone okienka rynkowej matrycy, nie rozumiejąc logiki stojącej za architekturą całego systemu. Ich „profesjonalizm” jest taką samą pustą formą jak rozumienie „pięknego kazania” z ludowej anegdoty.

 Zarządzanie przez destrukcję jakości: Strukturalny dług i celowa lichota

Współczesny liberalizm rynkowy opiera się na ordynarnej sprzeczności. Z jednej strony mami ludzkość opowieścią o niesamowitym postępie technicznym. Z drugiej – ten sam postęp wykorzystuje do tego, by celowo produkować rzeczy gorsze, mniej trwałe i podatne na szybkie zużycie. System potrzebuje, byś za kilka lat wrócił do sklepu po nowe, nakręcając spiralę PKB.

Współczesny system zarządzania opiera się na specyficznej asymetrii proceduralnej: maksymalizacji zysku przy jednoczesnym transferowaniu ryzyka technologicznego na najniższy szczebel struktury. Postęp nie polega tu na optymalizacji jakości substancji materialnej, lecz na ukrywaniu jej systemowej degradacji pod osłoną rygorów formalnych. W ten sposób powstaje zjawisko celowej lichoty instytucjonalnej – inwestycje realizowane są przy użyciu najtańszych, suboptymalnych metod, pozbawionych elementarnych rygorów technologicznych, co w klasycznej inżynierii uznano by za błąd w sztuce i generowanie ukrytego długu publicznego.

Aby dobrze rozumieć to twierdzenie, posłużmy się przykładem: 

Koncern elektroniczny projektuje telewizor tak, aby wyprodukować go jak najtaniej, sprzedać z najwyższą marżą i zminimalizować koszty własne. Jak działa transfer ryzyka? „Najniższym szczeblem” struktury jest tutaj konsument końcowy (użytkownik) oraz niezależne serwisy naprawcze. Koncern tak projektuje urządzenie, by ryzyko jego awarii po upływie dwuletniej gwarancji w stu procentach obciążało klienta. Jeśli telewizor zepsuje się w 26. miesiącu użytkowania, korporacja nie ponosi żadnej odpowiedzialności – to klient zostaje z kosztownym, elektrośmieciowym problemem. Postęp nie polega tu na optymalizacji jakości substancji materialnej, lecz na ukrywaniu jej systemowej degradacji pod osłoną rygorów formalnych. Kiedyś postęp oznaczał, że telewizor działał bezawaryjnie przez 15–20 lat, bo inwestowano w solidne transformatory, grube luty i potężne radiatory odprowadzające ciepło. Dzisiaj substancja materialna (komponenty) ulega celowej degradacji. Zastępuje się miedź tanimi stopami, a plastikowe obudowy są tak cienkie, że pękają przy próbie demontażu.

System jednak nie redefiniuje fuszerki jako błędu; przykrywa ją pojęciem „elastyczności budżetowej” lub „nowoczesnego zarządzania ryzykiem”. Użytkownik końcowy zostaje uwięziony w paradoksie: płaci najwyższą stawkę rynkową za produkt lub usługę, której ukryte wady strukturalne zmuszą go w przyszłości do ponoszenia kolejnych, ryczałtowych kosztów naprawy. Chaos materialny staje się w ten sposób permanentnym źródłem dochodu dla uprzywilejowanych dysponentów procedury.

Postęp jako „efekt uboczny” marketingu i laboratoriów ratunkowych

Oficjalna, wręcz hagiograficzna narracja twierdzi, że tylko liberalizm zapewnia postęp, ponieważ z natury kocha rozwój, a konkurencja stymuluje ludzki geniusz. Guzik prawda. Prawdziwym motorem napędowym współczesnego postępu nie jest chęć ulepszania świata, lecz strukturalna panika producenta. W momencie, gdy rynek zostaje nasycony trwałymi, sprawnymi pralkami czy lodówkami, system staje w obliczu widma nadprodukcji. Pędząca taśma produkcyjna nie może się zatrzymać, a nagle nie ma komu sprzedać kolejnej partii towaru, bo stare urządzenia działają bez zarzutu i niczym nie różnią się od nowych rozwiązań.

Predykcja zysku wymusza więc kreowanie pozoru nowości. Ponieważ pod względem mechanicznym i użytkowym nowy model nie oferuje niczego przełomowego, innowacja zostaje zdematerializowana i przeniesiona w sferę marketingu oraz cyfrowych ozdobników. Do tradycyjnych maszyn dokleja się na siłę moduły Wi-Fi, sterowanie Bluetoothem czy dodatkowe, skomplikowane funkcje. To rozwiązania w gruncie rzeczy zbędne, podatne na awarie oprogramowania i nigdy przez normalnego użytkownika niewykorzystywane, ale w folderze reklamowym pozwalają odtrąbić „kosmiczną technologię”.

Oczywiście istnieją olbrzymie laboratoria badawcze, które – dysponując potężnymi budżetami – przy okazji generują autentyczną wiedzę i rozwiązania mogące stanowić prawdziwy motor postępu. Jednak efekty tej pracy są natychmiast przez system niszczone, psute lub kastrowane. Trwałość jest bowiem śmiertelnym wrogiem zysku. Zdroworozsądkowo: im lepsza i bardziej zaawansowana technologia, tym produkt końcowy powinien być trwalszy. W liberalizmie działa to na odwrót: im technologia staje się bardziej wyrafinowana, tym produkt końcowy jest bardziej tandetny i podatny na awarię. Zaawansowana nauka i mikroskopowa precyzja laboratoriów zostają zaprzęgnięte do chirurgicznej optymalizacji lichoty – precyzyjnego planowania momentu destrukcji urządzenia, by zmusić zatomizowaną jednostkę do zaciągnięcia kolejnego kredytu.

III. Fikcja polskiej klasy średniej – bogactwo na kredyt i zakaz odpoczynku

Jednym z największych sukcesów propagandowych transformacji ustrojowej w Polsce było wmówienie rzeszom pracowników najemnych, że oto stali się „klasą średnią”. W polskim wydaniu liberalizmu klasę średnią zdefiniowano nie poprzez to, co człowiek posiada i jaką ma niezależność, ale poprzez to, ile i w jaki sposób konsumuje.

Kryterium akumulacji kapitału: Marks, Weber i test słoika

W klasycznej myśli socjologicznej – od Karola Marksa po Maxa Webera – przynależność do klasy średniej była nierozerwalnie związana z posiadaniem własności i akumulacją kapitału. To tradycyjnie grupa, która posiada autonomiczne zasoby: nieruchomości nieobciążone hipoteką, ziemię lub oszczędności pozwalające na niezależność. Kluczowym testem jest odporność na wstrząsy i utratę płynności. Prawdziwa zamożność zaczyna się tam, gdzie człowiek może z dnia na dzień przestać pracować, a jego standard życia nie ulegnie radykalnej degradacji przez miesiące czy lata.

Współczesna polska quasi-klasa średnia tego testu nie jest w stanie zdać. Ich dobrobyt kończy się dokładnie w momencie, w którym urywa się comiesięczny przelew od pracodawcy. To, co neoliberałowie dumnie nazywają „dorobkiem życia” tej grupy, w rzeczywistości należy do banków i towarzystw leasingowych. Ta grupa nie skumulowała kapitału – skumulowała zobowiązania. Jest to klasa potężnego długu, ukrywająca swoją strukturalną bezradność pod fasadą luksusowych marek.

Pułapka Bourdieu i iluzja „kapitału kompetencji”

Warto w tym miejscu odnieść się do francuskiego socjologa Pierre'a Bourdieu, który rozszerzył pojęcie kapitału na sferę kulturową i społeczną (dyplomy, znajomość języków, umiejętność poruszania się w strukturach korporacyjnych). Jednak to kryterium, w realiach głębszego kryzysu, okaże się skrajnie dziwaczne i złudne. Kompetencje te są bowiem całkowicie zależne od istnienia sterylnego, globalnego ekosystemu rynkowego.

W warunkach granicznych, gdy system na chwilę przestaje działać, talenty „starszego analityka giełdowego” czy „managera ds. kluczowych klientów” stają się z dnia na dzień bezużyteczną abstrakcją. Wówczas cała ta liberalna konstrukcja wyższości cywilizacyjnej pęka jak bańka mydlana. Okazuje się, że w obliczu realnego kryzysu znacznie więcej warta jest tradycyjna podmiotowość: umiejętność pracy własnych rąk, uprawa kawałka ziemi czy posiadanie fizycznych, twardych zasobów. W sytuacji ostatecznej cała ta nowoczesna klasa menedżerska musiałaby z pokorą spojrzeć w stronę tradycyjnego etosu – w stronę przysłowiowego „słoika ze złotem”, który ktoś przezorny i sceptyczny wobec rynkowych iluzji zakopał w ogrodzie. To ten słoik, a nadrzędnie realna niezależność rzeczowa, staje się wtedy granicą między przetrwaniem a upadkiem.

Przymus akumulacji: Dlaczego liberalizm nienawidzi owoców pracy

Wielkie kłamstwo doktryny polega na obietnicy, że zamożność przynosi wolność i spokój. Liberalizm organicznie nienawidzi sytuacji, w której człowiek decyduje, że osiągnął już poziom nasycenia i może po prostu skonsumować owoce swojego wieloletniego wysiłku.

Wyobraźmy sobie kogoś, kto ciężką pracą dorobił się dwóch sklepów. Zarabia na nich na tyle dobrze, że jego byt jest zabezpieczony, a on sam mógłby na bazie tego dorobku zwolnić tempo, „olać całą robotę” i po prostu odpocząć. Tradycyjny zdrowy rozsądek podpowiada, że to optymalny moment na czerpanie satysfakcji z życia. Jednak etyka liberalizmu – o ile można ją w ogóle nazwać etyką – oraz system na to nie pozwolą. Ten człowiek zostaje poddany potrójnemu przymusowi ekspansji:

Przymus fiskalny: Struktura podatkowa została zaprojektowana tak, by promować wyłącznie ciągłe generowanie kosztów i reinwestowanie, penalizując jednocześnie spokojne zatrzymanie i konsumowanie skumulowanego kapitału.

Nacisk ideologiczny: Jeśli nie chcesz otwierać kolejnych placówek, system i jego medialni kapłani etykietują Cię jako człowieka pozbawionego ambicji, zacofanego lub „leniwego”. Rozwój zostaje podniesiony do rangi bezwzględnego, moralnego obowiązku.

Nacisk społeczny: Otoczenie przesiąknięte rynkową mantrą oczekuje ciągłej demonstracji wzrostu i geometrycznego pomnażania skali działania.

W efekcie ten przedsiębiorca zostaje zmuszony do otwarcia trzeciego, czwartego i piątego sklepu, mimo że w pewnym momencie nie ma już nawet czym w nich handlować, ani nie ma nikogo, kto miałby w nich kupować, ponieważ lokalny rynek został doszczętnie wydrenowany. Człowiek zostaje bezczelnie okradziony z prawa do odpoczynku. Zamiast obiecanej wolności dostaje permanentny stres, zarządzanie kryzysem i przymusową ucieczkę do przodu. Zostaje uwięziony w kieracie nieskończonego wzrostu, stając się niewolnikiem własnego sukcesu.

IV. Fronty rynkowej tresury – kolonizacja ciała, umysłu i przestrzeni

Skoro egzystencja współczesnej quasi-klasa średniej ufundowana jest na permanentnym lęku przed wypadnięciem z burt rynkowego rygoru, system musi dostarczyć narzędzi, które ten lęk skanalizują i zmonetyzują. Liberalizm wkracza z butami w najbardziej intymne sfery ludzkiego życia: w to, jak jemy, jak odczuwamy emocje i jak urządzamy nasze najbliższe otoczenie.

A. Dietetyka jako tyrania statystyki: Ciało w trybach optymalizacji

Jednym z najbardziej jaskrawych przejawów rynkowej kolonizacji życia jest współczesna dietetyka, która całkowicie uległa „tyranii statystyki”. Jedzenie – które przez tysiąclecia było aktem głęboko kulturowym i wspólnotowym – zostało przez liberalną doktrynę odarte z jakiejkolwiek metafizyki. Współczesny regulamin rynkowy nakazuje traktować ludzkie ciało jak bio-mechanizm, który należy nieustannie optymalizować pod kątem wydajności korporacyjnej. Jedzenie zamienia się w chłodną matematyczną obsesję: ciągłe liczenie kalorii, ważenie gramatury i śledzenie wykresów makroskładników w aplikacjach zdrowotnych.

Człowiek ulega złudzeniu, że to naukowe dbanie o siebie. W rzeczywistości to forma rynkowej tresury i totalnego nadzoru nad samym sobą. Co gorsza, system celowo projektuje te normy tak rygorystycznie, by statystyczna większość ludzi nigdy nie była w stanie im w pełni sprostać. Powstaje mechanizm permanentnego wpędzania w poczucie winy: jeśli Twoje ciało nie pasuje do wyśrubowanego wzorca, to znaczy, że nie potrafisz „zarządzać sobą”. Nie jesteś wykończony dlatego, że pracujesz ponad siły na kredyty – jesteś zmęczony, bo masz „złe makroskładniki” w diecie.

B. Nowomowa rynkowa: Bezwstydny plagiat technik totalitarnych

Wbrew własnej mitologii o „świeżości”, liberalizm rynkowy w walce o ludzkie umysły dokonał bezczelnego plagiatu instrumentów sprawdzonych przez poprzedni system totalitarny. Współczesny żargon korporacyjno-medialny to dawna nowomowa przeniesiona w stosunku jeden do jednego, w której podmieniono jedynie dekoracje.

Dawna retoryka wojenna i kolektywne zawołania zostały zastąpione nowymi, równie agresywnymi sloganami: „jesteś sobą”, „bądź liderem swojego sukcesu”. Mechanizm wykluczania oponentów pozostał jednak głęboko totalitarny. Liberalizm kocha demokrację tylko wtedy, gdy jej wynik odpowiada rynkowym i doktrynalnym celom. Gdy społeczeństwo próbuje wybrać inaczej, przeciwnicy polityczni zostają poddani medialnemu glanowaniu. Tworzy się wokół nich „kordony sanitarne”, a ludzi o odmiennych poglądach wymazuje się z debaty.

C. Terapeutyzacja i psychologia: Likwidacja buntu, leczenie symptomu

Gdy ciało jest już odpowiednio tresowane przez dietetyczne algorytmy, system musi zabezpieczyć się przed buntem ludzkiej psychiki. Temu służy współczesny przemysł terapeutyczny. W tradycyjnym społeczeństwie, gdy człowiek czuł niesprawiedliwość czy bezsens, szukał oparcia we wspólnocie i bezinteresownej rozmowie opartej na ludzkiej empatii. Liberalizm te naturalne więzi zniszczył, a powstałą pustkę sprofesjonalizował i skomercjalizował.

Dzisiejsza psychologia na usługach rynku rzadko pyta o źródła ludzkiego cierpienia ukryte w strukturze systemu. Zamiast tego wprowadza zimny, biurokratyczny żargon „przepracowywania”. Jeśli pracownik pęka pod naporem wyzysku, system wysyła go na płatne warsztaty z mindfulness, by nauczył się radzić sobie ze stresem. Psychologia stała się narzędziem pacyfikacji: jej zadaniem jest tak „skalibrować” psychikę zszarpanego człowieka, by ten mógł w poniedziałek rano z powrotem bezgłośnie usiąść przy biurku i dalej spłacać swoje raty.

D. Zderzenie habitusów i gentryfikacja: Estetyczna kolonizacja enklaw wspólnoty

Czwartym frontem tej wojny o ludzką podmiotowość jest przestrzeń, w której żyjemy – a najpełniej widać to na przykładzie gentryfikacji. Gdy przedstawiciele neofickiej quasi-klasy średniej wkraczają w przestrzenie o tradycyjnym, wspólnotowym charakterze, dochodzi do głębokiego kulturowego zgrzytu. Spotykają się tam dwa zupełnie różne światy:

Stary Habitus Wspólnotowy: Oparty na pracy własnych rąk, na autentyczności, szacunku dla przyrody i logice sąsiedzkiej pomocy. Tam, gdzie relacje reguluje nieformalna umowa dorozumiana i bezinteresowna wymiana przysług, a nie suchy paragraf. Przestrzeń ta ma służyć odpoczynkowi i integracji tkanki ludzkiej.

Nowy Habitus Liberalny: Wkracza tam z potrzebą statusu i absolutnej kontroli. Dla człowieka ukształtowanego przez korporacyjne tabele, surowa, żywa i czasem chaotyczna przestrzeń wspólnoty jest nie do zniesienia. On nie szuka relacji z sąsiadem – on szuka sterylnego, estetycznego tła do swojej indywidualnej, prestiżowej konsumpcji.

Zderzenie habitusów w przestrzeni wspólnej najpełniej manifestuje się w stosunku do materialnej trwałości narzędzi. Stary habitus, ufundowany na etosie mechanicznym, operuje kategorią niezależności technicznej – dla niego podmiotowość mierzy się zdolnością do samodzielnej konserwacji i wieloletniej eksploatacji zasobów, które dzięki prostej konstrukcji opierają się upływowi czasu. Nowy habitus postrzega tę mechaniczną autonomię jako anachronizm i estetyczny zgrzyt. Świat sterylnych neofitów rynkowych to świat przedmiotów zaprogramowanych na szybką śmierć techniczną, których jedyną funkcją jest demonstracja aktualnego statusu konsumpcyjnego. Zastąpienie trwałej mechaniki podatną na awarie, jednorazową elektroniką nie jest tu zatem procesem modernizacyjnym, lecz głęboką alienacją: człowiek zostaje pozbawiony sprawczości nad własnym otoczeniem materialnym i zredukowany do roli permanentnego subskrybenta usług serwisowych. Rozpoczyna się proces agresywnej gentryfikacji – żądanie likwidacji tego, co swojskie, na rzecz nowoczesnych, drogich rozwiązań, za które wszyscy mają słono zapłacić.

E. Dematerializacja towaru: Współczesna reklama jako fabryka mitycznego szczęścia

Najdoskonalszym zwierciadłem, w którym przegląda się ta podstępna ewolucja, jest współczesny rynek reklamy. Analiza porównawcza przekazu marketingowego na przestrzeni dekad obnaża proces całkowitego odarcia człowieka z racjonalnego osądu rzeczywistości i zastąpienia konkretu materialnego emocjonalnym fantomem.

Reklama klasyczna (Lata 50. / 60.)    Reklama neoliberalna (Współczesna)

• Konkret materialny, ergonomia i parametry techniczne Abstrakcja, stan emocjonalny i status społeczny

• Prezentacja produktu  np. moc silnika, układ wnętrza, funkcjonalność • Produkt ukryty w tle lub całkowicie nieobecny

• Klient jako racjonalny użytkownik • Klient jako neurotyczny poszukiwacz tożsamości

W latach 50. czy 60. XX wieku – w epoce klasycznego kapitalizmu produkcyjnego – reklama operowała na twardym gruncie rzeczowym. Kiedy na ekranie pojawiał się samochód, widz mógł dokładnie obejrzeć jego sylwetkę, przestrzeń bagażową i wykończenie wnętrza. Mówiono nam, jaką pojazd ma moc silnika, jaki komfort zapewnia oraz w jakich wersjach wyposażenia występuje. Lodówkę reklamowano poprzez jej pojemność, układ półek i rzeczywistą wygodę przechowywania żywności, a pralkę przez niezawodność jej mechanizmu konstrukcyjnego. Dawniej bywało tak, że klient był traktowany jak podmiot podejmujący racjonalną decyzję na podstawie użytkowych cech przedmiotu.

Współczesny marketing neoliberalny ten konkret całkowicie zlikwidował. Dzisiejsze reklamy samochodów potrafią w ogóle nie pokazywać pojazdu. Rzadko kiedy widzimy auto jako maszynę; zamiast tego oglądamy sterylne ujęcia wielkich metropolii, metaforyczne obrazy sukcesu i stan ukojenia, zadowolenia oraz prestiżu, który dany koncern o znanej marce rzekomo zapewnia. Samochód przestał być środkiem transportu – stał się czystym ekwiwalentem pozycji społecznej.

Ten sam perwersyjny mechanizm kolonizuje sprzęty codziennego użytku. Współczesna reklama pralki czy lodówki nie wspomina o ich technicznej konstrukcji – zresztą nie mogłaby tego zrobić, nie obnażając faktu, że pod maską kryje się zaprogramowana na szybką awarię tandeta. Zamiast tego pokazuje się wspaniałe wnętrze luksusowego domu, prześliczną, nieskazitelnie szczęśliwą rodzinę przy śniadaniu: niezwykle piękną kobietę-matkę, słodkie dzieci jak z folderu oraz ojca o aparycji amanta filmowego. W tle widać kwitnący ogród i słychać śpiewające ptaki, a sama lodówka czy pralka majaczy gdzieś niezauważalnie w tle aranżacji.

Komunikat podprogowy jest bezwzględny: system nie reklamuje towaru takim, jaki on jest w rzeczywistości, ale pokazuje mityczne szczęście, jakiego można doznać, kupując ten przedmiot. Klient, pędząc w morderczym wyścigu szczurów, cierpi na permanentny brak czasu, autentycznych więzi i rodzinnego ciepła. Liberalizm rynkowy doskonale ten głód zdiagnozował – przekształca najgłębsze ludzkie tęsknoty w etykiety naklejane na plastikowe, jednorazowe produkty. Człowiek ulega złudzeniu, że kupując lodówkę, kupuje styl życia i spokój mitycznej rodziny z folderu. Gdy po zakupie lodówki upragnione ukojenie nie nadchodzi, system natychmiast podsuwa mu reklamę nowszego modelu, zapętlając konsumenta w permanentnym głodzie.

V. Podmiotowość w kleszczach systemów – komunizm a nihilizm neoliberalizmu

Bliższa analiza strukturalna ujawnia prawdę ponurą: współczesny liberalizm, pod wieloma względami, traktuje człowieka w sposób głębiej przedmiotowy i cyniczny niż systemy kolektywne, które zastąpił.

Doktrynalne równe pochyłe: Perwersyjna wyższość liberalnej pogardy nad komunistyczną przemocą

Aby uniknąć jakichkolwiek nieporozumień: marksizm był systemem zbrodniczym, zbudowanym wbrew ludzkiej naturze i logicznie dążącym do fizycznej oraz duchowej eksterminacji jednostki w imię utopijnego kolektywu. Komunizm niszczył człowieka, ale paradoksalnie – w swojej potworności – uznawał jego podmiotowość w sposób negatywny. Traktował człowieka jako śmiertelnego wroga ideologicznego, którego trzeba złamać, przekonać, uwięzić lub zlikwidować. Komunistyczny aparat represji uznawał istnienie ludzkiej duszy i woli, skoro tak zaciekle próbował ją zetrzeć na proch.

Współczesny liberalizm idzie jednak o krok dalej w stronę absolutnego nihilizmu. On człowieka nie zwalcza – on go unieważnia i reifikuje. Dla liberalnej matrycy rynkowej człowiek nie jest ani obywatelem, ani nawet wrogiem. Jest jedynie „zasobem”, bezduszną cyfrą w arkuszu kalkulacyjnym, elementem logistycznym, który można dowolnie przestawiać, optymalizować i utylizować. Pogarda dla człowieka i jego świadomości osiąga tu swój historyczny zenit, maskując się podstępnie za parawanem wolności i humanitaryzmu.

Ta głęboka, strukturalna pogarda manifestuje się w trzech kluczowych obszarach:

1. Teza o „okruchach z pańskiego stołu”

W liberalnej teorii ekonomicznej człowiek pracy ma zadowolić się mitem skapywania (trickle-down economics). To ordynarna, pogardliwa doktryna, która zakłada, że jeśli pozwolimy oligarchii i korporacjom na nieograniczone bogacenie się, to z ich pańskiego stołu skapną na dół jakieś nędzne okruchy, z których szerokie masy mają ulepić swoje przetrwanie. Człowiek zostaje sprowadzony do roli żebraka czekającego na ochłapy, podczas gdy realne owoce jego pracy są transferowane do globalnych rajów podatkowych.

2. Brutalna relokalizacja i mechanicyzacja życia: tzw. "zasoby ludzkie"

Najbardziej jaskrawym dowodem na to, że liberalizm traktuje ludzi gorzej niż bydło, jest beztroska, technokratyczna koncepcja „przemieszczania zasobów”. Liberałowie z całkowitą lekkością, przy biurkach w klimatyzowanych wieżowcach, kreślą plany „zarządzania populacją”. Widzą nadmiar rąk do pracy na wsi? Spakować ich, zlikwidować lokalną infrastrukturę, zamknąć połączenia autobusowe i kolejowe, a tych ludzi fizycznie i mechanicznie przesiedlić do miast, gdzie akurat brakuje taniej siły roboczej w centrach logistycznych. Człowiek zostaje odarty z korzeni, wykorzeniony ze swojej małej ojczyzny, zniszczony społecznie i rzucony w obcy habitus miejskiego proletariatu tylko dlatego, że tak nakazuje doraźny bilans popytu i podaży.

3. Rekalibracja przedemerytalna i destrukcja etosu fachu

To właśnie tutaj, w zmuszaniu ludzi u progu emerytury do radykalnego przebranżowienia, ujawnia się absolutny cynizm systemu. Zagonienie starego górnika, hutnika czy rzemieślnika do montażu paneli fotowoltaicznych lub wciskanie mu na siłę słuchawki w call center to nie jest „pomoc rynkowa” – to pokaz czystej władzy i pogardy dla ludzkiej biografii. Dla liberalizmu trzydzieści czy czterdzieści lat unikalnego doświadczenia, etosu ciężkiej, fizycznej pracy i zawodowej dumy nie ma żadnej wartości. System patrzy na człowieka jak na zużytą, ale jeszcze dającą się tanio zrekonfigurować maszynę. Ma zapomnieć kim był, zgiąć kark i zacząć od nowa jako plastyczny bio-robot, bo jego dotychczasowa tożsamość nie mieści się w nowoczesnym, „zielonym” Excelu.

4. Bezduszna specjalizacja funkcji: Przypadek szpitalny

Szczytem tej zmechanizowanej logiki jest urzędnicze i menedżerskie podejście do podstawowych potrzeb biologicznych w instytucjach państwowych. Kiedy w przestrzeni publicznej podnosi się raban o katastrofalną jakość wyżywienia w szpitalach, liberalny technokrata odpowiada z rozbrajającą, nieludzką szczerością: „Do szpitala idzie się leczyć, a nie jeść”. Ta krótka fraza doskonale demaskuje liberalną antropologię. Człowiek chory zostaje w niej chirurgicznie rozcięty na procedury medyczne: system finansuje procedurę czyszczenia tętnic czy wycięcia wyrostka, ale odmawia dostrzeżenia, że ta procedura jest zakorzeniona w żywym, biologicznym organizmie, który do regeneracji potrzebuje godnych warunków i pełnowartościowego pokarmu. Człowiek zostaje zredukowany do chorego narządu podpiętego pod system rozliczeń z ubezpieczycielem.

W ten sposób jasno widać, że o ile komunizm był zbrodnią przeciwko wolności człowieka, o tyle liberalizm jest zbrodnią przeciwko samej definicji człowieczeństwa.

5. Pseudoekologia jako taran wywłaszczenia i moralny szantaż

Współczesny liberalizm znalazł swoje ostateczne, doskonałe narzędzie dyscyplinowania mas w postaci zinstrumentalizowanej, wielkoformatowej pseudoekologii. To tutaj pogarda dla szarego człowieka osiąga poziom czystej perwersji. Pod hasłami „ratowania planety” i „zrównoważonego rozwoju” ukrywa się brutalny proces neofeudalnego wywłaszczania i drenażu kieszeni najuboższych.

Podczas gdy elity finansowe i architekci tego systemu latają na szczyty klimatyczne prywatnymi odrzutowcami, od przeciętnego obywatela domaga się drastycznych wyrzeczeń. To na barki ludzi pracy przerzuca się koszty absurdalnych transformacji energetycznych. Przejawia się to w zmuszaniu lokatorów i drobnych właścicieli do astronomicznie drogich, przymusowych termomodernizacji, wymiany sprawnych źródeł ciepła na niesprawdzone technologicznie systemy, czy wreszcie – w administracyjnym wypychaniu ich z miast poprzez tworzenie tak zwanych „stref czystego transportu” (SCT). Człowiek, którego nie stać na nowy, salonowy samochód elektryczny, zostaje z dnia na dzień uznany za „truciciela” i odcięty od możliwości wjazdu do własnego miasta.

Najbardziej obrzydliwy jest tu jednak moralny szantaż. Liberalna machina propagandowa wmawia jednostce, że jej codzienne przetrwanie, jazda kilkunastoletnim autem do pracy czy chęć ogrzania domu zimą to akty sabotażu przeciwko ludzkości. System celowo ukrywa fakt, że to globalne korporacje generują gigantyczny ślad węglowy, a zamiast tego tresuje i biczuje poczuciem winy szarego człowieka. Jeśli nie stać cię na „zielony”, horrendalnie drogi styl życia dyktowany przez korporacje, zostajesz wykluczony ze wspólnoty, napiętnowany społecznie i zredukowany do roli cywilizacyjnego balastu. Ekologia w wydaniu liberalnym przestała być troską o przyrodę – stała się nową, świecką religią sankcjonującą najgłębsze rozwarstwienie klasowe i ekonomiczny apartheid.

Cała ta konstrukcja opiera się jednak na fundamentalnym oszustwie: rzekome zagrożenie katastrofą klimatyczną i surowo wyliczany „ślad węglowy” to koncepty całkowicie oderwane od rzeczywistości, niemające pokrycia w realnych faktach. Ta rzekoma apokalipsa jest systemowi niezbędna jako narzędzie masowej inżynierii społecznej.

Wprowadzenie permanentnej atmosfery globalnego zagrożenia spełnia tu podwójną, cyniczną rolę. Po pierwsze, skutecznie kanalizuje społeczną agresję – zamiast patrzeć na ręce decydentom, szary człowiek uczy się nienawidzić sąsiada ze starym dieslem albo działkowca rozpalającego ognisko. Po drugie, ten kosmiczny wręcz pułap lęku ma sparaliżować jakikolwiek opór ekonomiczny. W obliczu rzekomego płonącego globu, codzienne dramaty jednostki – lęk przed utratą pracy, drożyzna czy obniżenie standardu życia – zostają zredukowane do rangi nieistotnych błahostek. Skoro „wszyscy giniemy”, walka o własne prawa pracownicze czy materialne bezpieczeństwo zaczyna jawić się jako egoizm, a system zyskuje idealne alibi dla dalszego, bezkarnego drenażu.

 Nie odmawiając destrukcyjnego wpływu na społeczeństwo marksizmu, obnażam liberalizm jako system, który doprowadził przedmiotowe traktowanie ludzkości do perfekcji, stając się pod wieloma względami potworem o wiele bardziej bezdusznym i trudniejszym do uchwycenia, bo niszczącym nas od środka pod pozorem wolnego wyboru.

Komunizm i kategoria „Zasobu Ludzkiego” jako motoru historii

Marksizm w swojej praktycznej, totalitarnej mutacji – komunizmie sowieckim – choć stał się maszyną do mielenia ludzkich losów, nigdy nie zrezygnował z traktowania człowieka jako podmiotu dziejów. Inkorporowano pojęcie „zasobu ludzkiego” – i choć brzmi ono na wskroś technokratycznie, niosło za sobą daleko idące konsekwencje strukturalne. Skoro człowiek był oficjalnym budowniczym nowego świata i motorem historii, system musiał o ten zasób dbać w sposób długoterminowy. Państwo gwarantowało mu pracę, dach nad głową, dostęp do służby zdrowia i edukacji. Człowiek był wtłoczony w tryby opresji, ale jako robotnik stanowił fundament, którego system nie mógł ot tak wyrzucić na śmietnik. Istniała kategoria dobra wspólnego, a praca własnych rąk była otoczona kultem.

Liberalizm i reifikacja ostateczna: Człowiek jako koszt zmienny

Współczesny neoliberalizm idzie znacznie dalej w swojej destrukcji człowieczeństwa, ponieważ dokonuje totalnej reifikacji jednostki. W liberalnym dekalogu nie ma już miejsca na społeczeństwo, co doskonale podsumowała Margaret Thatcher: „Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo, są tylko poszczególni mężczyźni, kobiety i rodziny”. Z perspektywy rynkowej człowiek przestał być podmiotem, a nawet zasobem. Stał się jedynie towarem wymiennym i kosztem zmiennym w bilansie przedsiębiorstwa.

W kleszczach liberalizmu człowiek zostaje całkowicie zatomizowany, odcięty od wspólnoty i rzucony w permanentną walkę o przetrwanie z innymi. System widzi w nim wyłącznie jednostkę produkcyjną, z której należy wycisnąć maksymalną efektywność tu i teraz, oraz zasób klikalny – target reklamowy. Liberalizm, nastawiony na natychmiastowy zysk kwartalny, nie interesuje się tym, co stanie się z człowiekiem za dwadzieścia lat. Jeśli z powodów zdrowotnych czy wieku przestajesz przynosić zysk, system natychmiast wymazuje Cię z równania. Stajesz się odpadem produkcyjnym.

Przewrotność liberalnej opresji

O ile komunizm łamał ludzką podmiotowość za pomocą jawnej, fizycznej i politycznej przemocy, o tyle liberalizm robi to w sposób nieskończenie bardziej perwersyjny – za pomocą wewnętrznego przymusu ekonomicznego i psychologicznego. Komunistyczny robotnik wiedział, kto jest jego oprawcą: widział aparat państwowy i mógł wobec niego zachować wewnętrzną wolność. Współczesny niewolnik liberalnego regulaminu nie ma na kogo splunąć, ponieważ system wmówił mu, że jest absolutnie wolny i sam jest kowalem własnego losu.

W obliczu tej totalnej inwigilacji, zachowanie podmiotowości wymaga dziś świadomego, niemal partyzanckiego oporu proceduralnego. Jednym z jego przejawów jest fundamentalna odmowa udziału w cyfrowych ułatwieniach systemu, takich jak na przykład, zakładanie profilu zaufanego. Człowiek świadomy mechanizmów opresji doskonale wie, że ta rzekoma wygoda to w istocie pułapka – narzędzie mające na celu automatyczne uznawanie elektronicznych doręczeń urzędowych za skutecznie odebrane. Drastycznie skraca to czas na obronę i reakcję przed bezduszną machiną biurokratyczną. Odrzucenie tego cyfrowego cyrografu to chłodna, racjonalna decyzja o zachowaniu podmiotowości i przestrzeni do manewru w starciu z systemem, który każdą naszą zgodę na „ułatwienie życia” obraca ostatecznie przeciwko nam.

Jednak ostatecznym, domykającym kleszcze narzędziem tej cyfrowej tyranii staje się systematyczne wdrażanie pieniądza elektronicznego i dążenie do całkowitej eliminacji gotówki. Pretekst jest – jak zawsze w liberalizmie – niezwykle szlachetny: walka z szarą strefą, wygoda transakcji, nowoczesność. W rzeczywistości to akt totalnej eutanazji ludzkiej niezależności. Gotówka była ostatnim materialnym bastionem wolności – pozwalała na wymianę dóbr i usług poza radarem korporacyjno-państwowego aparatu, w oparciu o czyste zaufanie i nieformalną umowę.

Zastąpienie jej cyfrowym zapisem na serwerze całkowicie uzależnia człowieka od kaprysów biurokracji i opresyjności algorytmu. Trudno dziś przeciętnemu neoficie rynkowemu nawet wyobrazić sobie, jak przerażająco będzie wyglądało życie kogoś, kogo system – za najmniejszy objaw niesubordynacji, błąd proceduralny czy krytykę władzy – po prostu „wyłączy”. Jedno kliknięcie technokraty w konsoli zarządzania wystarczy, by zablokować dostęp do konta. W świecie bez gotówki taki człowiek staje się żywym trupem – zostaje pozbawiony elektronicznych pieniędzy i nie ma fizycznie jak kupić bochenka chleba czy litra wody. Nie ma możliwości ratunku, ponieważ system zlikwidował alternatywę. To najwyższy, totalny stopień reifikacji: twoje prawo do biologicznego przetrwania zostaje zredukowane do subskrypcji, którą bezduszna machina może w każdej sekundzie anulować.

 Gdy więc ten człowiek pęka z przemęczenia, gdy brakuje mu sił na spłatę kredytów, liberalizm zmusza go do spojrzenia w lustro i powiedzenia sobie: „To twoja wina. Za mało pracowałeś, źle zarządzałeś czasem”. To jest właśnie najwyższy stopień uprzedmiotowienia – sprawić, by ofiara systemu stała się swoim własnym katem i pilnowała swojego obozu pracy z pedantyczną dbałością o zachowanie pozorów sukcesu.

VI. Mutacja wirusa: Liberalizm „społeczny” jako przemysł zarządzenia sumieniem i pacyfikacji buntu

Gdy neoliberałowie zorientowali się, że ortodoksyjna doktryna aplikowana w latach 90. grozi krwawą rewolucją, system dokonał ewolucyjnego zwrotu. Doktryna ta mutuje niczym podstępny wirus lub bakteria, która idealnie dostosowuje się do swojego żywiciela, by głębiej go spacyfikować. Narodził się quasi-społeczny liberalizm. System zaczął głośno deklarować troskę o wykluczonych, obiecując szerokie zaplecze finansowe w sferach socjalnych i pomoc dla bezrobotnych.

A. Iluzja pomocy: Przemysł szkoleniowy i akademie bezradności

Pod tą fasadą humanitaryzmu kryje się jednak perfidne oszustwo. Te rzekomo „olbrzymie kwoty lokowane w dobro społeczne” w rzeczywistości nigdy nie trafiają do kieszeni potrzebujących w postaci realnego kapitału, który dałby im niezależność. Pieniądze te zostają przekształcone w dziwaczne programy integracyjne i szkoleniowe, zasysane przez nową klasę pośredników: rynkowe agencje, fundacje i firmy doradcze.

Zamiast realnego wsparcia materialnego, człowiek zepchnięty na margines zostaje zasypany ofertami pseudoszkoleń, które de facto nie dają ludziom żadnych korzyści finansowych. Służą one wyłącznie zasypaniu sumienia elit oraz stworzeniu pozoru cywilizacyjnej modernizacji.

B. Przemoc rekalibracji: Eksterminacja etosu i mechanicyzacja człowieka

W ramach tych programów dochodzi do brutalnego gwałtu na ludzkiej tożsamości i habitusie. Proponuje się ludziom, którzy przepracowali po 30 czy 40 lat w trudzie jako górnicy, by w ramach „zielonej transformacji” przeszli szybki kurs i przeistoczyli się w monterów paneli słonecznych. Liberalizm próbuje tu dokonać operacji strukturalnie niemożliwej: traktuje ludzką podmiotowość jak maszynę w fabryce – jakby można było z dnia na dzień podjąć decyzję, że przerobimy tokarki na wiertarki. Człowiek zostaje całkowicie odarty ze swojej dotychczasowej działalności i unikalnego etosu fachu, a system usiłuje go bezwzględnie skalibrować na nowo, wygiąć i dopasować jako bezwolny, plastyczny element rynkowej matrycy.

VII. Państwo jako korporacja i odwrócenie fundamentów prawa

Ta ewolucja całkowicie wywróciła rolę państwa w relacji do społeczeństwa i człowieka. W klasycznej myśli politycznej państwo miało być emanacją woli wspólnoty, strażnikiem ładu i sędzią sprawiedliwym. W realiach liberalnego Matrixa państwo przechodzi jednak przerażającą mutację – zostaje sprywatyzowane mentalnie i strukturalnie, przyjmując formę i logikę działania megakorporacji, gdzie obywatel przestaje być podmiotem praw, a staje się uciążliwym petentem lub zasobem do zoptymalizowania. Państwo przestało być gwarantem umowy społecznej chroniącym obywatela; zyskało za to instrumenty i optykę czysto korporacyjną. Stało się gigantycznym koncernem, w którym obywatele zostali zdegradowani do pozycji pracowników najemnych.

A. Destrukcja prawa rzymskiego i domniemanie winy

Gdy Leszek Balcerowicz z dumą ogłaszał się „strażnikiem państwowego grosza”, z socjologicznego punktu widzenia należało zadać fundamentalne pytanie: państwowego, czyli czyjego?  W logice liberałów ten „grosz” nie należy do wspólnoty obywateli. To kapitał obrotowy korporacji o nazwie „Państwo”. Aby zabezpieczyć budżet tego koncernu, system wyposażył się w instrumenty jawnie gwałcące fundamenty europejskiej kultury prawnej i idące w totalnej obrazie do klasycznego prawa rzymskiego.

W sferze fiskalnej i administracyjnej doszło do perwersyjnego odwrócenia ról:

Zasada lex retro non agit (prawo nie działa wstecz) jest regularnie łamana poprzez wprowadzanie niejasnych, retroaktywnych przepisów interpretacyjnych.

Domniemanie niewinności zastąpiono systemowym domniemaniem winy. Obywatelem w starciu z aparatem skarbowym kieruje zasada permanentnego podejrzenia. Jednostka nie jest wolnym podmiotem; od samego początku traktowana jest jak potencjalny oszust, który musi udowodnić swoją niewinność przed bezdusznym aparatem. Urzędnik korporacji-państwa może zablokować zasoby jednostki, niszcząc jej dorobek życia w imię „zabezpieczenia płynności finansowej koncernu”.

Przeprowadzany więc jest systematyczny demontaż fundamentów naszej cywilizacji, opartych na klasycznym prawie rzymskim. Najbardziej jaskrawym przejawem tej destrukcji jest faktyczne odwrócenie zasady ei incumbit probatio qui dicit (ciężar dowodu spoczywa na tym, kto twierdzi, a nie na tym, kto zaprzecza). Celowe jest ustawienie relacji obywatela z państwem-korporacją permanentnym domniemaniem jego winy. Państwo nie musi już niczego dowodzić; mechanizm urzędniczy działa jak automatyczny algorytm windykacyjny, z góry zakładając złą wolę jednostki.

B. Państwo jako rada nadzorcza: Redukcja suwerenności do bilansu zysków i strat

Punktem wyjścia dla tej aberracji jest liberalna koncepcja „państwa-nocnego stróża”, która w swojej dojrzałej, korporacyjnej fazie zrodziła potwora. Liberałowie od początku odzierali państwo z jakiejkolwiek metafizyki, misji dziejowej czy funkcji opiekuńczej, sprowadzając je do roli technicznego zarządcy infrastruktury. W ich ujęciu państwo nie ma stać na straży sprawiedliwości społecznej ani chronić słabszych – ma jedynie „gwarantować płynność rynkową”.

W efekcie premier staje się dyrektorem generalnym (CEO), ministrowie – menedżerami wyższego szczebla, a cała machina państwowa zostaje podporządkowana logice korporacyjnego bilansu. Wszystko, co nie przynosi bezpośredniego, mierzalnego zysku finansowego – kultura, bezpłatna opieka zdrowotna, ochrona lokalnych wspólnot czy wsparcie dla marginalizowanych grup – jest traktowane jako „koszt”, który należy zredukować. Ta biznesowa redefinicja państwa całkowicie unieważnia pojęcie dobra wspólnego. Obywatel nie ma już prawa głosu jako współgospodarz Ojczyzny; zostaje zdegradowany do pozycji klienta, który za wysokie podatki otrzymuje coraz gorszą jakość usług, a w razie jakiegokolwiek kryzysu zostaje sam, ponieważ korporacja-państwo nie zna pojęcia solidarności – zna tylko pojęcie płynności finansowej.

C. Patriotyczny teatr i ucieczka w sacrum: Jak państwo-korporacja prywatyzuje flagę

W tym miejscu dochodzimy do jednego z najbardziej wyrafinowanych paradoksów współczesnego systemu. Mogłoby się wydawać, że dojrzała, technokratyczna faza liberalizmu – redukując państwo do roli chłodnego CEO, a usługi publiczne do pozycji ciętych bezwzględnie kosztów – całkowicie zrezygnuje z wielkich narracji, narodowych mitów i patosu. Nic bardziej mylnego. Podczas gdy wczesny komunizm grał w otwarte karty, ogłaszając ojczyznę burżuazyjnym przeżytkiem, liberalizm korporacyjny podchodzi do symbolizmu narodowego z głębokim, czysto biznesowym pragmatyzmem. System o dziwo, nie likwiduje flagi, godła ani rocznicowych obchodów. On je anektuje jako swoją ostateczną tarczę ochronną.

Kiedy aparat państwowy przestaje realizować swoje fundamentalne, praktyczne zadania – gdy szpitale i szkoły toną w długach, sądownictwo staje się niewydolne, a mandaty drogowe przestają wychowywać, stając się po prostu zaplanowaną w Excelu pozycją przychodową budżetu – obywatel zaczyna zadawać niebezpieczne pytania. Zaczyna zachowywać się jak racjonalny audytor, który pyta, dlaczego płaci pełną cenę w podatkach za instytucjonalną tandetę. Po co mu takie państwo?

W tym momencie system dokonuje cynicznej substytucji rejestrów: ucieka z poziomu profanum (gdzie musiałby się rozliczyć szkolnictwa i dostępności lekarzy) w sferę sacrum.

Przeniesienie instytucji państwowych w obszar absolutnej metafizyki służy temu, aby unieważnić jakiekolwiek pytania o ich praktyczny wymiar. Gdy obywatel domaga się sprawnej struktury, system natychmiast zmienia język na wysoki. Słyszy wówczas, że państwo to nie urząd, lecz „najdroższa pamięć po bojach pradziadów”, spuścizna krwi i świętość, wobec której ma się wieczny, niespłacalny dług wdzięczności. W świetle tak skonstruowanej religii narodowej, każda próba rozliczenia urzędnika czy menedżera z celowej lichoty instytucjonalnej zostaje przedstawiona jako małostkowość, roszczeniowość lub – wprost – atak na naród.

W efekcie państwo-korporacja osiąga stan idealnego perpetuum mobile. Posiada monopol na przymus i drenaż kieszeni, realizuje drapieżną logikę zysków i cięcia kosztów, a przed jakimkolwiek buntem chroni się, ubierając swój technokratyczny cynizm w szaty plemiennej metafizyki. Monumentalna fasada narodowego symbolizmu zostaje postawiona przed blaszany, pusty supermarket usług publicznych. Masz klękać przed portalem, abyś przypadkiem nie wszedł do środka i nie zobaczył, że zostałeś sam z całym ryzykiem, a system, który utrzymujesz, nie zna pojęcia solidarności, empatii, litości, współczucia ani opieki – zna jedynie pojęcie płynności finansowej.


 VIII. Ośmiornica na wyczerpaniu – pułapka marży i kreowanie sztucznych rynków

Współczesny liberalizm rynkowy znalazł się w pułapce strukturalnej, która zapowiada jego własny, wewnętrzny koniec. Logika tego systemu opiera się na nieustannym dążeniu do maksymalizacji marży: sprzedać jak najdrożej, wyprodukować jak najtaniej. Jednak w pewnym momencie ta ośmiornica osiąga ścianę. Cena, za jaką tworzy się produkt czy usługę poprzez wyzysk i zaniżanie jakości, osiąga absolutne minimum. Jednocześnie podnieść cen dla klienta końcowego również się nie da, ponieważ zubożały, żyjący na kredyt rynek po prostu przestanie konsumować.

Gdy tradycyjny rynek się nasyca, liberalizm – niczym drapieżny pasożyt – zmuszony jest do ekspansji na obszary, które dotąd stanowiły darmowe, wspólne dobro ludzkości. System zaczyna sztucznie kreować zupełnie nowe rynki tam, gdzie natura dawała człowiekowi wszystko za darmo. Ta rynkowa kolonizacja zostaje ubrana w niezwykle nośne, moralizatorskie hasła: Ochrony Środowiska, Zielonego Ładu czy walki z kryzysem klimatycznym. Pod tą szlachetną maską kryje się jednak brutalny finansowy cynizm. Skoro nie można już więcej zarobić na sprzedaży tradycyjnych dóbr, system postanawia opodatkować i spieniężyć naturę.

Zaczynamy płacić za to, że deszczówka spada na ziemię, a za chwilę, poprzez mechanizmy certyfikatów i limitów, system spróbuje spieniężyć sam fakt przemieszczania się w przestrzeni. Zielony Ład w wydaniu liberalnym rzadko służy ratowaniu planety – służy ratowaniu topniejących zysków korporacji. To tworzenie nowej, rynkowej pseudoreligii, w której darmowe dary natury zostają zagarnięte przez rynkową ośmiornicę i odsprzedane człowiekowi jako luksusowy towar, na który musi wziąć kolejny kredyt. To ostateczny dowód na to, że liberalizm pochłania sam siebie, zamieniając całą planetę w płatną klatkę.

Wielka obietnica i technologiczna zdrada

Ten cynizm staje się jeszcze bardziej uderzający, gdy zestawimy go z obietnicą, jaką niosła ze sobą postępująca automatyzacja. Wizjonerzy, pisarze science-fiction i ekonomiści z początku XX wieku przewidywali, że u progu kolejnego stulecia wejdziemy w erę powszechnego dostatku. Logika była prosta: jeśli zaawansowane roboty, automatyczne taśmy produkcyjne i algorytmy przejmą od ludzi ciężar pracy fizycznej oraz rutynowych zadań, koszt wytworzenia dóbr spadnie niemal do zera.

Żyjemy w czasach, w których te prognozy technicznie się spełniły. Mamy potencjał, by korzystać z niezwykle taniej energii, automatycznych farm hodowlanych produkujących tanią lub wręcz darmową żywność oraz drukujących domy robotów, które mogłyby błyskawicznie rozwiązać kryzys mieszkaniowy. Roboty przemysłowe i algorytmy są bez porównania wydajniejsze, tańsze i bezawaryjne w zestawieniu z ludzkim pracownikiem.

Co więcej, realia rynkowe w państwach takich jak Japonia, Australia czy Nowa Zelandia już teraz zmuszają menedżerów do testowania cztero- lub trzydniowego tygodnia pracy. Powód jest prosty: ludzkich rąk do pracy jest w wielu sektorach po prostu za dużo w stosunku do mocy przerobowych automatów. Ludzka praca przestaje być fundamentem produkcji dóbr.

Sztuczne podtrzymywanie XIX-wiecznego kieratu

W świecie opartym na zdrowym rozsądku ten przełom oznaczałby powszechne skrócenie czasu pracy, spadek kosztów życia i udostępnienie podstawowych dóbr cywilizacyjnych jako powszechnego, niemal darmowego prawa każdego człowieka. Stało się jednak coś odwrotnego.

Zamiast uwolnić człowieka od przymusu pracy, kapitał przekształcił automatyzację w narzędzie szantażu. Wmawia się nam, że jesteśmy „zbyt mało efektywni” – tak jakby człowiek ze swoimi biologicznymi ograniczeniami mógł kiedykolwiek konkurować z algorytmem working 24/7. System jednocześnie płaci ludziom coraz mniej w stosunku do realnych kosztów życia, a zarazem sztucznie podtrzymuje XIX-wieczny, opresyjny etos pracy, w którym wartość człowieka definiowana jest przez jego wyzyskiwalność.

Współczesny paradoksalny dogmat kapitału:

Pracownik jest zbyt drogi i mało wydajny, by go godnie opłacać przy produkcji, ale jednocześnie musi pracować coraz ciężej i dłużej, by móc kupić produkty wytworzone przez automaty.

Dług jako substytut darmowego świata

Ponieważ technologia drastycznie obniżyła koszt produkcji, ale system nie zamierza podzielić się tym zyskiem ze społeczeństwem, powstała wyrwa dochodowa. Uzupełnia się ją mechanizmem dłużnym. Dziś nie bierze się pożyczki na luksus – zaciąga się wieloletnie zobowiązania finansowe na absolutne minima egzystencjalne:

Zamiast obiecanej rajskiej rzeczywistości, w której technologia daje ludziom czas na rozwój, twórczość i odpoczynek, liberalny system stworzył cyfrowy feudalizm. Automatyzacja nie wyzwoliła człowieka – została użyta do tego, by odebrać mu resztki niezależności, czyniąc go dożywotnim dłużnikiem systemu za dobra, które na poziomie technologicznym powinny być powszechne i niemal darmowe.


IX. Futurologia niewolnictwa: Państwo-mrowisko i radośnie uchwalany regulamin

Dokąd prowadzi ta ewolucja? To najciemniejsza, ale i najbardziej prawdopodobna prognoza futurologiczna. Próba całkowitego zawłaszczenia człowieka przez system nie skończy się budową klasycznego, drutowanego obozu koncentracyjnego. Nowoczesny liberalizm jest na to zbyt inteligentny. Zamiast tego system dąży do przekształcenia społeczeństwa w zatomizowane, gigantyczne państwo-mrowisko.

A. Więzienie z własnej woli

Najwyższym stadium rynkowej tresury jest sytuacja, w której ludzie – pozbawieni alternatywnych punktów odniesienia, odcięci od tradycyjnych habitusów i wspólnot – sami, z własnej woli, zaczną budować dla siebie więzienie. To triumf psychologii behawioralnej na usługach kapitału.

Obywatele państwa-mrowiska będą z autentyczną radością i poczuciem nowoczesnego obowiązku uchwalać coraz bardziej restrykcyjne, absurdalne regulaminy i procedury. Będą się nawzajem pilnować, inwigilować i dyscyplinować w imię „bezpieczeństwa”, „wygody”, „zrównoważonego rozwoju” czy „standardów korporacyjnych”. Każdy krok, każda transakcja, każdy odruch życiowy zostanie ujęty w ramy algorytmu, którego mrówki będą ściśle i ślepo przestrzegać, czerpiąc z tego perwersyjną satysfakcję dobrze spełnionego obowiązku.

B. Czym to się skończy? Ostateczny krach antropologiczny

Ta utopia totalnej kontroli i standaryzacji niesie jednak w sobie zarodek własnej klęski. Człowieka nie da się bezkarnie przerobić na mrówkę, a społeczeństwa na korporacyjny arkusz Excela. Ta totalna operacja zawłaszczenia ludzi po prostu się nie uda.

Po pierwsze: Katastrofa wydajnościowa. System, który niszczy ludzką podmiotowość i autentyczną pasję, a zastępuje ją ślepym proceduralizmem, w końcu utonie we własnej fuszerce, zbiurokratyzowaniu i strukturalnej niewydolności. Całe państwo-mrowisko zacznie się zacinać na poziomie elementarnych funkcji życiowych.

Po drugie: Bunt stłumionej natury. Człowiek odarty z sensu, zmuszony do wiecznego biegu i tresowany dietetyczno-terapeutycznymi algorytmami, w końcu pęknie. Ponieważ liberalizm zlikwidował tradycyjne, racjonalne kanały debaty i buntu politycznego, ta stłumiona ludzka energia nie wybuchnie jako klasyczna, zorganizowana rewolucja z programem na jutro. Wybuchnie jako ślepy, niszczycielski nihilizm, niekontrolowana eksplozja agresji, głęboki kryzys psychiczny całych pokoleń i totalny rozpad więzi społecznych.

Mrowisko nie przetrwa, ponieważ zostało zbudowane na fundamentalnym kłamstwie wobec ludzkiej natury. Kończy się to zawsze tak samo: substancja materialna i społeczna, doprowadzona do ostateczności przez chciwość dysponentów procedur, w końcu spektakularnie zapada się pod własnym ciężarem.

X. Zakończenie: Obrona przed urzeczowieniem jako akt cywilizacyjnego oporu

Prześledzenie ewolucji liberalizmu pozwala dostrzec głębię kryzysu, w jakim znalazła się nasza cywilizacja. Bezrefleksyjne przyjęcie rynkowego dogmatu jako nadrzędnego regulaminu życia doprowadziło do najgroźniejszego zjawiska naszych czasów: do totalnej reifikacji, czyli urzeczowienia człowieka.

Gdy ekonomia uciekła od swoich społecznych i moralnych fundamentów w chłodną matematyczną sterylność, z pola widzenia zniknął żywy człowiek. Jego miejsce zajął sfetyszyzowany wskaźnik efektywności. Najbardziej gorliwym neofitą tego nowego kultu stała się polska quasi-klasa średnia. Żyjąc w strukturalnym zakłamaniu, bez zgromadzonego kapitału, za to z potężnym bagażem zobowiązań kredytowych, przyjęła ona liberalną rozpiskę na życie jako gwarant cywilizacyjnego awansu.

Przykłady, które analizowaliśmy na konkretnych frontach rynkowej tresury, układają się w przerażająco spójny obraz:

W dietetyce – ciało ludzkie zostało odarte z kulturowej podmiotowości i wtłoczone w tyranię statystyki, wykresów oraz kalorycznych optymalizacji.

W psychologii i sferze socjalnej – autentyczna ludzka solidarność i moralny odruch buntu wobec bezduszności systemu zostały zastąpione komercyjną usługą terapeutyczną oraz pustym przemysłem szkoleniowym, mającym na celu przymusową rekalibrację jednostki.

W marketingu – materialny konkret urządzeń został wyparty przez dematerializację reklamy, która handluje deficytami emocjonalnymi i wmawia nam, że kupując plastikową, celowo osłabioną lodówkę, kupujemy mityczne szczęście rodzinne z kolorowego folderu.

W przestrzeni wspólnej – napływ nowej klasy aspiracyjnej, niosącej ze sobą nawyki sterylnego rygoru, owocuje agresywną gentryfikacją i niszczeniem tradycyjnych enklaw sąsiedzkich.

W tym kontekście konfrontacja liberalizmu z komunizmem obnaża ostateczny nihilizm tego pierwszego. System komunistyczny, opierając się na kategorii „zasobu ludzkiego”, widział w masach motor historii, co zmuszało go do długoterminowego dbania o tę tkankę. Współczesny liberalizm traktuje człowieka czysto przedmiotowo – jako jednorazowe, doskonale zastępowalne narzędzie rynkowe o określonym terminie przydatności. Co najbardziej perwersyjne, system ten zdołał skolonizować ludzkie sumienia, zmuszając ofiary wyzysku do obwiniania samych siebie za brak sił w wyścigu po mityczne, puste niebo.

Dlatego właśnie obrona tradycyjnych przestrzeni, starych habitusów opartych na etosie pracy własnych rąk, skromności i bezinteresownej pomocy sąsiedzkiej, nie ma nic wspólnego z prowincjonalnym sentymentalizmem czy tęsknotą za przeszłością. Jest to w istocie głęboki, autentyczny akt cywilizacyjnego oporu. Walka o transparentność, o prawo do surowej, nienaruszonej korporacyjnym regulaminem autentyczności jest obroną samej esencji człowieczeństwa – prawa do bycia podmiotem, a nie przedmiotem rynkowej gry. Ocalenie tych skrawków bezinteresownej wspólnotowości to jedyna droga, by w świecie pustego, rynkowego nieba ocalić to, co w nas najbardziej ludzkie.

Smutne spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość skłania jednak do wniosku, że przedstawione sposoby obrony przed neoliberalizmem nie zadziałają. Są po prostu spóźnione.

Spóźniony opór w cieniu intelektualnej pustyni

Wszystkie wskazane wcześniej formy oporu – od procesowego kluczenia przed cyfrową inwigilacją, przez obronę gotówki, aż po desperacką walkę z neofeudalnymi strefami czystego transportu – są bezwzględnie słuszne i stanowią moralny obowiązek każdego, kto chce ocalić resztki własnej podmiotowości. Trzeba jednak z pełną, ponurą szczerością postawić sprawę jasno: te sposoby są już spóźnione. Kolejny, głęboki przejazd walca neoliberalizmu doprowadził do sytuacji, w której system nie musi już nawet obawiać się buntu na szeroką skalę. Najbardziej przerażający objaw tej kapitulacji stał się wyraźnie widoczny w habitusie współczesnej, wielkomiejskiej quasi-klasy średniej.

Mamy do czynienia z pokoleniem o celowo uformowanym, niezwykle płytkim i nędznym wykształceniu. Ten regres intelektualny nie jest błędem systemu – jest jego kluczowym programem. Edukacja została tak zaprogramowana, aby współczesny człowiek nie ważył się na posiadanie własnego zdania, lecz potulnie odwoływał się do utartych twierdzeń, uznanych odgórnie za nienaruszalne pseudo-dogmaty. Narzędziem tej masowej lobotomii stało się utrzymywanie skandalicznie niskiego poziomu nauczania, sprowadzonego do bezmyślnego, czysto pamięciowego rozwiązywania testów pod klucz, tworzenia głupawych prezentacji i zaliczania zadań maturalnych, w których młodym ludziom podaje się pełne teksty źródłowe, panicznie bojąc się użycia słów choć trochę trudniejszych. Doszło do tak absurdalnego upadku, że za pojęcia „zbyt trudne” i wymagające słownikowego objaśnienia uznaje się dziś w arkuszach słowa tak elementarne jak „socha” czy „motyka”.

W najgłębszym interesie liberalnych technokratów leży to, aby współczesny człowiek nie potrafił posługiwać się elementarną logiką. Gdyby bowiem poszukiwał logicznych powiązań i przyczynowo-skutkowych struktur, natychmiast natrafiłby na porażające sprzeczności wewnątrz samej doktryny rynkowej. O ile marksizm, w całej swojej potworności, starał się stworzyć gigantyczną, spójną wewnętrznie konstrukcję filozoficzną, o tyle współczesny liberalizm nawet nie zadał sobie trudu, by zbudować jakąkolwiek sensowną wykładnię swoich działań. Ta pseudo-doktryna nie potrzebuje wielkich myślicieli ani głębi. W zupełności wystarczy jej prymitywny Gwiazdowski czy nieuk i nawet nie ekonomista Balcerowicz. Cała jej filozofia i jedyny realny fundament sprowadzają się do jednego, ordynarnego dogmatu: zysk, zysk ponad wszystko.

Spojrzenie na tak wyjałowiony krajobraz społeczny nie pozostawia złudzeń. System wygrał nie dlatego, że przekonał ludzi do swoich racji, ale dlatego, że odebrał im język i narzędzia intelektualne, którymi mogliby sformułować akt oskarżenia. Stoimy w obliczu horyzontu, na którym tradycyjnie rozumiany humanizm i wolność stają się jedynie niezrozumiałym, archaicznym wspomnieniem, ustępując miejsca totalnej, zmechanizowanej pustce.



BIBLIOGRAFIA WYBRANA


I. Socjologia struktur, habitus i gentryfikacja

Kluczowa pozycja dla rozwinięcia pojęcia „habitusu”, kapitału kulturowego oraz mechanizmów, którymi quasi-klasa średnia próbuje budować swoją symboliczną wyższość.

Doskonałe studium nad gentryfikacją, kolonizacją przestrzeni przez kapitał oraz niszczeniem tradycyjnych enklaw wspólnotowych.

Klasyczna analiza biurokracji jako bezdusznej maszyny, racjonalności formalnej oraz pojęcia klasy społecznej opartej na akumulacji zasobów.

II. Krytyka neoliberalizmu, rynkowego kapłaństwa i transformacji

to z tych pism wyłania się język „bezalternatywności” i technokratycznego dogmatu lat 90.

Jedna z najważniejszych i najbardziej bezkompromisowych krytyk polskiej transformacji ustrojowej, obnażająca społeczne koszty doktryny Balcerowicza.

Absolutny klasyk wyjaśniający, jak liberalizm klasyczny został wypaczony i przekształcony w projekt polityczny służący przywróceniu władzy klasowej elitom finansowym.

Wątek aplikowania terapii szokowych w warunkach społecznego oszołomienia (idealnie pasuje do polskiego kontekstu lat 90.).

III. Fetyszyzm wskaźników i ekonomiczna mistyfikacja

Genialna, rzetelna krytyka wskaźnika PKB jako „licznika pustego obrotu” i destrukcji przekształcanej w zysk.

Książka obnażająca fikcję współczesnego rynku pracy, narodziny armii menedżerów od „głupawych prezentacji” oraz mit rynkowej wydajności.

Kluczowa pozycja do podrozdziału o „technokratycznym analfabetyzmie funkcjonalnym” – pokazuje, jak liberalizm, obiecując deregulację, w rzeczywistości zalewa nas oceanem procedur.

IV. Kolonizacja świadomości, edukacja i systemy nadzoru

Niezbędne tło do wątku o pieniądzu elektronicznym, profilach zaufanych i cyfrowym urzędniczym Matrixie.

Krytyka systemów edukacyjnych jako fabryk posłuszeństwa, pamięciowego rozwiązywania testów i kastrowania ludzi z samodzielnego, logicznego myślenia.



 

 Paweł Kozioł