Dlaczego wiele projektów, które widziałem nie kończy się sukcesem? Wszystkie strony przedsięwzięcia w przeważającej części mają wśród swoich ekspertów ludzi z dyplomami, certyfikatami, ukończonymi kursami, specjalistycznymi szkoleniami… etc. Kilka moich rozważań na ten temat – czyli słowo o komunikacji.
O komunikacji się pisze, o komunikacji się mówi. Komunikację uwzględnia się w audytach przedsiębiorstw, bierze się ją jako istotny element sukcesu w metodykach, standardach, zbiorach dobrych praktyk biznesowych. I co z tego, skoro w przeważającej części inżynierowie, kierownicy projektów, komunikacji, tej właściwej zapewniającej wzajemne zrozumienie nie stosują? Jako pewna mięka kompetencja, nie da jej się przyswoić z dnia na dzień, odbyć szkolenie, zdać egzamin, zaliczyć test, nawet jeśli na końcu podręcznika wydawca załączył odpowiedzi, aby kursant nie musiał się zbytnio męczyć z szukaniem właściwego podejścia do problemu i jego optymalnego rozwiązania.
Z komunikacją moim zdaniem, jest jak z wychowaniem, trzeba ją wynieść z domu, który w tym dobrym przypadku, można przyrównać do biblioteki dobrych praktyk. Jeśli mamy dobre wzory zachowań, relacji, to mamy szanse na zasadzie “kinderstuby”, wyrobić, ugruntować w sobie umiejętność budowania zaufania, empatii we wzajemnych relacjach między ludźmi, z którymi się spotykamy, prowadzimy interesy.
W wielu ogłoszeniach o pracę możemy znaleźć formułę o wymaganych wysoko rozwiniętych umiejętnościach komunikacyjnych. W jaki sposób można to ocenić? Kto może to ocenić? A może należy przedstawić dyplom ukończenia kursu? Wrócę tu do dobrego wychowania i zasad współżycia. Nie da się w życiorysie obok posiadanych certyfikatów ITIL, TOGAF czy PRINCE2 umieścić dyplomu o zaliczeniu szkolenia z Savoir Vivre, bo jeśli tych zasad nie stosuje się w codziennym życiu, to mimo wspaniałego teoretycznego przygotowania, można pozostać człowiekiem “nieokrzesanym“…
Brałem kiedyś udział w spotkaniu z trenerem biznesu, psychologiem prowadzącym między innymi szkolenia z zakresu komunikacji międzyludzkiej. Spotkanie trwało dwie godziny. Przez siedemdziesiąt pięć procent czasu ów trener mówił o sobie, o realizowanym zakresie zajęć, posiadanych dyplomach, certyfikatach, organizacjach i stowarzyszeniach, których jest członkiem oraz językach, w których może prowadzić szkolenia. Chciałem z nim chwilę porozmawiać, przekazać swoje zainteresowanie tematyką jego warsztatów oraz własnymi doświadczeniami ze spotkań i szkoleń, w których biorę udział już od dwudziestu jeden lat, o lekturach dotyczących meritum sprawy. Chciałem się dowiedzieć jak możemy współpracować, nawiązać nić porozumienia dla wspólnych celów biznesowych, nawiązać kontakt, poznać się bliżej. Niestety, ja dowiedziałem się o Panu prawie wszystkiego, on o mnie prawie nic. Dla ścisłości spotkanie dotyczyło oferowania usług szkoleniowych i doradczych. Wiem już co mógłbym zaoferować, ale przez dwie godziny nie dowiedziałem się jak mogę to zrobić, gdybym nie korzystał z moich zdobytych wcześniej doświadczeń, intuicji oraz wcześniejszych szkoleń. Starałem się kilka razy zabrać głos. Zdaje się, że żadnej myśli nie doprowadziłem do końca, a zapewniam, że się nie jąkam. Nie wiem czy dobrą cechą jest przerywanie wypowiedzi rozmówcy, nie słuchanie drugiej strony, podnoszenia głosu w celu przejęcia inicjatywy podczas wymiany zdań…. Wiem jedno, że przysłowia są mądrością narodów, a po dzisiejszym spotkaniu jedno ciśnie się mnie na usta – o szewcu, co bez butów chodzi… Słowa te kieruję do wszystkich, którzy zamierzają korzystać ze specjalistów, mających wpływać na zmianę postaw ludzi. Taki człowiek moim zdaniem winien jak lekarz w pierwszej kolejności słuchać pacjenta, potem dopiero przepisywać pigułki, zalecać zimne kąpiele i elektrowstrząsy.