Dzień 1.
Ruszamy z Franklinem ku Nieznanemu. Na szczęście wierny Dniepr jest z nami. Tylko jego piękno przewyższa jego niezawodność. Zapakowany tylko niezbędnymi bagażami radośnie dudni po tarnowskich ulicach. Jak zwykle Siekiera żegna nas czule. Jedziemy raźnie ku Myślenicom, poprawiając humory całej rzeszy kierowców.
Nasz dzielny rus traci nieco werwy na góreczkach, w czym wydatnie pomaga mu uwięziona pod wózem zapasowa opona żużlowa. Poprawiamy oponkę, Franklin robi pierwsze modyfikacje układu chłodzenia i walimy na Bielsko. Posilamy się w Cieszynie wchlebkużurkiem i rozpalamy Dniestra długo i dokładnie.
"MATKO JEDYNA, UDAŁO SIĘ OSIĄGNĄĆ CZECHY!" - wrzeszczę w myślach.
Wpadamy na autostradę. Pogoda dopisuje. Za wielką szybą w wózku i na skórach baranich czuję się błogo i cudownie...
Franklin pewnie prowadzi maszynę, wyprzedzamy kolejne ciężarówki. Zganiamy samochody na prawy pas. Osiągamy ponad 150 km/h. Franklin włącza dopalacz. Dniepr zaczyna frunąć...
I nagle budzę się, trącony łokciem Franklina w kachol. :) Wszystko w normie, płyniemy po czeskim highway-u , tiry chwilowo zasysają nas w swój kilwasser i znikają na horyzoncie. Dobijamy do Brna, nieco się gubimy. Rus strzela przy popuszczeniu szpuli, więc idziemy pełnym ogniem. Na rogatkach północnych znajdujemy hotel Fontana. Kimono.
Dzień 2.
Rano rozpał długi ,ale skuteczny.
Uwalniamy wydech - silnik jest mocno doprężony , więc szkoda gubić osiągi tłumikami.
Ruszamy. Nagle , jak spod ziemi na naszej drodze wyrastają światła skrzyżowania i hamujące samochody. Pierwsze awaryjne hamowanie. Franklin staje na tylnym heblu, ściska zębami klamę przedniego opóźniacza, wyrzucam spadochron i kotwicę. Na próżno. "Top Gun" zręcznym ruchem wprowadza maszynę na trawnik poprzez 15 centymetrowy krawężnik i parkujemy równolegle do naszej ofiary.
Szukając drogi zwiedzamy okolicę.
Franklin "Top Gun"
Prujemy jak opętani południem Czech.
Gdy przebijamy się przez stratosferę odpada cewka. Franklin ją modyfikuje.
Dokujemy na spokojnej stacji Czeskie Budzejowice. Franklinek modyfikuje gaźniki i poprawia zawory lewego kotła.
Dzielna policyjna drużyna patrolowa wypala koło nas karton fajek. W tym czasie przypadkowo stoję między nimi a naszym przednim kołem pełnym skandynawskich kolców. Odpalamy na pycha Cygana w Skodzie, następnie Franklina na Dnieprze.
Lecimy ku Bawarii. Zaczynają się podjazdy. Dniepr osiąga w końcu temperaturę pracy.
Odpalamy na pycha. Oooo nie mamy większości tylnych świateł i trąbika. Zjeżdżamy z przełęczy po ciemku i szukamy chochlika w okablowaniu. Wypędzamy go i walimy ku naszym braciom Niemcom. Zaczyna się książkowa śnieżyca. Kolejna przełęcz pokryta 15 centymetrami śniegu. Tiry nie dają rady podjechać. Dniepr idzie jak zły. Ruska kostka na tyle pokazuje pazury. W połowie wzniesienia smok dopija ostatni łyk wachy. Zawracamy ku stacji.
Wjeżdżamy do Niemiec. Na jednym ostrym zakręcie robimy rekonesans krajobrazu. Zamiast śniegu pojawia się deszcz. Trochę źle skręcamy i musimy wrócić na właściwą drogę. Nasz bolid na skrzyżowaniu wystrzeliwuje do przodu jak kuna. Dużo szybciej niż wyczynowe Audi Quatrro ruszające przed nami. Awaryjne hamowanie numer 2. Franklin zaciska heble jak może, nie zdążam wyrzuć kotwic i .... BUM. Pęknięte światło i nieco wgniecony zderzak audicy nie psują odwiecznych, dobrych relacji polsko-niemieckich. Nasz nowy kolega wskazuje nam drogę i życzy szczęścia. Dolewamy litrę oleum i można pruć dalej. Walimy w kimę w uroczym hoteliku.
Dzień 3.
Przygotowujemy rusłana do startu. Z prawej nadjeżdża nasza wczorajsza ofiara. Prowadzi całą kawalkadę Audików Quatrro. Z lewej wypada ślizgiem zza zakrętu szalony Czech Jawą 250 z koszem. Uspokaja lot, pozdrawia i pełną pytą atakuje wzniesienie. Z prawej nadjeżdża ekip długobrodych Czechów i zapytuje o drogę. Czas osiągnąć cel. Pojawiają się pierwsze motocykle, trochę błądzimy i jeeeest.
Zaczarowana uliczka.
Nagrane kalkulatorem.
Idealnie tu pasujemy więc ładujemy się na teren.
Spotykamy Piwersów - oto ich film dokumentalno-przyrodniczy
Jest idealnie, odbrobina błota nadaje smaczku.
Urzeka niemiecki porządek i ład.
Santa
Drakula podjechał Jaskółą.
Jedyny z niesprawnym żyroskopem.
Z taka stolnicą można wszytko.
Przechadzamy się w błotku zlotku, chłoniemy atmosferę. Sąsiedzi strzelają z armaty gazetami. Cudownie.
Nadchodzi wieczór. Wszyscy rozniecają ogień.
Pieczemy mięsiwo i pakujemy się do igloo.
W nocy zsuwający się z namiotu śnieg szura złowrogo.
Dzień 4.
Poranek rześki.
Powoli się zbieramy. Zapalanie odbywa się poprzez karkołomny zjazd błotnistą drogą. Franklin jest w pełni skoncentrowany i daje z siebie wszystko.
Okrzyki radości publiczności. Dostajemy tez dwie świece na drogę, od niemieckich pilotów Rusłanów. Świec ci u nas dostatek, ale i te przyjmiemy, bo nasze raczy za długi gwint majom.
Lecimy ku Czechom.
Dobry , świeży śnieżek.
Po drodze Franklin uskutecznia kilka regulacji.
Buran dostaje takich skrzydeł, że dopiero dźwięk ciągniętej za wózem przenośnej, turystycznej ławy biesiadnej zwraca naszą uwagę na brak połowy bagażu.
Znajdujemy część betów. Resztą podzielą się bracia Czesi.
Przed Czeskimi Budziejowicach, tracimy częściowo ciąg. Franklin wygasza lewy reaktor. Mkniemy tylko połową ognia. W czasie jazdy dostaję od Franklina odpadające elementy układu ssącego. Tracimy moc. Czas szukać zacisznej przystani. Dniepr ostatkiem sił dowozi nas pod eleganckie ubytovanie. Dzwonimy do Houston, bo mamy problem. Idziemy do knajpy "U Kasztanu" i czekamy na ekipę ratunkową - naszego niezawodnego Pręta.
Dzień 5.
Przybywa kawaleria. Mkniemy ku Galicji. Pod Austerlitz posilamy się. Następnej zimy kolejna szarża!