Orka upodobanie do ptaków dużych i małych.
Być może słyszeliście, że w świętych górach Yunhai żyły nie tylko białe, jak tarcza księżyca, błogosławione karpie, prawdawne, chińskie smoki, ale też przecudny żar ptak. Świetliste stworzenie, którego pojedyncze, złote pióro miało moc zdolną rozświetlić całą katedrę ku czci Świętego Wieloryba. Przypominał on okazałego pawia o upierzeniu jakby z płomieni, nazywano go zatem też kuzynem Feniksa.
Pewnego razu możny biurokrata zażyczył sobie tego ptaka na własność. Łapówką zdobył pozwolenie na polowanie na świętych ziemiach, a następnie rozkazał wszem i wobec ogłosić konkurs obiecując niesamowicie wielką nagrodę temu, kto zdoła zwierzę pochwycić. Zjechali się więc odważni z całego archipelagu i połowy Avarii. Uzbrojeni w sieci, łuki i strzały, niektórzy nawet w nieznane w tych stronach dubeltówki. Również sam Arthorus II pojawił się na miejscu, on jednak nie po to, by zniewolić ten cud natury. Znał bowiem legendę o żar ptaku. Wiedział, że w zamierzchłych czasach zaklęta weń została dziewczyna tak piękna, że o jej dłoń starali się królewiczowie z całego świata. Ona jednak nie chciała opuścić swych rodzinnych stron, nawet za cenę zostania królową, a gdy jeden z amantów zdecydował się porwać ją wbrew woli, siłą, zmieniła się w ptaka nieuchwytnego i odleciała mu z objęć ku wiecznej wolności.
(Na tym archipelagu działy się ponoć takie rzeczy. Z pewnością słyszeliście też o dzielnej Riruce, która karpiem została.)
Wracając do żar ptaka, niegodnym byłoby taki symbol swobody usidlić. Być może zwierz dałby sobie sam radę z unikaniem łowczych, pozostał, jak do tej pory nieuchwytny, zdawanie się jednak na łut szczęścia i nadzieję, gdy można było samemu coś zaradzić, nie było w stylu Arthorusa. Heros rozpuścił wpierw plotkę, że żar ptaka chroni ponoć książę-porywacz z legendy, sam w ptaszysko przeklęty, on jednak za karę. W czarnego gawrona, nocą niewidocznego praktycznie, a zazdrosnego okrutnie i śmiertelnie niebezpiecznego względem każdego, kto wybrance jego serca zaszkodzić spróbuje. Następnie Arthorus umorusał swojego dzielnego kompana, wiernego sokoła w węglowym pyle z okolicznych kopalni i nakazał mu uprzykrzać życie kłusownikom.
Każdej nocy rozlegało się więc okrutne skrzeczenie i krakanie, a następnie łowczym rwały się sieci, gdy zarzucali je w kierunku tych piekielnych odgłosów. Łucznicy bezskutecznie wypatrujący celu czuli tylko podmuch tajemniczego wiatru, a następnie pękały im cięciwy. Strzelcy uzbrojeni w dubeltówki zdawali się tylko dorabiać dodatkowe otwory na gwiazdy w nieboskłonie, a poza tym nic nie trafiali. Złe omeny się tylko powielały. Ten się struł strawą, a na dnie misy odnaleziono czarne pióro. Tamtemu gawron nocą całe odzienie włącznie z butami wyniósł na szczyt drzewa. Prawdziwa panika zaczęła się dopiero, gdy jednemu ze strzelców czarnoprochowa broń się zacięła i wybuchła dotkliwie go raniąc. Wszystko to konsekwentnie przypisywane było obrońcy żar ptaka i mieli łowczy rację, obrońcą tym był jednak nie mityczny kruk, a sam Arthorus, który zastawiał te wszystkie pułapki, dosypywał ziół i piór do strawy, nacinał cięciwy i podmienił wybuchową mieszankę.
Kłusownikom, mimo ogromu nagrody, ubywało odwagi. W końcu pierwsi zaczęli się wykruszać, potem drudzy, a gdy żar ptaka nikt tygodniami nawet nie ujrzał, odpuścili też ostatni. Można by było pomyśleć, że stwór ten legendarny nigdy nie istniał. Ale jednak! Gdy na polu walki ostał się już tylko sam, zwycięski Arthorus, noc nagle zamieniła się w dzień, a buchająca płomieniami ptaszyna przefrunęła nad jego głową, zataczając szeroki krąg, jakby prezentowała swoje legendarne wdzięki również w tej formie. Skromna jednak była, bo po chwili znów zniknęła w skalistych kanionach, a ostało sie po niej jedynie złote pióro, które zrzuciła Arthorusowi jakoby w podzięce.
O dziwo najbardziej trafionym prezentem od hrabiego Druja okazała się dla Arthorusa książka. Normalnie szok! A drugim najbardziej udanym okazała się luneta. Ork rozbudził w sobie bowiem, dzięki atlasowi ptaków, smykałkę do ornitologii i ptaków wszelakich, a najbardziej to do tych drapieżnych.
Pewnego, pięknego przedpołudnia w dziesiątym tygodniu Alette zauważyła, że od kilku godzin w okolicy było jakoś nienaturalnie cicho. Z Arthorusem jak z dzieckiem, a więc skoro nie było go słychać, to wróżkę ogarnął głęboki niepokój. Znalazła go w końcu. Siedział na werandzie niewielkiej gospody, w której się ostatnio zadomowili i obserwował stadko ptaków o żółtawych brzuszkach, które wcinały resztki ryżu z odstawionej na balustradzie miski. Nie tylko robił to w ciszy, nie tylko zdawał się błogo uśmiechać, ale w dłoni trzymał jeszcze otwartą książkę! Alette przetarła z niedowierzania aż oczy, a ten drobny ruch został przez ptaki dostrzeżony i frrrrruuuu wszystkie momentalnie pierzchły.
- No i je wystraszyłaś - mruknął niepocieszony heros - Co to? - zapytał prezentując jej stronę zdobytego z kuferka dla hrabiego Druja Atlasu Ptaków. Książka otwarta była akurat na ilustracji przedstawiającej dokładnie ten gatunek, który się tu przed chwilą kłębił, co oznaczać mogło tylko, że ork serio się wciągnął.
Nie znał języka, w jakim napisany został atlas, więc regularnie potrzebował pomocy Alette. Ta zmuszona była czytać mu o rudzikach, bogatkach i kukułkach do snu, a gdy akurat nie była pod ręką, albo nie w humorze, Arthorus sam przeglądał kolorowe, ślicznie wykonane obrazki. Z czasem zaczął poznawać konkretne gatunki nie tylko po wyglądzie, ale też wydawanych przez nie dźwiękach. Był jednak praktykiem, a nie romantykiem, więc zapamiętywał również, które dobrze smakują i których pióra albo jaja sprzedać można było za całkiem niezłe pieniądze.
Szczególnie upodobał sobie oczywiście drapieżniki. Te silne, mięsożerne osobniki go wręcz fascynowały, a Alette bardzo chętnie mu o nich opowiadała ucieszona, że w końcu, w jakimś temacie słuchał jej z taką uwagą. Pewnego razu poruszyła w ramach swoich wykładów temat sokolnictwa i był to krok, po którym nie było już powrotu. Krok, którego po fakcie najpewniej grubo będzie żałowała. Na razie jednak zagłębiała się wraz z Arthorusem w tajniki tej łowieckiej dziedziny, które uznać można było za wiedzę powszechną. Wróżce brakowało bowiem ekspertyzy, ta nie była jednak potrzebna orkowi na start. Encyklopedyczny opis gatunku został przez wróżkę stopniowo uzupełniony o informacje o wykorzystaniu sokołów na polowaniach, niezbędnym wyposażeniu sokolnika oraz o podstawowych sposobach na ujarzmienie tych ptaków.
- Huh? Co to ma być? - padło, gdy Alette zostawiła Arthorusa tylko na pół dnia, a po powrocie do karczmy zastała go nie normalnie, z dwójką średnioślicznych, opłaconych dziewcząt, albo pijanego w trzy dupy, a z młodym ptakiem w wypełnionym sianem pudełku.
- Wypadł z gniazda, to go przygarnąłem - wyjaśnił ork podtykając sokołowi kolejnego, soczystego robala pod dziób, którego ten zjadł tak łapczywie, że zdawał się być gotów odgryźć herosowi również zielone jak gąsieniczki paluchy. Alette wzięła się pod boki, zmrużyła podejrzliwie oczy.
- Ukradłeś pisklę z gniazda!? - to był poważny zarzut, miała jednak powody podejrzewać swojego herosa również o tak niecne czyny.
- No wypadł mówię. Wypadł to wypadł. Na chuj drążyć temat, czy mu w tym pomogłem?
I tak oto sokół stał się trzecim członkiem zespołu, a Arthorus zaczął ćwiczyć swoją teoretyczną, sokolniczą wiedzę w praktyce.
Zdobycie umiejętności sokolnictwo.
Ork przeczytał pierwszą książkę w Avarii i być może pierwszą książkę w całym życiu (głównie oglądał obrazki, ale też się liczy).
Zdobycie jaszczompia z gatunku sokół.