Wejściem na Rysy (2499 m n.p.m.), najwyższy szczyt w polskich Tatrach i w ogóle w całym naszym kraju, 2 września 2023 r. zakończyłem zdobywanie Korony Gór Polski. Za mną realizowane od 2020 r. wędrówki po 28 pasmach górskich.
Wyruszyłem z kolegą o 6 rano z Palenicy Białczańskiej i po półtorej godzinie dotarliśmy nad Morskie Oko. Pierwszy i ostatni raz byłem tam ponad trzydzieści lat temu podczas wycieczki szkolnej. Poszedłem wówczas też do Czarnego Stawu pod Rysami (1583 m n.p.m.), ale wyżej już nie. Dziś to wysunięte najdalej na południe i drugie najgłębsze w Polsce (ponad 76 m) jezioro było tylko etapem w drodze na najwyższą polską górę. Pogoda nam dopisywała. Choć po niebie przewalały się chmury, cały czas świeciło słońce, malujące zapierające dech w piersiach widoki – strzelistego Mnicha, potężnych ścian Mięguszewieckich Szczytów, ostrej jak brzytwa grani Żabiego Konia oraz masywu Rysów, po którym pięliśmy się razem z dziesiątkami zapaleńców, przez co na końcówce trasy, ze stromymi podejściami i łańcuchami, robiły się korki. Gdy wreszcie po pięciu godzinach marszu i wspinaczki osiągnęliśmy najwyższy punkt naszego kraju, przypominał on ludzkie mrowisko. Trzeba było odczekać swoje, żeby usiąść na słupku granicznym i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie.
Zaliczyliśmy jeszcze słowacki wierzchołek Rysów, ciut wyższy od naszego (2501 m n.p.m.) i ruszyliśmy w drogę powrotną, tym razem na stronę południową. Odsapnąwszy chwilę w Chacie pod Rysami, najwyżej położonym schronisku w Tatrach (2250 m n.p.m.), do którego zaopatrzenie przynoszą na plecach tragarze, kontynuowaliśmy schodzenie aż do malowniczego Popradzkiego Stawu i dalej do parkingu przy drodze nr 537, skąd wróciliśmy samochodem do Polski. Wędrówka i wspinaczka zajęła nam około dwunastu godzin. W tym czasie pokonaliśmy 1500 m przewyższeń na odcinku jakichś 25 km.
Nie chwaląc się, zdobycie Rysów okazało się łatwiejsze, niż myślałem. Kondycji nie brakowało, łańcuchów używałem rzadko, skakanie po skałach sprawiało mi wielką frajdę, niczym kozicy. Trasę dobraliśmy optymalną – wejście od strony polskiej, bardziej wymagające, ale za to zapewniające niezapomniane wrażenia, i zejście szlakami słowackimi, łatwiejsze i momentami monotonne, choć niepozbawione uroku.