Wir Wehr-Wölfe. Erinnerungen eines Freikorps-Führers von Peter von Heydebreck
Wir Wehr-Wölfe. Erinnerungen eines Freikorps-Führers von Peter von Heydebreck
Str. 28 do 53
Marsz
„My, którzy przysięgę lenną złożyliśmy,
stoimy codziennie spokojnie nad otwartym grobem.
Lecz Hagen utracił coś takiego,
czego nikt z nas swemu panu lennemu nie oddał.
W dniach szczęku żelaza oddaliśmy
królowi ramię z mieczem za lichą łaskę,
lecz w najcięższym dniu Hagen
złożył Guntherowi przysięgę: moja część niech będzie winą.”
Börries baron von Münchhausen
Maszerowaliśmy przez zapadający wieczór 4 listopada. Za nami była bitwa. A nawet coś więcej – wojna, choć jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Przed nami zapadająca ciemność, podobna do przyszłości, i z tym zdążyliśmy się już dawno pogodzić. Wiedzieliśmy tylko jedno: byliśmy głodni i zmęczeni i od przyszłości oczekiwaliśmy jedynie tego, by nasze ofiary nie okazały się daremne.
Minął dzień wielkiej walki. Jeden z wielu; przebiegł zgodnie z planem. Po zmasowanym przygotowaniu artyleryjskim nieprzyjaciel posunął swój atak o kilka kilometrów, po czym między południem a wieczorem zatrzymał się; tu przed kilkoma odważnymi strzelcami wyborowymi, tam przed samotnym karabinem maszynowym. Wał ogniowy przetoczył się ponad nimi.
Tam leżały już unieruchomione kolumny szturmowe marszałka Focha, przyciśnięte płasko do ziemi wolą kilku postaci o barwie gliny, i czekały. Czekały na samoloty, czołgi, artylerię, na niszczącą potęgę swojego sprzętu, która miała rozbić ten niemiecki front i otworzyć drogę. Wciąż leżały na francuskiej ziemi. Niegdyś zdobytej przez niemieckie armie w szturmowym natarciu w ciągu zaledwie kilku dni, lecz jej odzyskanie wymagało teraz ofiary wciąż nowych bitew.
28
Wciąż mieliśmy przed sobą długą drogę do Renu i nie osiągnęliśmy jeszcze nawet połowy celu. Słusznie więc Tommy śpiewał londyński uliczny przebój:
„That is a long, long way to Tipperary, that is a long, long way to go”
(„To bardzo, bardzo długa droga do Tipperary, jeszcze bardzo długa droga przed nami”).
Ich radość ze zwycięstw przygasła. Można było zauważyć, że także po drugiej stronie coraz częściej mówiło się już o pokoju.
Maszerowaliśmy z powrotem – niedaleko, zaledwie kilka kilometrów, tylko do samego skraju pola bitwy. Tam, jak już tyle razy wcześniej, tworzono nową linię frontu.
Nas, dowódców, czekała niespokojna noc. Żołnierze spali, a funkcjonariusze wszystkich szczebli pracowali. Cała brygada, zgromadzona w jednej wiosce, miała zostać przeorganizowana, ponieważ długie tygodnie walk znacznie uszczupliły jej stan bojowy. Dlatego oddziały połączono i z dwóch batalionów tworzono jeden. Otrzymałem dowództwo nad nowo sformowanym w ten sposób oddziałem złożonym z batalionów rowerowych 5 i 6 (Radfahrbataillone 5 und 6) . Ledwie je połączono, a już w godzinach przedpołudniowych zajęliśmy nowy odcinek bojowy. Znajdował się on w okolicy na południowy wschód od Valenciennes oraz lasu Mormal (Forêt de Mormal), gdzie rozgrywały się walki poprzedniego dnia.
Przed frontem panował rzadko spotykany spokój. Nieprzyjaciel jedynie ostrożnie próbował nawiązać z nami kontakt bojowy, a jego artyleria ograniczała się do sporadycznych ostrzałów. Ten spokój był dla mnie szczególnie korzystny, bo pozwalał mi zdobyć ogólny obraz tak szybko zorganizowanego oddziału. W tym pełnym napięcia czasie było bowiem wielkim ciężarem odpowiedzialności dowodzić zupełnie obcymi jednostkami. Dobrze, że nie potrafiłem wtedy przejrzeć przyszłości i jej zadań, które miały nas czekać! Cenną pomoc otrzymałem od adiutantów batalionów 5 i 6, poruczników Voßa i Oppermanna. Z zadowoleniem przyjąłem też fakt, że teraz również trzy kompanie rowerowe strzelców Delsera znalazły się pod moim dowództwem.
I wtedy – niespodziewanie już następnego wieczoru – nadszedł rozkaz zmiany. Wzywał nas na następny dzień do Brukseli, dokąd mieliśmy dotrzeć jednym forsownym marszem. Mówiono, że jako nagrodę za odwagę okazaną od początku naszego udziału w walkach na froncie zachodnim mamy zostać na pewien czas przeniesieni tam do kwater wypoczynkowych. Krążyły również pogłoski o zawieszeniu broni i o pokoju. Lecz dlaczego więc ten forsowny marsz?
29
Nie mieliśmy ani czasu, ani ochoty na wszystkie etapowe latryny i pozostawiliśmy zagadki bez odpowiedzi. Strzelcy wskoczyli na swoje rowery, ja do samochodu i ciesząc się, że wreszcie znaleźliśmy zastosowanie odpowiadające naturze naszej broni specjalnej, ruchliwy oddział ruszył na północ.
20 km przed Brukselą – postój! Zostaliśmy zawróceni z rozkazem marszu do Liège, które mieliśmy osiągnąć do popołudnia 10 listopada. Droga tam była ruchliwa, lecz nie przedstawiała obrazu, z którego można by wnioskować o jakichś szczególnych wydarzeniach. Na pojedyncze przejawy braku dyscypliny wśród żołnierzy Landsturmu patrzyliśmy z całą pogardą, jaką świadoma swojej wartości formacja frontowa zawsze okazywała przechwałkom i egoistycznym wybrykom pewnych elementów zaplecza – i to wszystkich stopni. Chociaż oficjalnie niczego nam nie ogłoszono, odniosłem wrażenie, że muszą trwać negocjacje o zawieszeniu broni. Dowiedzieliśmy się również, że w niektórych miastach ojczyzny rewolucyjne nastroje uderzają o brzegi porządku. Nie można było uzyskać żadnych pozytywnych informacji. Nasz dzień, wypełniony ogromnymi marszami, nie pozostawiał nam czasu, by śledzić dzikie pogłoski.
Tym bardziej druzgocąca okazała się rzeczywistość!
Około godziny trzeciej po południu. Batalion osiągnął wyznaczony cel o rozkazanej godzinie i odpoczywał wzdłuż drogi. Przed nami miasto budziło w wyczerpanych umysłach zmęczonych marszem żołnierzy radosne oczekiwania. Kwatery, dziewczęta i inne od dawna nieznane drobne przyjemności życia kusiły. Między pierwszymi domami czekali oficerowie komendantury w Liège. W milczeniu przekazali mi w zapieczętowanych kopertach instrukcje i rozkazy. Otworzyłem pierwszą – była od Najwyższego Dowództwa Armii. Ziemia zadrżała mi pod nogami, myślałem, że się mylę, przeczytałem jeszcze raz. W suchych słowach, niemal szyderczych, bezdusznych i rzeczowych: likwidacja wojny — rewolucja w całych Niemczech — los korony — cesarz zdradzony! A jako ostatni punkt bezczelne żądanie: natychmiast utworzyć rady żołnierskie. Pod tym podpis: von Hindenburg. Drżałem z oburzenia, uważałem to wszystko za podłą kłamliwą intrygę, za nikczemność, i wsunąłem nieszczęsny papier do kieszeni. Kolejne dokumenty – ponure, żałosne. Wypełnianie obowiązku, przyjmowanie faktów – służbowa machina czasu toczyła się dalej, jakby nic się nie stało. Nigdzie ani jednego odważnego słowa, które nazwałoby zdradę zdradą,
30
jedynie rezygnacja i dążenie, by zapobiec jeszcze gorszemu. . A potem ostatni wniosek „mądrości”: w sposób uporządkowany wrócić do ojczyzny. Lecz po co – cel nie został podany.
W końcu szczególne zadanie dla nas. W Liège znajdowały się tysiące dezerterów, względnie żołnierzy rozproszonych. Wśród nich, w mundurach, podżegacze przysłani z kraju. Co godzinę oczekiwano otwartego buntu. Olbrzymie magazyny żywności, których splądrowanie zagroziłoby zaopatrzeniu wojsk frontowych, należało chronić, a Liège – wielkie przejście dla wszystkich części armii stojących w Belgii – bezwzględnie utrzymać otwarte. Wszystko zależało teraz od postawy batalionów rowerowych.
W ten sposób znaleźliśmy się w samym środku żałosnej farsy.
Konieczność działania przywróciła mi spokój. Poinstruowałem podoficerów, a potem przemówiłem osobiście do poszczególnych kompanii. Z rozkazów i instrukcji podałem tylko to, co uznałem za słuszne, a żądanie utworzenia rad żołnierskich nazwałem tym, czym było: zdradą wobec niemieckiej armii, próbą zniszczenia zaufania żołnierzy do ich oficerów i rozbicia zahartowanej w ogniu wspólnoty bojowej wojsk frontowych. Dodałem następnie, że zadanie batalionu – zabezpieczenie centrum miasta – w nadchodzących dniach postawi największe wymagania wobec sprawdzonego ducha kompanii, a droga tam przez ulice miasta będzie przypominać drogę krzyżową upokorzenia. Dlatego z zaciśniętymi zębami, bez patrzenia ani w prawo, ani w lewo, lecz z dumnie podniesioną głową, zdyscyplinowani jak batalion w czasach pokoju, chcieliśmy wkroczyć jako niezwyciężeni żołnierze tysiąca bitew wojny światowej.
I maszerowaliśmy. Zaprawdę, sytuacja była poważna, a warunki w swej podłości przewyższały wszystko, czego oczekiwałem po relacjach oficerów z Liège. Maszerowaliśmy przez wrzeszczący tłum, podziemie zostało uwolnione, najniższe elementy panowały na ulicy. Maszerowaliśmy obok zaniedbanych postaci w niemieckich mundurach, które próbowały przypodobać się belgijskim górnikom; obok starych, nadętych „etapowych świń”, młodych chłopaków, którzy uciekli z depozytów rekrutów albo – przeznaczeni jako uzupełnienie dla frontu – zdezerterowali; obok żydowskich wyrostków, którzy w naszym honorowym mundurze występowali jako podżegacze i prowodyrzy; wszystko to były zjawiska, których...
31
.. front nie znał.
Maszerowaliśmy przez szpaler — i to było najtrudniejsze. Typy w polowych niemieckich mundurach, belgijska hołota, mężczyźni i kobiety, franktirerzy z 1914 roku stojący w długich szeregach pod rękę, śpiewając i kołysząc się w rytmie: „Zwycięsko chcemy pokonać Francję”. Szczyt bezwstydu, najokrutniejsza drwina — pfuj, do diabła! Wtedy przezwyciężyliśmy opór, by w razie potrzeby strzelać także do Niemców.
Postawa strzelców była bezprzykładna. Maszerowali tak, jak chciałem — w zwartej kolumnie, jak korpus bezlitosnej straży, gwardia losu. Długą drogę przez ulice miasta przeszli w pełnym porządku; żadna kobieta, żadna prostytutka nie odważyła się bezczelnie zbliżyć — wszystko by stratowali. Na placu przed ratuszem przemaszerowali przede mną paradnym krokiem jak w czasach pokoju. Zatrzymali się i stali jak skała wśród gapiących się tłumów. Wysokie, wielogłosowe komendy przecinały powietrze, kompanie przejmowały swoje zadania. Obsadzono warty, wystawiono posterunki, przytwierdzono obwieszczenia na murach. Ciężarówki kompanii karabinów maszynowych, z karabinami gotowymi do strzału, z łoskotem jeździły w godzinnych patrolach po mieście. Od godziny ósmej, dziewiątej albo dziesiątej — nie pamiętam już — obowiązywał zakaz wychodzenia na ulice.
Gdy w ostatnich godzinach przed północą zaczęły napływać pierwsze meldunki, że strzelcy w kilku miejscach strzelali, a nawet jeden oficer, który nie zatrzymał się na wezwanie, został śmiertelnie trafiony przez posterunek, wiedziałem już, że mam oddział w ręku. Sprostał zadaniu. Ogarnęło mnie wielkie poczucie satysfakcji.
Lecz to był dopiero początek. Rozpoczął się ciężki czas próby. Już następnego dnia nadeszła fala, która przez niemal tydzień zalewała Liège. Dzień i noc, kolumna za kolumną, bez przerwy, tysiące i dziesiątki tysięcy pędziły i przepychały się przez miasto, włóczyły się bez celu. Wszystkie pojazdy były zajęte, konie często padały z wyczerpania, ciężarówki były przepełnione, ludzie bili się o miejsca. Na dworcu ten sam obraz. Każdy myślał tylko o sobie, choćby inni mieli zginąć.
Psychoza strachu zerwała wszystkie więzi wspólnoty — strach, by nie przybyć za późno tam, gdzie w Niemczech inni już starali się o władzę. Tylko kuchnia polowa utrzymywała jeszcze resztki formacji. Tak płynęło to dzień po dniu — wyjąc, krzycząc i przeklinając — w kilku kolumnach obok siebie, wyprzedzając się i blokując drogę. Skąd oni tylko wzięli te wszystkie czerwone chorągwie? Byli tam także porządni ludzie…
32
…pomiędzy nimi. Wielu, bardzo wielu. Poznawałem ich po wojskowej postawie, z jaką mnie mijali. Ginęli jednak w nieustannie, już prawie od tygodnia płynącej masie ludzi.
Z dnia na dzień obraz stawał się coraz bardziej nie do zniesienia. Czy to wszystko było tylko zapleczem armii, czy może…? Coraz częściej nachodziły mnie takie wątpliwości. Wątpliwości, którym początkowo energicznie się sprzeciwiałem, gdy w batalionie próbowano o nich głośno mówić. Stopniowo jednak wszyscy im ulegaliśmy. Nawet ja doszedłem do wstrząsającego wniosku: czyż to jest to zwycięstwami przyzwyczajone wojsko, a spośród wszystkich dzielnych batalionów mój jest jedynym, który splamił swoją tarczę honoru? W rzeczywistości zaczynałem w to wierzyć. Czy mogłem wiedzieć, jak bardzo zepsute było wojsko zaplecza i administracji w Belgii?
Obawiałem się o moralną siłę oporu powierzonego mi oddziału. Każdego dnia spuszczał on głowę coraz niżej. Czułem, że nastrój strzelców słabnie pod tym nieustannym widokiem hańby i wstydu, a odosobnienie było zbyt całkowite. Walczyłem o ich dusze i codziennie przemawiałem do kompanii. Mówiłem o nędzy i cierpieniu Nibelungów, o Hagenie, który z wierności swojemu królowi stał się winny, o walce ostatnich Gotów na Wezuwiuszu. Odwoływałem się do dumy żołnierskiej i podsycałem ducha korpusu. Wiedziałem bowiem, że tylko osobista więź mogła w obliczu takiego rozpadu utrzymać młodych żołnierzy jeszcze przy obowiązku i przy sztandarze.
A jednak pełnili swoją służbę jak pierwszego dnia, pilnowali powierzonych im obiektów z wzorową energią i strzelali, gdy było trzeba. Lecz jak długo jeszcze? Przełożone urzędy tylko wzruszały ramionami. Na razie batalion pozostawał nienaruszony. Pojedyncze słabsze elementy z naszych szeregów zniknęły bez śladu, dały się porwać czerwonej fali. Nie było to nic złego — z tym się liczyłem i cieszyłem się tylko, że było ich tak niewielu.
Inny przypadek dał mi jednak do myślenia. Odwiedziłem kwatery jednej z kompanii i znalazłem cztery czy pięć małych czarno-czerwono-żółtych papierowych chorągiewek. Nigdy wcześniej nie słyszałem o znaczeniu takiego zestawienia barw, przypomniałem sobie jednak, że takimi barwami obramowane były ulotki propagandy wroga zrzucane przez samoloty. Wzbudziło to moją nieufność. Śledząc pochodzenie tych chorągiewek, moje dochodzenie doprowadziło mnie do pewnego feldfebla, którego wcześniej ukarałem podczas marszu do Liège za pewne przewinienie. Podejrzewając niejasne powiązania, których sens zrozumiałem dopiero później, ..
33
... zareagowałem stanowczo: dla nas istnieją tylko barwy czarno-biało-czerwone.
Tego wieczoru troska o mój tak nadludzko obciążony oddział szczególnie mocno mnie przygniatała. Nie przeżyłbym jego załamania.
Następnego ranka opuściłem swoją kwaterę. Czerwona fala, która przez noc w zadziwiający sposób się przerzedziła, zabrała ze sobą także szare listopadowe chmury. Świeciło słońce i było niewiele motłochu. Ledwie zauważyłem tę dobroczynną zmianę, gdy z dzikim impetem nadjechało kilku strzelców na rowerach — ludzie z kompanii z podejrzanymi chorągiewkami. Zatrzymali się, zameldowali wojskowo, głośno i wszyscy naraz:
„Panie kapitanie, zaraz tu wmaszerują!”
„Kto?” — zapytałem zdumiony.
„Niemiecka dywizja strzelców z orkiestrą i czarno-biało-czerwonymi sztandarami!”
Stali przede mną z twarzami radośnie podnieconymi, jakby wybawieni z długiego, odrażającego snu.
I wtedy rzeczywiście wmaszerowali — w uporządkowanych oddziałach, w polowych mundurach, przy dźwiękach muzyki i z okrzykiem „Heil Kaiser Dir!”. Przyszli nas zmienić na posterunku; nie przyszli, jak sądziłem, jako ostatni świadkowie chwalebnej armii cesarskiej, lecz jako jej czoło.
To, co przez tydzień przewalało się przez ulice, było tylko zapleczem armii. Front natomiast maszerował!
Strzelcy znów podnieśli głowy wysoko, dumni jak w dawnych dniach. I słusznie — bo czas próby mieli już za sobą, jaką tylko nielicznym oddziałom los mógł postawić. Przeszli przez burze czasu nietknięci i pozostali wierni swojemu nieszczęsnemu cesarzowi. Dumne słowa nie zamilkły:
„Niech żyje król i jego strzelcy!”
Usiadłem w swojej kwaterze, kilka kilometrów od Kolonii, dokąd doprowadziły nas ostatnie marsze, i myślałem o dniach, które właśnie minęły. Na wiejskiej drodze na zewnątrz strzelcy żartowali z nadreńskimi dziewczętami, cieszyli się, że są w Niemczech i radowali się jak dzieci z powrotu do domu i z pokoju, z Bożego Narodzenia u matek. Panował nastrój świąteczny.
Następnego dnia mieli jako pierwsza część wojsk frontowych wmaszerować do Kolonii; przewidziano uroczyste powitanie. Cała brygada rowerowa była jeszcze raz zebrana w zwartym szyku. Zakwaterowanie w Mülheim, potem transport do garnizonów. Pociągi czekały gdzieś niedaleko po drugiej stronie Renu. Tak stało w rozkazie brygady — więc musiało być prawdą. Dlatego byli tak radośni.
34
Ja jednak siedziałem i rozmyślałem. Od tamtego popołudnia przed Liège był to pierwszy raz, kiedy znalazłem czas i spokój, aby uporządkować myśli i uczucia, aby uświadomić sobie całą wagę ostatnich wydarzeń. Rozmyślałem o przeszłości i teraźniejszości. Nie myślałem o sobie i o swojej przyszłości — los ojczyzny był zbyt wielki — lecz o królu i jego strzelcach.
Moje myśli krążyły i krążyły, lecz nie znajdowały odpowiedzi. Dlaczego nas nie wezwał? Jak chętnie byśmy poszli za nim — i o ile łatwiejsza byłaby wtedy walka niż ta, którą musieliśmy stoczyć w Liège. Gdy tam zostaliśmy skierowani, bitwa była już przegrana. Czyste zwycięstwo, na które mogliśmy jeszcze liczyć, nie było celem, o którym wiedzieliśmy. Hasło Najwyższego Dowództwa Armii — pomaszerować do ojczyzny, aby się tam rozwiązać — nie było naprawdę celem, o który warto było walczyć.
Kto doradził cesarzowi i odebrał mu wiarę w jego żołnierzy? Czy był to akt ofiary w imię pokoju — czy odszedł w milczeniu, aby oszczędzić swojemu narodowi wojny domowej? Czy też wojsko w Spa odmówiło mu wierności? Lecz wtedy stary feldmarszałek musiałby przecież rzucić się w obronie swojego cesarza i powiedzieć:
„Tylko po moim trupie!”
Tak krążyłem w tych myślach i nie znajdowałem wyjścia.
Na wiejskiej drodze na zewnątrz ucichł już radosny śmiech; od godzin było ciemno. Przyszedł mój ordynans. Chciał mnie pocieszyć i usiadł przy mnie. Siedzieliśmy więc przy stole naprzeciw siebie — on, Josef Hahn, robotnik z Hanoweru, i ja, jego kapitan — najpierw rozmawialiśmy, potem milczeliśmy, aż w końcu razem zapłakaliśmy nad naszym cesarzem.
Wjazd do Kolonii był już za nami. Głośno i hucznie próbowano znaleźć drogę do serc żołnierzy frontowych. Pod konfetti i papierowymi serpentynami — tak że mój koń często się płoszył — jechaliśmy przez hałaśliwy tłum niczym w karnawałowym pochodzie. My jednak mieliśmy inne poczucie wartości i sensu istnienia; z naszym żołnierskim sposobem myślenia czuliśmy się obco pośród tej dzikiej radości, uśmiechaliśmy się dobrodusznie i trochę nieporadnie — byliśmy po prostu zepsuci przez wojnę. Nasza własna nieporadność uświadamiała nam się aż nazbyt wyraźnie.
Potem przekroczyliśmy Ren i pomaszerowaliśmy do Mülheim. Tam znaleźliśmy dobre kwatery i przyjazne przyjęcie, a z Nadreńczykami szybko znów byliśmy bardzo zadowoleni. Ja jednak…
35
...odwiedziłem jeszcze kilka kwater i porozmawiałem z myśliwymi. Wszędzie to samo pytanie: czy rzeczywiście teraz zostaniemy zwolnieni. Z trudem mogli się doczekać chwili, gdy pociąg ruszy. Ich także, jak wszystkie oddziały, ogarnęło to tak charakterystyczne dla tamtego czasu zjawisko niecierpliwości. Zresztą mieli pogodne twarze. Już przed południem, gdy o dwunastej przyszli do kwater, cieszyli się z wolnego dnia, który był jeszcze przed nimi.
Radość jednak trwała krótko. Nagłe i niespodziewane wydarzenia wyrwały nas z odpoczynku już we wczesnych godzinach popołudniowych.
Alarm! Mieliśmy natychmiast zawrócić, z powrotem przez Ren. Rozkaz dowództwa generalnego kierował nas na osiem dni do Kolonii, abyśmy objęli ochronę mostów na Renie.
Byłem oburzony. Czy panowie przy zielonym stole dowództwa generalnego nie mogli tego wcześniej przemyśleć, czy też uważali, że mogą nas wykorzystywać jako przedmiot swojej nieudolności? Składali dzikie obietnice, by potem z nas zakpić. Pozostawili swoją najlepszą jednostkę przez tygodnie samą, zdradzili ją pośród zaniedbanych formacji etapowych, zostawili oficera frontowego z jego odpowiedzialnością całkowicie samego, bez jakiejkolwiek łączności, nie mówiąc już o wsparciu — aby potem, zupełnie obcy wojsku, prowadzić oddział i jego dowódcę w najcięższe konflikty z lekkomyślnością i wyniosłością, jakby to była dziecinna zabawa.
Od tygodni nie widziałem ani jednego przełożonego. Przez chwilę bawiłem się nawet myślą o strajku. Wiedziałem przecież, jak ten nagły kontrrozkaz zachwieje zaufaniem do dowództwa, jak przygnębiająco wpłynie na nastrój strzelców ten pospieszny odwrót na drodze do domu.
Z ciężkim sercem przekazałem jednak rozkaz kompaniom.
Było już niewiele czasu do wyznaczonej godziny wymarszu. Mój ordynans zameldował, że dowódcy kompanii chcą ze mną rozmawiać. Przeczuwając nic dobrego, przyjąłem ich. Jedno spojrzenie na ich twarze — wiedziałem, co nastąpi.
— Panie kapitanie, ludzie odmawiają. Nie chcą maszerować.
— To nieprawda! — wybuchnąłem. — Sam porozmawiam z kompaniami. Natychmiast. Będą maszerować!
— Może pan sobie darować drogę. Na zewnątrz stoją już delegacje żołnierzy.
A więc jednak… klęska. Lodowato zimny, niesprawiedliwy, odprawiłem oficerów.
36
— Wejść! — krzyknąłem.
Pośpieszne zamieszanie. Obcasy stuknęły o siebie, postawa wyprostowana. Po trzech ludzi z każdej kompanii: starszy strzelec, kapral i strzelec. Postawa wzorowa.
— Utworzyliście rady żołnierskie? — zapytałem z pogardą.
— Nie, panie kapitanie, u nas czegoś takiego nie ma.
— Nie chcecie maszerować?
— Będziemy maszerować, panie kapitanie, przecież pan tak rozkazał.
— No więc, chłopcy, czego właściwie tu chcecie? Wracajcie do kompanii!
Stali jednak dalej, szturchali się łokciami i robili zakłopotane miny. Widziałem, że mają coś na sercu — zapewne jakiś niedorzeczny pomysł, który mógł zrodzić się tylko z obłędu tych czasów. Prawdopodobnie chcieli, żebym kupił im pociąg i uciekł z nimi. Coś w tym rodzaju to musiało być.
Pozwoliłem im mówić spokojnie.
— No, mówcie otwarcie — powiedziałem przyjaźnie i usiadłem.
— Panie kapitanie, mamy prośbę, już od dawna o tym między sobą rozmawiamy…
Zawiesili głos; zauważyłem, że trudno im o tym mówić.
— Możecie mi powiedzieć wszystko — zachęciłem ich.
Wtedy wreszcie powiedzieli, o co chodzi. Chcieli, abym zwolnił oficerów i sam osobiście prowadził wszystkie kompanie. Feldfeble przecież dobrze się na tym znają — to by już jakoś poszło.
Gdy raz zaczęli mówić, nie mogli przestać; obawiali się, że mógłbym im przerwać i zabronić takich słów. Mówili, że chcą słuchać tylko prawdziwych oficerów, a nie młodych panów, którzy są niedoświadczeni i krócej byli żołnierzami frontowymi niż oni sami.
Tego się nie spodziewałem… Długo patrzyłem na nich. Czy to była już muteria, pierwszy objaw rozkładu? Miałbym stanąć z załogą przeciwko oficerom? Dokąd taka droga mogłaby prowadzić?
— Chcecie opuścić swoich oficerów, którzy szli przed wami w ogniu? — zapytałem poważnie.
— To prawda, tak robili, odpowiedzieli, ale naprawdę troszczy się o nas tylko pan, panie kapitanie. A i oni teraz nam nie pomagają. Właściwie nie są już nawet wierni królowi. My jednak jesteśmy, panie kapitanie, i będziemy maszerować z panem, dokądkolwiek pan rozkaże.
Nie — nie byli buntownikami. To było szczere i prawdziwe.
37
To szczere uczucie płynące z głębi duszy ludu domagało się silnego, wiernego swoim przekonaniom przywództwa.
— Porozmawiam z dowódcami kompanii i potem podejmę decyzję. Teraz jednak — teraz maszerujemy!
— Do rozkazu, panie kapitanie! — zabrzmiała pełna zaufania odpowiedź. Ich oczy błyszczały. Podkute buty stuknęły o siebie tak, że ściany zadrżały.
I tak ruszyliśmy w marsz. Jeszcze raz z powrotem przez Ren — marsz wiódł w nowy, poważny czas próby.
Ja wyprzedziłem oddział samochodem i zgodnie z rozkazem zameldowałem się w dowództwie generalnym. Był to sztab bawarski, zakwaterowany w hotelu tuż przy wielkim Moście Cesarza. Najważniejsi oficerowie sztabu generalnego przyjęli mnie i pogratulowali mi znakomitego oddziału; cieszyli się, że mają nas do dyspozycji, i dziękowali Bogu, że naprawdę wykonałem rozkaz i przybyłem.
Sytuacja była bowiem bardzo groźna, szczególnie zaostrzona przez dość radykalną radę robotniczo-żołnierską, która w ratuszu — albo w jakimś innym budynku, dziś już nie pamiętam którym — utworzyła coś w rodzaju rządu równoległego, wtrącała się we wszystko i wydawała rozkazy.
Miałem objąć ochronę mostów na Renie, a jednocześnie stanowić oparcie dla dowództwa generalnego, aby zapewnić uporządkowane przekazywanie rozkazów.
Zapytali mnie, jak wyobrażam sobie wykonanie tego zadania.
Spojrzałem na zegarek:
— Batalion przybędzie nad Ren za dwadzieścia minut. Natychmiast pomaszeruję pod ratusz i ustawię tam oddział. Potem wyślę oddział szturmowy, który aresztuje radę robotniczo-żołnierską i zakuje ją w kajdany. Następnie pomaszeruję na Most Cesarza, obsadzę go i zamknę. A potem — przy prezentowanej broni — każę związanych zrzucić przez balustradę do Renu.
— Hugh — przemówiła dzika frontowa świnia.
Mógłbym na tym zakończyć swoją przemowę tymi „indiańskimi słowami”; pasowały całkiem dobrze do obrazu naszego spotkania. Najpierw zapadła przerażona cisza, potem blade twarze przede mną zaczęły ostrożnie rozglądać się wokół, czy drzwi są zamknięte i czy nikt nie mógł usłyszeć moich słów.
A potem zrugali mnie, wskazując na powagę sytuacji i zabraniając mi takich „indiańskich opowieści”. Gdy nie ustąpiłem, zaczęli mówić do mnie rozsądniej: o niepewności sytuacji, o Kolonii zalanej tysiącami ludzi całkowicie zdemoralizowanych…
38
…rozproszonych formacji etapowych, podczas gdy oddziały frontowe znajdowały się jeszcze o dzień marszu stamtąd; wiele z tych argumentów było słusznych. W końcu, powołując się na Hindenburga, który sam miał ponieść ciężką ofiarę, zabroniono mi realizacji mojego zamiaru i polecono mi stanąć na gruncie faktów.
To, że się podporządkowałem, było najpoważniejszym błędem, jaki popełniłem w całym przebiegu rewolucji. Gdybym już wtedy miał doświadczenia w dziedzinie walk wewnętrznych, jakie zdobyłem niedługo później, nie wypuściłbym z rąk możliwości przejęcia steru choćby tylko na pewien czas i działałbym samodzielnie — niezależnie od tego, jak by się to skończyło. Lecz cóż ja wtedy wiedziałem o punktach werbunkowych, o organizowaniu ochotników, o obowiązku nieposłuszeństwa w pewnych chwilach?
Skutki mojej rezygnacji odczuliśmy natychmiast. Wszędzie napotykaliśmy trudności, które pochodziły od rady robotniczo-żołnierskiej. Przydziały żywności były niewystarczające i złej jakości; brakowało materiałów opałowych, słomy i koców, a nawet kwater nam odmawiano. Wszystko musieliśmy sami rekwirować — w środku wielkiego miasta i o późnej porze dnia — co nie było łatwym ani przyjemnym zadaniem, dodatkowo utrudnionym przez położenie i rozkazy, które wymagały zwartego zakwaterowania.
W końcu wprowadziliśmy się do wielopiętrowej, nieogrzewanej wieży mostowej, do kilku pobliskich sal i do piwnic hotelu zajętego przez dowództwo generalne. Mogliśmy jeszcze uważać się za szczęśliwych, że zdobyliśmy kilka bel słomy i nie musieliśmy spać na gołej kamiennej posadzce.
Tak zakończył się dzień, w którym rano batalion witał miasto w uroczystym nastroju. Taki był finał godnego przyjęcia, jakie miasto Kolonia przygotowało pierwszym oddziałom frontowym wracającym z wojny.
Tego samego wieczoru rozmawiałem jeszcze z oficerami batalionu. Oszczędzili mi trudnego zadania przekazania im rozmowy z żołnierzami. Już na początku poprosili o zwolnienie do ojczyzny. Część z nich otwarcie podała jako powód to, że nie czują się na siłach sprostać wymaganiom czasu.
Było mi ich żal, ponieważ byli ofiarami przeżytego systemu w kwestii traktowania problemu dowodzenia. Nie była to ich wina. Byli zbyt młodzi i niedoświadczeni, aby objąć stanowiska, którym jako całość nie potrafili sprostać. To był błąd…
39
…także w czasie wojny uzależnianie przydatności do służby oficerskiej od wykształcenia szkolnego. Najdzielniejszym i najbardziej powołanym elementom wśród żołnierzy — bez względu na to, czy mieli stopień, czy nie — zamykano w ten sposób drogę do awansu. Sami pozbawialiśmy się możliwości docenienia szczególnych osiągnięć przez awans na stanowiska dowódcze. Świadoma przewaga zarówno w doświadczeniu frontowym, jak i w sposobie traktowania żołnierzy prowadziła urodzonego żołnierza frontowego nieuchronnie do konfliktów z młodym podporucznikiem czasu wojny. Taki był także los oficerów, którzy dziś odgrywają decydującą rolę.
Przy mnie pozostali jedynie oficerowie sztabu, wśród nich porucznicy i adiutanci Voß oraz Oppermann. Dzięki ich wieloletniej służbie w oddziale znali oni większość feldfebli, którzy teraz odpowiadali za kompanie, lepiej niż ja sam. To im należała się zasługa, że również w przyszłości służba przebiegała bez zakłóceń.
Następnego ranka lodowaty wiatr smagał wzdłuż Renu, owiewał wieże Mostu Cesarza i przez podobne do strzelniczych otworów okna wciskał się w zimne kamienne korytarze. Gdy wchodziłem do środka, powitało mnie zimne, wilgotne powietrze; gdy wychodziłem, serce miałem ciepłe i radosne.
Krótko przede mną kolońska rada żołnierska była tam u strzelców. Oferowała im zakwaterowanie w mieszkaniach cywilnych z wyżywieniem oraz piętnaście marek żołdu dziennie, jeśli się odłączą i podporządkują jej. Jednak trafili na niewłaściwych ludzi. Zamiast odpowiedzi wskazano im drzwi; woleli zostać w swoich zimnych murach, przy żołdzie liczonym w fenigach i jedzeniu z kuchni polowej, niż sprzedać swoją duszę. Kusiciel jednak nie dawał za wygraną. Gdy następnego dnia pojawił się ponownie i zaoferował osiemnaście marek, strzelcy rozbili mu twarz i krzyczeli do uszu:
— Jeśli jeszcze raz się tu pokażesz, psie, wrzucimy cię do Renu!
Minął ciężki tydzień. Twarze stały się długie i wychudłe, nastrój był zły. Widziałem, że Kolonia ciążyła im na sercu; tęsknili za domem. Nie mówili mi o tym — ani słowa. Z koleżeństwa. Nie chcieli sprawiać mi przykrości, wiedzieli przecież, że robię, co mogę; musieli więc czekać, aż nadejdzie zmiana.
I pewnego dnia nadeszła. Znowu niemiecka dywizja strzelców. Maszerowała właśnie tak jak w Liège, z pieśnią „Heil dir im Siegerkranz”, jako zwarta, silna formacja. Im było łatwiej — byli zawsze razem, maszerowali…
40
…zapewne wolniej, nie tak lekko i szybko jak my na kołach, ale maszerowali w przyzwoitym towarzystwie — batalion przy batalionie. Nie musieli tkwić bez końca jak samotny posterunek pośród oddziałów etapowych i domowej hołoty. Patrzyliśmy na nich z zazdrością i podziwem dla ich zwartej postawy.
Oni nas zmienili, a potem ruszyliśmy dalej. Nie do ojczyzny. Tę okazję przegapiliśmy — musieliśmy ją przegapić, kiedy nas odwołano. Maszerowaliśmy do długotrwałego zadania. Prowadziło ono z dala od drogi wielkiego, tak przez nas znienawidzonego ruchu, w spokojne okolice wiejskie, prawie nietknięte przez burze czasu.
Maszerowaliśmy do ciężkiej pracy — właściwie już w interesie wroga, i to było w tym najtrudniejsze, bo poza tym sama praca była łatwa. Musieliśmy wyznaczyć granicę przyczółka mostowego Kolonii: na odcinku sześćdziesięciu kilometrów co sto kroków należało wbić w niemiecką ziemię pal z umocowanym na górze snopkiem słomy. Tak wymagał tego traktat rozejmowy, który pobożny pan Erzberger podpisał w lesie Compiègne z niejasną pokorą, ku zdumieniu francuskich oficerów.
Nadreńscy chłopi nie chcieli wykonywać tej pracy — i słusznie. Także liczne formacje wracające z frontu odmówiły dowództwu generalnemu, choć z przeciwnych, z patriotycznych pobudek. Ktoś jednak musiał to zrobić, ponieważ mnie to rozkazano. Wiedziałem, że przez najbliższe tygodnie transport powrotny nie wchodzi w rachubę. Najpierw należało oczyścić kraj z czerwonej hołoty etapowej, która wszędzie się włóczyła.
Zamiast bezczynnie gdzieś czekać, uznałem, że dla ducha oddziału lepiej będzie, jeśli postawię go przed obowiązkiem. Obok poczucia koleżeństwa wobec oficera dowództwa generalnego odpowiedzialnego za wykonanie tego rozkazu, była to dla mnie dodatkowa przyczyna, aby wykonać ten rozkaz — tak upokarzający dla żołnierza frontowego.
Było to ostatnie zadanie, jakie wojna mi powierzyła — i najgorsze.
Tymczasem nadszedł grudzień. Maszerowaliśmy przez Nadrenię-Westfalię do Hamm. Wkrótce zostało przy mnie już tylko niewielu: zaledwie 150 ludzi, tylko trzy kompanie strzelców z Delster. Pozostałe części batalionu zostały już wcześniej odesłane do swoich garnizonów.
Boże Narodzenie było tuż przed drzwiami; nadszedł czas, abym dotrzymał słowa: „Na święta będziecie w domu.” Zadzwoniłem więc do dowództwa generalnego w…
41
…Münster i otrzymałem odpowiedź, że mój oddział jest pewny i stoi twardo za mną, dlatego może jeszcze poczekać. Inne, mniej wartościowe formacje sprawiały trudności i musiały zostać odesłane w pierwszej kolejności.
Wtedy podniosłem głos:
— A więc wiecie, że moi strzelcy zrobią wszystko, co im rozkażę. Jeśli do jutra nie będę miał pociągu, pomaszeruję na Münster i rozpędzę was!
Po drugiej stronie kabla siedział również stare frontowe „dzikie zwierzę”. Porozumieliśmy się w przyjaznym tonie. Trzy dni później mogliśmy się załadować do pociągu.
Siedzieliśmy naprzeciw siebie w moim mieszkaniu, opowiadaliśmy i nie mogliśmy skończyć. Minęła nad tym połowa nocy, potem trochę spaliśmy, aby rano zacząć od nowa. Skarbiec naszych wspomnień był niewyczerpany: wspomnienia lat pokoju i lat wojny, poległych i ocalałych towarzyszy, śmierci tego porucznika w bitwie, zuchwałości tamtego kaprala — wszystko w barwnym pomieszaniu rzeczy poważnych i wesołych.
Przeklinaliśmy i zachwycaliśmy się, śmialiśmy się, a zaraz potem znowu milczeliśmy zamyśleni. Doszliśmy w końcu do smutnego zakończenia wojny, do ostatnich ciężkich przeżyć i wreszcie do obecnych warunków w naszym garnizonie w Oels.
Przy tym wszystkim trochę się pokłóciliśmy — mój przyjaciel, nadporucznik Johansen, i ja. Od roku służył on w batalionie zapasowym, odkąd ciężki postrzał biodra zmusił go do opuszczenia frontu. W ten sposób musiał przeżyć przewrót w ojczyźnie w warunkach wcale niełatwych.
Oels bowiem w czasie wojny bardzo się zmieniło. Wraz z budową wielkiego warsztatu kolejowego napłynęło wielu przybyszów spoza miasta, którzy — rzecz naturalna — byli bardziej podatni na wpływy rewolucyjne niż miejscowa ludność.
Do tego dochodziło, że na czele batalionu zapasowego stał jakiś stary „kościotrup” z landwehry, którego wojna znowu wydobyła z zapomnienia. Przy takim dowództwie, pośród kilkuset rekrutów wcielonych zaledwie kilka tygodni wcześniej, którzy nie mieli nic wspólnego z duchem batalionu, którego dumny mundur nosili, i odciętych od frontowego ducha prawdziwego oddziału — Johansen przeżył przewrót.
Mimo tych trudnych warunków dzielnie utrzymał swoją pozycję jako oficer; był jedynym, który miał jakiś wpływ na żołnierzy.
Ja natomiast byłem w kraju jeszcze niecałe dwadzieścia cztery godziny i widziałem tylko niepokojące stosunki, nie mogąc ich jeszcze sprawiedliwie ocenić…
42
…i poddawałem wszystko i wszystkich ostrej krytyce; potępiałem fakt istnienia — choćby tylko formalnego — rady żołnierskiej, niemożliwe zachowanie młodych rekrutów z czerwonymi kokardami, czerwone flagi na publicznych budynkach miasta.
Nie — zupełnie inaczej wyobrażałem sobie stosunki w Oels.
Co prawda wczorajsze popołudniowe powitanie było ciepłe i serdeczne — na Boga, inne i uczciwsze niż wtedy w Kolonii. Na dworcu wielu ludzi, znajome twarze, orkiestra, marsz ulicami miasta, radosne machanie; przed ratuszem na Ringu godne powitanie przez burmistrza — proste, ale szczere — i wszystko to, chociaż o naszej godzinie przyjazdu wiedziano dopiero od kilku godzin.
Mimo to jeszcze raz zaniepokoiłem się o ducha moich ludzi — właśnie z powodu tego wczorajszego wejścia do miasta. Bo przecież wcale nie maszerowaliśmy: nie w zwartym szyku jak w Liège, nie tak jak w Kolonii, a już na pewno nie tak jak przed czterema i pół rokiem, gdy tymi samymi ulicami naprawdę maszerowaliśmy na wojnę.
Nie maszerowaliśmy tak, jak sobie to wyobrażałem — nie tak zwartym i silnym szykiem, jakim byliśmy w rzeczywistości; nie tak imponująco, by mieszczaństwo patrzyło z podziwem. Zbyt wiele przyjaźni i sympatii wdarło się w nasze szeregi, rozluźniło porządek i utrudniło mi dowodzenie. Był to moment słabości.
Czy oddział go przezwycięży? Czy nadal pójdzie za mną i będzie maszerował nawet przez konflikty ze mną? Bo według sytuacji starcia z garnizonowym miastem, rządzonym przez rady robotniczo-żołnierskie, wydawały się nieuniknione. Czy też strzelcy dadzą się porwać nurtowi opinii publicznej?
Wiedziałem, że trucizna pokusy podanej w kielichu radości i przyjaźni jest groźniejsza niż wrogość — bardziej przekonująca niż brzęcząca moneta.
W krytyce i trosce brzmiał ostrzegawczy głos przyjaciela. Nie powinienem prowokować ani nadmiernie napinać struny, bo z garstką moich ludzi i tak nie mógłbym w tej chwili niczego osiągnąć — najwyżej zaostrzyć sytuację. Doświadczenia pokazały też, że nawet dobre oddziały frontowe wkraczały do garnizonów w pełnej karności, lecz tam wkrótce ulegały zakażeniu i rozpadały się.
— Żaden cud, jeśli cel, który nas jednoczył, oznacza już tylko rozwiązanie! — zawołałem z goryczą.
Widziałem jednak, że nie jest to czas na zwlekanie, i postanowiłem jeszcze dziś rozwiać wszystkie wątpliwości. W przeciwnym razie obawiałem się utraty wpływu na ludzi.
Wydarzenia jednak wyprzedziły tę decyzję. Mój strzelec wszedł do…
43
…naszą rozmowę. Zameldował, że cała załoga kompanii chce ze mną rozmawiać. Mam natychmiast przyjść do ich kwatery — do wielkiej sali w gospodzie. Tak niezwykły sposób wezwania dowódcy przez żołnierzy zdawał się potwierdzać obawy mojego przyjaciela. Byłem przygotowany na każdą niespodziankę.
Stało się jednak inaczej, niż się spodziewałem. Już gdy wszedłem do sali, uderzyła mnie fala uspokojenia. Wokół mnie tłoczyły się same radosne twarze.
Wtedy mały Krause stanął przede mną na baczność — wicefeldfebel (zastępca sierżanta) odznaczony EK I – Eisernes Kreuz I Klasse (Krzyżem Żelaznym I klasy), specjalista od granatów ręcznych przy niszczeniu angielskich czołgów. Jego spojrzenie płonęło jak pochodnia wierności, a meldunek zabrzmiał jak fanfara zwycięstwa:
— Panie kapitanie, tej nocy zdjęliśmy wszystkie czerwone flagi i na rynku (Ring – rynek miasta) publicznie je spaliliśmy przy okrzykach „Heil Kaiser Dir!” („Cześć Ci, Cesarzu!”). Na ulicy zrywamy wszystkim czerwone kokardy. Odmawiamy podporządkowania się batalionowi zapasowemu i jego radzie żołnierskiej. Pozostajemy zwartą jednostką i tak jak dotąd podlegamy wyłącznie pańskim rozkazom!
Wieczorem miejscowe władze zaprosiły nas na powitalną uroczystość — skromny wieczór przy piwie. Landrat (starosta powiatowy) wygłosił poważne, poruszające przemówienie, potem nastąpiło kilka improwizowanych wystąpień. Następnie zaczęły się tańce i zabawa. Pozwoliłem moim strzelcom na tę długo wyczekiwaną radość.
W międzyczasie pewne stowarzyszenie bardzo poważnie wyglądających panów odśpiewało wielogłosową pieśń. Choć nie przepadam za takimi chóralnymi występami — bo tekstu często nie da się zrozumieć — wydawało mi się, że wychwyciłem słowa takie jak „Proletarierheer” (armia proletariatu) i „Sklavenketten befreit” (wyzwoleni z kajdan niewoli).
Gdy uprzejmie przyjęte oklaski ucichły, zapytałem dyrygenta o znaczenie tej pieśni.
— To, co właśnie zaśpiewaliśmy, to nasza pieśń rewolucyjna — odpowiedział z nadętą miną.
— Kto to „my”? — zapytałem z zainteresowaniem. Z odpowiedzi natychmiast zrozumiałem, że mam do czynienia z socjaldemokratycznym chórem robotniczym, wysłanym przez obecnie rządzącą radę robotniczą (Arbeiterrat).
— W takim razie mogę panów tylko poprosić, aby natychmiast opuścili tę uroczystość. Szczerze żałuję, że panowie radni nie uznali za stosowne przyjść osobiście — sprawiłoby mi nieopisane zadowolenie wyrzucić ich razem z panami z sali.
— Jak pan śmie! — patrzyli na siebie oniemiali i oburzeni.
44
Nie, nie było już nic do usłyszenia. Ci jeszcze przed chwilą tak pewni swego śpiewacy nagle zamilkli — wszystkie dźwięki jakby im uleciały.
„I takim tonem pozwala się do nas zwracać, towarzysze, a to nazywa się rewolucją!” — pomyśleli zapewne, spakowali swoje nuty i zniknęli.
Za mną bowiem stało dwudziestu ludzi z podwiniętymi rękawami i zaciśniętymi pięściami w kieszeniach.
Było to wyzwanie rzucone do walki — przeze mnie tak pomyślane i przez drugą stronę też właściwie zrozumiane. Już następnego ranka odwiedziła mnie rada robotnicza miasta (Arbeiterrat – rada robotników) w osobach trzech wzburzonych panów, członków Towarzystwa Śpiewaczego Typographia (Typographen-Gesangverein – chór drukarzy). Zjawili się u mnie w mieszkaniu osobiście.
— Chcielibyśmy rozmawiać z panem Heydebreckiem (Herrn Heydebreck), czy to pan?
Potwierdziłem, że chodzi o mnie, i zaprowadziłem ich do pokoju.
Najpierw wysłuchałem długiego, pełnego frazesów wykładu o fakcie rewolucji, jej dobrodziejstwach i środkach sprawowania władzy. Słuchałem tego z rozbawieniem, lecz w końcu przerwałem potok słów:
— A co ja właściwie mam wspólnego z tą całą awanturą?
— Po pierwsze, pańscy ludzie ukradli nasze czerwone flagi i spalili je. Żądamy ustalenia nazwisk sprawców i ich ukarania.
— Po pierwsze, nie ma już nic do ustalania, bo ja te nazwiska znam od dawna. Po drugie, nie powiem ich panom. Po trzecie, sprawców tej wręcz wzorowej akcji pochwaliłem rozkazem batalionowym.
— Co?! Jeszcze robi pan z tych złodziei bohaterów?! — panowie byli oburzeni do granic. Flagi były ich własnością i domagali się odszkodowania.
— Jeżeli ktoś na przykład wywiesza publicznie swoją brudną bieliznę, nie może się skarżyć, gdy ludzie ceniący porządek przyjdą i ją zdejmą.
— Klasa robotnicza na to nie pozwoli! — powiedzieli oburzeni, a jednocześnie zaniepokojeni. Stali z rękami opartymi na biodrach i spoglądali na siebie nawzajem.
— Ostrzegam panów przed moim batalionem. Mamy doświadczenie w tłumieniu zamieszek — powiedziałem powoli i z naciskiem.
— Chce pan nam grozić? No cóż, resztę jeszcze pan zobaczy.
— Obyście panowie nie przekonali się, kto lepiej strzela.
Kończąc rozmowę, otworzyłem drzwi.
— Szkoda tylko, że dla takiej wizyty człowiek musiał sobie pobrudzić buty…
45
…— zawołał jeszcze w drzwiach i na progu ostatni z nich. Dopiero te serdeczne słowa uświadomiły mi, jak głęboko upadło moje morale.
Godzinę później przedstawiono mi telefonicznie przekazany rozkaz szefa sztabu generalnego we Wrocławiu (Breslau – Wrocław). O drugiej mam stawić się w hotelu „Schwarzer Adler” („Czarny Orzeł”) — chce tam ze mną rozmawiać.
Gdy przybyłem, pokój był już zamówiony. Mam jeszcze trochę czasu i patrzę przez okno na o tej porze dnia zwykle spokojny Oelser Ring (rynek w Oleśnicy/Oels). Po chwili podjeżdża samochód. Wysiada dwóch czy trzech żołnierzy bez czerwonych kokard, w rozpiętych płaszczach, o wojskowej postawie, a między nimi oberleutnant (nadporucznik). Wysiadających witają cywile — najwyraźniej byli oczekiwani.
Jednego z nich rozpoznaję — był dziś rano w moim mieszkaniu.
Obserwuję teraz nadporucznika. Właściwie odgrywa on dość ubogą, drugoplanową rolę — coś w rodzaju przewodnika dla ważnych osobistości. Pojawia się obraz frontu: okop, który oglądają parlamentarzyści albo korespondenci wojenni. Zawsze towarzyszy im jakiś wojskowy specjalista i tłumaczy, jak należy się zachowywać. W gruncie rzeczy miało to jeszcze jakiś sens. Chcieli przecież mieć swoje „doświadczenie frontowe” dla gazet albo zebrań partyjnych. Nie można było jednak puścić ich samych — narobiliby kłopotów albo przypadkiem przeszliby na stronę wroga. Trzeba więc było dopilnować, aby następnym pociągiem wrócili do domu z całymi kośćmi.
Tutaj jednak sytuacja jest inna: rola oficera została tak przesunięta, jakby był on więźniem. Wydaje mi się, że powinienem pomóc koledze. Tymczasem oni zdążyli już wejść do domu i po chwili wszyscy razem pojawiają się w moim pokoju.
W tej samej chwili uświadamiam sobie: przed tymi ludźmi masz się tłumaczyć! Bezczelne żądanie! Mam ochotę odejść.
Lecz wtedy nadporucznik wita mnie uprzejmie, mówi życzliwym tonem o mojej sprawie, twierdzi, że chcieliby wszystko załatwić krótko i mówi coś w rodzaju: „zróbmy tak, jak gdyby…”
Nie rozumiem, do czego zmierza.
W tamtym czasie nie nauczyłem się jeszcze odmawiać posłuszeństwa przy pewnych okazjach i w tej chwili czuję narzucony szacunek wobec wyższych przełożonych jako ciężkie, bolesne brzemię. Myślę też, że mogliby uznać moje odejście za ucieczkę — i zostaję.
Głośno i z wielką powagą dyskutując, wszyscy zajmują miejsca przy jednej dłuższej stronie…
46
...stołu. Obok oberstleutnanta (podpułkownika), po jego prawej stronie, siedział żydowski muzyk z 51. pułku piechoty (Infanterieregiment 51), po lewej drugi towarzysz z Breslau (Wrocławia), także zwykły żołnierz. Dalej zasiedli członkowie rady robotniczej z Oels (Oleśnicy). Ja siedziałem sam po drugiej stronie stołu, naprzeciw podpułkownika.
Przebrany za żołnierza dzielnego 51. pułku piechoty Żyd zapala papierosa, chce schować etui, po czym przerywa ruch i podaje je podpułkownikowi.
— „Zapali pan także jednego?”
Wstrzymuję oddech i napięty obserwuję, co zrobi teraz oficer…
A on… bierze. Rzeczywiście bierze.
Jak gdybym niczego nie zauważył, szybko odwracam wzrok. Czuję straszny wstyd.
Tymczasem rozmowa już się rozpoczęła, a ja początkowo nie mogłem jej śledzić. Wciąż tylko myślałem: szef sztabu generalnego przyjął papierosa. Rzeczywiście pozwolił, by ten Żyd podał mu papierosa i zapalił go dla niego.
Mam przy tym wrażenie, że ten człowiek patrzy na mnie. Najchętniej zerwałbym się i uderzył go w twarz. Jestem zupełnie rozbity, zdaję sobie z tego sprawę i zmuszam się do spokoju.
Jeden z członków rady robotniczej zaczyna przemówienie. Jest to skarga na mnie i moich jägerów (strzelców). Z jego słów wynika, że przewrót w Oels (Oleśnicy) przebiegł dotąd spokojnie. Wszystkie warstwy społeczne — mieszczanie, robotnicy i żołnierze — zachowywały się rozsądnie.
Jednak od trzech dni, od naszego powrotu do domu, osiągnięcia rewolucji znalazły się w niebezpieczeństwie. Twierdzą, że nawet groziłem strzelaniem do robotników. Konieczne jest więc energiczne i szybkie działanie.
Jak oni chcą to zrobić?
Gdy się nad tym zastanawiam, podpułkownik dziękuje radzie robotniczej za jej „pouczające wyjaśnienia” i chce zwrócić się do mnie. Ale Żyd jest szybszy — uprzedza go i odzywa się do mnie pierwszy.
— „Co się właściwie stało?” — pytam podpułkownika, zdumiony tą bezczelną poufałością. Mówię to celowo w tonie koleżeńskim, chcąc zdystansować się od pozostałych — w końcu obaj jesteśmy oficerami.
Podpułkownik rzuca swojemu sąsiadowi tylko pytające spojrzenie, po czym wzywa mnie, abym ustosunkował się do oskarżeń.
— „Panie podpułkowniku” — odpowiadam stanowczo — „przyszedłem tutaj tylko dlatego, że jestem przyzwyczajony rozkazy przełożonych…
47
…wykonywać. Pańskie żądanie, abym tłumaczył się przed takimi ludźmi, jest zniewagą dla żołnierza frontowego. W takim razie wyjdę!”
Widzę jego zimną, wrogo uśmiechniętą twarz i nagle rozumiem: on trzyma z tamtymi. Obawiam się brutalnej odpowiedzi, lecz przychodzi coś gorszego. Jeśli nie chcę podporządkować się nowym stosunkom, powinienem zdjąć mundur. Zwraca mi jednak uwagę, że w takim przypadku obecne państwo uzna wszystkie moje roszczenia zaopatrzeniowe za wygasłe.
To mówi jeden oficer drugiemu! I to wobec tego kręgu, pełnego wrogów — przy użyciu takich argumentów…
Wtedy przypominam sobie, czego nauczyłem się podczas buntu:
„Tej przysługi wam nie zrobię” — mówię chłodno i tak wyniośle, jak tylko potrafię. — „Sądzę, że żyjemy w czasach, kiedy to żołnierze decydują, kto jest ich dowódcą. Dlatego, panie oberstleutnant (podpułkowniku), pozostanę na czele mojego batalionu tak długo, jak długo… będzie mi to odpowiadało!”
Cisza. Wszyscy patrzą na podpułkownika. Co on powie…?
Mnie to już nie obchodzi. Opieram się w krześle. Odejdą? Nie — teraz zostaję, właśnie teraz. Zapalam papierosa i cicho sobie pogwizduję.
Przychodzi mi na myśl Johansen. Musiało go bardzo boleć to, że go krytykowałem — myślę — i w duchu proszę go o wybaczenie. Chłopcze, warunków panujących w domu nie znałeś; takich przełożonych i takich oddziałów frontowych, na których mógłbyś się oprzeć, nie miałeś. Twoja droga była z góry wyznaczona. Dziękuję Bogu, że ja nie musiałem nią iść.
Po tamtej stronie wywiązuje się ożywiona rozmowa. Hasło daje jeden z członków rady robotniczej:
— „Oni przecież nawet nie mają jeszcze Soldatenrat (rady żołnierskiej)!”
Pozostali natychmiast to podchwytują, jakby znaleźli klucz Sezamu do zamkniętych serc moich jägerów (strzelców). Mam przy tym wrażenie, że moja obecność zaczyna ich już drażnić. To mnie prowokuje, by ich jeszcze bardziej rozgniewać.
— „Dla waszego uspokojenia” — wtrącam — „od wczoraj batalion ma Soldatenrat (radę żołnierską). Co prawda nie z mojej inicjatywy. Ludzie wybrali ją wbrew mojemu zakazowi — nic o tym nie wiedziałem!”
Nastawiają uszu, choć wciąż nieufnie.
— „Ale tylko jednego członka!” — śmieję się. — „I to jestem ja!”
Podpułkownik nalega na zakończenie spotkania, lecz wtrąca się jeszcze Żyd, bo towarzysze z Oels wciąż są wyraźnie bardzo niezadowoleni.
48
— „Proszę zostawić to nam” — powiedział na zakończenie. — „Mamy doświadczenie w postępowaniu z oddziałami frontowymi. Najbardziej brakuje im uświadamiania politycznego. Dlatego przyślemy tu naszych najlepszych ludzi. Potem wszystko potoczy się tak jak wszędzie. Gwarantuję.”
— „Plan godny poparcia” — wtrąciłem — „ale zwracam uwagę, że moi jägerzy (strzelcy) są już dość podenerwowani tym nieustannym uświadamianiem w ostatnim czasie.”
— „A kto w końcu okaże się tym naprawdę uświadomionym” — dodałem jeszcze, gdy wychodzili — „i jak się to dla niego skończy… za to już ręczyć nie mogę.”
Dwadzieścia cztery godziny później rozpoczęła się wielka akcja „uświadamiania”. O tej porze na dworzec przybyło pięćdziesięciu marynarzy. Przyjechali z Breslau (Wrocławia) i od razu udali się do gospody „Zum Kurfürsten” („Pod Elektorem”), gdzie mieściły się kwatery Radfahrbataillon (batalionu rowerowego). Chcieli natychmiast rozlokować się na miejscu, lecz jägerzy (strzelcy), zdumieni taką bezczelnością, początkowo im na to nie pozwolili.
Marynarze okazali wtedy legitymacje i rozkazy Generalkommando (dowództwa generalnego). Z zewnątrz dokumenty wyglądały na w porządku, ale ich treść — przynajmniej zdaniem jägerów — już nie. W rozkazie zapisano bowiem wyraźnie, że marynarze mają zostać zakwaterowani w gospodzie „Pod Elektorem” i dzielić pomieszczenia z żołnierzami batalionu rowerowego.
Doszło do ostrego sporu. Zakończył się on tym, że marynarze ustąpili i następnym pociągiem odjechali z powrotem do Breslau (Wrocławia).
O całym zajściu dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy wszystko było już po wszystkim. Kilku jägerów (strzelców) przyszło do mnie do mieszkania i krótko zameldowało, co się wydarzyło.
— „A co powiedzieliście marynarzom?” — zapytałem z zadowoleniem.
— „Powiedzieliśmy im, że z takimi pachołkami nie będziemy mieszkać razem.”
— „A czego oni tu właściwie chcieli?”
— „Przyjechali, żeby porządnie uświadomić tych królewsko-wiernych rowerzystów.”
— „A potem?”
— „A potem wzięliśmy nasze pałki — było nas tylko dwudziestu pięciu, reszta była na mieście — i ruszyliśmy prosto na nich. Przepędziliśmy ich ulicami aż na dworzec. A tam, panie Hauptmann (kapitanie), na pożegnanie powiedzieliśmy im jeszcze:
Tu musiałoby przyjechać co najmniej dwadzieścia pięć tysięcy takich pachołków, jeśli chcecie uświadamiać dwudziestu pięciu królewsko-wiernych strzelców rowerowych!”
49
Ich twarze promieniały.
Długim spojrzeniem, pełnym miłości i wdzięczności, ogarnąłem ich wszystkich.
Czym byliście dla mnie przez cały ten ostatni, ciężki czas? Co dawaliście mi każdego dnia — także dzisiaj! Być może dziś wiele dóbr można rozdać, lecz żadne nie jest tak cenne jak wasze zaufanie. W tej epoce zdrady móc dowodzić takimi ludźmi jest największym zaszczytem.
Dzika duma uderzyła mi do głowy.
Dlatego pozostanę na ich czele tak długo… jak długo będę tego chciał.
Tego wieczoru siedzę sam w swoim pokoju. Prowadzę wewnętrzną rozmowę z samym sobą i próbuję w mroku przyszłości odnaleźć drogę, którą powinny mi wskazać przekonanie i obowiązek. Znów jest jak wtedy, w beznadziejnej godzinie zmierzchu przed Köln (Kolonią) — myślę o królu i o jego wiernych jägerach (strzelcach).
Od tamtego czasu minęły tygodnie, a nad wydarzeniami, które rozegrały się 9 listopada w Großes Hauptquartier (Wielkiej Kwaterze Głównej w Spa), wciąż spowija się czarna zasłona.
Dlaczego milczą wszyscy ci, którzy tego dnia występowali na scenie jako działające osoby i współodpowiadali za wielką tragedię? Dlaczego nie odsunie tej zasłony także ten, którego los powołał na strażnika narodu, morza i korony — powierzając mu główną rolę?
Nie rozumiem tego.
Jedno tylko odezwanie się feldmarszałka (Hindenburga) do wiernego mu jeszcze wojska — które wciąż prowadzi, oparte na wieloletnim zaufaniu i wyposażone w całą władzę rozkazodawczą, jaką kiedyś nadał mu cesarz — mogłoby rozwiać wątpliwości i dać broń przeciw oszczerstwom i kłamstwom.
Czekamy na to codziennie. Od tygodni — daremnie.
A tymczasem dzieje się rzecz ostateczna: oddziały frontowe w garnizonach, zgodnie z rozkazem, zostają rozwiązane. Żołnierz, wyrwany z wspólnoty i pozbawiony oparcia, które dawały mu wierność i dyscyplina tej wspólnoty, ginie w morzu obłędu, gdzie rządzą ulica i opinia publiczna.
Nie towarzyszy mu żaden sztandar, pod którym mógłby walczyć dla cesarza — bo nie zna prawdy o tym, co wydarzyło się w Spa. Wielu zaczyna wątpić w sens własnej przysięgi. Niezliczone bogactwo wierności i wiary zostaje zmarnowane.
Drzwi i bramy stoją otworem dla zmyślonych historii i nikczemnych słów.
Tchórzostwo ukrywa się za nazwiskiem starego feldmarszałka, a Soldatenräte (rady żołnierskie) wykorzystują to jako dowód swojej racji bytu.
On — rojalista i pierwszy oficer armii — zostaje przez…
50
…chwiejne postacie tej nędznej epoki wykorzystany jako przykład, jak zmusić ofiarę, by pogodziła się z faktami. Jego własne nazwisko stoi jednak na przeszkodzie temu wyzwalającemu czynowi.
Tak oto na czarnym tle przyszłości zaczyna rysować się przede mną obraz sytuacji — w wielkich, niemal szalonych liniach.
Rozmyślam i szukam odpowiedzi, a w końcu zawsze wracam do punktu wyjścia: co powstrzymuje feldmarszałka przed złożeniem wyjaśnienia, które mogłoby uwolnić tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy ludzi od wątpliwości? Wątpliwości te przecież nie mają nic wspólnego z wiernością królowi ani z przysięgą na sztandar — pojawiają się same i wcale nie były potrzebne.
Gdy jednak po trzech kwartałach roku tajemnica zostaje wreszcie ujawniona, ukazuje się obraz, który wynosi cesarza daleko ponad wszystkich tych, których los powołał jako odpowiedzialnych współuczestników wielkiej tragedii w tej dziejowej chwili.
Ukazuje on ostatniego nosiciela korony Hohenzollernów, zdradzonego przez własnego kanclerza, który za jego plecami w Berlinie ogłosił republikę, stojącego samotnie na swoim posterunku i w beznadziejnej rozpaczy targującego się z dowódcami armii.
Z Grönerem, „nowym człowiekiem na opuszczonym stanowisku Ludendorffa, człowiekiem, który nie zna skrupułów”*, który odmawia cesarzowi wierności jego armii i w tej dla monarchy najcięższej chwili wzrusza tylko ramionami, mówiąc:
„Przysięga na sztandar? Zwierzchnictwo wojenne? To przecież tylko słowa — ostatecznie jedynie idea —!”
Człowiek ten, który zaledwie przed niespełna dwoma tygodniami stanął na tym stanowisku i który ducha oddziałów frontowych tak mało rozumie — co dowodzi jego pojmowanie przysięgi na sztandar i najwyższego wodza — że nie ma ono nic wspólnego z duchem frontu, posuwa się nawet do twierdzenia, iż nawet oddziały z głównej kwatery, słynny batalion szturmowy Rohr**, stały się niewiarygodne.
Obraz ten ukazuje feldmarszałka, który „z ciężkim sercem przyłącza się do opartej na starannym rozważeniu stosunków opinii generała Grönera i zgodnie z obowiązkiem”*** melduje cesarzowi,
„że siły wojskowe do stłumienia rewolucji nie stoją do dyspozycji.”***
Ukazuje on „wielkiego starego…”
Przypisy
* Z: „Wspomnienia następcy tronu”.
** Bezzasadność tego twierdzenia została później wykazana w memoriale batalionu. Pismo to wskazuje m.in., że batalionowi zabroniono użycia broni. H. Niemann: „Rewolucja od góry, przewrót od dołu”.
*** Autentyczne przedstawienie wydarzeń z 9 listopada 1918 r. w Spa (Hindenburg, Ploetz, Hintze, marszałek Schulenburg).
51
Człowiek, który milcząco, głęboko wstrząśnięty, w beznadziejnym milczeniu pozwala, by spełnił się los jego króla i pana, któremu tak długo wiernie i dzielnie służył jako żołnierz*) — ukazuje go jako człowieka, który nie dorósł do wymagań chwili, choć całe narody wierzyły w jego niezachwianą stałość. Chwili tej, którą następca tronu w swoich wspomnieniach opisuje słowami:
„Cesarz szukał oczami spojrzenia feldmarszałka, jak gdyby musiał u niego szukać siły i pomocy w swojej udręce. Lecz tam niczego nie było.”*)
„Sam był tylko cesarz.”*)
Jego kanclerz zdradził Rzeszę wrogom Korony.
Dowództwo marynarki odmówiło mu posłuszeństwa.
Rokowania o zawieszenie broni stały już u progu zakończenia, działania wojenne ustały, droga na front była zamknięta — wojna była skończona.
A przy jego królu nie było żadnego Hagena.
Tak upadło państwo Hohenzollernów. Inaczej niż w pieśni o Nibelungach. Bo brakowało Ludendorffa. Hindenburg rozstał się z nim — a odtąd był tam… Gröner.
Tego wszystkiego nie wiem jeszcze tego wieczoru. Wokół mnie przestrzeń, przede mną czas — wszystko jest ciemne. A we mnie… świeci tylko jedno światło, zupełnie czyste i jasne — wierność moich strzelców.
Lecz wieczór jest długi, a nadmiar wrażeń mnie męczy; męczy mnie dalsze uczestniczenie w tej grze wśród słabeuszy, wśród łajdaków. Czyż wszystko nie jest bez sensu?
Za kilka dni batalion się rozpadnie, moi wierni rozejdą się — każdy tam, gdzie jest jego dom — a ja zostanę sam. Czy chciałem inaczej? Odrzucałem przecież propozycje i plany, by nadal utrzymywać formację w całości.
Bo wiem: to wszystko romantyzm, wojna jest skończona, większość ludzi wraca do domu. Żonaty mężczyzna wraca do swojej rodziny, syn chłopa do gospodarstwa, wielu Górnoślązaków będzie potrzebnych w ciasnej ojczyźnie, bo tam sprawy wyglądają źle.
Prędzej czy później i tak będziemy musieli się rozstać — tak czy inaczej.
Coś nowego musi się wydarzyć — myślę — i jednocześnie widzę drogę.
Tak jak moi strzelcy, pojadę na Boże Narodzenie do matki. Wkrótce po świętach wrócę. Tutaj, w Oels…
*) Z: „Wspomnienia następcy tronu”.
52
…mnie będą oczekiwać moi wierni. Niewielka reszta — tylko młodzi chłopcy, którzy jeszcze nie stracili swoich najlepszych lat, kilku takich, których ojczyzna nie potrzebuje, oraz tacy, którym pokój nie odpowiada.
Z nimi chcę utworzyć nowy oddział, przyjąć ludzi o podobnych przekonaniach i pomaszerować do krajów bałtyckich. Być może także do Polski — czas pokaże.
Najpierw jednak pomaszerujemy daleko od Niemiec, z dala od hańby i zdrady, z dala od dróg, po których pokój wlecze się w wierności i towarzyskości, tak jak w latach na froncie — maszerować, maszerować, aż… znów odnajdziemy wojnę.
Inni zrobią to samo. I pewnego dnia wszyscy się zbierzemy.
Hasłem będzie „Niemcy”, pieśnią bojową „Heil Kaiser Dir” (Chwała cesarzowi!). Wrócimy marszem do ojczyzny, a wszyscy towarzysze polegli na wojnie będą towarzyszyć naszemu marszowi.
53