Nowa Trybuna Opolska, 2004


"Nowa Trybuna Opolska" (28-29 lutego 2004 r., dodatek "Książki", str. 11) 


30 metrów Verne'a w domu 

Kolega Julka 

Z Andrzejem Zydorczakiem, wiceprezesem Polskiego Towarzystwa Juliusza Verne'a, rozmawia Iwona Kłopocka. 


Ile książek Verne'a ma pan w domu? 

Jakieś trzydzieści metrów, a licząc tradycyjnie - 350 tomów, spośród 440 wydanych w Polsce. Kupuję wszystko, co się u nas ukazuje. Do dziś nie mogę odżałować, że podczas studiów w Krakowie za stypendia kupowałem w antykwariatach Kraszewskiego, a nie przedwojenne wydania Julka. Miałbym znacznie większy zbiór. Żona czasem się dziwi: "Masz już trzydzieści wydań Dzieci kapitana Granta. Po co ci kolejne?". A ja odpowiadam: "Bo każde jest inne". 

No właśnie, po co one panu? 

To moja pasja. Kontynuuję rozpoczęty przez Winicjusza Łachacińskiego, znawcę i popularyzatora Verne'a, bibliografię polskich przekładów dzieł tego pisarza. Muszę więc być na bieżąco. 

A żona pewnie uważa, że to wyrzucanie pieniędzy? 

Raczej chodzi jej o to, że książki niedługo wypchną nas z domu. Nasza biblioteka liczy grubo ponad 7 tysięcy tomów. 

Przeczytał pan wszystko, co Verne napisał? 

To się chyba nikomu w Polsce nie udało. No, może poza Łachacińskim, który czytał go w oryginale. Nie wszystkie dzieła Verne'a są u nas dostępne. Sam tłumaczę drobne formy - choć moja znajomość francuskiego jest raczej jednostronna i pewności dodaje mi dopiero solidny słownik pod ręką. Robię to dlatego, że nikt nie chce się za to wziąć, a mnie żal, że inni, nie znając francuskiego, nie mogą tych tekstów przeczytać. Ostatnio razem z córką wzięliśmy się też za tłumaczenia wierszy Verne'a. 

Skąd ta pasja? 

Zawdzięczam ją mojej wspaniałej babci, która jak nikt inny potrafiła odpowiednio dobrać książeczki wszystkim dzieciom w rodzinie. Kiedy miałem 11 lat, dostałem od niej Napowietrzną wioskę. Spodobała mi się, ale prawdziwa fascynacja Verne'em zaczęła się dopiero po przeczytaniu 20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi. To jedno z największych i nieprzemijających dzieł Verne'a. Opowiada o wielkiej przygodzie, ma szybką, wartką akcję, przepojone jest ideą wytrwałego dążenia do celu, a przy tym ma bardzo romantyczny charakter. Tak byłem nią poruszony, że samodzielnie zrobiłem mapę podróży kapitana Nemo. Na szarym papierze pakunkowym, o wymiarach dwa na półtora metra, narysowałem siatkę południków i równoleżników, a następnie wszystkie kontynenty i większość wysp. Całość wykonałem za pomocą linijki, ołówka i gumki, robiąc powiększenie ze szkolnego atlasu. Następnie naniosłem na mapę trasę podróży "Nautilusa". Żałuję, że ta mapa nie zachowała się. 

Skoro Verne miał na pana taki wpływ, to domyślam się, że wybór geologii górniczej na krakowskiej AGH zawdzięcza pan lekturze Wyprawy do wnętrza ziemi. 

Sprawiedliwość muszę też oddać moim ciotkom, które skończyły ten sam kierunek studiów. Czytając Verne'a zawsze utożsamiałem się z bohaterami-badaczami. Ja też chciałem coś badać, odkrywać. Jako chłopiec "badałem" wyrobiska przy starej cegielni w mojej okolicy, a od 30 lat pracuję w kopalni "Halemba". 

Warto jeszcze podsuwać dzieciom książki Verne'a? 

Pewnie, że warto. Sam namawiam do tego moich kolegów z pracy. Na początek coś łatwego i drobnego - np. Dwa lata wakacji albo jakieś opowiadanie. Trochę później polecałbym Napowietrzną wioskę, Pięć tygodni w balonie, Węża morskiego. No i oczywiście 20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi. Chociaż o głębinach morskich wiemy dziś znacznie więcej niż Verne, z tej książki - poza fantastyczną przygodą - można się jeszcze wielu rzeczy nauczyć, choćby o historii żeglugi. 

Czy Polskie Towarzystwo Juliusza Verne'a jest liczne? 

Nieliczne, ale za to dobre, bo to towarzystwo ludzi z pasją. Powstało w 2000 roku i na początku skupiało dziewięć osób. Ostatnio wydaliśmy legitymację z numerem 48. Wśród naszych członków jest były oficer rozrywkowy z "Batorego", mieszkający obecnie w Wiedniu, Polak z Sydney i sam prezes francuskiego Towarzystwa Verneowskiego, z którym stale współpracujemy. 

I pewnie wszyscy swojego pierwszego Verne'a czytali 30-40 lat temu? 

Wcale nie. To właśnie jest pocieszające, że połowa naszych członków to nastolatkowie i że chętnie biorą udział w naszych pracach. Wydajemy m.in. "Zeszyty Verneologiczne". Od dwóch numerów drukujemy w nich opisy postaci z dzieł Verne'a. Bierze się powieść, wypisuje wszystkie nazwiska - zarówno postaci fikcyjnych, jak i historycznych - i robi opis. Każdą postać staramy się też uzupełnić XIX wieczną ryciną. W ten sposób "przerobiono" już kilkanaście powieści i opowiadań. Ostatnio dwa opowiadania opracowała w ten sposób jedna z naszych najmłodszych koleżanek - gimnazjalistka. 

Próbujecie też wydawać utwory Verne'a do tej pory nieznane polskiemu czytelnikowi? 

Tak. Staramy się wydać wszystkie opowiadania Verne'a. To są broszurki, liczące od 8 do 60 stron, z ilustracjami z XIX wieku. Nakład jest mały, bo produkuję je na własnej drukarence, ale te książeczki są oficjalnie zarejestrowane, mamy ISBN i zgodnie z przepisami 17 egzemplarzy posyłam do bibliotek, m.in. do "Jagiellonki" i "Narodowej". 

W przyszłym roku będzie setna rocznica śmierci Verne'a. Jak chcecie ją uczcić? 

Wystąpiliśmy do Poczty Polskiej o wydanie jakiegoś waloru filatelistycznego związanego z tą rocznicą. Chcemy też wydać dwutomową Krainę futer. Już nie broszurę, ale porządną książkę w twardych okładkach z 92 ilustracjami. 

Dziękuję za rozmowę.