Megalodon Mordownik i tuńczyk nadziany wasabi
Śpiewa, gra, nie tańczy, spokojna, fachowa, delikatna, ma spore atuty.
Aktor i gwiazdor sceniczny, głośny, porywczy i pewny siebie. Pewnie też ma spory atut.
Psychiczna, miła, ale krytyczna pisarka i poetka. Ciężko u niej o atuty.
W Avarii, krainie miliona wysp, istnieje archipelag latający, a jednak zatopiony. Yunhai Yishan to wywinięty na lewą stronę atol szczelnie otoczony głębokim oceanem. Odmęty te są dla mieszkańców tej krainy nie tylko źródłem pożywienia i naturalnym murem ochronnym, ale skrywają też mnogie zagrożenia, które w innych warunkach tkwiłyby głęboko w morskich rowach i nie zbliżały się do powierzchni.
Jednym z takich zagrożeń był terroryzujący wyspiarski naród Megalodon Mordownik. Rekin prastary, ogromny, większy nawet od Świętego Wieloryba. Gdy przepływał nad ludzkimi siedliskami tusza jego przysłaniała nikłe, przebijające się przez morską toń promienie słoneczne, jego grubej skóry nie imały się żadne harpuny, jego machnięcie ogonem wywoływało fale przypominające tsunami, a jego szczęki zmiażdżyć mogły nawet grube burty okrętów kompanii handlowej. Biednemu ludowi Yunhai nie pozostawało nic innego, jak załamywać ręce i pocieszać się świadomością, że Megalodon Mordownik przynajmniej na ląd wyjść nie podoła. Głód jego oznaczał jednak klęskę nieurodzaju dla każdej wioski rybackiej, koło której przepłynął, a żadne ofiary z dziewic nie powstrzymywały go na długo przed pochłanianiem całych ławic śledzi i tuńczyków.
Na ratunek Chińczykom przybył więc Arthorus II, gdy tylko o niedoli usłyszał. Mieszkańcy, choć sceptyczni względem herosów, nie bronili się przed ofertą pomocy, tak im Megalodon życie uprzykrzał. Arthorus poprosił wpierw o harpun, zwykły, żelazny, uwiązany do brzegu grubą liną. Rybacy szeptem komentowali jego wybór, krytycznie, albowiem Megalodona nie imały się żadne haki, sieci, ani ostrza. Zamiast korzystać z wyrzutni heros samą siłą swoją cisnął bronią w ciemną toń i już za pierwszym razem trafił. Nie w Megalodona jednak. Tęczowy tuńczyk przeszyty na wylot przez skrzela, pęcherz pławny i serce padł prędko u stóp mężnego mężczyzny. Rybacy podszeptywali dalej, tym razem z kpiną, bowiem to nie rekina, a zwykłą rybę heros upolował.
Następnie Arthorus poprosił miejscowych o przyprawy. Ostre papryczki chilli, świeże korzenie wasabi, syczuański pieprz. Potrzebował ich w ilościach hurtowych. Mieszkańcy niechętnie, ale godzili się na odstąpienie swoich zapasów dopiero, gdy zabłysnął złotymi monetami, bowiem nie pojmowali jego działań. Takie ilości to było zdecydowanie zbyt wiele, by doprawić pojedynczego tuńczyka, nawet jeśli ten, jak na tutejsze wody przystało, był wielkości rosłego wołu. Nie pojmowali, że Arthorus czynił to wszystko dla ich dobra. Heros rozpruł trzewia ryby, pozbawił ją wnętrzności, a miejsce bebechów wypełnił pastą ze skoncentrowanych miliardów skovilli. Tak spreparowanego tuńczyka cisnął na nowo w odmęty i czekał.
Czekać ne musiał długo. Pokaźna, soczysta ryba, która nie uciekała tak chyżo jak inne, albowiem była już martwa, przykuła uwagę Megalodona, który pochłonął ją na jeden chaps. Pożałował szybko. Jego białe, matowe łuski aż poczerwieniały. Woda wokół jego skrzeli się zagotowała. Rekin zaczął pić otaczejący go ocean. Żłopał i żłopał, ale słona woda nie gasiła jego pragnienia, wręcz przeciwnie, tylko je potęgowała. Olbrzymie morze otaczające całe Yunhai wyraźnie się cofnęło, gdy stwór pochłaniał hektolitry i pęczniał. Pęczniał aż pękł! Rozbryznął się niczym pole różowych ukwiałów. Jego truchło jeszcze tygodniami barwiło na karmazynowo wodę w tej okolicy, jednak sumy, flądry, karpie i śledziki poradziły sobie w końcu ze zwłokami monstrum, a do wód Yunhai powrócił pokój i ogromne, nieprzetrzebione ławice.
Rybacy w końcu, w obliczu tego wielkiego zwycięstwa i nadludzkiego sprytu, zrozumieli sens działań Arthorusa. Wdzięczności nie było końca, a wszystkie dziewice przeznaczone na dary dla monstrum odstąpione zostały herosowi. W końcu mu się za ten czyn bohaterski należały. No i z nim żyły długo i szczęśliwie, a przynajmniej dłużej i szczęśliwiej niż w szczękach morskiego potwora.
W dzielnicach rozrywkowych Yunhai orka już znano. Wyróżniał się nie tylko wyglądem, ale przede wszystkim zachowaniem. To była prawie że idealna mieszanka bufona z hojnym organizatorem kameralnych, improwizowanych bankietów. Duszy towarzystwa z agresywnym cholerykiem. Obleśnego gbura, z drapieżnym misiem. Do niektórych gospod miał wprawdzie zakaz wstępu, a niektóre z kurtyzan zdolne były splunąć mu w twarz, ale jeśli dany barman wliczył w kosztorys kilka połamanych krzeseł i strzaskanych kufli, a konkretna dziwka akurat preferowała klientów, wokół których nie trzeba było skakać, bo samodzielnie brali sobie to, na co mieli ochotę, to obcując z Arthorusem wychodziło się przeważnie na plus.
Nie zdawał sobie z tego sprawy, ale sława go już wyprzedzała, aczkolwiek niekoniecznie taka, jakiej by sobie życzył. Któregoś wieczora, między tygodniem dziewiątym, a dwunastym, do karczmy, w której uzupełniał elektrolity po ciężkim treningu z Drechenwand, wkroczyła śliczna, powabna kobieta o kruczoczarnych włosach. Podobno nie tańczyła, a jednak jej krok zdawał się taneczny. Przedarła się przez tawernianą ciżbę z łatwością, bowiem oczarowani goście schodzili jej z drogi. Zatrzymała się dopiero za plecami zielonoskórego herosa zasiadającego na wysokim barowym krześle przed dwoma kuflami: jednym półpełnym, z którego stopniowo, łyk za łykiem ubywało trunku, a drugim pustym, odwróconym denkiem do góry i nakrywajacym krzyczącą coś zza grubego szkła i ciepiącą się wewnątrz, błękitną wróżkę.
- Przepraszam - zagadała kobieta. Ork odwrócił się, a gdy ją ujrzał, jego oblicze wyraźnie się rozpromieniło, a wzrok podążył na moment tam, gdzie zdecydowanie nie powinien, kiedy pobieżnie, ale z wielką wprawą ją otaksował - Słyszałam, że para się pan żonglerką - ukontentowanie natychmiast znikło z twarzy herosa, a powieka mu nerwowo drgnęła. Uśmiechnął się szeroko, wymuszenie, kiwnął głową, ale jednocześnie intensywnie zastanawiał się, który zjeb do cholery to rozpowiedział. Na drugim planie barman w końcu ściągnął z Alette pusty kufel, by po pobieżnym przepłukaniu go w mętnej, szarej wodzie, wypełnić go trunkiem dla kolejnego klienta - Wydarzył się straszny wypadek. Jeden z naszych aktorów wstał z łóżka, przywalił głową w żyrandol, który następnie spadł mu na rękę doszczętnie ją łamiąc (©Yasuho). Jakaś plaga. Nasza trupa teatralna pilnie potrzebuje więc kogoś z umiejętnością żonglerki do szalenie istotnej roli w ramach najbliżej premiery. Czy byłby pan skłonny nas wesprzeć? - Chando splotła błagalnie dłonie. Ork wyczuł w tej prośbie pewną desperację i nie byłby sobą, gdyby nie skorzystał z okazji. Wyszczerzył się na tyle szeroko, że pokazał wszystkie swoje złote zęby, nawet te trzonowe.
- Dla takiej ślicznotki wszystko - zapewnił - Ale nie za darmo. Żongluję tylko w zamian za namiętne całusy - oświadczył i wydął usta.
Gdyby Chando nie była spokojna, fachowa i delikatna, to pewnie kazałaby mu się w tej chwili pocałować w dupę, a tak tylko powściągliwie się ukłoniła, uśmiechnęła delikatnie, uprzejmie i odwróciła się na pięcie natychmiast zrywając pertraktacje. To niestety nie jest opis treningu umki na uwodzenie, więc w tej kwestii nic się nie poprawi.
- Buraku! - skarciła orka Alette.
- No co? Dobry deal. Ratuję niewiastę w potrzebie, a ona daje mi buzi. Tak robią herosi co nie? Nie proszę przecież o rękę, ani o tyłek - odparł, a jego chowaniec załamał rączki i skrzydełka. Zapominając o kłótni, przez którą wylądowała w szklanym więzieniu, wróżka podjęła temat bardziej istotny, powracający, ale też aktualny.
- Eeech. Słuchaj. Herosi pomagają w potrzebie. Jeśli jakaś kobieta uzna, że wykonałeś tak dobrą robotę, że zasługujesz na pocałunek to ci go da, ale to jej decyzja, a nie twoja - wyjaśniła cierpliwie. Syzyf. Heros prychnął pod nosem. Już miał powrócić do trunku, utopić niepowodzenie i niesprawiedliwości tego świata w procentach, lecz Alette podniosła głos.
- Arthorusie! Herosi. Pomagają. W potrzebie - zawołała stawiając jeszcze więcej nacisku na każde z tych słów i wskazała na dziewczynę, której opuszczenie przybytku nie szło już tak łatwo, jak wtargnięcie do środka. W międzyczasie została bowiem rozpoznana przez niektórych z gości, którzy teraz kłębili się wokół niej, domagając się uwagi i autografów, ale przynajmniej nie całusów - Hop hop - zaordynowała wróżka. Heros sięgnął ku kuflowi, by wyzerować zawartość, bo biedne dzieci na afrykańskiej wyspie chodziły trzeźwe - H o p! - ponagliła go Alette, więc z żalem zrezygnował jednak z napoju.
Nadgonił Chando, odsunął jej z drogi namolnego fana, udrażniając ścieżkę do drzwi, a gdy spotkał się z jej wzrokiem, w którym mieszała się wdzięczność z obrzydzeniem, rzucił:
- Możemy jeszcze pogadać o zapłacie.
- Normalnej! - dodała szybko Alette, żeby uprzedzić wszelkie nieporozumienia.
Tak oto Arthorusa zaproszono na casting. W międzyczasie Alette uświadomiła go, z kim mają w ogóle do czynienia. Trupa Lala Lie to nie była tylko zbieranina jakichś miernych aktorzyn, żonglerów i wierszokletów, a Chando okazała się międzynarodowo rozpoznawaną divą. Sława, jaką poszczycić się mógł ten cyrk sprawiła, że ork wpadł na iście genialny pomysł, jak wyciągnąć ze współpracy coś lepszego nawet niż buziaki od pięknych kobiet.
Gdy tylko nie poradził sobie z żonglerką pięcioma kręglami, ale i tak dostał tę rolę, bo nie było innych kandydatów i udało mu się przekonać jury, że ta porażka to wszystko przez kaca, wyszedł z propozycją barteru oraz żądaniem zapłaty za jego udział w przedstawieniu w naturze. W naturze, czyli w zorganizowaniu sztuki teatralnej opiewającej jego wielkie, całkiem nieprawdziwe, niepodważalnie bohaterskie czyny. Na blacie przed Chando, Apollonirem i Elizabeth wylądował manuskrypt, a Alette aż skuliła się na widok tego, zbyt dobrze znanego jej stosu kartek. Blondwłosy aktor przesunął plik ku ekspertce literackiej w zespole, a gdy uszata dziewczyna przerzuciła pierwszą kartkę, wróżka zakryła oburącz twarz i wyszeptała coś niezrozumiale, błagalnie. Co za wstyd! Tego nie powinien nikt czytać! A już na pewno nie ktoś o takiej renomie!!! Pisarka przerzuciła kolejną kartkę, a jej nosek wyraźnie się zmarszczył. Wzrokiem biegała po kolejnych linijkach tekstu, zapędzając się coraz dalej. Kliknęła językiem. Przyspieszyła, kartkując i pobieżnie rzucając okiem na kolejne rozdziały i tylko przy niektórych fragmentach zatrzymując się na dłużej, a w tych chwilach na jej twarzy malowało się raczej niedowierzanie niż fascynacja. Westchnęła. Zamknęła manuskrypt. Alette spojrzała na nią przez palce z obawą. Oczekiwała druzgocącego werdyktu.
- Czuję się, jakbym skosztowała czekoladowej praliny… - stwierdziła kobieta i zrobiła pauzę, jakby szukała odpowiedniego określenia, ale nawet jej zasób słów nie zawierał odpowiedniejszego niż pejoratywne - nadziewanej gównem - wróżka poczuła się, jakby jej skrzydełka stały się ołowiane. To był cios! - Językowo jest w porządku, poprawne, miejscami nawet niezłe - Alette odzyskała nieco wiary we własne zdolności pisarskie, no bo Saga Arthorusa II była jej autorstwa, tyle że pod dyktando i bardzo ostro redagowana przez orka - Ale treść... Co to ma być w ogóle? Nie rozumiem. Parodia, groteska, czy...? - urwała, pokręciła głową, nie chciała chyba znać prawdy - To - otworzyła plik jakoś w pierwszej połowie - To się do czegokolwiek nadaje - stwierdziła i podsuneła blondwłosemu koledze z trupy opowieść o Jarym orku i morzu pod nos. "Czymkolwiek" w tym kontekście okazał się kostiumowy, kameralny teatr dla dzieci wystawiony trzynastego tygodnia przez aspirujące beztalencia, które jakimś cudem dotrwały do końca warsztatów z Apollonirem. Występ ten nie miał szans przynieść Arthorusowi wiele rozgłosu, ale od czegoś trzeba było zacząć.
Zacząć też trzeba było ostry trening żonglerki, bo ambitny, jasnowłosy wirtuoz sceniczny zwracał uwagę na najmniejsze szczegóły, a każdy występ z jego udziałem musiał być najwyższej jakości. Ta szalenie istotna rola, do której pilnie trzeba było znaleźć dublera, okazała się epizodycznym występem w tle, ale nawet taki drobiazg był dla Apollonira najwyższej wagi i musiał wypaść idealnie, chociaż nie wnosił do przedstawienia absolutnie nic merytorycznego. Gdy ork zdał sobie sprawę, jak bardzo jego zdolności odbiegają od oczekiwań trupy naprawdę przyłożył się do nauki. Ćwiczył zawsze w ukryciu, albo na kompletnym odludziu, byle tylko nikt go na tym nie przyłapał, a już w szczególności żaden znajomy, a w jeszcze szczególniejszej szczególności żaden heros poznany w labiryncie Briana. Na próbie generalnej korzystał jeszcze z treningowych kręgli i nie za każdym podejściem mu wychodziło, lecz podczas premiery przedmiotami puszczonymi w ruch miało być pięć buchających płomieniami pochodni.
Ork stał za kulisami i się pocił. Trema? A może świadomość własnych ograniczeń? Tyle ludzi siedziało na widowni. Nie mógł tego spieprzyć! Dopóki mu się uda, nikt pewnie nie zwróci na jego występ uwagi, ale jeśli koncertowo tę sztuczkę żonglerską na takiej scenie spierdoli, to stanie się momentalnie sławniejszy niż Apollonir, gwiazda wieczoru, tyle że znacznie mniej poważany. Zbliżała się godzina W, jak Wilczemajty. Chłopaczek od techniki i efektów specjalnych wcisnął Arthorusowi w dłonie rekwizyty. Podpalił je. Odliczył 3...2...1... i czas na 15 sekund zniesławienia! Gdy na pierwszym planie odbywała się jakaś scena istotna dla fabuły tej sztuki, ork, wraz z grupą innych klownów i kuglarzy przemaszerował w tle, bo tak, symbolizm jakiś podobno, artyzm. Dał radę. Żadna pochodnia nie upadła na deski. Żadna nie podpaliła kurtyny, ani scenografii. Nie potknął się nawet. Zniknął z widoku za kulisami po drugiej stronie sceny i utopił pochodnie w specjalnie przygotowanym w tym celu wiadrze z wodą. Tam też czekał na niego sam Apollonir, który znów grać miał dopiero w następnym akcie. Mężczyzna najpewniej stresował się występem żonglującego dublera bardziej niż sam ork, teraz wyglądał jednak na ukontentowanego. Z szacunkiem i wdzięcznością uścisnął orkowi prawicę. Mocno, po męsku. Przez twarz zielonoskórego herosa przebiegł nikły, stłamszony grymas cierpienia. Wytrzymał jednak.
Apollonir dopiero po rozstaniu zauważył, że ma po tym geście grabę osmaloną na czarno.
Kilogramy leczniczego pyłku były potrzebne, by zaleczyć te bąble i głębokie poparzenia, ale... nie, zdecydowanie nie było warto.
Trupa teatralna Lala Lie i niektórzy jej członkowie.
Dzień z życia aktora teatralnego i co dzieje się za kulisami.
Rozwinięcie umiejętności żonglerka.