ENTER:94.03
Od dłuższego czasu zastanawiam się nad stanem komputerowej świadomości przeciętnego Polaka i czasem żałuję, że do tej pory żadna pracownia socjologiczna nie zajęła się tym niewątpliwie ciekawym tematem.
Nasza redakcja, dziesiątki tysięcy czytelników czy wreszcie drugie tyle osób zaangażowanych w komputeryzację kraju, znajdują się w samym centrum wydarzeń i żyją w większym czy mniejszym stopniu tym wszystkim, co się dzieje na informatycznej niwie, nieraz nawet kosztem "szlachetniejszych" zajęć. Ich z całą pewnością nie trzeba przekonywać do uroku pracy z komputerem.
Tymczasem liczba sprzedanych w Polsce maszyn sięgnęła już ostatnio, gdyby przyjąć publikowane tu i ówdzie szacunki, jakichś 800 tys. sztuk, z czego prawdopodobnie znakomita większość jeszcze funkcjonuje, nawet najstarsze XT, hołubione i pieszczone przez właścicieli. W roku 1993 nastąpił przyrost o jakieś 150 tysięcy komputerów, w 1994 przynajmniej 200 tysięcy. Nie będzie chyba przesadnym optymizmem przyjęcie stałej tendencji wzrostowej, biorąc pod uwagę stosunkowo jeszcze niskie nasycenie techniką komputerową gospodarstw domowych i instytucji. Już teraz z komputerem styka się na co dzień w domu i w pracy przynajmniej milion osób, a do tego trzeba jeszcze doliczyć nieokreśloną liczbę uczniów, którzy po prostu terminują w lepszych czy gorszych warunkach, oswajając się w ramach zajęć z informatyki z komputerem i drukarką.
W dość typowy sposób reagują na Nowe pokolenia średnie i starsze, co wnoszę z wyrywkowych sondaży wśród swoich znajomych. Jedni z niecierpliwością oczekują emerytury, na której nic im już nie będzie "zagrażać", inni, przykurczeni oczekują zachodzących zmian, zakładając z góry swoją całkowitą bezradność wobec maszyny, a jeszcze inni z entuzjazmem rzucają się na klawiaturę, czerpiąc pełnymi garściami z możliwości stwarzanych przez informatykę.
Nie da się tutaj określić żadnych sensownych prawidłowości, wiążących się z wykształceniem, stopniem inteligencji czy wiekiem. Jeden profesor, zatopiony w szpargałach i swoich fiszkach, traktuje komputer jako dopust boży i narzędzie szatana, podczas gdy drugi, nieprzytomny z emocji, wybiera za pośrednictwem sieci dane z amerykańskiego uniwersytetu. Jedna urzędniczka z trudem potrafi uruchomić edytor i pogubi się kompletnie po pierwszym nietypowym komunikacie, gdy druga po paru tygodniach pracy nie spojrzy nawet na wysłużoną maszynę do pisania. Nie mam najmniejszego pojęcia, jak układają się te proporcje, poza dość banalnym stwierdzeniem, że jest właśnie tak.
Jest rzeczą oczywistą, że do poznania nowego narzędzia najbardziej motywuje czerpana z niego korzyść. Być może dopiero skorzystanie ze słownika ortograficznego w edytorze i możność eleganckiego sformatowania redagowanego listu, albo szybkie znalezienie kilkudziesięciu rekordów w bazie danych, spełniających zadane warunki, czy wreszcie bezproblemowe wykonanie jakichś skomplikowanych rachunków za pomocą arkusza, otworzy oczy na ewidentne zalety komputera. Potencjalnego, a nieprzekonanego jeszcze użytkownika pociągnie łatwość i bezbłędność pracy, szybkość działania, efektowna strona graficzna, dostęp do nieosiągalnej praktycznie w inny sposób informacji. A już z pewnością zafascynują go multimedialne możliwości coraz większej liczby programów biurowych, które uczynią pracę po prostu atrakcyjną.
Zanim na rynku pracy zaistnieją masowo nowe generacje, wychowane już przez szkołę i oswojone z komputerem, miną lata. Przez dłuższy czas jednym z najważniejszych problemów będzie przekonanie kilku milionów osób, aby nie omijały z daleka stojącej w miejscu pracy maszyny. Prawdopodobnie technika i finansowe możliwości przedsiębiorstw i instytucji wyprzedzą nieco świadomość pokoleń wychowywanych przez dziesięciolecia w zgrzebnych warunkach technicznych, ale może to tylko kwestia czasu. Taką mam przynajmniej nadzieję.