Wojna jednak trwa nadal. Ze znajomymi zaczęliśmy planować „Wyprawę na Węgry”. Ja korzystając z tego, że granica bezpośrednia była tylko 40 km od Zagórza, podjąłem się organizacji tej wyprawy i „po przetarciu szlaku” zamierzałem sam powrócić.
Jadę pociągiem do rodzinnej miejscowości. Wysiadam jednak wcześnie na stacji Nowy Zagórz mało uczęszczanej, skąd na „skróty” przez górę, omijając osiedle, przychodzę wieczorem do rodzinnego domu. Pozostaję kilka dni dla nawiązania kontaktu z przewodnikiem „Łemkiem”. Mieszkali tam Matka z moją siostrą Stefanią i Jej mężem Radziszewskim. Szwagrowi zlecam postaranie się w Sanockim „Kreishauptmashafeicie” (starostwie) o „ausweis do Cisnej za żywnością” i wracam do Warszawy.
Tutaj już konkretne przygotowania: zaopatrzenie się w mapy, zakup kawy i herbaty, które są lekkie, mają niezmienioną cenę, a już wiadomo, że za nasze złotówki dają na Węgrzech tylko 10 % wartości.
W początkach grudnia wyjeżdżamy z Warszawy w piątkę, znów przez Nowy Zagórz i „ścieżki” do rodzinnego domu. Bez zbytniej zwłoki kontakt z przewodnikiem i następnie „nocne spotkanie” na leśnej polanie, gdzie według legendy miała być niegdyś stoczona potyczka Konfederatów Barskich, mających swoje oparcie w obronnym wówczas klasztorze Karmelitów Bosych w Zagórzu. (obecnie w ruinie.)
Rozpoczyna się nocna wędrówka. Omijając Poraż, Czaszyn, Łukowo - wyszliśmy na „Dział” górski, kierując się na Chryszczatę, Wołosań, Feliszówkę, potem Hyrlatę, Rosochę i Kiczerkę, w kierunku granicy z Węgrami.
Szliśmy noc, cały dzień i znów noc. Zaczął padać śnieg, który przeszedł w śnieżycę i zawieję. W pewnym momencie zaczęliśmy błądzić. Stwierdziłem, że nawet po niezbyt stromym grzbiecie zrobiliśmy koło. Było to pod wieczór. Z dołu musieli nas zauważyć mieszkańcy jednej z ukraińskich wiosek, ale odległość była duża, tak więc nie musieliśmy się ich obawiać. Nad ranem dotarliśmy do granicy w okolicy Stryby.
Przejście granicy, idącej głównym działem wód między Bałtykiem, a Morzem Czarnym, to całkowita zmiana klimatów - na północy, po stronie polskiej śnieg, zima, na południu sucho i względnie ciepło.
Zeszliśmy w dół, bliżej słowackiej wsi. Z daleka zobaczyliśmy „kogutów” (tak nazywano węgierskich żandarmów - po ich charakterystycznych kapeluszach z piórkiem). Oni nas również. Okazało się, że oprócz nas, w tym rejonie przeszło podobnym szlakiem jeszcze kilka innych osób.
Żandarmi, na placówce, zarejestrowali nas i zapowiedzieli, że odstawią nas dalej. Ja pożegnałem się z towarzyszami, którzy mieli zamiar dostać się do Budapesztu i „iść dalej na zachód”, wobec tego, że miałem inne plany. W małym żydowskim sklepiku zamieniłem kawę i herbatę na „pengi”, przy czym kawa była bardziej poszukiwana, i miałem już niezły grosz w węgierskiej walucie.
Na własną rękę dotarłem do stacji kolejowej Nagy Berezna (Wielka Berezna). Po drodze plecak schowałem do teczki i wyglądałem jak „szofer”. Tam kupiłem bilet do Koszyc - po węgiersku „Kassa”. Oczekując na pociąg natknąłem się na miejscowego Węgra, który rozpoznał we mnie Polaka no i oczywiście – „Magyar – Lengyel két jò baràt”1. Zapraszał mnie do bufetu, ale na szczęście nadjechał pociąg.
1 czyt.: „Madziar - Lendziel - ket barat”
W Koszycach przesiadka. Zorientowałem się, że bilety są wydawane na kilka stacji w tej samej odległości. Jechałem do Tokaju. Z rozkładu jazdy sprawdziłem jaka jest stacja w tej samej odległości i tam kupiłem bilet. W podróży unikałem rozmów. Zrozumiałem słowa „tessèk”1 - proszę i „köszönöm” (w oryginale „koeszoenoem”)2 - dziękuję.
W Tokaju wiedziałem, że oparciem dla Polaków jest majątek - winnica Grossów3. Była to rodzina węgiersko-polska, która w Krakowie miała swój skład wina, jako główny dostawca wina mszalnego dla Diecezji Krakowskiej. Zacząłem się rozglądać kogo by tu zapytać o drogę. Wzbudziła we mnie zaufanie starsza kobieta o słowiańskim wyglądzie. Okazało się, że trafiłem na Polkę, która wyszła za Słowaka. Po powrocie z Koszyc na Węgry - tu pozostała.
1 czyt.: „Toszik”
2 czyt.: „Kassenem”
3 Przez kilkadziesiąt lat, od 1884 roku do nastania rządów komunistycznych winnica Oremus należała do polskiej rodziny Grosse, prowadzącej w Krakowie handel winem i herbatą. Informacje na temat ich działalności, które poniżej zamieszczam pochodzą, przede wszystkim, z artykułu Małgorzaty Ziółek „Krakowska rodzina Grosse’ów i jej firma handlowa w latach 1859-1950” opublikowanego w Roczniku Krakowskim (LX, 1994).
Według rodzinnej tradycji szlachcic Jan Gross został jako kalwin wygnany z Polski w XVII wieku. Jego rodzina przeniosła się najpierw do Eisenach a następnie Altenburgu, k. Lipska. Do Polski powrócił na początku XIX wieku Jan Fryderyk Grosse (1784-1862). Zamieszkał w Brodach, gdzie został dyrektorem szkoły. Jego syn Juliusz Fryderyk (1831-1913) podjął studia we Lwowie, które musiał porzucić w konsekwencji swojego zaangażowania w wydarzenia 1848. Pracował jako urzędnik pocztowy w Brodach, Lwowie i Krakowie, gdzie w roku 1859 (w rok po ślubie z Wilhelminą Klugówną) otworzył firmę handlową i spedycyjną. Przedsiębiorstwo szybko skupiło się na handlu winem, zwłaszcza węgierskim. Drugim kluczowym asortymentem firmy stała się herbata, od przełomu XIX i XX wieku znana dzięki znakowi firmowemu jako „herbata z rączką”. Ponadto, w ofercie firmy znalazły się różne produkty kolonialne i farmaceutyki.
Siedzibą firmy był Pałac Spiski przy Rynku Głównym. Na parterze prowadzono sklep a w podziemiach magazyn. Przy ul. Sławkowskiej 11/13 znajdowała się, w okresie międzywojennym, piwnica stanowiąca skład wolnopodatkowy. W marcu 1939 otworzono własny skład wolnocłowy.
W 1868 (lub 1861) Juliusz Grosse został zaprzysiężony przez kurię krakowską jako dostawca win mszalnych. Zaprzysiężenie ewangelika było wydarzeniem wyjątkowym. Odtąd przez wszystkie lata działania firmy duchowieństwo stanowiło ważną część jej klienteli.
http://bliskotokaju.pl/2014/01/firma-juliusz-grosse-wlasciciel-oremus/
Przyglądając się bliżej „ludowi” węgierskiemu, stwierdziłem, że ma on bardzo słowiański wygląd. Nic w tym dziwnego, bo jak wiadomo, Węgrzy to plemię ugro-fińskie, które podbiło słowian zamieszkujących kotlinę dunajską.
Mój przygodny „cicerone” zaprosiła mnie do swego mieszkania i tam nauczyła mnie jak pytać o drogę: „Hol lakik nagysàgos assiony Gross Gyulànè”1 czyli „Gdzie mieszka Jaśnie Wielmożna Pani Gross, żona Juliana”?
Pobyt w majątku Grossów trwał krótko. Dzielnica gdzie była ich winnica - to właśnie słynny Sàrospatok1 - gdzie w pobliskim klasztorze została odkryta najstarsza w języku polskim Biblia, ale jej nie widziałem.
1 czyt.: „Szarosz-patok”
1 czyt.: „Hol lakik nadzysagosz asoń Gross Dżulany”
Bez przygód dojechałem pociągiem do Budapesztu. Spotkałem się tam ze znajomymi z Sanoka i ze Lwowa. Część z nich zamierzała „iść dalej”, a część pozostać i „czekać do wiosny” na „Wyzwolenie”.
Poszedłem do konsulatu polskiego. Opowiedziałem o tragedii - wymordowaniu Żydów w Pułtusku - nie chcieli wierzyć. Wyjaśniłem konsulowi (?), że na razie nie zamierzam iść dalej, dopiero następnym razem, a teraz „przecieram szlak”. Wydało mu się to podejrzanym. W końcu dał się przekonać i dostałem paszport, gdzie moja data urodzenia została podana o rok wstecz. Węgrzy nie chcieli puszczać Polaków w wieku poniżej 28 lat.
Po około tygodniowym pobycie przygotowałem się do powrotu. Zapoznałem się w międzyczasie z planem miasta, komunikacją tramwajową i kilkoma podstawowymi wyrazami węgierskimi. Jest to język trudny, nie podobny do żadnego innego z europejskich. Na ten temat krążył dowcip: „Najtrudniejszy jest język turecki, ale węgierski jest tak trudny, że go nawet Turcy nie rozumieją”. Wojenna, osiadła w Budapeszcie emigracja, gdy dowiedziała się, że wracam do kraju, obdarzyła mnie zleceniami przekazania pieniędzy, zarówno polskich jak i węgierskich - pengo.
Z powrotem jechałem do Koszyc pociągiem osobowym - nocnym. Ze współpasażerami nie rozmawiałem. W pewnym momencie zauważyłem, że jadący w sąsiednim przedziale „koguty” t.j. żandarmi - coś powiedzieli do podróżnych, na co ci odpowiedzieli wyciąganiem jakiś papierów, zapewne przepustek. Ja tego nie miałem. Bez zwracania uwagi przeszedłem na koniec wagonu, gdzie była platforma, skąd po schodkach na dach wagonu, dalej przeszedłem w kierunku skontrolowanym już przez żandarmów. Po tej dachowej drodze musiałem uważać, aby nie uderzyć o most lub przejazd. Przypomniały mi się „młode lata”, gdy dojeżdżałem pociągiem do Gimnazjum w Sanoku - i czasami robiłem taką eskapadę, gdy nie miałem przy sobie biletu.
W Tokaju, u Grossów zostawiłem swój paszport, zapowiadając, że go zabiorę, gdy będę wracał już w dalszą drogę.
Dalej, również pociągiem, dojechałem pod wieczór do stacji Kis1 Berezna – Mała Berezna, gdzie był mały ruch. Skierowałem się ku granicy. Za miasteczkiem zszedłem na pola, idąc pod lasem. Nie chciałem się z nikim spotkać. W pewnym momencie zauważyłem samochód z silnymi reflektorami. Choć droga była dość daleka - padłem na ziemię i przeczekałem. Już w nocy doszedłem do zabudowań wiejskich w pobliżu granicy.
1 czyt: „kisz”
Przespałem się w stogu siana - oczywiście bez wiedzy gospodarza. Rano wstałem i spotkałem się z gospodarzem – Słowakiem, który wcale nie wyraził zdziwienia na widok obcego. Widocznie nie byłem pierwszym. Zaprosił mnie na gorące mleko. Język słowacki jest bliski polskiemu. Często mówią „hej” co oznacza „tak”. W nocy miałem sen - okazało się proroczy, śniło mi się, że jestem mordowany. Ale nie przywiązywałem do tego wagi – „sen mara Bóg wiara”.
Po południu ruszyłem w drogę. Był grudzień więc noc szybko zapadała. Orientacja była prosta - na północ. Zaczął padać śnieg. Zauważyłem już przed granicą, że idzie z Polski dwóch osobników. Wolałem się z nimi nie spotkać. Padłem na ziemię pod krzak. Przeszli - nie zauważyli mnie.
Na granicy od razu zmiana klimatu. Śnieg po kolana. Droga ciężka. Po pewnym czasie zbliżyłem się do przysiółka. Była godzina 1-sza w nocy. Zmęczony zastanawiałem się, czy obejść przysiółek po śniegu zapadając się po kolana, czy ryzykować przejście, mniemając, że o tej porze mieszkańcy powinni spać. Zaryzykowałem...
Niestety „Ukraińcy” czuwali. Wybiegli i zaczęli się zbliżać. Wyrzuciłem mapy. O ucieczce nie mogło być mowy. Zatrzymali mnie i zaprowadzili do wnętrza chałupy. W portmonetce stwierdzili dość znaczne sumy polskich złotych i węgierskich pengo. Powiedzieli:
- Szpieg. Polski oficer. Ale my ciebie Niemcom nie wydamy, nawet pokażemy drogę.
- Dziękuję. Trafię sam.
- Zabłądziłeś. Nie możemy tak gościa wypuścić.
Rozmowa się urwała. Po jakimś czasie ruszyliśmy w drogę. Zabrali ze sobą stojące pod domem „buczki”. Ja też sobie taki „buczek” wziąłem. Szliśmy pod górę – na Hyrlatę. Wyższy szedł pierwszy, za nim ja, a za mną niższy. Po jakiejś półtorej godziny, gdyśmy już doszli do szczytu - Bij! - krzyknął idący z tyłu zbójca. Rozpoczęła się walka na śmierć i życie…
Mieli nade mną liczebną przewagę, ale na moje szczęście wyższy nie był tak morderczo nastawiony jak niższy. Jego ciosy na głowę nie były tak silne. Niższy też dostał porządnie ode mnie. Wytrąciliśmy w tej walce „buczki” i biliśmy się znajdującymi się w lesie grubszymi gałęziami, których uderzenia nie były już tak groźne.
Instynktownie zwracałem się do napastników frontem. Ciosy spadały na przednią część czaszki, gdzie grubość kości, jak się później dowiedziałem od lekarzy, dochodzi do jednego centymetra. Upadłem pozorując omdlenie. Dostałem jeszcze uderzenie, ale już nie tak groźne, bo od gałęzi. Przed oczyma stanęła mi postać żony w białej sukni, w której ją tak lubiłem. - Czyżbym już więcej miał jej nie zobaczyć? – pomyślałem.
Napastnicy też zmęczeni - milczeli. Zapytałem ich - Czy musicie mnie mordować, czy wystarczą wam tylko pieniądze? - Milczeli.
Wyciągnąłem jednak portmonetkę i dałem im. Przyjęli.
Zacząłem się oddalać szybkim krokiem. Nie chciałem biec, bo to mogło sprowokować pościg. Napastnicy nie gonili mnie. Zapewne sądzili, że pobity, pokrwawiony, w zimie i na odludziu - nie uratuję się.
Kierowałem się na zachód, zamierzając dotrzeć do kolejki Łupków-Cisna i dalej do przysiółka Majdan, gdzie była „melina”, o której dowiedziałem się w Budapeszcie. Ryzykowałem wprawdzie, że mogę natrafić na Niemców patrolujących tory. Nie miałem jednak innego wyboru. W pewnym momencie zdjąłem czapkę, położyłem ją na śniegu, który zrobił się czarny. Twarz otarłem śniegiem i czapkę położyłem na głowę - nie chciałem więcej zostawiać śladów.
Po dłuższym marszu dotarłem do torów kolejki, a potem do „meliny”. Był to dom na skraju Majdanu. Należał do właściciela większych obszarów na Wileńszczyźnie „Kniazia Gedrojcia” i chyba właściciela okolicznych lasów w Bieszczadach. Gospodarz był już w podeszłym wieku.
Razem z nim mieszkały dwie córki zamężne. Ich mężowie „byli na wojnie”.
Opowiedziałem pokrótce zdarzenie. Przystąpiły do opatrunku. Nożyczkami wycięto mi włosy na głowie przy ranie, wodą kolońską zdezynfekowano ranę, zalano jajkiem i zabandażowano. Staruszek podczas tego wygłaszał sentencję:
-A ja zawsze mówiłem, że czaszka polska jest najtwardsza na świecie.
W rozmowie ustaliłem też, że na wypadek jakiejś kontroli tłumaczyć się będę napadem w pobliżu Żubraczego. A przybyłem poszukując żywności dla rodziny i mam „ausweis” na podróż do Cisnej.
Następnego dnia obie panie wyjechały do Zagórza, jedna miała zawiadomić moją rodzinę, a druga miała pojechać do W-wy zawiadomić moją żonę. Miała wyjaśnić, że potłukłem się na nartach. Jej też dałem uratowaną połowę pieniędzy, które miałem w chlebie i słoninie.
W Majdanie przebywałem około tygodnia. Pod koniec jednak przyszli Niemcy. Widocznie Ukraińcy wyszperali gdzie jestem i ich zawiadomili. Byli z oddziałów „Bandwehry” złożonej ze starszych wiekiem żołnierzy, którzy obsadzali granicę. Opowiedziałem im bajkę o napadzie pod Żubraczem, popartą okazanym „ausweisem”. Byli we dwójkę.
- Współczujemy Panu, - powiedzieli - ale mamy Pana odprowadzić na placówkę. Przyjdziemy za godzinę. Proszę się przygotować.
Gdy przyszli pożegnałem się z gospodarzem i ruszyłem z nimi. Do Cisnej było kilka kilometrów. Był późny, ciemny wieczór. Szedłem przy końcu oddziałku - chyba drużyny. Żołnierze się mną nie interesowali, gdy doszliśmy do Cisnej - rozeszli się, zostawiając mnie samego. Zastanawiałem się co mam zrobić. Mogłem od razu uciec, ale czekała mnie droga ponad 40 km przez góry po dużym śniegu, albo powrót do Majdanu, gdzie mnie zaraz by zabrali z powrotem, już jako „podejrzanego”.
Poszedłem pod dom gdzie była kwatera placówki. Zobaczyłem dowódcę - młodego Leutnanta, o ludzkim wyglądzie, prawdopodobnie z rezerwy. Zaryzykowałem. Wszedłem do kwatery i znów opowiedziałem bajkę o pobiciu pod Żubraczem, popartą „ausweisem”
Leutnant współczuł mi, ale powiedział, że musi mnie odesłać do Gestapo w Baligrodzie, które zajmie się uchwyceniem bandytów. Tylko nie ma mnie z kim posłać. Odpowiedziałem, że sam tam trafię. Zgodził się.
Odszedłem spokojny, że nie będą mnie już ścigać. Wróciłem do Majdanu.