Str. 68 do 81
Str. 68 do 81
(Gustav Noske – niemiecki polityk socjaldemokratyczny i minister obrony Republiki Weimarskiej, który w 1919 r. użył oddziałów ochotniczych Freikorps do stłumienia rewolucyjnych wystąpień komunistycznych w Niemczech.)
Jesień zapanowała w niemieckich krajach — jesień po tej i po tamtej stronie linii podziału, która rozdarła niemiecką ziemię. Była to ta jesień, gdy Richthofen ponownie został marynarzem, a nasze patrole przemierzały wzdłuż i wszerz nową granicę — dniami, nocami, tygodniami, miesiącami, przez całe już lato — wyczerpane, rozgoryczone i ogarnięte bezsilnym gniewem wobec samowoli Polaków po tamtej stronie oraz wobec bezdusznej drobiazgowości po tej stronie naszego codziennego życia.
Był to czas, gdy zaczęło do nas docierać, że nasze dni są policzone — jeszcze kilka tygodni, może miesięcy, a potem także nasz oddział zostanie rozwiązany. Był to czas, gdy Niemcy, podporządkowując się nowemu porządkowi wobec zwycięzców, zaczęły gorliwie ograniczać swoją siłę militarną.
Był to również czas, gdy Paul von Hindenburg ustąpił ze stanowiska w Naczelnym Dowództwie Armii i wycofał się do życia prywatnego w Hanover. Pytaliśmy wtedy: dlaczego tak długo pozostawał na czele armii? Przecież oddziały Freikorps mogły powstać także bez niego. Ich utworzenie było nakazem chwili i zasługą oficerów frontowych.
Jego zasługą powinno było być wskazanie celu walki mieczom, które myśmy wyostrzyli. Czyż nie wszyscy na to czekaliśmy?
Był to czas, gdy doszliśmy do smutnego przekonania, że zostaliśmy wykorzystani dla fałszywej sprawy. Nas — dawnych żołnierzy frontowych i przeciwników rewolucji — zaczęto nazywać „Noske”, aby przedstawiać nas jako sprawców wojny domowej i głównych podżegaczy rewolucyjnego zamętu.
Był to czas, gdy republika przestała nas potrzebować i — powołując się na postanowienia traktatu wersalskiego — z zadowoleniem, przy aprobacie mieszczaństwa i oklaskach ulicy, przystąpiła do rozwiązania niewygodnych formacji ochotniczych.
68
Jesień nadeszła w niemieckich krajach. — I we mnie panował jesienny nastrój. Czy w takich czasach mogło to dziwić? Lato bowiem przybliżyło nas do tego, na co liczyłem już zimą, a rzeczywistość nie wyglądała wcale inaczej niż obraz, który powstał w mojej wyobraźni tamtego przedświątecznego wieczoru — w samotny wieczór w Oleśnicy (Oels), gdy uwierzyłem, że dostrzegam drogę przed sobą i podjąłem decyzję, aby zebrać wokół siebie oddział ochotniczy — Freikorps.
I rzeczywiście — powstał korpus. Nie była to wieloczłonowa formacja, lecz silna kompania: liczna, dobrze uzbrojona, wyposażona w rowery i samochody, a przede wszystkim silna dzięki twardemu jak stal, jednolitemu duchowi. Był to oddział sprawdzony i uznany.
Tak samo postąpiło wielu innych — powstało teraz wiele użytecznych formacji. Stały one na straży na wschodzie albo wyzwoliły Berlin, Brunswick i Munich spod terroru bolszewików. Powracali także z krajów bałtyckich — wprawdzie rozbici i, jak twierdzono, zdradzeni — lecz z hasłem „Deutschland hoch in Ehren” („Niemcy wysoko w honorze”). Nadszedł czas, by wezwać do zbiórki dla kontrrewolucji.
Jednak związki ochotników z krajów bałtyckich zostały już rozbite, a nas w Rzeszy i na jej granicach czekał w niedalekiej przyszłości ten sam los.
Dla wszystkich prawych żołnierzy był to ciężki czas. Kto nie chciał zostać szybko wciągnięty w wir rozwiązywania oddziałów, ten czynił dobrze, podporządkowując się nowym warunkom. Nie było to jednak dla każdego. Mnie przychodziło to bardzo trudno — sprzeciwiało się zarówno zasadom moich przekonań, jak i mojemu temperamentowi.
A moi myśliwi — moi żołnierze — nie chcieli o tym nawet słyszeć. Czy miałem ich ganić za to, że nie znali kompromisów? — Nie, tego ani nie chciałem, ani nie zrobiłem. Z tego powodu miałem jednak trudności z bezpośrednio przełożonym urzędem. Kierował nim major — bez wątpienia stary żołnierz frontowy. Byliśmy jednak tak różnymi naturami, że zawsze pozostawaliśmy sobie obcy.
To, czego ja nie chciałem zrobić, dla niego nie stanowiło trudności. Niech więc postępuje, jak uważa — byle tylko zostawił mnie i mój oddział w spokoju. Gdyby to on został odsunięty albo ja, znalazłbym przecież nowe zadanie na czele moich ludzi.
Ale nie — w tym czasie, gdy znalazł drogę do strzałów na granicy, pierwsze i najbardziej niebezpieczne tygodnie zagrożenia polskiego były już przez nas i przez nieliczne inne użyteczne formacje opanowane.
69
Przez krew i walki stało się to już naszą własną tradycją. Jednak idea, której służyłem, nie polegała na tym, aby chronić i zachować oddział aż do chwili, gdy nowy państwowy porządek się umocni. Przeciwnie — oznaczała walkę przeciw temu państwu Weimar i przeciw Treaty of Versailles (traktatowi wersalskiemu nakładającemu na Niemcy surowe ograniczenia militarne i terytorialne), walkę każdego dnia i wszelkimi środkami. Bo ponieważ kochałem Niemcy, nienawidziłem republiki 9 listopada.
Pewnego dnia tej jesieni rozkaz generała i dowódcy odcinka Alfred Graf von Waldersee wyrwał nas z nudnej idylli naszej leśnej samotności. Uwolnił nas od monotonnego życia służby granicznej i przeniósł jako ruchomą rezerwę odcinka do Militsch (Milicz), w okolice Aulennest.
Kilka dni później mój oddział otrzymał 36 godzin aresztu koszarowego. Nie dlatego, żebyśmy dopuścili się jakiegoś przewinienia — broń Boże! Nie. Republika świętowała tego dnia; był 9 listopada, dokładnie rok po najsmutniejszym i najbardziej wstrząsającym wydarzeniu dla każdego Niemca: po upadku Rzeszy i przegranej wojnie.
A więc w dniu, w którym każdy Niemiec powinien raczej w milczeniu i bólu skłonić głowę, republika obchodziła uroczyste święto pierwszej rocznicy swoich narodzin. I czy uczyniono to dlatego, aby entuzjastycznych republikanów nie drażnił widok naszych mundurów, czy też dlatego, aby nie przypominać im, że republika swoje roczne istnienie zawdzięcza — choć wbrew naszej woli — w istocie także nam, zostaliśmy po prostu zamknięci w koszarach.
Słusznie! Nie należeliśmy do nich. Pozostaje gorzkie spostrzeżenie: my, żołnierze frontowi, staliśmy się — nie zdając sobie z tego sprawy — tym, czym nigdy nie chcieliśmy być: landsknechtami, żołnierzami do wynajęcia.
Czy więc było tak, że moi myśliwi byli takimi twardymi landsknechtami, iż brakowało im radości obywateli państwa, które przez rok karmili swoją krwią i wnętrznościami? Czy byli tak prymitywnymi naturami żołnierskimi, że ich serca wciąż biły dla sprawy już przegranej — dla upadłego cesarstwa i „niezwyciężonej” armii — i dlatego nie chcieli świętować dnia, w którym państwo i armia runęły? A może byli po prostu tak wrażliwi, że czuli się dotknięci, nie mogąc w tym święcie uczestniczyć?
Jakkolwiek by było — zakłócili uroczystość. Niezbyt poważnie ani szczególnie groźnie — trochę. I nie wszyscy. Nie setki żołnierzy — tylko sześciu czy ośmiu starszych strzelców (Oberjäger). Uzbrojeni w stalowe hełmy, granaty ręczne i karabiny ruszyli oni ku…
70
.. gospodzie wielkiego miasta, gdzie w przeddzień świątecznego dnia radości zebrali się entuzjastyczni republikanie. Pojawili się tam nagle, w samym środku rozbawionego towarzystwa, w chwili gdy atmosfera była najbardziej swobodna, a sala bankietowa wypełniona była euforią i podnieceniem. Wszyscy ośmiu stanęli naraz pośrodku nocnej sali.
Ich zbyt gwałtowne wkroczenie wywołało oburzenie. To jednak tylko jeszcze bardziej rozwścieczyło owych ośmiu. Rozczarowani nieprzyjaznym przyjęciem, szybko wycofali się do pobliskich koszar, zabierając ze sobą — tylko „na pamiątkę” — kilku najgłośniejszych krzykaczy i ważniaków. Jak sądzę, był wśród nich nawet członek zarządu partii socjaldemokratycznej. Odprowadzili ich aż do domu, po czym po krótkiej chwili sami trafili do aresztu.
Czy zganiłem tych wichrzycieli? Ależ skąd! Nie chciałem tego, nie mogłem i nie zrobiłem. Cała sprawa wydawała mi się zbyt błaha. Jedyną naprawdę interesującą rzeczą w tej historii — o której inni oczywiście natychmiast donieśli do Breslau (Wrocław) i Berlin — był jej finał.
Następnego przedpołudnia udałem się do kwatery mojego miejscowego przełożonego, hrabiego Alfred Graf von Waldersee, aby zameldować o zajściu. Przyznam, że ta wizyta nie była dla mnie łatwa. Było mi przykro sprawiać kłopot temu zawsze życzliwemu generałowi. Wiedziałem, że pojawią się pytania, wyrzuty i nieprzyjemne rozmowy. A poza tym uważałem, że ta zuchwała awantura sama w sobie nie była warta aż takiej uwagi.
Z jego punktu widzenia miał on zresztą zupełną rację — choć dla mnie ważne były inne względy. W czynie moich oberjägerów widziałem mniej bezmyślną zaczepkę, a bardziej dowód ich niezłomnej postawy. Moje obawy okazały się jednak zupełnie niepotrzebne.
Odpowiedź, jaką otrzymałem na moje wyjaśnienia, uświadomiła mi, jak szlachetną i silną osobowością był mój przełożony.
— „Proszę się nie martwić” — powiedział z życzliwym uśmiechem. — „Jeśli będą jakieś pytania, proszę powiedzieć, że oberjägerzy zostali wysłani na rozkaz hrabiego Waldersee jako patrol do gospód. Przy waszej reputacji będzie nawet lepiej, jeśli to ja wezmę odpowiedzialność.”
Było to 9 listopada 1919 roku, dokładnie rok po wybuchu rewolucji. Minął więc rok mojego — jak się wydawało — bezowocnego poszukiwania. Właśnie tego dnia, spośród wszystkich oficerów, którzy w tym czasie byli moimi przełożonymi, znalazłem w siwowłosym generale, a zarazem młodzieńczo pełnym ducha żołnierzu, pierwszego prawdziwego przywódcę.
Jeszcze tylko przez kilka tygodni mogliśmy służyć pod jego dowództwem…
71
Potem musiał zdjąć mundur. Był zbyt prostolinijny i zbyt uczciwy na te czasy landsknechtów (landsknechci – dawni niemieccy żołnierze zaciężni; tu: ironiczne określenie brutalnych realiów powojennego życia wojskowego). Jako jedyny spośród starych generałów odważył się bowiem w oficjalnej skardze wystąpić przeciw postawie generała Wilhelm Groener, jaką ten przyjął 9 listopada 1918 roku.
Gdy opuszczał nas w okresie Bożego Narodzenia, moja kompania i ja utraciliśmy nie tylko dowódcę, ku któremu z nadzieją zwracały się nasze serca. Straciliśmy także przełożonego, który życzliwie odnosił się do mnie i do moich dzikich strzelców, a nad nami wszystkimi trzymał zawsze opiekuńczą rękę.
Wkrótce potem nadeszła i moja kolej.
Pod koniec stycznia wróciłem z kilku dni urlopu ostatnim pociągiem do Militsch (Milicz). Wśród czekającej na mnie poczty znalazłem zaproszenie na bal towarzyski jednej z innych formacji Grenzschutzu (niemieckich oddziałów ochrony granic tworzonych po I wojnie światowej).
Nieogrzana koszarowa izba, a do tego lekka melancholia, którą każdy powracający z urlopu żołnierz powinien – zgodnie z niepisanym zwyczajem – jakoś przepędzić. Pomyślałem więc: trzeba się rozerwać. Idę tańczyć.
Nie czytając dokładnie zaproszenia, poszedłem do lokalu po drugiej stronie koszar. Tam zwykle odbywały się takie zabawy — i tam też swego czasu, 8 listopada, republikańscy entuzjaści tańczyli tak nieprzyjaźnie wobec nas.
Rzeczywiście — z wnętrza dochodzą dźwięki walca.
W drzwiach dopada mnie oberjäger Christoph.
— „Czy pan kapitan naprawdę chce tam wejść?”
Za późno. W tej samej chwili jesteśmy już w środku.
„No pięknie — myślę — co tu się właściwie dzieje? Same cywilne twarze!”
Podbiegają dwie znajome dziewczyny:
— „Pan jest tu nie tam, gdzie trzeba! To przecież potańcówka socjaldemokratycznej partii!”
I już otaczają mnie wzburzeni, krzyczący ludzie.
— „Monarchistyczny pies!”
— „Reakcyjna świnia!”
— „On znowu chce nam zepsuć święto!”
Tak brzmiały tylko niektóre z bardziej „uprzejmych” powitań.
Pośród nich stoi oficer w błękitnym mundurze czasu pokoju, z srebrnymi naramiennikami oberleutnanta.
„Urocza zabawa” — myślę — i staram się przesunąć ku ścianie sali. Proszę o głos i dzięki pewnemu wpływowemu panu udaje mi się uzyskać możliwość krótkiego wyjaśnienia.
Mówię więc, że pomyliłem lokal — że właściwie zmierzałem na bal Grenzschutzu — a zatem nie mam obowiązku wysłuchiwać podobnych obelg. Dodaję przy tym, że określenie „monarchistyczna świnia” brzmi dla mnie raczej jak tytuł honorowy niż zniewaga.
Na koniec wyrażam nadzieję, że wkrótce nadejdą czasy, gdy wszyscy oni — na drżących kolanach — będą śpiewać Die Wacht am Rhein („Straż nad Renem” — niemiecka pieśń patriotyczna z XIX wieku), a z ich gardeł popłynie „okrzyk jak grzmot”.
72
Mówię uprzejmie „Dobry wieczór” i korzystając z chwili ciszy, zwracam się bardzo głośno i ostro do oficera: „A pan, panie nadporuczniku, opuszcza tę uroczystość i wychodzi ze mną natychmiast! Czy pan mnie zrozumiał?”. Ten odpowiada służbiście: „Wedle rozkazu!” i chce odejść. Lecz wtedy inni rzucają się na niego: „Kapitan jest przynajmniej szczery. Ale ty, fałszywy psie, zawsze podkreślałeś swoją wierność towarzyszom, a teraz przed kapitanem tchórzliwie podwijasz ogon!”, łapią go i wyrzucają na zewnątrz.
Christoph i ja wyszliśmy w tym czasie z lokalu niezauważeni i niepokojeni. Na ciemnej ulicy znów spotkaliśmy tego „czystego” oberleutnanta (nadporucznika). Zerwaliśmy mu naramienniki, a Christoph wymierzył mu jeszcze parę policzków z prawej i lewej: „Ty psie, ty chcesz być oficerem!”.
Ciekaw, co powie mój przełożony major, udałem się następnego ranka do niego, by zgodnie z obowiązkiem zameldować o zajściu. Myślałem przy tym o podobnej „spowiedzi” sprzed dwóch i pół miesiąca, o minionym 9 listopada i o biorącym na siebie odpowiedzialność wodzu. Moje myśli pobiegły jednak jeszcze dalej wstecz, do wiosny 1917 roku, i zatrzymały się przy pewnej małej historii, u której kresu wznosiła się wielka i piękna postać dowódcy, generała von Falkenhayna.
Widziałem siebie podczas krótkiego urlopu w drodze do ojczyzny; widziałem tłum niemieckich żołnierzy na wieczornym dworcu w Budapeszcie — było ich zdecydowanie zbyt wielu jak na ten jeden pociąg do Niemiec i do matek. Widziałem mojego strzelca Pillara i siebie, jak szukamy miejsc w wagonie sypialnym. Na korytarzu tego wagonu dostrzegłem dwóch zmęczonych żołnierzy frontowych. Oni, tak samo jak my, stali przez szesnaście godzin drogi z Rumunii na Węgry w przepełnionym pociągu urlopowym. Zadowoleni ze swojej zaradności i szczęśliwi, że mogą wreszcie zdjąć ciężkie plecaki, kucali na składanych drewnianych siedzeniach na obu końcach korytarza. Skromni i niewymagający — dwaj prawdziwi niemieccy „Feldgraue”.
I wtedy, krótko przed odjazdem pociągu, usłyszałem głośne wymysły na korytarzu i zobaczyłem konduktora wagonu sypialnego, jak ordynarnymi wyzwiskami wyprasza obu żołnierzy z wagonu! Widziałem, że ci dzielni chłopcy zdążyli już chwycić za plecaki i faktycznie zamierzali wyjść. Wtedy wkroczyłem i zabroniłem podobnego traktowania niemieckich żołnierzy. Gdy konduktor zwrócił się do mnie tym samym bezczelnym tonem, uderzyłem go pięścią w nos tak mocno, jak tylko potrafiłem. — „Precz z tym typem!”. To było coś dla...
73
...Pillara. I dodałem: — Zabraniam, aby ten bezczelny człowiek ponownie wchodził do wagonu! Czynię was odpowiedzialnymi za wykonanie mojego rozkazu. Ujrzałem dwie wdzięcznie uśmiechnięte twarze, które zdawały się w pełni zgadzać z tym poleceniem. — Chwilę później pociąg wyjechał ze stolicy Węgier w kierunku Niemiec.
Na następnej stacji, podczas niepotrzebnie długiego postoju, widziałem wchodzącego do mojego przedziału austriackiego oficera.
— Komendant dworca, nadporucznik c. i k. (skrót od: cesarski i królewski; niem. k. u. k. – kaiserlich und königlich) taki a taki, przedstawia się — przedstawił się zdawkowo, czarująco i uprzejmie. Coś się wydarzyło — straszna afera — skarga konduktora wagonu sypialnego — zakaz wstępu do własnego wagonu — napaść fizyczna.
— Zgadza się — odparłem po prusku.
— Panie kolego, niech go pan wpuści z powrotem do wagonu i sprawa będzie załatwiona. Gdy mimo wszystkich jego „widzi pan” i „bardzo proszę” pozostałem nieugięty, spisał protokół, w którym zaznaczono, że „dałem konduktorowi w pysk”. Z półgodzinnym opóźnieniem ruszyliśmy dalej. Do Wrocławia, gdzie wszyscy wysiedliśmy — i to bez konduktora.
Po powrocie z urlopu widziałem złośliwie zaniepokojone miny moich przyjaciół: z tobą jest coś nie tak. Mój szef, kapitan Huth, był wtajemniczony. Od trzech dni austriacki oficer łącznikowy biegał tam i z powrotem między swoim biurem a dowódcą. Cesarskie i Królewskie (niem. k. u. k.) Naczelne Dowództwo domagało się zadośćuczynienia za aferę z konduktorem. Widziałem kapitana Hutha, jak w swoim skupionym tylko na wielkich sprawach stylu śmiał się rozbawiony:
— Peter, to kosztuje pańską głowę, sojusz jest zagrożony!
Poszedłem do szefa sztabu generalnego, pułkownika Hesse, który kręcąc głową, lecz przyjaźnie, skierował mnie do bezpośredniego zameldowania się u Naczelnego Dowódcy. Widziałem siebie wchodzącego do gabinetu generała. I wtedy widzę Falkenhayna, jak od razu podchodzi do mnie, widzę go, jak życzliwie kładzie mi ramię na ramieniu i uśmiecha się zachęcająco:
— No, niech pan opowie, dlaczego musiał pan tak sprać tego konduktora i zakłócić dobre stosunki z naszymi braćmi sojusznikami? Widzę go, jak ściska mi dłoń:
— Cieszę się z pana zachowania. Udowodnił pan, że pruski oficer, nawet jeśli ma już tylko jedno ramię, nie pozwoli lżyć munduru króla i w każdej sytuacji staje w obronie swoich podwładnych! Wziął raport c. i k. (niem. k. u. k.) Naczelnego Dowództwa i napisał niebieskim ołówkiem w poprzek pierwszej strony, wielkimi literami:
— Załatwione — do akt.
74
O tej historii, tak podobnej do wczorajszego zajścia, myślałem teraz z perspektywy czasu. Myślałem: wtedy zupełnie niezasłużenie zdobyłeś za to uznanie, ale dzisiaj to ci się nie przytrafi — a Major nie jest przecież żadnym Falkenhaynem. Potem wyobrażałem sobie, co sam bym powiedział przy zamienionych rolach, gdyby to Major przyszedł do mnie z takim meldunkiem:
— No proszę, spójrzcie tylko — zawołałbym zapewne — kto by pomyślał, że on ma w sobie tyle werwy! Nie, muszę go przeprosić, bo nigdy nie przypuszczałbym u pana takich wybuchów temperamentu. A to, że tak radykalnie obszedł się pan z tym pozbawionym charakteru nędznikiem, jest wyśmienite. To, co nieprawdziwe, musi zostać wyrzucone! Tylko bez fałszywego wstydu. Przecież obaj zgadzamy się co do tego, że nie siedzimy tutaj, by udawać niepotrzebną już od dawna straż graniczną (Grenzschutz), lecz należymy do armii kontrrewolucji. Tylko dlatego wciąż w tym trwamy. Przecież my obaj, i wszyscy żołnierze frontowi z nami, chcemy po prostu odzyskać ojczyznę!
Tak, mniej więcej tak bym przemówił przy zamienionych rolach. A co powiedział Major? Nic z tych rzeczy, zupełnie nic — przyjął mój meldunek chłodno i złożył formalny ukłon. Zostałem sam, analizując zachowanie Majora i rozliczając się przed samym sobą. Według jego opinii naruszyłeś nietykalność cielesną kolegi i tym samym pogwałciłeś zasady honorowe starego korpusu oficerskiego — mówiłem sobie — a mimo to, wcale się nie wstydziłem. Bo po pierwsze, byłem tutaj przede wszystkim żarliwym kontrrewolucjonistą. A po drugie — takie przepisy obowiązywały zapewne jedynie w cesarskim korpusie oficerskim (niem. Kaiserliches Offizierskorps)! A skoro wciąż czułem się jego częścią, to żaden nędznik bez przekonań nie mógł rościć sobie prawa do bycia nazywanym moim kolegą.
Nastąpił czas lęku i nadziei, czas rozczarowań i olśnień. Przyszedł dzień, w którym opuściłem swój oddział i udałem się do Kłodzka (Glatz) jako adiutant komendantury. Tego dnia nie wiedziałem jeszcze, że to pożegnanie na zawsze. Trzy do czterech tygodni później mój oddział miał do mnie dołączyć, tak przynajmniej pisał mi ówczesny szef dowództwa generalnego we Wrocławiu. Byłoby dobrze najpierw pozwolić, by sprawa ucichła; wywołała ona bowiem sporo zamieszania, docierając aż do Ministerstwa Reichswehry.
75
Nadszedł czas w Kłodzku (Glatz), spędzony przy biurku i w biurze, pomiędzy teczkami z aktami po prawej a teczkami do podpisu po lewej, wtłoczony w krąg obowiązków, którymi w głębi serca gardziłem. Nie znajdowałem żadnej miłości do takiej zajęcia. Cała moja miłość pozostała przy moim oddziale, przy oddziale, który sam stworzyłem i w którym nikt poza mną nie miał żadnych zasług. Dzień w dzień moje myśli trwały przy nim, uciekały od pracy i towarzyszyły każdemu z moich ludzi, od sierżanta po najmłodszego ochotnika (Freiwilliger). Najpierw liczyłem tygodnie, potem dni, potem godziny. I wtedy mój lęk wezbrał we mnie z całą siłą. Termin minął. Napisałem do szefa, podpułkownika (Oberstleutnant) we Wrocławiu — był on wszak moim protektorem — i zapytałem o mój oddział. A po kolejnych ośmiu dniach zwątpienia i lęku, przyjechał osobiście do Kłodzka i wtedy przejrzałem tę grę.
Zwodzono mnie przez sześć tygodni — skradziono mi mój oddział! Kto? Major? Nie, właściwie nie Major; on był jeszcze najuczciwszy w tej całej transakcji, nigdy nie robił mi nadziei i od samego początku chciał się mnie pozbyć. To nie było z jego strony uprzejme, ale biorąc pod uwagę to, jak wobec siebie staliśmy, po ludzku zrozumiałe. Zatem Oberstleutnant we Wrocławiu? Też nie on, bo z pewnością pierwotnie chciał mi pomóc, a jego obietnica była szczera.
Lecz komu w takim razie należy się zarzut? Nie należy się on jednostce, lecz ogółowi, korpusowi oficerskiemu, zawodnemu dowództwu (Führerschaft), którego słabość wciąż jeszcze nie pojęła, że zręczność i dobre maniery nie są bronią przeciwko masie, która bezwzględnie i bez żadnych skrupułów depcze dobre formy. Zarzut należy się braku idei, który nie rozumiał, że do każdej rewolucji, także i tej kontrrewolucji, obok wiary w siebie i świętości misji, przede wszystkim i na samym końcu potrzebna jest brutalna wola. I gdy w gorzkie dni, które teraz nadeszły, życzliwi lub też bardzo mądrzy ludzie pytali mnie:
— Kto zaszedł dalej, ten z twoją niepolityczną wybujałością, czy my, którzy się nagięliśmy?
To odpowiadam dzisiaj:
— A co stało się z Niemcami przez tę waszą cierpliwą mądrość...?
Niedługo potem z tego rozgoryczenia wyrwał mnie pucz Kappa-Lüttwitza. W tym samym momencie, gdy Brygada Marynarki Ehrhardt wkraczała do Berlina, Kommandant — jako odpowiedzialny dowódca (Führer) hrabstwa kłodzkiego i sąsiednich powiatów — znalazł się z powodu stanu wyjątkowego w samym środku...
76
...wydarzeń politycznych. W tej samej chwili moja działalność została odarta ze swojego jałowego, administracyjnego charakteru. Długo wyczekiwany moment zdawał się nadchodzić; musiałem wypełnić zakres swoich obowiązków, choć w innym miejscu, niż to sobie wymarzyłem. Dzięki mojemu nagle rozbudzonemu zapałowi do pracy, jeszcze w ostatniej godzinie wszedłem w bliższe, oparte na zaufaniu relacje z komendantem, pułkownikiem Teschnerem. Ten zawsze jednakowo spokojny człowiek, będący podobnie jak ja jednorękim, ze względu na moją dotychczasową obojętność nie mógł wcześniej odnaleźć prawdziwej radości w kontaktach ze swoim adiutantem (Adjutant), cechującym się trzeźwym i rzeczowym osądem.
To wydarzyło się w ostatniej godzinie. Gdy bowiem po kilku dniach przedsięwzięcie Kappa dobiegło końca, a jasne i krótko płonące światło nadziei znów zgasło, odwróciłem się do Kłodzka (Glatz) plecami. Z pośród znajomych i obcych w pośpiechu zebrałem wokół siebie oddział i ruszyłem tam, gdzie wciąż jeszcze mamiły walki — wyruszyłem do Zagłębia Ruhry, tam, gdzie gromadziło się teraz wiele korpusów ochotniczych (Freikorps), i gdzie moja wiecznie ufna dusza marzyła o sformowaniu „białej armii”. Zdawało się, że w tych czasach wędruję pod nieszczęśliwą gwiazdą. Przybyłem do Zagłębia Ruhry za późno i w ramach zaprzyjaźnionej formacji przeżyłem już tylko tygodnie rozkładu ze wszystkimi jego nieprzyjaznymi i przygnębiającymi zjawiskami towarzyszącymi. Jednak zanim jeszcze podjąłem tę ostatnią wędrówkę, to ostatnie daremne poszukiwanie walki o Niemcy, zostałem niespodziewanie pochwycony przez obrzydliwą falę i wyrzucony na bagnisty brzeg, na którym brudno wygasały fale wzburzenia po nieudanym puczu Kappa. Zostałem wciągnięty w sam środek buntu żołnierzy kłodzkiego garnizonu.
Były to dwa bataliony piechoty. Komendant, poza swoją funkcją jako najstarszy rangą w garnizonie (Standortältester) oraz sprawami dotyczącymi twierdzy, nie posiadał nad tymi wojskami władzy dowodzenia. Obie formacje, jedna bardziej, druga mniej, nie przezwyciężyły jeszcze demoralizujących wpływów rad żołnierskich z czasu rewolucji. Poszczególni, ambitni starsi sierżanci (Feldwebel) występowali jako nieuczciwi pośrednicy zaufania między oficerami a szeregowymi. Dla każdego wnikliwego, doświadczonego żołnierza było to oczywiste. Pełen troski Kommandant rozmawiał ze mną o tym, szczególnie teraz, gdy po niepowodzeniu przedsięwzięcia Kappa dyscyplina zaczęła podupadać. Dzięki lojalnemu, bezpośrednio podległemu komendanturze personelowi składającemu się z pisarzy i ordynansów, dowiedziałem się o zebraniu sierżantów, na którym działo się dość buntowniczo...
77
Pierwsze wiadomości o bolszewickich rozruchach w Zagłębiu Ruhry (Ruhrgebiet) wyciągnęły najbardziej ambitne i niespokojne elementy z ich rezerwy — uznali oni, że nadszedł ich moment.
Spróbowałem jeszcze naradzić się z jednym z dwóch dowódców batalionu (Bataillonskommandeur). Rozmowa jednak nie przyniosła żadnego rezultatu; uznał on moje uwagi za niepożądaną ingerencję w cudze sprawy i szybko ją zakończył. W tej sytuacji postanowiłem złożyć meldunek komendantowi.
Mój zamiar został jednak uprzedzony — pułkownik (Oberst) Teschner już następnego dnia sam zwrócił się do mnie w tej sprawie. Komendant, który podzielał mój pogląd, wysłał mnie z osobistym raportem do dowództwa generalnego (Generalkommando) w Breslau.
Następnego dnia około południa wróciłem. Przy blokadzie kolejowej (Bahnsperre) podeszło do mnie dwóch podoficerów (Unteroffiziere) i uprzejmie zapytało — byłem wtedy w cywilnym ubraniu — czy jestem kapitanem (Hauptmann) von Heydebreckiem. Gdy potwierdziłem, oświadczyli mi, że jestem aresztowany.
Całkowicie zaskoczony zapytałem tylko:
— „Dlaczego?”
Wtedy dowiedziałem się, że wczesnym rankiem wszystkich oficerów garnizonu (Offiziere der Garnison) wyciągnięto z łóżek i aresztowano — tylko mnie nie zastano. Aby mnie ująć, dworce kolejowe były pilnowane, a w Kłodzku (Glatz) rządzili teraz feldfeble i jakiś „czerwony krzykacz” z partii socjaldemokratycznej (sozialdemokratische Partei).
Musiałem z wrażenia wyglądać bardzo blado, bo gdy — pod wpływem nagłego impulsu — przed wejściem do hotelu dworcowego (Bahnhofshotel) wcisnąłem jednemu z podoficerów swoją torbę do ręki, mówiąc:
— Proszę to potrzymać!
a sam wbiegając do środka zawołałem:
— Chwileczkę! Ten strach uderzył mnie w żołądek, muszę do ubikacji!
uwierzyli mi i zostali zdezorientowani przed drzwiami.
Zapewne tylko przez chwilę — ale wystarczająco długo, abym zamiast do toalety wybiegł tylnym wyjściem na podwórze. Tam pomógł mi czternastoletni syn właściciela hotelu, który pomógł mi przeleźć przez drewniany płot.
Przez sąsiednią posesję dostałem się do domu po drugiej stronie, a następnie szybkim marszem przebyłem około 15 kilometrów przez góry do miejscowości Bardo (Wartha).
Tam około godziny 15 zdążyłem jeszcze na popołudniowy pociąg Kłodzko–Wrocław (Glatz–Breslau). Wsiadłem — i zupełnym przypadkiem do tego samego wagonu, z którego chwilę wcześniej, z sąsiedniego przedziału i na szczęście mnie nie zauważając, wysiedli ci dwaj podoficerowie prowadząc kilku żołnierzy.
78
Pociąg toczył się dalej. Cieszyłem się triumfującą satysfakcją z tego, że pozostałem zwycięzcą nad buntownikami. Jednak wraz z poczuciem bezpieczeństwa moje nerwy odprężyły się i zacząłem rozważać sytuację. Przy tym moja satysfakcja coraz bardziej mnie opuszczała, a uwięziły mnie gniew i oburzenie. Cały korpus oficerski dużego garnizonu w rękach zbuntowanych feldfebli (niem. Feldwebel) — przygnębiające! Szczególnie dręczyła mnie myśl o komendancie, który nie mogąc interweniować, musiał patrzeć, jak nadchodzi katastrofa. Z niecierpliwością śledziłem zegarek, pociąg wlókł się okropnie, a ja gorączkowo pragnąłem dotrzeć do Wrocławia, by móc złożyć raport w Dowództwie Generalnym (Generalkommando). Nie dlatego, bym wydawał się sobie ważny — o mojej małej przygodzie wobec hańby wyrządzonej oficerom zupełnie zapomniałem — lecz dlatego, że wydawało mi się istotne, by zyskać czas na działanie. Przecież jeszcze dzisiaj należało podjąć środki zaradcze, aby najpóźniej jutro wczesnym rankiem przywrócić porządek w Kłodzku i uwolnić oficerów. Niechby potem pociągnięto do odpowiedzialności dowództwo za nieudolność, przez którą dało się zaskoczyć takiemu buntowi. Najpierw jednak należało ratować autorytet, stary pruski prestiż oficerski, a co więcej — honor niemieckiego żołnierza frontowego!
Taki był mój nastrój, taki mój stan ducha, gdy śpieszyłem do Dowództwa Generalnego. Tutaj krążyła jedynie niejasna plotka, że w Kłodzku coś jest nie w porządku, lecz nie znano żadnych szczegółów tego, co się wydarzyło. Zaprzyjaźniony ze mną jeszcze z lat pokoju w Oleśnicy (Oels) oficer Sztabu Generalnego (niem. Generalstabsoffizier) zameldował mnie natychmiast u generała dowodzącego (niem. Kommandierender General) Lequisa na osobisty raport. Udaliśmy się tam wspólnie. Złożyłem raport, tłumiąc przy tym energicznie swój gorliwy nastrój, aby zachować wojskową formę służbową.
— I co należy teraz zrobić? — brzmiała odpowiedź generała.
Brzmiała bezosobowo, tak jak mówi ktoś, kto został zaskoczony złą wiadomością. Żądałem natychmiastowej interwencji z użyciem godnych zaufania wojsk. A gdy wyczułem odmowę, gorliwie dodałem, że uśmierzenie tego buntu byłoby rzeczą łatwą. Że załoga batalionów kłodzkich w swojej przeważającej części sercem wcale nie jest po stronie buntu, że postawiona przed faktem dokonanym, jest zbyt niesamodzielna, by działać z własnej inicjatywy, i że nigdy nie pomyślałaby o tym, by dla tych kilku ambitnych jednostek, które przeprowadziły bunt, ryzykować choćby...
79
...nawet 5 minut, nie mówiąc już o ryzykownych akcjach.
— Niech mi pan odda mój dawny oddział, a natychmiast zaprowadzę porządek!
A gdy on, jakby zirytowany moim gadaniem, nakazał mi milczenie gestem ręki, poprosiłem:
— Niech mi pan da działo, niech mi pan da choć jeden samochód pancerny...!
— A co powiedzieliby na takie środki przymusu moi robotnicy? — fuknął na mnie ostro, po czym z wyniosłym gestem zwrócił się do oficera Sztabu Generalnego (Generalstabsoffizier):
— Jutro w południe wyślemy samolot, który zrzuci ulotki nad koszarami.
Wtedy wyszedłem. Ulotki z samolotu...? Jak niegdyś bomby na Paryż i Londyn — przemykało mi przez głowę, nie dając się pojąć — dlaczego on sam tam nie pojedzie, przecież między Wrocławiem a Kłodzkiem nie ma żadnej linii okopów? ...koleją, jak komiwojażerowie Müller czy Cohn, którzy jutro z pewnością będą tam załatwiać swoje interesy. A potem... robotnicy, moi robotnicy... co on właściwie przez to rozumie... czyż dziewięćdziesiąt procent naszych żołnierzy nie pochodzi ze stanu robotniczego? Czy może ma na myśli ulicę, która wyzywa nas od noskistów (Noske)?
Czy to są „jego robotnicy”...? Wojna wydała mi się nagle odległa, bardzo odległa, nieosiągalnie daleka, a przecież... nie minęło od niej jeszcze nawet półtora roku. Czy pytaliśmy wtedy między nami, żołnierzami frontowymi: „czy jesteś ze stanu robotniczego, a ty, a ty, z jakiego stanu ty jesteś?” — O tak, wojna musiała leżeć bardzo, bardzo daleko wstecz, skoro dzisiaj generałowie poruszali się w toku myślowym, który rozróżniał robotników od żołnierzy i dla świętego spokoju na ulicy porzucał towarzyszy w potrzebie.
Jedno pytanie:
czy dowódca 12. Dywizji, generał Lequis, wysłał do walki słynące z męstwa pułki górnośląskie jako robotników z kopalń, czy też dzicy „Pieroni” szli na śmierć jako niemieccy żołnierze za Niemcy?
Tego wieczoru znów odprawiam godzinę zadumy. Patrzę wstecz na drogę ostatnich półtora roku. Widzę skorupy, skorupy, im dalej szedłem. Wiele rzeczy rozpadło się w drobny mak. Widzę wartościowe, piękne naczynie, w którym przez całe życie czułem się bezpieczny i osłonięty. Także ta cudowna budowla nie oparła się ciosom ostatniego, brutalnego losu. Widzę stary korpus oficerski bezradny pośród czasów, w których upadły wszelkie autorytety; jedni, przyzwyczajeni do znajdowania posłuszeństwa...
80
...załamali się lub wstrzymywali chwiejny krok przed burzami, które się przeciwko nim rozpętały. Inni, przyzwyczajeni do posłuszeństwa, błąkali się teraz bez dowództwa i chybiali stromej, wznoszącej się ścieżki odrodzenia. Ostatecznie obaj podążyli drogą Hindenburga i Groenera. Wiła się ona między wzlotami i upadkami, lecz rezygnując z jakichkolwiek dalekosiężnych perspektyw, prowadziła wygodnie przez czasy. Do celu jednak nie doprowadziła.
Patrzę w przyszłość i wiem, że mimo wszystkich bolesnych doświadczeń nie straciłem nadziei i wiary w przełom. Duchy w narodzie są wciąż w pełnym ruchu. Rewolucja nie jest jeszcze rozstrzygnięta. Nadejdzie nowy dzień, a dzień ten nie będzie należał do porewolucyjnych wojsk najemnych, lecz do młodych, aktywistycznych elementów starego korpusu oficerskiego, do żołnierzy korpusów ochotniczych (Freikorps).
81