ENTER:92.01
Wszystko (no, może prawie wszystko) jest względne. Greta Garbo do dziś rzuca na kolana, swą nobliwą urodą i elegancją, każdego Europejczyka płci męskiej, choć dla Papuasa może być czymś nie do przyjęcia. Rozciągnięte uszy towarzyszki życia tegoż człowieka, przyprawiające go o szaleństwo, nam z kolei wydają się cokolwiek odpychające.
Proszę wybaczyć ten nieco frywolny przykład, ale bardzo sugestywnie obrazuje on względność ocen. Przechodząc już do interesującej nas sprawy, pragnąłbym podważyć w jakimś stopniu przyjęte dość powszechnie obyczaje, polegające na autorytatywnym klasyfikowaniu programów komputerowych według ich "dobroci" (w domyśle -- stopnia skomplikowania, czy też inaczej, ilości dostępnych opcji). Cóż to jest bowiem dobry program? Sam niekiedy grzeszę, wypowiadając następujące zdanie: "ten edytor (TAG, Word, QR-Tekst, WordPerfect...) jest najlepszy". Otóż jest to, gdyby się dobrze zastanowić, bezmyślne przenoszenie kryteriów powstałych w odmiennych warunkach. Powinno się raczej powiedzieć: "zakładając takie to, a takie warunki stwierdzamy, że ten konkretny program jest najlepszy". Czyli inaczej mówiąc hic et nunc, tu i teraz, spełnia on w największym stopniu wymagania konkretnego użytkownika, a zatem jest dla niego najlepszy.
Przyzwyczailiśmy się oceniać oprogramowanie, w dużej mierze dzięki artykułom prasowym i reklamom dystrybutorów, na podstawie kryteriów powstałych na Zachodzie, gdzie warunki są w znacznym stopniu odmienne (czytaj: lepsze -- jeśli za wyznacznik przyjąć poziom techniczny i ekonomiczny) od naszych. Na świecie panuje na przykład dość powszechna opinia, że edytor WordPerfect jest najdoskonalszym reprezentantem tej klasy software'u. Co do jednego można się zgodzić bez wahania -- jest najbardziej rozbudowany, ma znakomite możliwości formatowania dokumentów i bardzo wiele opcji wspomagających w wyrafinowany sposób edycję tekstu. Przyjrzyjmy się jednak sprawie nieco bliżej.
Użytkownicy, jak wiadomo, bywają różni. Znakomity uczony, profesor Edward Lipiński mawiał: "Jaka jest różnica między mną, a panną Madzią z Gminnej Spółdzielni? Ja jestem ekonomistą, a panna Madzia jest starszym ekonomistą". Powszechnie wiadomo jednak, że między Profesorem, a rzeczoną urzędniczką, istniała przepaść - i co do wiedzy, i co do intelektu. A faktu tego nie mogły zmienić najpiękniejsze nawet nogi panny Madzi. Podobną paralelę można z powodzeniem zastosować i w naszym przypadku. Zasiadająca do biurka sekretarka, której szef zlecił napisanie listu do innej firmy, ma z całą pewnością stosunkowo niewielkie wymagania wobec programu, który jej w tym pomoże. Naukowiec, który napisał książkę, i pragnie ją wydrukować w jakiejś firmie wydawniczej, może chcieć dostarczyć ją, aby zmniejszyć do minimum koszty wydania, już w postaci sformatowanego elegancko pliku, czy może nawet laserowego wydruku, co zakłada jednak dość znaczną wiedzę o programie komputerowym. Między tymi dwoma skrajnymi przypadkami mieści się cała gama pośrednich sytuacji, które wymagać mogą bardzo zróżnicowanego podejścia.
Słyszymy często "cały świat przesiada się do środowiska Windows" (i korzysta tym samym w coraz większej mierze z pracujących w nim edytorów). Wypada więc zadać sobie pytanie "jaki świat?". Odpowiedź jest prosta. Świat zamożny -- Zachód i enklawy nowoczesności i bogactwa w innych krajach. A gdy uświadomimy sobie fakt, że te wspaniałe "okna" wymagają nominalnie komputera AT, a tak naprawdę nie ma sensu z nich korzystać, jeśli nie dysponuje się przynajmniej komputerem 386SX i 4 megabajtami pamięci operacyjnej, to okazuje się, że "świat" niepomiernie się kurczy. Cóż nam przyjdzie z zalet wspaniałych i zaawansowanych aplikacji, pracujących w otoczeniu Windows, gdy przewinięcie strony w edytorze, czy przeformatowanie danych w arkuszu ciągnie się niemiłosiernie długo, rabując nasz cenny czas. Prawda jest zresztą jeszcze bardziej skomplikowana -- nawet w USA udział maszyn korzystających w codziennej pracy z Windows nie przekracza w chwili obecnej 11%, gdy rok temu planowano 28%.
A sprawa polskich liter. Tak cenione zachodnie edytory zazwyczaj ich nie mają. Ma je WordPerfect, ale wydruk w trybie graficznym jest prawdziwą udręką, choć jeśli dysponujemy drukarką z przerobionym EPROM-em, można skłonić edytor, aby wykorzystywał właśnie znaki z drukarki, a nie swoje własne. Na ekranie, w trybie tekstowym, znaki WordPerfecta dostępne są dla kart EGA/VGA, których ze zrozumiałych względów jest u nas ciągle mało. Czyż nie prościej w tym momencie, zamiast szukać nakładek, skorzystać z oryginalnego polskiego edytora, dla którego polskie znaki są czymś normalnym i oczywistym? MiniTag okazuje się więc tutaj lepszy od Worda?!
Jedźmy dalej. Sortowanie -- cenna i wcale nie tak rzadko wykorzystywana opcja. Wspaniale rozwiązuje ten problem WordPerfect, sortując bardzo szybko nawet duże pliki i wykorzystując skomplikowane kryteria. Cóż z tego, skoro wersja angielskojęzyczna błędnie interpretuje w tym momencie polskie znaki. Wykorzystajmy więc w tym celu polski edytor. Wprawdzie każdy znany mi polski produkt natychmiast dławi się kilkoma tysiącami haseł słownika (sprawdziłem!), ale sortuje oczywiście poprawnie według polskiego alfabetu. Co więc zadecyduje o wyborze? Oczywiście obecność polskiego spellera, nawet okupiona wielokrotnym powtarzaniem sortowania, które na przykład w Pelikanie trwa bardzo długo, ale przy odrobinie uporu doprowadza do szczęśliwego końca.
Weźmy na warsztat poprawność ortograficzną. Każdy przyzwoity edytor powinien udostępniać tę ważną opcję. Zachodnie programy nie mają polskich słowników, choć niektóre pozwalają uzupełniać swoje własne słowniki o nowe wyrazy. WordPerfect dla przykładu akceptuje w pełni polskie znaki, ale stworzenie słownika na własną rękę jest szalenie prachłonne. W dodatku język polski jest ogromnie skomplikowany deklinacyjnie i koniugacyjnie, co mnoży nieprzytomnie zasoby takiego zbioru (głowa, głowy, głowie...). Takie rozwiązanie należy jednak odłożyć na półkę i skorzystać z rodzimych spellerów, które w TAG-u, czy QR-Tekście sięgają 100 tysięcy haseł, a poza tym rozwiązują problem odpowiednich algorytmów, co ratuje przed nadmiernym rozrostem pliku. Nawiasem mówiąc nie jest przypadkiem, że sprawę budowy spell-checkera w spolszczanym właśnie WordPerfekcie korporacja powierzyła... Rosjanom, którzy rozwiązali już sprawę algorytmu dla swojego języka i mogą gotowe schematy udostępnić także i nam. Bez słownika ortograficznego nie sposób sobie wyobrazić normalną pracę z edytorem, a więc kolejny plus, jak na razie, dla polskich edytorów.
Problem menu i helpu. Na początku komputerami osobistymi zajmowali się głównie ludzie bardziej wykształceni, mający lepszą, czy gorszą, znajomość angielskiego. Od momentu, gdy stanowisko pracy w biurze zaczyna być już standardowo wyposażane w komputer, pojawia się problem czytelności wykorzystywanego oprogramowania. Nie ma co liczyć w tym względzie na nadmierną wiedzę, inteligencję czy domyślność przeciętnego użytkownika takiego narzędzia. Smutne przykłady "oszołomowego" myślenia ludzi przyniosła nam praktyka polityczna ostatnich parunastu miesięcy. Gdy miłościwie panujący nam Lew obiecał narodowi, że po wygranych wyborach każdy otrzyma po sto milionów w postaci akcji prywatyzowanego majątku narodowego, rozżalone łódzkie prządki pytały już wkrótce, dlaczego jeszcze nie dostały tej gotówki. Zapytacie Państwo skąd im to przyszło do głowy. Ano stąd, że ludzie na ogół nie myślą racjonalnie, lecz życzeniowo. Sto milionów? To przecież 100 banknotów o odpowiednim nominale! Niestety, stan wiedzy, świadomości i inteligencji przeciętnego człowieka jest właśnie taki, i trzeba się z tym liczyć, proponując mu coś odmiennego od jego dotychczasowych doświadczeń.
Mimo iż nie lubię polskiej terminologii w programach -- ileż to czasu zabrało mi kiedyś przyzwyczajenie się do menu Pelikana! -- i lubię sobie pożartować z proponowanych terminów, rozumiem jej konieczność jako rozwiązania na skalę masową. Średnio wykształcona sekretarka nie ma żadnego obowiązku znać angielskojęzycznej terminologii komputerowej. Powinna dostać narzędzie, które będzie dostosowane do jej możliwości, przede wszystkim językowo. Rozumieją to w coraz większym stopniu także zachodnie firmy, podejmujące współpracę z polskimi przedsiębiorstwami w celu spolszczania zachodnich programów (dBase, WordPerfect, AmiPro, Lotus), gdyż na "skalę masową" problem polskiej terminologii jest sprawą kluczową, decydującą o wyborze.
Zagadnienie formatowania tekstu. Zaawansowany edytor, pracujący w trybie tekstowym, daje wiele możliwości w tym względzie. Cóż z tego, skoro tylko część z nich jest uwidoczniona bezpośrednio na ekranie, a wiele elementów wprowadzanych jest niejako "na ślepo". Stosunkowo łatwo jest tutaj poradzić sobie w WordPerfekcie, który daje dobry jakościowo podgląd graficzny, uwidaczniający precyzyjnie, w kilku stopniach przybliżenia, kroje i atrybuty pisma, rozłożenie tekstu na stronie, wprowadzoną grafikę i semigrafikę itp. Znacznie gorzej rozwiązują ten problem Word 5.0, lub TAG (ten ostatni w zakresie samej grafiki), a większość edytorów w ogóle nie posiada takich możliwości. Edytory graficzne z kolei są bardziej przejrzyste dla osób niedoświadczonych, pozwalając na bezpośredni ogląd wszystkich wprowadzanych elementów formatujących. Z najbardziej znanych wymienić tu można TAG-a i ChiWritera. I znowu kłania się problem konkretnych potrzeb użytkownika, decydujący o ostatecznym wyborze.
Nie chciałbym oczywiście stworzyć wrażenia, że nie istnieją obiektywne sprawdziany sprawności poszczególnych programów. Stosunkowo łatwo przecież przeprowadzić dokładne badanie zakresu opcji, szybkości ich działania, czy łatwości obsługi (przeprowadzimy taki test i opublikujemy wyniki). Można stwierdzić, że na przykład edytor pracujący pod Windows (AmiPro, WinPerfect) potrzebuje 1 MB pamięci, a QR-Tekst, PCWrite czy WordPerfect 512 KB. TAG, QR-Tekst, WordPerfect mają opcję korespondencji seryjnej, a nie ma jej np. ChiWriter 4.0. Objętość redagowanego tekstu ograniczona jest w ChiWriterze do wielkości RAM, w PCWrite do 64 KB, w WS 6.0 wynosi ona 8 MB, a w AmiPro, czy WordPerfekcie jest teoretycznie nieograniczona. Część edytorów posługuje się myszką, inne są jej pozbawione. Jedne edytory kosztują w Polsce kilkaset tysięcy złotych, inne kilka milionów, a taki na przykład PCWrite jest rozpowszechniany w ramach shareware.
I w tym sensie można powiedzieć, że pod pewnymi względami konkretny edytor jest lepszy od innych -- szybszy, łatwiejszy, tańszy, albo dający więcej możliwości. Ja sam, mając duże wymagania w zakresie redagowania i drukowania tekstów, wykorzystuję DOS-owską wersję WordPerfecta. Chętnie przesiadłbym się na Winperfecta, który zachowuje zalety wersji tekstowej, a wzbogacony jest dodatkowo o wszystkie korzyści płynące z graficznego środowiska Windows (np. bezpośrednia współpraca z Corelem i Paintbrushem, za pośrednictwem Clipboardu, drivery drukarek Windows, WYSIWYG i inne fajerwerki), ale sprzęt którym dysponuję jest absolutnie niewystarczający do takiej pracy. Większe możliwości zostałyby okupione znacznym spowolnieniem pracy, stawiającym w ogóle pod znakiem zapytania sensowność całego przedsięwzięcia. A więc który program jest lepszy? W konkretnych warunkach, tu i teraz, wolę wersję dla DOS. I mam przy tym szczęście, że moja znajomość angielskiego jest wystarczająca, aby móc skorzystać z edytora, który obiektywnie daje większe możliwości redagowania niż dostępne polskie edytory, wśród których są programy bardzo dobre, ale nie odpowiadające mojemu zapotrzebowaniu.
Nie sposób zatem w jednoznaczny i precyzyjny sposób określić, który program jest najlepszy. Wszelkie oceny oparte na popularności, mierzonej udziałem na rynku, czy zaawansowaniu opcji, utożsamianemu automatycznie z jakością edytora, bywają zawodne, a czasem wręcz bałamutne, gdy wybór decyduje się tu i teraz...
W tym miejscu przypomina się stara anegdota, opowiadana w środowisku palestry, dobrze obrazująca ten problem. Oskarżono kiedyś człowieka, jeszcze w latach stalinowskich, o pobicie wiejskiego kapusia. Prokurator, w oskarżycielskim ferworze, powołał się w swej mowie na Marksa, Lenina, Andrieja Wyszyńskiego (dla młodszych czytelników: prokurator generalny w ojczyźnie światowego proletariatu), miażdżąc i rozbijając w swym zamyśle obronę w puch i pył. Tymczasem stary i mądry mecenas Kon, który nie bał się niczego i nikogo oprócz swego Boga, zareplikował następująco: "a ja powołuję się na obywatela Kozę, naocznego świadka wydarzenia, który twierdzi, że sprawa wyglądała całkiem inaczej". No i cóż mamy w tym miejscu. Wszyscy święci komunistyczni na jednej szali wagi, a świadek Koza na drugiej. Ten syndrom tu-i-teraźniejszości uratował wówczas głowę nieszczęsnego podsądnego, a dziś decyduje zapewne nieraz o rynkowych wyborach, o tym, że w konkretnych warunkach klient zdecyduje się na kupienie np. miniTaga, a nie 20-krotnie większego (i 70-krotnie droższego) WordPerfecta. To samo zresztą odnosi się do każdej innej klasy oprogramowania, a edytory stanowią tu tylko egzemplifikację szerszego problemu.
Zresztą czy to źle; różnorodność jest sympatyczna i kolorowa, a wszyscy mamy dość chodzenia w jednakowych mundurkach.