ENTER:95.06
W większości z nas tkwi głęboko zakodowana potrzeba zaistnienia, wyróżnienia się w jakiś sposób, wystawienia palca z tłumu i zakrzyknięcia "tu jestem, Panie Boże". Osobnicy, którzy usiłują przemknąć się cichcem przez życie, stanowią tutaj jakąś dziwaczną mniejszość.
Tradycję mamy pod tym względem, i owszem, dość bogatą, żeby wspomnieć choćby Herostratesa, któremu do dziś nie mogę wybaczyć spalenia paru cennych dokumentów. Przykład to mało budujący - już wolę te gromadki ludzi, którzy niby to przypadkowo podstawiają swoje fizjonomie pod kamerę w trakcie codziennej, ulicznej krzątaniny reporterów Dziennika Telewizyjnego, przepraszam, Wiadomości ("Co Pan sądzi o istocie wszechrzeczy? - Panie redaktorze, ja jestem nietutejszy"). Zawszeć to będzie można do końca życia opowiadać wnukom, że dziadka kiedyś telewizja pokazywała (muszę się pochwalić: o mnie też pisali w książce... telefonicznej).
W filmie "Dwunastu gniewnych ludzi", jednym z najpiękniejszych i najmądrzejrzych obrazów filmowych w dziejach światowej kinematografii (mógłbym ten film oglądać przynajmniej raz w roku), Henry Fonda, jako sędzia przysięgły rozpoczyna walkę o prawdę, stając przeciw pozostałym jedenastu sędziom, a właściwie przeciw uprzedzeniom i ludzkiej głupocie. Obciążające zeznania pewnego starszego człowieka zostają w trakcie pasjonującego sporu uznane za niewiarygodne, a konfabulacja wytłumaczona chęcią publicznego zaistnienia ("to ja widziałem mordercę!") pod koniec szarego, cichego, biednego i całkiem banalnego życia.
Tą samą chyba potrzebą wyróżnienia się z tłumu można tłumaczyć produkowanie wirusów komputerowych (współcześni Herostratesi?) czy pisanie książek, nie mających najmniejszych szans na akceptację w żadnym szanującym się wydawnictwie. Sami kiedyś otrzymaliśmy propozycję wydania zbioru poezji, o tematyce zgoła nie komputerowej - można spróbować, a nuż wezmą? Gdy pracowałem kilka lat temu w bibliotece uniwersyteckiej, miałem od czasu do czasu do czynienia z niespełnionymi, głodnymi aprobaty "pisarzami", którzy własnym sumptem produkowali zbiorki poezji czy opowiadań, wydając na to oszczędności połowy życia. Przynosili później kilka egzemplarzy do BUW - w końcu mieliśmy tam egzemplarz obowiązkowy - i w jakiś czas potem starannie kontrolowali, czy ich opus figuruje już w bibliotecznym katalogu, ku pożytkowi potomności i własnemu spełnieniu.
Wspaniałą okazję zaistnienia stwarzają rozległe sieci komputerowe. Ich logiczna i fizyczna konstrukcja jest wprost idealną platformą do publicznego wykrzyczenia swoich prawd i przekonań. Nie ma się co łudzić, że znajdziemy tam wyłącznie treści zbożne, pozytywistyczne czy szlachetne, jak choćby litanię krzywd indiańskich powstańców z Chiapas. Podejrzewam, a mamy już tego liczne dowody, że światowe fora staną się także okazją do szerzenia głupoty, propagandy i prawd objawionych, gdyż wariatów i różnej maści małych i większych tyranów nigdzie nie brakuje, nawet w kwitnących demokracjach. W końcu do dzisiaj wierni słudzy Wielkiego Wodza szerzą gdzie się da nauczanie o nieuchronnym zwycięstwie światowej rewolucji, a "socialismo o muerte" jest wciąż obowiązującą "fideologią" wyspy jak wulkan gorącej. Czemu nie wykorzystać w tym celu nowoczesnej techniki, nawet jeśli miałby to być jedyny wkład tych światłych władców w rozwój globalnej wioski? A jakich niespodzianek dostarczy nam jeszcze wojujący islam, dla którego życie jest jedynie częścią wiary, walka z niewiernymi przepustką do wiecznej szczęśliwości, a każde użyte środki uzasadnione wyższymi celami? Jakaż to będzie przyjemność, Web w Web z Saddamem!
A i tak, kto z nas będzie pamiętany za dwieście, pięćset, czy dwa tysiące lat? Nawet Einstein i Hawking staną się kiedyś jedynie epizodami, wymienianymi w najbardziej sumiennych podręcznikach historii nauki, jako i my pamiętamy Talesa z Miletu i Archimedesa z Syrakuz. By the way, a kto jest autorem twierdzenia Pitagorasa?