O tym jak ork dojechał wszystkie cztery smoki
Szybki, chłodny i rzeczowy. Lubi wodę gazowaną.
Przyjazny, kochany, pomocny. Lubi kanapki.
Surowy, nieugięty, uprzejmy. Lubi ciastka.
Ten czwarty. Niewiadomo, co lubi.
W obliczu zagrożenia, jakie niosła za sobą Anomalia wciąż znajdowały się wśród tubylców jednostki łudzące się, że mogą na plagę poradzić coś samemu. Jednostki na tyle pyszne, że nadające sobie aż rycerskie tytuły i zrzeszające się w dumne oddziały uzbrojone w butę i płonne nadzieje. Jedna z takich armii: Drachenwand - śmieszny klub małych ludzi o wielkich ambicjach - stacjonowała między innymi na Yunhai - archipelagu odizolowanym oceanicznymi odmętami i tak samo nietolerancyjnym, jak fizycznie hermetycznym.
W opiewającej tę armię chwale ukryte było jednak ziarnko prawdy. Czwórka kapitanów tej zbieraniny szczyciła się rzeczywiście siłą ocierającą o granicę ludzkich możliwości. Siłą, którą chętnie eksponowali i wykorzystywali w celu umniejszenia herosom, szczególnie tym nowym, zagubionym, osłabionym podróżą do tego świata. Byli to bowiem ludzie, ale też żmije. Pod przykrywką współpracy i wspólnych treningów terroryzowali oni, jak to smoki z resztą mają w zwyczaju, swoje ofiary. Uchodziło im to nie gadem, a płazem aż na miejscu nie pojawił się on, Arthorus II. Heros, który nie dorastał jeszcze do pięt swojemu legendarnemu wzorowi i imiennikowi, ale skoro Herkules zdolny był udusić dwie żmije jeszcze w kołysce, to świeżo wykluty bohater jego pokroju musiał poradzić sobie z czwórką jaszczurek.
Niesiony sztormową bryzą, w akompaniamencie ogłuszających grzmotów i w światłach oślepiających piorunów przybył pierwszy z czterech gadów. Gdy wylądował, sprawił wrażenie, jakby to niebo spadło na ziemię. Z jego piersi wyrwał się bojowy okrzyk, jakby tornado. Rzucił się na Arthorusa, a w każdej jego dłoni śmiertelny szpon. Odbił się jednak od herosa, jak huragan od równika. Żaden wiatr nie był w stanie powalić tego dębu. Płonne podmuchy w obliczu tak dominującej siły słabły i słabły, aż w końcu nastała flauta.
Miejsce poległego, niebiańskiego smoka zajął więc ten, który stawiał na wytrzymałość. Uosobienie ziemi, pozornie nie do ruszenia. Mężczyzna i heros złączyli się w objęciach, niczym dwójka zawodników sumo. Przez długą chwilę nie poruszali się w ogóle, a ogromne siły, jakie się między nimi ścierały rozpoznać można było jedynie po trzeszczącym i pękającym kamieniu pod ich stopami. Posadzka rozpękła się promieniście, a po chwili również twardy jak skała, ale jeszcze nie jak stal, kapitan skruszył się i padł pokonany.
Gdy ziemskie żywioły okazały się orka nie imać, czas nadszedł na moce kosmiczne. Smok zwany słonecznym zstąpił, a jego potęga równa była jego oślepiającemu blaskowi, ku któremu nieuważne niewiasty zwracały swój tęskny wzrok, by niechybnie oślepnąć. Sztych włóczni wojownika ruszył do przodu, błyskawicznie, niczym promień wschodzącego słońca. Arthorus pochwycił jednak te żelazne, ponoć nieuchwytne fotony, jak złote włosy kochanki, szarpnął i wyrwał z potężnych ramion kapitana niczym garść słoneczników z grządki. Zmieciony własną bronią świetlisty smok poległ, a wraz z jego przegraną nastała noc.
Noc zapowiadająca ostatniego z kwartetu. Tego czwartego. Smoczysko księżycowe, którego blask był wprawdzie nieporównywalnie nikły, ale ciemna strona bestii skrywała potęgę większą niż u każdego z jego braci. Pojedynczy cios tego wojownika nawet dla Arthorusa skończyć się mógł pewną śmiercią, jeśli niefortunnie przyjęty. Walka ich zaciekła trwała dłużej niż trzy poprzednie. Arena kruszyła się pod ich stopami i atakami coraz bardziej przypominając opustoszałe krajobrazy księżycowe. Pojedynek rozwiązał się w końcu, z ogłuszającym hukiem. W centrum piaszczystej pustyni powstał krater głęboki tak, że gdyby wykonany na faktycznym Księżycu, widoczny byłby z Ziemi gołym okiem. A w centrum tego krateru smok księżycowy, leżący w nowiu, do odwołania.
Dzielny Arthorus nie pozbawił swych przeciwników życia. Darował im je wraz z nauczką, kapką rozumu i potężną porcją pokory. Od tego, pamiętnego sparingu Drachenwand już nigdy nie dowartościowało się kosztem żadnego herosa, a Arthorus zdobył przydomek Smoczego Jeźdźcy, albowiem dojechał wszystkie cztery smoki.
Trzy tygodnie to było wystarczająco dużo czasu, by Arthorus w końcu dał się Alette zaciągnąć do siedziby Pax. Dla wróżki współpraca z tą, zrzeszającą herosów organizacją to był najwłaściwszy kierunek rozwoju. Dla orka niesamowite nudy i strata czasu. Wykłady dla początkujących były takim samym blablabla jak upierdliwe ględzenie jego chowańca, zakwaterowanie oferowane przez organizację przypominało jakieś noclegownie dla biedaków, poza tym stawiano w nich szczególną uwagę na trzeźwość i zabraniano sprowadzania obcych na noc, a pomoc psychologiczna to, wiadomo, nic dla prawdziwych mężczyzn. Gdy zdolności i wiedza wróżki robiły w Pax furorę do stopnia, w którym zapraszano ją nawet na szkoleniowe wykłady dla najświeższych herosów jako specjalnego gościa, ork niemiłosiernie się nudził i zanudziłby się na śmierć, gdyby nie ostatnia z ofert szkoleniowych Pax - łączone treningi z Drachenwand.
Arthorus pojawił się na placu treningowym bez zapowiedzi, spuścił chłopcu od podawania broni treningowych szybki wpierdol, bo pomylił go z jednym z uczestników pokojowego sparingu między herosami, a normikami, by następnie gromko zażądać przeciwnika na swoim poziomie. Zaproszenia nie trzeba było dwa razy powtarzać. Jego echo nie zdążyło się nawet odbić od okolicznych budynków i wrócić do nadawcy, a ork został już sprowadzony do poziomu gruntu przez jednego z kadetów. Mógłby się po tej porażce poddać i skorzystać jednak z pomocy psychologicznej, był na to jednak zbyt dumny i uparty. Regularnie pojawiał się z żądaniem rewanżu i regularnie przegrywał. Obecni na miejscu instruktorzy nie mogli się nadziwić nie tylko fanatycznej wręcz determinacji tego herosa, ale też beznadziejnemu brakowi postępów w nauce dowolnego stylu walki. Arthorus zmieniał bronie, jak towarzyszki na wieczór, jakby usiłował znaleźć tę jedyną dzięki taktyce samych błędów, a sięgając po kolejną, momentalnie zapominał wszystkiego, czego zdążył nauczyć się o poprzedniej.
Któregoś dnia kadet-rywal się nie pojawił. Być może miał lepsze rzeczy do roboty niż wieczne zgrywanie nemezis dla jakiegoś przerośniętego goblina. Arthorus podniósł więc poprzeczkę pod samo niebo i to dosłownie, bo wskazał czubkiem tego dnia akurat szerokiego claymore, na samego Himmela, wyzywając mężczyznę na pojedynek. Deklaracja ta, chociaż bezsprzecznie idiotyczna, niosła za sobą wystarczająco potencjalnej chwały i patosu, by poruszyć oblepiającymi herosa drobinkami wróżkowego pyłu. Rezonans sprawił, że orka spowiła blada, słaba, błękitna poświata, a chwyt na rękojeści ciężkiego miecza wyraźnie się poprawił. Kapitana zaintrygowała ta anomalia. Już doskonale wiedział, że akurat ten heros nie posiadał wielu, własnych, magicznych zdolności, a dopóki Alette raczyła się na uboczu z Erdiffem okruszkami ciasteczek, ork miał teoretycznie bana na zaklęcia. Ruszył dupę. Jak na kapitana oddziału zwiadowców przystało znalazł się przy Arthorusie momentalnie. Rozległ się głośny zgrzyt ścierających się kling, gdy ku pozytywnemu zaskoczeniu człowieka, heros zablokował jego wprawdzie prosty, ale jednak nie całkiem banalny atak. Taka garda wymagała jednak pewnych umiejętności, których się po zielonoskórym nie spodziewał. Dwa ciosy później było jednak już po wszystkim, a ciężki, dwuręczny, wytrącony miecz upadł z gruchnięciem na ziemię.
- Dobra robota - mruknął kapitan tonem łagodnym, ale też przypominającym pochwałę niemowlaka za załatwienie się tym razem do nocnika zamiast w pieluchę. Poklepał orka po ramieniu. Spojrzał po tym geście na własną dłoń, która skrzyła się pojednczymi, brokatowymi drobinkami - Jesteś (nieco) lepszy, gdy świecisz. Powinieneś się na tym skupić - wskazał beznadziejnemu przypadkowi najpewniej jedyną, możliwą ścieżkę rozwoju, tę paranormalną, po czym wytarł dłoń o spodnie.
Ork nie potrafił, nie chciał dopuścić do siebie myśli, że błękitna poświata miała jakiś efekt poza wizualnym. Jeszcze kilkukrotnie udało mu się ją wywołać, w różnych sytuacjach, niekoniecznie tylko bojowych, ale zawsze tylko na krótką chwilę. Nie zaprzątał sobie tym jednak głowy, gdy kadet-rywal wrócił do regularnych treningów. Kilogramy leczniczego pyłku i całe lasy uzdrawiających lilii były potrzebne, by poskładać orka po tych sparingach, ale ten wydawał się nigdy nie mieć dość.
Któregoś razu, gdy do walki wybrał akurat trójząb, co ze względu na podobieństwa do włóczni sprawiało, że radził sobie nieco lepiej niż zwykle, na wydeptane nogami dziesiątek wojowników klepisko wtargnął jeszcze nawet nie rekrut. Drobny chłopaczek o jasnych włosach wyrwał się opiekunce i obrał najprostszą, najbardziej bezpośrednią drogę do swojego celu - Sonnala. Kim była ta dwójka dla blondwłosego kapitana, nie obchodziło tu najpewniej nikogo poza tą kozą od kanapek (ale raczej jakimiś znajomymi, albo sąsiadami, spokojnie, oddychaj).
- Sonny~! - zawołał smark, wyciągając ramiona w kierunku odległego młodzieńca i bezmyślnie wbiegając nagle wprost pomiędzy tarcze, a trenujących łuczników. Na miejscu znajdowało się wystarczająco przeop wojowników, by zapobiec tragedii, tym razem nie musieli jednak kiwnąć nawet palcem. Na widok wypuszczonej z cięciwy strzały ork zabłysnął niczym najjaśniejsza gwiazda na ziemi, wywinął się wyjątkowo zgrabnie unikając ciosu przeciwnika i cisnął bronią przez pół terenu, ostatecznie przyszpilając pocisk, który miał przelecieć niebezpiecznie blisko czupryny dzieciaka, do drzewa rosnącego na skraju areny.
- Pole walki to NIE jest miejsce dla kobiet i dzieci!!! - wydarł się i zgasł. Ciekawe, czy miał na myśli też tę ciemnowłosą cizię, która tańczyła z rapierem, jak śnieżynka na wietrze, a kłuła przeciwników, niczym przejmujący mróz.
Pewnie miał.
Po tym pokazie do Arthorusa zbliżył się sam Erdiff, równie rudy, ale pod każdym innym względem lepszy od orka smok wulkanicznej ziemi. Stanął przed herosem niczym granitowa skała. Skinął z uznaniem głową. Sięgnął dłonią do pasa, lecz zamiast dobyć miecza wydobył z kieszeni czerwonego płaszcza metalowe, okrągłe pudełeczko, w którym w dziewięciu na dziesięć gospodarstw domowych znajdują się nici. Zdjął wieczko.
- Ciasteczko? - zaproponował - Zasłużyłeś.
Oferta szkoleniowo-kwaterowo-psychiczno-medyczna Pax.
Kliku członków Drachenwand, w tym kapitanowie, którzy najpewniej zapamiętają Arthorusa też zwrotnie, aczkolwiek głównie przez jego niecodzienną aparycję i niedobory kompetencji.
Fos i Cer z widzenia.
Odkrycie zdolności pasywnej The Spice of a Hero