Tego dnia (7 września 2025 r.) Tatry okazały się dla mnie łaskawe. Po całodziennym i całonocnym deszczu opady rano ustały i mogłem wyruszyć na szlak. Początkowo góry tonęły we mgle, potem jednak, na wysokości ponad półtora tysiąca metrów, zasłona mleczna się rozstąpiła, szczyty zalało światło słoneczne, a niebo okryło się błękitem. I tak było przez cały dzień, gdy tymczasem Zakopane nadal pogrążało się w smutnej szarości...
Wędrówkę rozpocząłem o ósmej rano w Kuźnicach i tam też ją po ponad dziesięciu godzinach zakończyłem, zrobiwszy ponad dwudziestokilometrową pętlę z przewyższeniem około tysiąca trzystu metrów. Przez Dolinę Jaworzynki dostałem się na Halę Gąsienicową i po wypiciu kawy w „Murowańcu” udałem się nad Czarny Staw Gąsienicowy, który początkowo spoczywał pod całunem mgły, niedługo potem jednak wyłoniło się zza niej jego szafirowe lustro. Następnie wszedłem na znaną mi z zeszłego roku przełęcz Zawrat (2159 m n.p.m.), rzuciłem okiem na trawersowane wówczas Kozie Wierchy i zacząłem wdrapywać się na Świnicę (2302 m), co poszło mi o tyle gładko, że po Orlej Perci wydała mi się bułką z masłem. Stamtąd, przez Pośrednią Turnię (2128 m) i Beskid (2012 m), dotarłem na Kasprowy Wierch (1987 m), z którego poczłapałem kamienistą ścieżką z powrotem do Kuźnic.
Dotarłem tam zmęczony, ale szczęśliwy z powodu nasycenia oczu niepowtarzalnymi tatrzańskimi krajobrazami, osmagania twarzy słońcem i wiatrem, utrwalenia zachwycających widoków na dziesiątkach zdjęć. Ja, człowiek z nizin, odkryłem pasję chodzenia po górach stosunkowo późno (jak wiele innych rzeczy w moim życiu), ale cieszę się, że zdążyłem jeszcze jej posmakować, dzięki czemu lepiej teraz rozumiem findesieclowe zauroczenie naszych literatów skalnym Podhalem, jego przyrodą i kulturą.