18.12.2025
W dzisiejszych czasach wielu młodych ludzi czuje się samotnie. Może to wynikać z wielu powodów, a jednym z nich jest brak akceptacji samego siebie. Jak mamy pokochać innych ludzi lub świat, który nas otacza, gdy nie potrafimy kochać siebie? Samoakceptacja staje się trudna dla każdego, ponieważ ilość kompleksów, z jakimi się zmagamy, jest ogromna.
Młodzi ludzie chcą odkrywać świat, są pełni marzeń i pragną być idealni. Dlatego właśnie porównują się do każdego wokół siebie. Nie doceniają tego, kim są, lecz na siłę próbują być kimś innym. Takie udawanie nigdy nie wyjdzie dobrze, ponieważ nie potrafimy długo okłamywać samych siebie, a zakładanie różnych masek każdego dnia nie jest dobrym pomysłem.
Współczesny świat, w którym towarzyszą nam media społecznościowe, nie pomaga w akceptacji samego siebie. Zdjęcia lub filmy ludzi, które widzimy w internecie, mogą być przekłamane. Wtedy okłamywane są dwie strony. Osoba wstawiająca swoje zdjęcia, na przykład z filtrami, może wprowadzić osobę oglądającą w wiele kompleksów, ale ona sama również może z czasem przestać akceptować siebie, gdy w lustrze nie zobaczy tego samego odbicia co w telefonie.
Warto pamiętać, że każdy człowiek jest inny i to właśnie ta różnorodność czyni świat ciekawym. Nauka akceptacji samego siebie to długi proces, który wymaga cierpliwości i zrozumienia. Jednak dopiero wtedy, gdy zaakceptujemy swoje wady i zalety, możemy poczuć się naprawdę szczęśliwi i pewni siebie.
Mabi
17.12.2025
Czym tak naprawdę jest przemijanie?
Kolejnym promieniem słonecznym uderzającym rano w szybę po cichej i spokojnej nocy, podczas której nie zmrużyliśmy oka?
Pustką drzemiącą w nas po wydarzeniu, na które tak bardzo czekaliśmy?
Ostatnim dniem szkoły?
Czy „przeminąć” oznacza zniknąć?
Stwierdzenie, że coś przeminęło, brzmi tak, jakby towarzyszące temu uczucie miało już nigdy do nas nie wrócić. Ale dlaczego? Przecież mogę znów czekać na kolejne wydarzenie, mogę nie spać całą noc tylko po to, aby zobaczyć wschód słońca. Tylko że to już nie będzie to samo. To będzie inny wschód, inne wydarzenie, inny dzień.
Może właśnie na tym polega przemijanie — na cichej zgodzie, że chwile nie chcą się powtarzać. Że każda z nich zostawia po sobie drobny ślad, tak jak palce pozostawiają odcisk na zaparowanej szybie. Znika on z czasem, ale przecież wiemy, że tam był.
I choć nie możemy zatrzymać niczego na zawsze, możemy nauczyć się kochać te krótkie momenty tak, jakby były jedynymi, jakie dostaliśmy. Bo może właśnie takimi są.
echo
86 400 sekund
02.12.2025
Doba ma osiemdziesiąt sześć tysięcy czterysta sekund. Liczba jest duża, co nie? Większość teraz pomyśli, że wszystkie te sekundy wystarczą na wszystko w dniu osoby, która ciągle jest zajęta.
Serio. Ciągle.
W domu mam trzy różne kalendarze, jeden, który trzyma moja mama, w razie „w”, jeden mój, w którym prawie nigdy nie jest pusto i ścienny, który podobnie jak poprzedni nie jest pusty. No i jeszcze jeden w telefonie, ale o nim ciągle zapominam.
Chyba każdy zna jedną taką osobę, która wydaje się, że ma zaplanowane całe życie. Każdy jeden dzień jest przepełniony czymś nowym, konkursy, wycieczki, zajęcia, a do tego szkoła… Gdzie tu znaleźć czas dla siebie na odpoczynek? Dlaczego moim zdaniem taki tryb życia nie jest zawsze zły, a jakie są jego skutki?
Policzmy przeciętny dzień takiej mnie.
Poobliczajmy trochę, matematyka nigdy nie zaszkodzi nikomu. Od tych wszystkich sekund odejmijmy średnią mojego snu – około sześć godzin – wychodzi nam sześćdziesiąt cztery tysiące osiemset sekund.
Ojejku, znowu duże liczby.
Kolejne osiem godzin spędzonych w szkole. Zostaje równo trzydzieści sześć tysięcy sekund.
Godzina z domu i z powrotem. Trzydzieści dwa tysiące czterysta.
Godzina na posiłki. Dwadzieścia osiem tysięcy osiemset.
Schodzimy w końcu w dół.
Zajęcia dodatkowe, najczęściej do dwóch godzin (choć zdarza się dłużej, ale bądźmy realistami i liczmy jak najmniej, nie wiem jak was, ale mnie już głowa zaczyna boleć od tych wszystkich liczb…). Dwadzieścia jeden tysięcy sześćset sekund.
Codzienna nauka, bo jednak nie chcemy nie zdać klasy, wynosi około kolejne dwie godzinki. Czternaście tysięcy czterysta sekund.
Musicie też o mnie coś wiedzieć… Nie zawsze łapię wszystkie sześć godzin snu, więc lubię zrobić sobie drzemkę, czy zaliczamy to jako relaks? Jasne, czemu nie, chociaż może zostawmy te przemyślenia na później. Półtorej godzinki odchodzi. Dziewięć tysięcy sekund.
Och, w końcu ostatni punkt na mojej liście… Coś co codziennie mi wypada, nie ważne czy to spotkanie dotyczące moich zajęć, czy znowu więcej dodatkowych zajęć, które wręcz uwielbiam czy ostatecznie nauka na jakiś konkurs, odejmijmy ostatnie dwie godziny…
Zostaje nam tysiąc osiemset sekund do dyspozycji. Zaczynaliśmy od 24 godzin, kończymy na pół godzinie.
No i super, policzyłam, obliczyłam, ale co z tego? To z tego, że z tak napiętego życia są plusy i minusy. Zawsze wszędzie dojdziemy do jakiś konsekwencji.
Od zawsze mówię, że nie mam, jak nudzić się, to prawda, dodatkowo z tak szybkim tempem życia nie ma szans, że będę zamykała się w swojej własnej głowie na więcej niż pół godziny, nie myślę zbyt dużo poza moim grafikiem, nie mam czasu myśleć o wczoraj czy jutrze, skupiam się na tym co jest tu i teraz.
Mam więcej doświadczeń, kto może pochwalić się ciągnącą się listą wszystkich umiejętności, które ja zdobyłam w przeciągu zaledwie piętnastu lat? Moje CV nie będzie puste, wszystkie projekty, w których brałam udział zostały dopięte do końca, wszystkie hobby, które zaczynam szlifuję przez każdą wolną chwilę, nie kończę na podstawie.
Lubię to co robię i chcę robić jeszcze więcej. Jestem usatysfakcjonowana tym co dotychczas udało mi się zrobić, stworzyć, poznać nowych ludzi, zbudować nowe mosty. Gdy tracę zainteresowanie jedna rzeczą, szukam kolejnej i kolejnej. Jak wcześniej wspominałam, nie nudzę się, może jedynie podczas swojego czasu wolnego (żarcik, wtedy też się nie nudzę, bo i tak czymś się zajmę…)
No i mam czym się chwalić, choć staram się tego często nie robić, to gdybym zaczęła wymieniać ilość rzeczy, które zrobiłam, trochę posiedzielibyśmy tutaj. To wszystko to pozytywy, a przynajmniej w moich oczach.
Jednak w tym wszystkim jest druga strona monety.
Często zapominam. O różnych rzeczach, od błahostek, po większe sprawy. Właśnie przypomniałam sobie, że miałam napisać do nauczyciela, kilka godzin temu… Zdarza się to często, gdy na głowie mam dużo spraw, dlatego mam ogromną ilość budzików i przypomnień, gdyby nie to, najprawdopodobniej zapomniałabym o połowie rzeczy, które powinnam zrobić.
Gdy dochodzi do bardziej napiętego momentu w moim grafiku (czyli około raz na dwa miesiące) czuję się wypalona, nie mam absolutnie jakiejkolwiek motywacji do dalszego działania. Nie lubię wychodzić z łóżka rano, zmuszam się do otwarcia podręcznika, a o przesiedzeniu lekcji już nie wspomnę. To normalne, gdy codziennie ma się po cztery do pięciu ważnych rzeczy zaplanowanych na jeden dzień, codziennie.
Boli mnie głowa i jestem zmęczona, tłumaczyć chyba nie muszę
Nie mam czasu na luźne spotkanie ze znajomymi. To chyba oczywiste, muszę mieć wszystko zaplanowane, żeby nie zrujnować całego dnia jednym błędem w planowaniu. Często podaję datę i moi przyjaciele albo zgadzają się na nią albo nie widzą się ze mną przez kolejne dwa tygodnie. Z moimi najbliższymi przyjaciółkami spotykam się na urodzinach i tak z dwa razy w wakacje.
Rodzina widzi mnie jak wychodzę z pokoju – kilka razy w dniu, niekiedy tylko podczas posiłków.
Do wszystkich osób, które mają podobne grafiki lub gorsze – proszę znajdźcie sobie chociaż te pół godziny dziennie dla siebie. Na głupie scrollowanie, przeczytanie kawałka książki, spacer lub gadanie do ściany, może zwierzątka. Każdy człowiek musi mieć chwilę oddechu. Nikt nie jest niezniszczalny.
Dochodzimy do pytania, jak znaleźć sobie ten czas? Z doświadczenia słyszałam, aby po prosu porzucić jedno z zajęć, nie robić drzemek, zignorować kartkówkę czy dwie.
To nie takie proste…
Szybkie wytłumaczenie, dla wszystkich, którzy jednak mieliby wątpliwości. Dla wielu takie życie jest rutyną, nie wyobrażam sobie poświęcić swoich zajęć dodatkowych, żeby nie robić niczego w wolnym czasie… Po prostu przyzwyczaiłam się, to tak jakbyście jednego dnia postanowili budzić się o piątej, choć zawsze budziliście się o siódmej, niby dwie godziny różnicy, jednak zmieniają dużo. Inny argument jest nawet prostszy, pamiętacie, jak wspominałam o tym, że nie nudzę się i nie myślę zbyt dużo o tym co było wczoraj, co stanie się jutro i tak dalej? No właśnie, jakbym nagle miała zacząć myśleć o tym wszystkim, mieć czas, żeby czuć ten ciężar nudy przez dłużej niż godzina, to chyba doprowadziłabym samą siebie do szału. A z obowiązków szkolnych boję się rezygnować, nie wiem czemu, nie wyobrażam sobie po prostu nie nauczyć się na kartkówkę, później prawdopodobnie karciłabym samą siebie.
Znowu się rozpisałam, no właśnie, często zmieniam tok myślenia i to o czym mówię, może to plus może minus, dużo osób musi nade mną nadążyć.
Jak umilić sobie życie z takim grafikiem?
No cóż, jeśli nie potrafisz z czegoś zrezygnować, no to sorry, jesteś zgubiony, to koniec.
…
Nie no może coś wymyślę.
Z czasem znajdzie się coś, na co musisz koniecznie poświęcić więcej czasu. Uznajmy, że zbliżają się matury, najprawdopodobniej będziesz zmuszony lub zmuszona do rezygnacji z jakiś zajęć dodatkowych, wtedy spróbuj znaleźć kolejne pół godziny dla siebie, hej, masz już godzinę wolnego na odmóżdżenie się.
Nie bierz na siebie wszystkich konkursów i projektów świata, w moim wypadku w podstawówce brałam wszystko, bo szkoła była nudna, miałam dobre oceny i mogłam na to sobie pozwolić, jednak, jeśli zauważasz, że jednak jest kaplica – zrezygnuj. Wybierz najważniejsze, może dwa i nie żałuj. Na początku jest ciężko, sama jeszcze staram się do tej zasady dojść, ale będzie łatwiej, uwierz.
Nie siedź po nocach, to coś, co w moim wypadku zabrzmi egoistycznie. Piszę to o godzinie 23:53. Jak już wspominałam, ja też jeszcze uczę się na własnych błędach i próbuję brać porady do serca. To nie pomaga, to nie jest zdrowe i w ogóle same negatywy. Jeśli jesteś w nastoletnim wieku, można ci wybaczyć, żyjemy innym trybem życia.
Nie rezygnuj ze swoich marzeń na rzecz wszystkiego dookoła. Chcesz pojechać na koncert? Jedź, druga okazja często się nie zdarza. Chcesz pojechać na ta wycieczkę? Jeśli zamykasz się tylko na swoje obowiązki, to jesteś głupcem. Zrezygnuj jeden raz z czegoś, może będzie cię to jadło od środka, ale przynajmniej oderwałeś się od czegoś. A niech cię piecze, że nie uczysz się w tym momencie do konkursu, przynajmniej piecze cię nad morzem, w górach, przy najbliższych.
Nie zapominaj o najbliższych, rodzinie, przyjaciołach. Na początku liczyłam wszystkie te sekundy, godziny. Widzisz, jak czas potrafi przelecieć między palcami, a ty nawet nie zauważysz tego. W przyszłości będziesz bardziej żałował tego, że nie spędziłeś z nimi wszystkimi wystarczająco dużo czasu, iż tego, że nie byłeś na zajęciach z baletu czy innego żonglowania.
Znajdź sobie jeden dzień, podczas którego nie będziesz robił zbyt dużo. U mnie jest to piątek, kończę szybko, mam tam jakieś zajęcie, ale wieczór staram się mieć dla siebie. U mnie taki dzień nazywa się dniem trolla.
I nie poddawaj się, okej? To chyba najważniejsze.
Czy warto w ogóle mieć tyle na głowie?
Niby tak, niby nie. Spotkacie się z wieloma odpowiedziami na to pytanie. Nie ma poprawnej odpowiedzi.
Przecież może wam to dawać radość, nie przejmujecie się za bardzo niczym, żyjecie pełnią życia, zobaczcie sobie wyżej na plusy i minusy.
Moje zdanie jest takie – dopóki potrafisz coś takiego znieść i nie zabijasz się przy okazji, to czemu nie? A przy okazji, nie rób tego dla kogoś, tylko dla siebie. Nie daj sobie wmówić, że robisz coś dla drugiej osoby, gdy wszystko co robisz zawala ci całą głowę i swój wolny czas. Chociaż trochę ciesz się z tego co robisz i miej z tego jakikolwiek fun.
To w końcu jak znaleźć ten czas, jak go nie ma?
Nie wiem.
Sama do tego nie dojdę. Może kiedyś odpowiem na to pytanie, może gdy będę starsza i będę pracować w jakiejś nudnej pracy. A może nigdy nie odpowiem na nie.
Jestem zbyt zajęta tą chwilą, żeby myśleć o przeszłości i przyszłości, a co dopiero tak trudne pytania.
Głowa mnie zacznie boleć, znowu coś w kręgosłupie mi strzeli, a może i nawet zmęczę się myśląc nad odpowiedzią na tyle pytań.
Ach, ta młodość.
GaGa
27.11.2025
Relacja ze zwierzętami opiera się na wzajemnym zaufaniu, szacunku i bezpieczeństwu. Jeśli okażesz szacunek, zwierzę odda ci siebie i zrobi dla ciebie wszystko. Relacje możesz budować latami. Jednak gdy raz skrzywdzisz, zwierzę nigdy ci już nie zaufa. Na zwierzę, nie możesz patrzeć swoimi oczami, tylko jego, próbując go zrozumieć. Wtedy pojawi się spokój i harmonia.
Dla Ciebie zwierzę jest tylko rozdziałem, ale Ty dla niego jesteś całą książką.
Kupiłam mojego konia w wieku dwunastu lat. Nie ukrywam że go nie chciałam. Nie był moim wymarzonym sportowym koniem, tylko koniem z trudną przeszłością i z niezbyt dobrym papierem. Nie ukrywałam tego, podchodziłam do niego z odrazą.
Podczas jazdy koń robił wszystko, aby się mnie pozbyć. Nie lubił mnie i mi nie ufał. Przestalam go odwiedzać.
Jakiś czas później pewna kobieta chciała mi z nim pomóc. Zgodziłam się. Pokazała mi świat z innej strony. Jego świat. Pierwszy raz w życiu traktowałam go jak byłby kimś, o kim marzyłam od dziecka. On to poczuł. Nastąpiła jedna z lepszych jazd w moim życiu.
Po tym dniu jeździłam do niego codziennie, traktując go z szacunkiem i powoli zdobywając jego zaufanie. Jednego dnia oddał mi całe swoje serce i swoje zaufanie.
Siedząc na nim, jadąc samotnie przez las, myślałam, jakie wielkie szczęście mam, że na niego trafiłam. Pokazał mi, czym jest wzajemny szacunek.
Jestem wdzięczna. Mogę teraz inspirować tą historią innych.
A on stał się częścią mojej historii i kimś, kogo nigdy nie zapomnę.
Nadia
10.06.2025
Młodych fascynuje miejski styl życia. Nikogo ten fakt nie zaskakuje, w końcu ogromna część ludzi, przed którymi dopiero otwiera się wachlarz możliwości, którzy poszukują drogi, jaką pragną podążać w przyszłości, stawia sobie za cel wyrwanie się z małej, rodzinnej miejscowości, w której niejeden przyszły dorosły już w okresie dorastania czuje się stłamszony. Jako ludzie urodzeni daleko od terenów zurbanizowanych nierzadko spoglądamy z zazdrością na zakres perspektyw naszych rówieśników, których miejsce urodzenia jest obiektywnie fortunniejsze. Warszawska młodzież dla wielu dorastających Polaków stanowi grupę wręcz nierealną. Od samego urodzenia ma ona na wyciągnięcie ręki to, o czym ci przez długi czas mogli jedynie marzyć.
Pragniemy wyrównać szanse na rozwój, poczynić pierwszy krok naprzód. Bezkompromisowo staramy się zaznać lepszego życia, obiecanego Eldorado. Miasto, w pewnym sensie, może stać się obsesją, uzależnieniem od wygód, jakich jednostka pragnie doświadczać na co dzień, do jakich będzie dążyła. Będzie za wszelką cenę starała się stać częścią struktury wielkiej metropolii. Młody człowiek staje przed ogromnym wyzwaniem. kiedy w jego życiu nadchodzi czas decyzji. Może wybrać próbę choć liźnięcia tego, o czym zawsze marzył lub pozostanie w miejscu dotychczasowego zamieszkania, ustatkowanie się bez doświadczeń, jakie zagwarantowałaby mu wyprowadzka do wielkiego miasta, doświadczeń, o których fantazjuje większość młodych, które stają się dla nich jedynym wartym uwagi celem. Dlatego właśnie miasto jest tak pociągające dla dorastającej jednostki. Same sny o stolicy nigdy nie zapewnią jej pełnej satysfakcji jeśli osoba na własne oczy nie zobaczy, nie poczuje, nie zazna miejskiego życia.
Wielu z nas idealizuje metropolię. Jest to całkowicie zrozumiałe, media jakie docierają do nas każdego dnia wpajają nam obraz miejskiej utopii, której tylko wybrani mają szansę zasmakować. Naszym oczom ukazują się obrazy wieżowców, pnących się aż pod samo niebo szklanych domów. Dla wiejskiej ludności, zwłaszcza osób starszych, wizja nowoczesności jest niezwykle odległa. Zdecydowanie bardziej obca niż z perspektywy nas, młodych. Ciągnie nas do miejskiego stylu życia, a raczej do tego, co ten za sobą niesie. Dlatego właśnie młodzi ludzie wyposażeni w wiedzę o nowoczesnym świecie i marzenia o wielkomiejskim pędzie decydują się na wyrwanie z rodzinnej miejscowości. Stawiają sobie za ideał ten niedostępny dotychczas styl życia i dążą do niego za wszelką cenę. Miasto i wyzwanie, jakim jest zapewnienie sobie w nim godnego bytu staje się poniekąd wyznacznikiem wartości człowieka jak i jedynym akceptowalnym sposobem na doczesność.
Młodzi często zdają sobie sprawę z zagrożeń i oczywistych wad metropolii, lecz to nie powstrzymuje ich od dążenia do bezładu miejskiego życia. W końcu tylko w ten sposób są w stanie zapewnić sobie realizację własnych potrzeb. Samorealizacja według Abrahama Maslowa to “pragnienie stawania się coraz bardziej tym, kim się jest, stawania się wszystkim, czym jest się w stanie stać”. Potrzeba ta znajduje się na samym szczycie Piramidy Maslowa opisującej hierarchicznie żądze człowieka. Mimo że samorealizacja nie jest kluczowa do prawidłowego funkcjonowania, sprawia ona, że życie człowieka staje się pełne. Rozwój nie jest nam niezbędny do przetrwania, jednak aby osiągnąć szczęście, satysfakcję z tego, czym się staliśmy okazuje się on koronny. Jako pokolenie żyjące w dobie internetu jesteśmy w stanie poddawać przyjmowane treści krytyce. Nie jesteśmy tak podatni na idealizację i kreację nierealnego, utopijnego obrazu miasta jak ci przed nami, jednak coś nadal skłania nas do wyjazdu.
Tą wypychającą siłą jest przede wszystkim chęć rozwoju, progresu nas jako ludzi. Jesteśmy pokoleniem ambitnym, które jako jedyną słuszną drogę obiera dalsze doskonalenie siebie samych. Ten rozkwit jest nam w stanie zapewnić tylko wyjazd w miejsce, które może sprawiać wrażenie nieznanego, nieosiągalnego. Ważnym aspektem podczas podejmowania decyzji o próbie wyrwania się i rozwinięcia skrzydeł jest mimo wszystko również pospolita ludzka ciekawość. Człowiek, zwłaszcza młody, cechuje się wielkim głodem na to, czego jeszcze nie doświadczył, co przez długi czas było mu zakazane, na to, co stanowi obietnicę lepszego życia. Takowe wielu może osiągnąć jedynie poprzez wyjazd do idealnego, jak mogłoby się wydawać, miasta.
Młode pokolenie XXI wieku nie jest oczywiście pierwszym, które na miasto spoglądało z tęsknotą i desperackim pożądaniem. Wizję cudownego miasta mającego odpowiedź na wszelkie rozterki człowieka widzimy już w literaturze XIX wieku. Urbanizm - pogląd fascynacji miastem i wskazujący na jego zalety objawia się chociażby ,,Lalce” Bolesława Prusa, w rozdziale ,,Szare dni i krwawe godziny”. Opis uporządkowanego, idealnego Paryża wywołuje w czytelniku wrażenie, iż miasto jest jednym, sprawnym, żywym organizmem. Przedstawiony został obraz stolicy jako źródła nieskończonych możliwości, perfekcyjnie zorganizowanego miejsca, które sam bohater powieści - zachwycony wyjątkowo przejrzystym miastem Stanisław Wokulski porównał do gąsienicy: ,,owa oś krystalizacji miasta podobna jest do olbrzymiej gąsienicy, która znudziwszy się w Lasku Vincennes poszła na spacer do Lasku Bulońskiego”. Paryż to miejsce pełne ludzi szczęśliwych, harmonijnie wykonujących codzienne obowiązki i znajdujących czas na przyjemności. Tutejsza cywilizacja jest bardzo rozwinięta, nowoczesność sprawia, że życie zwykłych ludzi staje się przyjemniejsze - .,,tu przeciw zmęczeniu zaprowadzono tysiące powozów, przeciw nudzie setki teatrów i widowisk, przeciw nieświadomości setki muzeów, bibliotek i odczytów”. Stolica Francji została przedstawiona jako ideał, do którego powinno dążyć polskie społeczeństwo. Taki obraz miasta wywołuje czytelniku chęć zaznania tego niezmąconego chaosem stylu życia, w końcu ..Paryż jest arką, w której mieszczą się zdobycze kilkunastu jeżeli nie kilkudziesięciu wieków cywilizacji”. Możliwość rozwoju, nauki, dostęp do kultury i sztuki - to główne powody, dla których młody człowiek pragnie wielkomiejskiego życia. Czytając opisy miasta harmonijnego, do perfekcji dostosowanego do potrzeb ludzi, odnosimy wrażenie, że tego właśnie potrzebujemy do pełni szczęścia.
Urbaniści przedstawiali nowoczesną zabudowę jako centrum spełnienia ludzkich potrzeb, miejsce stworzone do rozwoju i złączenia się z przyjazną człowiekowi kompozycją. Poglądem kontrastowym, który również warto przytoczyć, jest antyurbanizm. Ten uwydatnia negatywne cechy miasta. Przypisuje mu upadek wartości moralnych, religijnych, dehumanizację człowieka. Antyurbanizm dostrzegamy w literaturze dwudziestolecia międzywojennego, w ,,Ulicy Krokodyli” Brunona Schulza. Opowiadanie neguje wielkomiejski zamęt, opisując tandetną, pozornie nowoczesną część miasta. Poziom zepsucia ulicy jest absurdalny, potęguje on deprawowanie przebywającego tam marginesu społecznego, wątpliwych moralnie kreatur. “Pseudoamerykanizm, zaszczepiony na starym, zmurszałym gruncie miasta, wystrzelił tu bujną, lecz pustą i bezbarwną wegetacją tandetnej, lichej pretensjonalności” - miasto tworzy iluzję dobrobytu, jest niezaprzeczalnie siedzibą nieobyczajności, sztucznej nowoczesności. Stanowi ośrodek degeneracji i powinno być unikane przez każdego człowieka, który obawia się zagubienia w niebezpiecznych zaułkach. “Najlepsi nie byli czasem wolni od pokusy dobrowolnej degradacji, zniwelowania granic i hierarchii, pławienia się w tym płytkim błocie wspólnoty, łatwej intymności, brudnego zmieszania” - ulica Krokodyli kusi mimo swojej oczywistej tandety. Rdzenni mieszkańcy byli świadomi zagrożeń wynikających z przebywania tam jednak i oni ulegali pokusom. Miasto pociąga ludzi, nawet tych świadomych kłębiących się w nim chorób cywilizacyjnych.
Według antyurbanistów, ciągnie uległego człowieka na dno i zmusza do przyjęcia fałszu. Przy rozważaniu wpływu miasta na człowieka warto jest dostrzec nie tylko jego jego ewidentne zalety, ale też wyraźne wady, obawy ludzi przeciwnych zatraceniu się w miejskim chaosie i to, jak owa metropolia może kusić człowieka swoją sztucznością i obiecywać mu bez pokrycia zwiększony komfort życia. Zdając sobie sprawę z poglądów gloryfikujących miasto i krytykujących je zaczynamy rozumieć dylematy ludzi XXI wieku i ich spojrzenie na bałagan miejskich gmachów. Metropolia to dla jednych piękne, harmonijne w swoim nieładzie, idealne miejsce, jedyne, które umożliwi człowiekowi odnalezienie własnej roli w świecie. Dla innych zaś, miasto jest znacznie trudniejsze do pojęcia. Wiadomym jest, że życie w mieście ciągnie za sobą nie tylko pozytywy. Szczególnie we współczesności miasta stanowią chaos, który nie wszyscy są w stanie zrozumieć i stać się jego częścią. Mimo wszystko znaczna większość społeczeństwa nie kryje zachwytu nad miastem. Staje się ono manią a wyobrażenia o nim obejmują kontrolę nad spragnionym sukcesu człowiekiem. Ten tryb życia, ciągła pogoń za dobrobytem przynosi poczucie spełnienia, satysfakcję, która jednak często szybko ustępuje nowej determinacji do podjęcia kolejnej próby osiągnięcia kolejnego sukcesu. Miejski styl życia kojarzy się z biegiem, poszukiwaniem siebie wśród niekończących się labiryntów i, na pierwszy rzut oka, nieładem, możliwym do zrozumienia tylko dla stałych bywalców miejskich ulic. Być może właśnie w tym zagmatwaniu zwolennicy urbanizacji odnajdują piękno. Ogromna grupa ludzi rwie się do pędu, znajduje w wiecznym wyścigu spokój, widzą w mieście cel i są gotowi oraz uradowani z nowych osiągnięć i szans, jakie miasto przed nimi otwiera.
Miasto jest z pewnością atrakcyjne dla młodego człowieka, to dzięki niemu, dzięki udogodnieniom, które tylko w nim odkrywamy możemy dążyć do spełnienia, na którym przecież tak nam zależy. Śnimy o wielkomiejskim trybie życia, o możliwościach, komforcie i wszystkim co metropolia nam oferuje. Nie mozemy jednak zapominac o jej wadach, dla każdego będą one czymś innym - wszechobecną utratą moralności, zatraceniem w miejskich gmachach czy wiecznym ryzykiem porażki. Warto podążać za marzeniami o tym, co czeka po wyjeździe z rodzinnego domu jednak nie można zapomnieć o realistycznym spojrzeniu na wielkomiejski zamęt. Wszyscy chcemy się spełniać, wszyscy wierzymy, że to właśnie my bezproblemowo złączymy się z tym przytłaczającym ogromem kompleksem. Bynajmniej nie ma nic złego w pozwoleniu sobie na porwanie przez urbanistyczną wizję na przyszłość. Wielkie miasta są w końcu dla wielu niezaprzeczalnie piękne, oszałamiające. Podziwiamy architekturę, społeczność jaka tworzy się w poszczególnych rejonach. Być częścią tej struktury to naprawdę pociągająca wizja. Miasto jest z pewnością siedliskiem zagrożeń dla czystego sumienia człowieka, zgubnych zachcianek i rozmaitych chorób cywilizacyjnych, mimo to widoczny w nim postęp, ta innowacyjność, wolność - to wszystko stało się dla młodego człowieka celem do spełnienia. Miasto jest miejscem, z którym wielu pragnie się zjednać jednocześnie walcząc o pozostanie sobą mimo pokus, miejscem, gdzie będą na nich czekały kolejne wyzwania, z którymi zmierzą się nie zatracając w wielkomiejskim rozmachu samych siebie.
Nadia
Sharenting- urocze filmy z dziećmi w internecie czy niebezpieczny trend?
08.04.2025
Sharenting- słowo to zostało utworzone z dwóch angielskich słów czyli share- udostępniać i parenting- rodzicielstwo. Jak sama nazwa brzmi, polega na udostępnianiu w internecie zdjęć lub filmików z udziałem dzieci i rodziców, którzy pokazują, jak wygląda wychowanie ich dziecka. Mogłoby się wydawać, że to nic groźnego, ale czy na pewno tak jest? Czy jednak sharenting wiąże się z jakimiś zagrożeniami?
Błędy w młodości konsekwencje w przyszłości?
Sharenting jest głównie nagrywany przez młodych rodziców z udziałem ich maleńkich dzieci. Zwykle chcą oni przedstawić, jak wygląda ich rutyna, sposób wychowania itp. Czy może to wpłynąć na przyszłość wychowywanego przed kamerami dziecka? Otóż jak najbardziej! W Internecie nic nie znika, nawet jeśli rodzic zdecyduje, że chce zdjąć jakiś filmik lub zdjęcie z dzieckiem z danej platformy, to i tak one gdzieś będą nadal istnieć w otchłaniach Internetu.
Teraz wyobraźmy sobie sytuację, że jakiś tata bądź jakaś mama chcą nagrać ,,uroczy filmik’’ i wspominają o jakieś krępującej dla tego dziecka, a dla nich uroczej lub śmiesznej sytuacji, która miała miejsce. Oni i starsza widownia mogą uważać to za urocze, śmieszne i niegroźne, jednak młodsza widownia za żenujące, sytuację do wyśmiewania itp. Za kilka lat, kiedy to dziecko dorośnie pójdzie do szkoły, ktoś odkryje, że jest taką gwiazdą na jakimś serwisie internetowym, ponieważ umówmy się, śmieszne rzeczy zwykle idą w viral- czyli stają się bardzo szybko popularne, i zacznie wyciągnąć tego typu rzeczy z jego przeszłości. Dziecko to może się w ten sposób znaleźć pod falą hejtu i może mieć problemy psychiczne, a co gorsza może zrobić sobie krzywdę. Statystyki mówią również o tym że 2/3 rodziców uważa, że ich dziecko nie będzie miało nic przeciwko temu gdy dorosną, a 1 na 10 rodziców nawet nie pomyślało, co o tym będą sądzić ich dzieci w przyszłości. To pokazuje, jak dużo rodziców nie bierze pod uwagę tego, że gdy dziecko dorośnie, może być na nich złe za takie udostępnianie jego życia prywatnego.
Czy to w ogóle jest legalne?
Pamiętajmy, aby udostępnić wizerunek danej osoby, potrzebujemy mieć na to jej zgodę. Małe dzieci jeszcze nie do końca są świadome, co się wokół nich dzieje i dlaczego ich rodzice biegają za nimi z kamerami, by nagrać ich pierwsze kroczki. Więc logiczne jest, że nie mają one jak wyrazić zgodę na to, czy chcą być na profilu czy kanale mamy lub taty. Zgodnie z art.81 ust.1, aby udostępnić wizerunek osoby niepublicznej, wymagana jest jej zgoda. Aktualnie w prawie nie ma konkretnego zakazu publikowania wizerunku dzieci, jednak gdy problem stanie się bardziej powszechny, może do tego dojść. Jeśli chce się tworzyć kontent z dzieckiem w Internecie, powinno się poczekać do momentu, gdy rozumie ono, co to oznacza i z czym to się wiąże i dopiero, gdy się na to zgodzi, zacząć publikowanie. Jeśli się nie zgodzi, to należy uszanować decyzję dziecka.
Słodkie filmiki czy raczej pożywka dla złych osób?
Jeśli udostępniamy coś szerszej grupie w Internecie, nie do końca jesteśmy w stanie kontrolować, kto wyświetla nasze treści. Z jednej strony jakiś inny tata czy mama zapisują twój filmik z twoim dzieckiem, bo jest uroczy i chce go pokazać znajomym, a z drugiej pobiera go osoba, która ma złe zamiary z wizerunkiem twojego dziecka. Z dzisiejszą rozwiniętą technologią AI to nie problem, by przerobić zdjęcie na całkowicie inne. Możliwości są różne od przerabiania ich na kompromitujące po treści dla dorosłych. Pamiętajmy, że nigdy nie wiemy, kto siedzi po drugiej stronie ekranu i kto ogląda nasze treści. Jeśli już koniecznie chcemy się podzielić radością z naszej pociechy, powinniśmy umieszczać treści z nim na koncie prywatnym, dostępnym tylko dla osób, które znamy i w pełni im ufamy, czyli rodzina czy przyjaciele.
To rodzice mają chronić swoje maleństwa od najmłodszych lat. Nadmierne udostępnianie ich wizerunków w Internecie może w tym przeszkadzać. Artykuł ten powstał, by skłonić was do refleksji nad tym, czy takie filmiki powinno dalej się tworzyć, czy może jako widownia zacząć informować twórców, którzy udostępniają wizerunek swojego dziecka, o niebezpieczeństwach, jakie się z tym wiążą. Większość z nich może zlekceważyć temat, bo oni jako rodzice wiedzą lepiej, ale taka presja ze strony widowni na innych twórców może wpłynąć pozytywnie i jest szansa na to, że zrozumieją swój błąd. Dzięki temu nawet i Ty czytelniku możesz zmienić sposób ich myślenia i może zapobiec tragedii.
Antonina Gajda
Recenzja spektaklu Adama Sajnuka, Ferdydurke
04.04.2025
Teatr miejski w Gliwicach, Gliwice 2025
Dla upamiętnienia 124 urodzin Gombrowicza, Adam Sajnuk postanowił odtworzyć formę Józia jako bambika ponownie.
Przedstawienie odwzorowało groteskowe sytuacje z książki fenomenalnie, wręcz powiedziałabym, że reżyser jest typem sigmy, bo wspaniale odtworzył lamerskie matki i ciotki za płotem. Stworzył dzieło, które przyciągnęło wielu widzów - pomimo swojej skomplikowanej, dezorientacyjnej budowy w książce - więc wszystko było slay i rel.
Łukasz Kaczmarek w roli głównego bohatera, trzydziestoletniego Józia, zostaje upupiony przez Adama Krawczuka w roli profesora Pimko i powraca do szkoły, do młodzieńczych dni, które wszyscy pamiętają jako cringe i brainrot. Czemu? - Bo bohater tak naprawdę jest delulu i nie wie co ze sobą zrobić. Biedny Józio dostaje gębę przy każdej lepszej okazji i od każdego, od kogo jest to możliwe.
W domu Młodziaków odjazdowo i oporowo pokazana była również Zuta, zagrana przez Klaudię Cygoń-Majchrowską, której rizzlerska forma była odwzorowana idealnie, tak samo jak jej pokemonowy wygląd. Kopyrda i Pimko dostali taką gębę od glamourowej, - warto zaznaczyć, że oczywiście nie boomerskiej - Joanny Młodziakowej, że aż płakać ze śmiechu się chciało. Szkoda, że był to śmiech przez łzy…
Mistrzowsko pokazany był wg mnie również Gałkiewicz odgrywany przez Kornela Sadowskiego. Uczeń ten był największym buntownikiem w grupie; na lekcjach, nie bał się pokazać swojej prawdziwej natury sigmy i goat’a. Wspierało go kilku, lecz przeciwnika miał oczywistego w osobie Syfona, który odstawił wiochę i zaczął yappować po „łacińsku”, jak to jakiś NPC-et czy odklejka. Urzekła mnie także gra aktorska Pawła Majchrowskiego, czyli Myzdrala jako rapera. Z pewnością mogę powiedzieć, że pojedynek na miny był moją ulubioną sceną, ponieważ był przedstawiony dosyć realnie jak na dzisiejsze czasy. For real odbywają się konkurencje raperskie, a zachowanie uczniów z klas wcześniejszej podstawówki, ich niedojrzałość i uwikłanie w formę odzwierciedlone było rewelacyjnie, po prostu rel i robi wrażenie.
Na początku myślałam, że spektakl będzie przedstawiony w typowy sposób, jak to w teatrze, dlatego byłam wobec niego sceptyczna i trochę sus. Przedstawienie jednak zaskoczyło mnie i wciągnęło od pierwszej minuty, byłam pod wrażeniem aktorstwa, jak również scenografii i samego przedstawienia groteski Gombrowicza w sposób nowoczesny. Styl i muzyka były jednocześnie precyzyjne i chaotyczne, co doskonale oddaje atmosferę książki. ,,Ferdydurke" to powieść, która nie daje się łatwo zaszufladkować, więc essa to nie jest. To literacki eksperyment, który wyprzedził swoje czasy i do dziś pozostaje aktualny, co w sztuce było wyraźnie pokazane, w całkowicie slay-owy sposób.
Marcelina Wilkus
02.04.2025
Myślałam, że zainteresuję się polityką bardziej. Myślałam. Chciałam być bardziej świadoma i jakoś pokazać światu, że nadaję się na obywatelkę i mam na tyle wiedzy, by z czystym sumieniem - w przyszłości - móc wrzucić do urny Najodpowiedniejszy Przemyślany Głos. Jednak... nie potrafię.
Nie umiem przebijać się przez clickbaity, nie umiem zdecydować, kto ma rację, a najtrudniej pogodzić mi się z tym, że nienawiść to jedyny cel i sens przekazu. Widzę, jak pan X czy B wyzywa posłów od ,,niemieckich agentów”, ,,kanalii”, ,,hołoty” i innych, których nie wolno mi tu przytaczać. Zauważam również elektorat pierwszego i drugiego obrzucający się błotem na Twitterze czy Reddicie, nawet nie w obronie tych figur, a własnego jedynego wyobrażenia o świecie. W konkretnej bańce niepasujący do krajobrazu wyborcy wtrącani są do internetowego Tartaru przez bany lub w bardziej wolnościowej wersji, ujemme głosy całej reszty tłumu. Z ,,lewakami” tudzież ,,prawakami” nie dyskutuje się.
Za myśleniem idzie strach. Kiedyś, kiedy miałam dziesięć lat, sądziłam, że za kolejną dekadę świat będzie wyglądał zupełnie inaczej. Poważne problemy zostaną rozwiązane, a ja będę żyła w świecie, w którym mnóstwo praw będzie oczywistych, a walki poprzedniego pokolenia nie będą moimi walkami. Jak bardzo się myliłam! W Sejmie jeszcze bardziej dyskusja zamienia się w burleskę, a co popularniejsze, rynsztokowe teksty wygłaszane z mównicy ,,mielone” są już prawie 20 lat. Boję się więc przyszłości. Mogę - jak radzą inni - odciąć się od informacji i ,,cieszyć się młodością”. Mogę też nie oburzać się postawami naszych przedstawicieli. Tego jednak też nie potrafię. Nie umiem zamknąć oczu, gdy czyjś jad odbija się rykoszetem (lub nawet i nie) na mnie i moich bliskich. Nie umiem nie czuć się zagrożona przez ludzi, dla których to ja - nomen omen - jestem zagrożeniem. Ja może nie podniosę ręki na kogokolwiek, ale czy mogę ręczyć za innych?
Stąd moje poczucie obowiązku w byciu na bieżąco z sytuacją, choć ta wiedza może nikogo nie uchronić. Uciekam w ludzi, unikam tematu, udaję, że zdanie rówieśników o tym czy innym zdarzeniu nie ma żadnego znaczenia, ale podskórnie wyczuwam, gdy ktoś z mojego otoczenia nasiąka jakimś poglądem. Już nieważne, gdy ten pogląd jest wywoływany od czasu do czasu, bezpośrednio naruszony. Zaczynam się bać, gdy zdanie polityka A wpływa na czyjeś czyny.
Wpadając w taki potok myśli, przypominam sobie nasz przedwojenny dom na przedmieściach, dawno już opuszczony, ale nadal stojący pewnie z drewnianymi oknami i grubymi murami. Tłumaczę sobie, że skoro od tylu lat tyle pokoleń może dotknąć jego chropowatego tynku i dalej jeść owoce rosnącego obok orzecha, to i ja przetrwam, to i ja będę takim bytem. Przeżyję jeszcze wiele zmian z ukrytym głęboko dorobkiem. Piękna metafora, prawda?
Wtedy przypominam sobie o mieszkańcach tego domu, moich pradziadkach. Pradziadek został wcielony do Wermachtu, a babcia później do rosyjskiego obozu pracy przymusowej. Choć ich nie poznałam, wiedziałam z opowieści, że do śmierci nosili piętno tych doświadczeń. Decyzje wielkich ludzi wpłynęły na życie wodzisławskiej pary z małymi dziećmi.
Boję się polityki.
R.
18.03.2024
Wychodzę z autokaru. Nie wiadomo dlaczego brzmi mi w uszach ,,Everything Is In Its Right Place” Radiohead, gdy ewidentnie widać, że tak nie jest. Przynajmniej dla mnie. Czuję się speszona, gdy naszą grupę otacza grupka ciemnych jak wieczór dzieci. Rozpoznają, że jesteśmy z Polski, biegają wokół nas i krzyczą ,,trzy za dwa”, prezentując magnesy i bransoletki. Jest godzina 11, nawet w Egipcie powinny być w szkole. Nie oceniam jednak sytuacji zbyt pochopnie, bo El Quseir to jedyne w promieniu 60 km miasteczko zamieszkiwane przez prawdziwych Egipcjan. Wszystko inne jest turystyczną atrapą przygotowaną specjalnie dla Hansa i Andrei, Janusza i Grażyny, łącznie z językiem obojga. Czasami prościej dogadać się po polsku niż używać języka angielskiego, nawet na lotnisku. Paradoksalnie na typowym all inclusive w tych okolicach zmuszonym się jest przebywać wśród rodaków, a luksus pooglądania prawdziwego życia tubylców oddalony był o 25 minut drogi i kosztował 40 dolarów za dorosłego według kolorowej broszury Coral Travel.
W prowincji Marsa Alam przed trzydziestoma laty nie było prawie nic (oprócz dosłownie kilku miasteczek autochtonów), a teraz te ,,nic” w moim guście dalej jest ,,niczym”, czyli kompleksami hotelowymi upstrzonymi na środku pustyni. W moim hotelu wystarczyło usiąść odpowiednio na tarasie restauracji, aby przed oczami mieć tylko piach po horyzont. Większość jednak odwracała krzesła ku morzu. W tej okolicy nie ma nawet szansy natknąć się na Egipcjanina innego niż pracownika hotelu, bo każdy z nich ma gdzieś z tyłu upchnięte budynki dla personelu. Oni pracują tu na paromiesięcznych kontraktach.
Wróćmy jednak do naszej wycieczki. Od przewodnika dostaliśmy przykaz, żeby nic od tych dzieci nie kupować ani nic im nie wręczać, bo - jak mówił - później nie da się od nich opędzić. Trudno jest się powstrzymać, minimalna w Egipcie to 100 dolarów. Czuję się intruzem na tym chodniku, w tym mieście, wśród tych ludzi, gdy uświadamiam sobie, że tak już nieszanowane i zajechane buty na moich nogach kupiłam za polską równowartość tej kwoty. Kim tam powinnam być? Chlebodawcą? Odwiedzającym? Klientem? W każdym razie pozostaję elementem obcym. Niektórzy fotografują tych chłopców, też mam taką myśl, ale potem sobie myślę, że wśród tych praw, które zostały już im odebrane (bo biegają za autokarami i sprzedają te nieszczęsne magnesy), nie wolno mi jeszcze rozporządzać ich wizerunkiem. Niektórzy z nich wyglądają na moich rówieśników.
Tak więc stoję - pośród budynków z dykty i blachy falistej, domów bez dachów i dzieci bez butów. Nie wiem, co sądzić. Uśmiecham się do tych ludzi przepraszająco, zastanawiając się, czy są tam szczęśliwi. Sztampowo doceniam wymierną wartość przedmiotów i stylu życia, który prowadzę w Polsce. Sztampowo walczę z potrzebą wręczenia tych paru dolarów któremuś dziecku.
Żałuję, że nie mogłam pobyć tam dłużej. Niestety nie było wcześniej powiedziane, że czasu wolnego nie będziemy tam mieć. Chciałam usiąść gdzieś na chodniku, wejść do spożywczaka czy posłuchać rozmów, których zupełnie nie zrozumiem. Zostaje mi tylko gapić się na parę budynków w ciepłym słońcu popołudnia. Obserwuję ze smutkiem tą pantonimę, bo siedzę w klimatyzowanym busie, oddzielona szybą od tego, czego chciałam doświadczyć.
Jakiś staruszek zupełnie podobny w zachowaniu, ubiorze i ruchach do naszych polskich bezdomnych grzebie powoli w kontenerze tuż obok autokaru innego biura podróży. Wyjmuje karton. Nie wiem, co z nim zrobi, bo przewodnik już pogania kierowcę i odjeżdżamy.
W gruncie rzeczy my wszyscy jesteśmy Homo Sapiens. To nie są ci ludzie, to jesteśmy my. Tyle samo, 100 bilionów komórek. Skoro nie litujemy się nad sobą, to czemu robimy to wobec innej grupy, innej nacji?
Ciąg dalszy nastąpi.
R.
Teksty archiwalne (2021-2022)
23.05.2022
“Wielkie Odkrycia Geograficzne” - taki temat lekcji każdy z nas chociaż raz usłyszał podczas swojej edukacji. Pisząc ten tekst, pozwoliłam sobie skorzystać z materiałów edukacyjnych dostępnych w Internecie. Według autorów książek, jednymi z przyczyn odkryć geograficznych i coraz to nowszych ekspedycji do Ameryki Łacińskiej, a także w wielu innych miejsc, jest chęć poznania nowej kultury, ciekawość świata czy też chęć udoskonalenia europejskiej rzeczywistości. Każdy podręcznik przedstawia także liczne skutki takich wypraw: sprowadzenie towarów luksusowych, rozwój cywilizacji indiańskich. Spotkałam się także z opinią, że dzięki wspaniałomyślnym konkwistadorom, życie Indian stało się znacznie lepsze, ponieważ w końcu mogli zacząć żyć jak rozwinięte społeczeństwo. Jednak czy ich cele naprawdę były naukowe? A może była to zwykła chęć pokazania wyższości nad inną rasą? Czy konkwistadorzy naprawdę myśleli o poznaniu kultury tubylców? Może jednak myśleli tylko o jej zniszczeniu i zastąpieniu swoją własną?
Konkwistadorzy, pod pretekstem chęci zdobywania wiedzy, podbijali coraz to nowsze tereny. W poszerzaniu horyzontów nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, rozpoczęcia rzezi w celach najwidoczniej naukowych, a zaznajamianie się z kulturą tubylców polegało na zamienianiu jej na europejskie obyczaje. Myślę, że to, co przed chwilą napisałam to wystarczający argument. Wyidealizowane odkrycie Ameryki, niosące za sobą ogromne korzyści dla obu stron, to zwykła rzeź i zapomniany Holokaust. Ten artykuł przedstawi zaledwie kilka tragicznych historii, które ukazują, jak tak naprawdę wyglądały ,,Wielkie Odkrycia Geograficzne” i mordy na Indianach.
Historia Tenochtitlan
Tenochtitlan to dawna stolica imperium Azteków znajdująca się w Meksyku. Mieszkało tam około 200 tysięcy ludzi. Gdy oblegający miasto Hiszpanie dowiedzieli się, że inna wyprawa przypłynęła do wybrzeży półwyspu, wyruszyli na wybrzeże, aby bronić zdobytych już terenów. W mieście zostali żołnierze pod dowództwem Pedra de Alvarado. Tubylcy grzecznie poprosili Pedro o zgodę na obchody święta Toxcatl, a ten bez większego zawahania, zgodził się. Dowódca bez żadnych wyrzutów i skrupułów (tak jak cała reszta najeźdzców) postanowił zmasakrować tańczących na rynku Indian. W Internecie znalazłam relację jednego ze świadków, niestety przytoczenie jego słów byłoby zbyt drastyczne. Najeźdźcy obcinali ręce, głowy, przebijali ofiary na pół, a ci, którzy się ostali, uciekając, ciągnęli za sobą wnętrzności. Jeśli myślicie, że to najdrastyczniejsza historia, mylicie się.
W 1521 roku miejsce miało oblężenie Tenochtitlan. Trwało ono 75 dni i finalnie Aztekowie stracili swoją stolicę. Konkwistadorzy zostawili miasto zrównane z ziemią, zginęło tam około 100 000 wojowników i 100 000 mieszkańców miasta. Pomimo tego, że już na samym początku miasto skazane było na zagładę, Hiszpanie ciężko radzili sobie z ulicznymi walkami z dzielnymi mieszkańcami stolicy. Po zdobyciu miasta przez kilka dni dokonywano tam brutalnych mordów na ludności cywilnej. Ludzie leżeli na ulicy we własnych odchodach i z wycieńczenia nie byli w stanie uciekać. Ziemia była zryta w poszukiwaniu jadalnych korzeni, a mieszkańcy jedli cegły z suszonej gliny. Gdy ocaleli postarali się uciec z miasta, sojusznicy Hiszpanów zabili aż 15 000 z nich. Tak o to właśnie Hiszpanie zakończyli istnienie jednej z najpotężniejszych cywilizacji, a w miejscu ich splądrowanej stolicy wybudowali znane nam Miasto Meksyk.
Imperium Azteków upadło pół wieku po przybyciu Hiszpan. Najeźdźcy odbierali im ziemię, honor, zakazywano im mówić we własnym języku, kultywować kulturę i obrzędy religijne. Według nich, człowiek stworzony został na podobieństwo Boga, mógł sądzić, decydować o śmierci, karze, z tego powodu Indianie przez setki lat byli torturowani, mordowani i maltretowani. Rozwijało się niewolnictwo, przymusowe prace w kopalniach. Tubylcy mogli jedynie podporządkować się rozkazom wydawanym przez “nowych władców”, lub po prostu zginąć. Konkwistadorzy niejednokrotnie pokazywali wyższość swojej rasy, między innymi wypalając na policzkach tubylców literkę “g”, która pochodzi od hiszpańskiego słowa guerra (wojna). Tym akcentem starano się ukazać, jak mało ważne jest ich istnienie i że nawet życie zwierzęcia jest ważniejsze niż życie Indian.
Imperium Inków
Historia Inków jest tak samo bestialska jak Azteków. Moralność Hiszpanów upadła tak bardzo, że nie byli nawet w stanie prowadzić uczciwej wojny. Imperium Inków było potężne. Obejmowało tereny dzisiejszego Peru, Ekwadoru i częściowo Boliwii, Chile, Kolumbii oraz Argentyny co daje powierzchnie ok. 2 000 000 km kwadratowych. Nie pojęte jest dla mnie, jak Hiszpanie pokonali tak inteligentne społeczeństwo. Na Machu Picchu zachowały się fragmenty murów zbudowanych przez Inków. Ich konstrukcja jest tak nietypowa i skomplikowana, że dzisiejsi inżynierowie nie potrafią zrozumieć, w jaki sposób nasi przodkowie tego dokonali. Ściana składała się ze skał. Pomimo tego, że nie były one połączone zaprawą murarską, pomiędzy kamienie nie można wcisnąć nawet źdźbła trawy, a sama ściana wygląda jak ogromna skała, a w niej wyrzeźbione połączenia pomiędzy skałami. Cywilizacja Inków odnosiła sukcesy na wielu płaszczyznach: radziła sobie z nowotworami, ich system irygacyjny był zdumiewająco rozbudowany, a pomysły tak genialne, że złowiona o świcie ryba, dostarczana była do Cuzco tego samego dnia po południu przez tzw. Kuriera. Kurierzy biegali po wyznaczonych trasach i przekazywali paczki oraz wiadomości do króla mieszkającego kilkaset kilometrów od wybrzeża, po drugiej stronie gór. Pomimo tak zaawansowanej technologii i inteligencji, Hiszpanom udało się za pomocą podstępu doprowadzić do kresu cywilizacji Inków. Najeźdźcy zakochali się w ilości złota, jaką posiadali mieszkańcy. Zazdrość nie dawała im spać, bo widzieli ubrania bogaczy ozdobione piórami kolibrów, srebrem lub złotem. Zawistni Hiszpanie zaczęli plądrować świątynie, mordować Inków, a wszystko to, co udało im się ukraść, przerabiali na sztabki złota. Pewnego dnia Pizarro postanowił zaprosić na ucztę 5 tysięcy mieszkańców. Pokojowo nastawiona ludność przybyła na spotkanie bez broni i planu bitwy, jednak podstępni konkwistadorzy wykorzystali dobroć Inków. Hiszpanie wymordowali i otruli tubylców, a za władcę Atahualpę zażądali okupu. Po uzyskaniu tego co chcieli, nie dotrzymali obietnicy i zabili także króla.
,,Zabij Indianina, uratuj człowieka”
To jeszcze nie koniec tragicznej historii Indian. W 1756 roku miejsce miała uchwała Pensylwanii. Nie każdy Indianin był posłuszny nowym zasadom, przez co powaga konfliktu cały czas brutalnie rosła. Uchwała władz Pensylwanii, mówiła o 130 dolarach przyznanym każdej osobie, która przyniesie skalp Indianina, zaś skóra zdarta z głowy kobiety warta była 50 dolarów. Hasła rasistowskie, propagujące nienawiść i mordy na tamtejszej ludności były szeroko propagowane i chwalone.
,,Dobry Indianin, to martwy Indianin” to słowa Philipa Sheridana, generała armii USA. Wielkie poparcie zyskało także hasło: ,,Zabij Indianina, uratuj człowieka”. W XIX wieku na podstawie dyskryminujących ustaw zaczęły powstawać rygorystyczne rezerwaty dla Indian. Zasady były tak surowe, że w niektórych regionach, każdy Indianin, który nie znajdzie się na terenie rezerwatu w konkretnie wyznaczonym terminie, zostanie zabity.
Szlak Łez miał miejsce w latach 30 XIX wieku. Rząd postanowił przesiedlić około 15 tysięcy Indian do Oklahomy. Sytuacja miała miejsce zimą, a jeńcy musieli przebyć setki kilometrów piechotą. Każda próba ucieczki szła na marne, gdyż takie osoby były ścigane i zabijane przez powieszenie. Czy to nie przypomina nam pewnej sytuacji na ternie Polski w 1945 roku, kiedy to hitlerowcy zorganizowali Marsz Śmierci z obozu Auschwitz? 12 stycznia 1945 roku, 56 tysięcy więźniów w obozie koncentracyjnym prowadzonym przez niemieckich żołnierzy zostało zakwalifikowanych do ewakuacji pieszo. Jeńcy przeszli długą drogę w trakcie mroźnej i śnieżnej zimy, wielu z nich z powodu wieku i chorób już na samym początku skazanych było na śmierć. Ludzie wycieńczeni ciężką pracą, brakiem jedzenia i picia, przemierzali daleką drogę u boku esesmanów w ciepłych kurtkach. Nasz naród również w niebywale bestialski sposób został potraktowany przez wroga. O tym Polacy pamiętają, czcimy pamięć ofiar w okrutny sposób zamordowanych. Niestety nie zdajemy sobie sprawy z tego, co działo się w odległych od nas miejscach.
Kolejne morderstwa
Kolejna zbrodnia miała miejsce 29 listopada 1846 roku w obozie nad Sand Creek. 700 żołnierzy na czele z pułkownikiem Johnem Chivingtonem otworzyli ogień do 200-osobowej grupy Czejenów i Arapahów. W miejscu zbrodni znajdowały się osoby, które nie były w stanie uczestniczyć w polowaniu na bizony, czyli kobiety, dzieci i osoby starsze. Na koniec szablami dobili rannych, zwłoki oskalpowano, martwym obcinano palce, nosy, uszy i jądra, aby mieć ,,pamiątkę z polowania”. Kobietom wycinano z brzuchów płody, a najbardziej brutalni pozwolili sobie zrobić zawody w strzelaniu do małego chłopca. W sumie, amerykańska armia zabiła 160 osób.
Wielkim odkryciem i początkiem ogromnej tragedii. Charles-Marie de la Condamine w XVIII wieku wyjechał z Paryża do Ameryki Łacińskiej, aby odkryć prawdziwy kształt Ziemi. Mężczyzna przez 10 lat zbierał materiały do swojej książki, po czym dotarł od rzeki Japura, gdzie spotkał Indian. Badacz zafascynowany był wodoodpornym obuwiem i ubraniami, które posiadali tubylcy. Odkrywca nie potrafił także zrozumieć wynalazku odbijających się piłek, które jak się okazało wykonane były z kauczuku. Świat zaczął szaleć na punkcie nowego odkrycia. W latach 60 i 70 XX wieku posiadacze firm wysyłali do puszczy najemników z psami, aby łapać Indian i wykorzystywać ich przy zbiorach ,,Czarnego Złota”. Tubylcom z dnia na dzień odmówiono wstępu do własnych wiosek, a niedługo później okrojono także ich ziemie. To wydarzenie nazywa się gorączką złota, której efekty najbardziej widać w mieście Manus w Brazylii. W roku 1830 było to malutkie miasteczko, liczące zaledwie 3 000 mieszkańców, 30 lat później liczba ludności wzrosła aż do 50 000 osób, a w 1907 roku obywatele tego miasta byli największymi nabywcami diamentów na świecie. Praca na plantacji kauczuku zaczynała się o świcie.
Wiele zabójstw i mordów popełnianych przez konkwistadorów zostało zatuszowanych, a sprawcy nigdy nie zostali ukarani. Tak właśnie jest w przypadku pułkownika Chivingtona i podpułkownika Custera. Mężczyźni wysłali swoją armię nocą, aby zaatakowali ugodowych i pokojowo nastawionych Czeczenów. Od salw karabinów lub z powodu stratowania przez konie zginęło 103 wojowników, a ponad 50 kobiet z dziećmi wzięto do niewoli. Przewodników tej rzezi nigdy nie spotkała kara.
Kolumbijska współczesność
Jeśli ktoś uważa, że rasizm wobec Indian oraz ich potworne traktowanie już dawno minęły, to niestety... jest w błędzie. El Placer to “wioska koki” znajdująca się w Kolumbii. Ważną kwestią jest, że koka to nie to samo co kokaina, co więcej, jeśli komuś kokaina kojarzy się z Kolumbią bądź Meksykiem to jest w głębokim błędzie. Substancję tę wynalazł w 1859 roku pewien Niemiec-Albert Niemann, podczas gdy koka w Andach istnieje już od 6 tysięcy lat. Mężczyzna dostał od profesora liście koki sprowadzone z Ameryki Łacińskiej w celu naukowej analizy i wyodrębnienia substancji aktywnej. Tak wynalazł alkaloid nazywany kokainą. Europejczycy oczywiście zainteresowali się tą substancją, tak samo jak indiańskim lekarstwem kina-kina, które pomaga w walce z malarią. Pomimo tego, że u nas malaria nie występuje, Europejczycy mieli tendencję do posiadania wszystkiego co istnieje, nie ważne czy tego użyją czy też nie, ważne żeby to mieć-to jest właśnie główny powód ludobójstwa i śmierci milionów osób.
Sama koka ma właściwości przeciwbólowe i lecznicze i w żadnym wypadku nie jest substancją odurzającą. Nazwanie koki narkotykiem to dokładnie to samo co nazwanie żyta wódką, winogrona winem i chmielu piwem. Niestety, nie każdy człowiek jest w stanie to pojąć. Rząd Amerykański do dzisiaj stale ingeruje w życie mieszkańców Ameryki Łacińskiej. W pierwszej dekadzie XX wieku władze Stanów Zjednoczonych postanowiły zaangażować się w walkę z handlem narkotykami. Po interwencji wojskowej i militarnej w ramach programu PLAN COLOMBIA, wioska zaczęła pustoszeć, nie ma wody, prądu i panuje głód. Amerykańskie samoloty stale zatruwają ziemię, niszcząc przy tym wszystkie uprawy i dorobek mieszkańców. Zamiast postarać się walczyć z gangami narkotykowymi, rząd amerykański walczy z ludnością cywilną, w dodatku nie w swoim kraju.
Kolejny bestialski krok odkryto w maju 2021 roku, gdy na terenie szkoły Kamloops w Kolumbii Brytyjskiej znaleziono masowy grób z 215 ciałami dzieci. Inny zbiorowy grób ujawniono miesiąc później pod szkołą w prowincji Saskatchelian, jednak liczba ciał była znacznie większa. Znajdowało się tam aż 761 zwłok. Kanadyjskie szkoły przymusowe, finansowane były przez państwo i prowadzone przez kościół katolicki oraz prawosławny. W 1867 uchwalono Indian Act, które regulowało relacje z ludnością rdzenną i propagowało asymilację tubylców. Dzieci już w wieku 3 lat były zabierane siłą i wywożone jak najdalej od rodziny, aby utrudnić im kontakt z bliskimi. Pomimo zniesienia w 1946 roku obowiązku chodzenia tam, stale wynajdywane były środki przymusowe. W szkole panował surowy rygor, dzieci zmuszane były do ciężkiej pracy i zakazywano używania ich języka. Miejsce te, to nie tylko masowe ludobójstwo, ale także kulturobójstwo. Program nauczania wszczepiał w wychowanków kulturę europejską i religię katolicką. Odnotowano liczne przypadki agresji psychicznej i fizycznej, eksperymenty medyczne i żywieniowe, a także przymusowe aranżowanie małżeństw, których celem było rozbicie więzi wewnątrzplemiennych. Szkoły były słabo ogrzewane, brakowało leków i urządzeń medycznych, a pomoc lekarska była utrudniona. Przez to w internatach rozwijały się liczne choroby zakaźne takie jak grypa czy gruźlica. To właśnie było głównym powodem śmierci niewinnych dzieci.
Według oszacowań Amerykanów Amerykę Łacińską zamieszkiwało jedynie jeden milion osób. Archeolodzy dowiedli jednak, że mieszkało tam 15-20 milionów osób i do końca XIX wieku 95% z nich zniknęło. Ekspedycje Europejczyków do Ameryki Łacińskiej w celu odkrywania nowych terenów, poznawania kultur i badań naukowych to tylko pretekst do masowego ludobójstwa, tortur i zabijania kultury. Konkwistadorzy zabijali pod pretekstem wiary i ratowania rdzennej ludności, mordowali wykorzystując podłe podstępy w stosunku do tubylców. Historia Ameryki Północnej, Południowej i Środkowej, to historia mordów, gwałtów, tortur i głodu, pod przykrywką ratowania ludzi od pogaństwa i odkryć naukowych. To zapomniany Holokaust, o którym nikt nie chce pamiętać.
0121
01.04.2022
„Nowa szkoła, nowi ludzie, nowy etap w twoim życiu. Licealne lata są takie wspaniałe”. Ciągle to słyszałam...
Będąc małą dziewczynką i oglądając ,,High School Musical”, miałam różne wyobrażenia o szkole średniej. Przystojni chłopcy, grupa znajomych, mnóstwo czasu wolnego i codzienne imprezy z rówieśnikami. Jak się szybko okazało wszystkie te imaginacje to jedna wielka bzdura! Każdy dzień wygląda tak samo. Monotonne wstawanie, dojeżdżanie autobusem, stojąc w tłumie ludzi i tracąc równowagę przy każdym zakręcie. Chodzenie do szkoły, po to, by przez siedem godzin próbować zrozumieć cokolwiek z lekcji. Wracanie do domu i uczenie się przez następne trzy godziny. Po całym dniu jesteś tak zmęczony, że nie masz nawet siły się odświeżyć. Kładziesz się spać, by następnego dnia znów wstać z łóżka z niechęcią.
„Nawet jeśli nauka cię męczy, to w tym wszystkim na pewno masz świetnych znajomych, z którymi dzień mija ci szybciej” - typowy tekst każdego dorosłego. Chciałabym, żeby to była prawda. W dzisiejszych czasach trudno znaleźć rówieśników o podobnych zainteresowaniach do twoich. Trudno jest znaleźć kogoś, kogo jedynym pomysłem na spędzenie czasu nie jest wypicie piwka czy zapalenie papierosa. Każdy poniedziałek, przychodzisz do szkoły i słuchasz opowieści koleżanek z klasy, które upiły się w weekend ze starszymi chłopcami. Kiedy dojdzie do ciebie, co wydarzyło się u nich w te dwa dni, nie wiesz nawet, co masz im odpowiedzieć. Gdy one świetnie się bawiły, ty siedziałaś w domu i odpoczywałaś, bo tydzień pełen sprawdzianów zmiótł cię z planszy. Trudno jest znaleźć kogoś z kim wyjdziesz na pizzę, zrobisz świetne foty na Instagrama, wyskoczysz na lumpy. W dzisiejszych czasach jeśli nie interesuje cię relaks w formie używek i alkoholu oraz starsi koledzy, znalezienie jakichkolwiek znajomych okazuje się niezwykle trudnym wyzwaniem.
Szkolna miłość. Może chociaż to sprawi, że chodzenie do szkoły będzie przyjemnością? Ten jeden chłopak, którego wypatrzyłaś sobie na korytarzu zaczyna ci się podobać. Znajdujesz jego konto na Facebooku i zapraszasz go do grona znajomych. On akceptuje twoje zaproszenie. Piszecie ze sobą przez kilka dni i okazuje się, że tak wiele was łączy. Przełamujesz się i gdy mijacie się na korytarzu mówisz mu „hej”. Wymieniacie ze sobą kilka zdań. Jesteś podekscytowana, z czasem zaczynasz wierzyć, że coś z tego wyjdzie. Kiedy w końcu stwierdzisz: tak, to odpowiedni moment... i wyznajesz mu co czujesz, on bardzo cię rani. Ma dziewczynę albo chłopaka, nie jest tobą zainteresowany lub nie szuka drugiej połówki…
Brzmi znajomo?
Ludzie próbują sobie wmawiać, że licealne życie jest piękne, jednak kiedy wejdziemy głębiej, poznajemy prawdziwe oblicze szkoły średniej. Ogromna ilość materiału do nauki, presja ze strony nauczycieli i rodziców, ten jeden chłopak, który cię zranił. Dodatkowo koleżanki... poza szkołą nie masz z nimi nic wspólnego. Szkoła staje się miejscem, w którym czujesz się obco, a ciągła nauka męczy cię psychicznie. W dzisiejszych czasach często unika się prawdy, bo bywa ona bardzo bolesna. Nie jest tak kolorowo jak myślałeś. „High School Musical” kiedyś był dla mnie beztroskim, dziecięcym marzeniem, dziś jest niemożliwą do osiągnięcia utopią.
Olivia
16.03.2022
Dla większości z nas Peru to tylko zapierająca dech w piersi stolica Inków - Machu Picchu, i marihuana czy kokaina, przy czym obie z tych rzeczy nijak się mają do latynoskiego życia. Przede wszystkim stolicą Inków jest Cuzco, a większość Peruwiańczyków na własne oczy Machu Picchu nigdy nie widziała, a marihuana czy kokaina są tam samo nielegalne jak u nas. Zdziwieni, co? Peru to kraj tysiąca kolorów, jednak coś, co urzeka najbardziej to właśnie hipokryzja. Po zagłębieniu się w historię oraz kulturę Peru, nieraz nie wiadomo, czy powinno się płakać ze śmiechu czy też ze smutku.
Peruwiańskie rządy
Przed napisaniem tego felietonu poprosiłam pewnego Peruwiańczyka o pomoc. Zadałam mu naprawdę proste pytanie, na które oczekiwałam tak samo prostej odpowiedzi: ,,Jakie są najśmieszniejsze i najbardziej denerwujące rzeczy, które zrobił Pedro Castillo?''' Jego odpowiedź była krótka i mało pomocna: ,,hmm... istnienie, kandydowanie na prezydenta, mówienie obywatelom, że prezydentura to dla niego proces nauki...'' Jak sami widzicie, jego odpowiedź była naprawdę mało obszerna, a jednak wyczerpująca, natomiast wysłane później gify przedstawiającego tańczącego prezydenta (a raczej już bardziej dyktatora) naprawdę mnie rozbawiły. Małej dygresji pozostawiam także jego nazwisko - Castillo, które oznacza zwykły zamek. Zresztą tłumaczenie nazwisk z języka hiszpańskiego jest naprawdę złym pomysłem. Prezydent Wenezueli to Madura (dojrzej), natomiast nazwisko naszego prezydenta oznacza: wątpliwość.
Rządy peruwiańskie nigdy nie były idealne. Już za danych czasów Inkowie za miłosne igraszki przypłacali własnym życiem, a ich władcy to generałowie starej daty, komuniści, których własnością było wszystko. Ich poddani od czasu do czasu w ramach ,,nagrody'' mogli pogrzebać sobie na ich ziemi, aby wydobyć sól do królewskiego obiadu. Niezła hipokryzja, co? Pomimo tego, że bez inkaskiej cywilizacji życie nie byłoby takie proste, a jej przedstawiciele byli od nas o wiele mądrzejsi, ich zasady rządziły się niecodziennymi prawami. Peru stało się krajem niezrozumiałych zjawisk.
Sprawa Alberto Fujimori
Pomyślicie sobie, że kradzież 15 milionów dolarów i zwianie do Japonii zdarza się tylko w filmach? Jakby tego było mało, sprawcą jest prezydent kraju, który kilka lat później wysyła córkę do Limy, aby ... też kandydowała na to samo stanowisko! Otóż to właśnie stało się w Peru. Miłość peruwiańskich terrorystów, złodziejów i morderców - Alberto Fujimori, przyprawia nas o dreszcze. Mężczyzna skazany został za porwania, morderstwa i korupcje. Jego ludzie ,,pomylili'' zwykłych cywilów (w tym małego chłopca) z terrorystami, więc po po prostu ich zamordowali. Zabito również grupę studentów wraz z ich profesorem z powodu podejrzenia przeprowadzenia przez nich ataku, po czym jak gdyby nigdy nic, dyktator postanowił uprowadzić swoich krytyków, a raczej zlecić to, gdyż jego rączki musiały zawsze być czyste, a oczka niewinne.
Z mniejszych przewinień - mężczyzna ma na koncie wręczanie łapówek, podsłuchy telefoniczne oraz zmuszanie swoich ludzi do przebierania się za prokuratorów w celu rabunku. Za jego rozkazem wysterylizowano także 300 tysięcy (głównie ubogich) Peruwianek, co tłumaczy jego strategię planowania rodzinnego. Co najmniej 18 kobiet straciło życie podczas operacji. Opis przedstawionych wydarzeń przedstawia raczej biografię Pabla Escobara, a nie zwykłego ,,chińczyka'' rządzącego Peru, a jednak...
Zaraz po tym delikwencie na scenie politycznej pojawił się Pedro Castillo. Nie trzeba go przedstawiać. Zabawny jest jednak fakt, że w wyborach prezydenckich konkurował z córką Alberto Fujimori. Ku mojemu głębokiemu zdziwieniu zaszła aż do ostatniej tury wyborów!
Stanie w kolejce to też zawód
Sama Wenezuela to kraj komunistyczny. Przestępczość jest tak wysoka, że kwalifikuje się do jednego z najniebezpieczniejszych krajów na świecie. Dostęp do prądu stał się ograniczony, ustalany zostaje specjalny grafik godzin, w których jest on dostępny. Półki sklepowe są puste, a kolejki po benzynę tak długie, że Wenezuelczycy wynaleźli swój własny lokalny zawód! Polega on na siedzeniu w samochodzie klienta tak długo, dopóki nie zatankuje. Kolejki są kilkumetrowe, a długość oczekiwania wynosi czasem 12 godzin. Pomimo tego kraj muszę nazwać przepięknym - niesamowite plaże, cudowne wodospady. Obywatele są w nim szczerze zakochani, stale polecają swoją ojczyznę turystom i opuszczają ją z wielkim bólem serca.
Che Guevara - wybawca Kuby
Wisienką na torcie całej latynoskiej hipokryzji jest Kuba. To miejsce i jego obywatele to jedna wielka zagadka i pomimo zagłębiania się w jego historię, kulturę oraz politykę, nadal nie jestem w stanie pojąć, dlaczego Kubańczycy czczą mordercę, zbrodniarza i osobę, która zapoczątkowała komunizm na Kubie. Sytuacja na tej wyspie jest tragiczna. Pomimo tego, iż w roku 1820 Kuba była największym producentem cukru i walczył o nią niemal cały świat, dziś ludzie umierają tam na ulicy, brakuje prądu, a dostęp do Internetu jest praktycznie zerowy - no, chyba, że jesteś tak zwanym gringo. Che Guevara jako młody chłopak postanowił zmienić świat. W trakcie swoich podróży zobaczył biedę, z jaką borykają się na co dzień ludzie. Młodzieniec wywnioskował, że powinno się usunąć dobra własne, a wszystko należy do wszystkich, każdy zarabia tyle samo, dzięki czemu nikt nie będzie różny. Taki system panuje do dziś i wszyscy wiemy, do czego on doprowadził. Pomimo tego Kubańczycy o Guevarze wspominają ze łzami w oczach. Murale przedstawiające jego postać można zobaczyć wszędzie, a koszulki, kalendarze, kubki z rewolucjonistą dostępną są niemal w każdym sklepie. Obsesja na punkcie Che jest widoczna do takiego stopnia, iż po jego śmierci handlowano ziemią, w której mężczyzna został pochowany. Pomimo iż zabił on tysiące osób, stworzył specjalne obozy dla osób LGBT i doprowadził do biedy i głodu w kraju, kochają go i uważają za wybawcę.
,,Biedni, ale szczęśliwi''
Przedstawione sytuacje to tylko niektóre smutne wątki z życia politycznego Latynosów. Często są niemałą hipokryzją. Pomimo tego Latynosi to najwspanialsza grupa ludzi. Mam z nimi stały kontakt i najbliższa mi osoba to właśnie Latynos, który w szybkim tempie diametralnie zmienił mój światopogląd. W życiu codziennym borykają się z niemałymi problemami, niebezpieczeństwem czyhającym niemal na każdym kroku, biedą oraz trudną sytuacją polityczną. Jednak na ich twarzach niemal zawsze maluje się uśmiech. W ich domach na co dzień słychać wesołą salsę i fałszujących domowników. Każda mała rzecz to wielka rzecz i choć wielu z nich niewiele ma, to odda Ci wszystko. Największą hipokryzją w świecie Latynosów jest wymyślony przez Europejczyków strach i stereotyp zagrożenia z ich strony. Nikt z nich nie nosi w nogawkach kokainy, nie zamorduje Cię przy pierwszej lepszej okazji... Typowy Latynos nie bije swoje kobiety (mówimy tu o osobach normlanych, niektóre osoby odstają od społeczeństwa, niezależnie od tego, w jakim kraju się znajdują), nie zabrania kobietom pracować, ani nie nie zmusza ich do rodzenia dzieci. Ich kultura jest zdumiewająca, widoki zapierają dech w piersi, a o ich tradycjach można słuchać godzinami. To ludzie zawsze służący pomocą, uśmiechnięci (choć nie bagatelizują problemów!) i zadowoleni. Powtarzają w kółko słowo: ,,ahorita'' (teraz), które nigdy nie nadchodzi, i właśnie na tym polega spokój ich życia i szczęście. Europejczycy nie doceniają tego, co mają. Ciągle biegniemy w pośpiechu, szukamy czegoś, choć nie wiadomo czego... i nadal nam wszystkiego brakuje.
Nie potrafimy doceniać tego, co posiadamy, a ludzi, którzy są szczęśliwsi, pomimo mniejszego komfortu życia, bezpodstawnie oceniamy. Latynosi uśmiechają się i tańczą salsę - ,,biedni, ale szczęśliwi'' - jak mówi moja kolumbijska przyjaciółka.
0121
15.03.2022
Sezon, sezon i prawie po sezonie... Wszystkie skokary, stochary i tym podobne stwory czekały osiem miesięcy na to, aż Stary* i spółka znowu zaczną wymiatać w Pucharze Świata, ale... tym razem bolesna rzeczywistość sprowadziła nas do parteru w zasadzie już po pierwszym listopadowym weekendzie.
Forma jakby nie ta... rozpoczęło się ciągłe przesuwanie granicy, a właściwie pucharowego przystanku, w którym miała nadejść długo wyczekiwana poprawa. To istna katorga, zwłaszcza dla osób wychowujących się na Złotej Erze polskich skoków, przepełnionej po brzegi sukcesami naszych Orłów. Jako wieloletnia obserwatorka ich poczynań (bo myślę, że niemal osiem lat świadomego kibicowania to już całkiem sporo jak na osiemnastolatkę) powiedziałam sobie: okej, byłam z nimi w tych dobrych chwilach, będę także i wtedy, kiedy idzie im nieco słabiej. W końcu kibicem się jest, a nie bywa.
Jednak cierpliwość i tych najwytrwalszych kiedyś się kończy, prawda? I bynajmniej nie mówię tutaj o cierpliwości do naszych skoczków czy sztabu szkoleniowego, ale do przecudownego, przekochanego, ogromnie uwielbianego przez całe #skijumpingfamily duo pt.: ,,Pertile i Jukkara''. Reprezentują oni tę całą, średnio funkcjonującą organizację, jaką jest FIS (Międzynarodowa Federacja Narciarska). Szkoda tylko, że apogeum niekompetentności drugiego z nich przypadło na okres przedolimpijski i samych Igrzysk, wprowadzając niemały zamęt, zwłaszcza w szeregach reprezentacji Polski, stąd, jak łatwo się domyślić, moja konsternacja. Kontroler Jukkara w tamtym czasie żył według własnego, nieudokumentowanego schematu, który idealnie ujął Piotr Bąk z serwisu Skijumping.pl - ,,Ju-kara, a ty nie Ju-kara''. Pod koniec stycznia Fin dał się totalnie zmanipulować Bestii z Hinterzarten, która wydała nas za 500 franków niczym Judasz za 30 srebrników, dyskwalifikując nas za ,,nieprzepisowe'' buty. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w tych teoretycznie nieprzepisowych butach skakała większość naszej kadry, ale nie Tata Zuzanny*, który początkowo pod tę dyskwalifikację również podlegał. W trakcie trwania Igrzysk Jukkara był natomiast całkowicie ślepy na wybryki pewnej reprezentacji skaczącej w niemalże workach po ziemniakach widocznych bez żadnych przeszkód z telewizora w salonowej kanapie.
Ot, taki klimacik uczciwej, igrzyskowej rywalizacji! Kilka dni temu maszyna Jukkara po raz kolejny ruszyła i podejmując się dyskwalifikacji Młodego* w drużynówce, tylko się pogrążyła, gdyż następnego dnia ten sam sprzęt w jej wszystkowidzących oczach był już na tyle przepisowy, że zatwierdzono go bez jakiejkolwiek ponownej kontroli na pozostałą część sezonu. Tak... oto życie prostego członka #skijumpingfamily!
MaMu
*Stary - Kamil Stoch
*Tata Zuzanny - Dawid Kubacki
*Młody - Paweł Wąsek
III, 2022
Życie w erze ciągłego połączenia ze światem, dzięki cudom techniki, sprawia, że łatwo się w tym wszystkim zatracić. Tym bardziej ludziom starszym.
Odwiedzam często babcię i dziadka. Odpycha mnie od tego pewien element. Stały bywalec. Bywalcem tym jest jedna ze stacji politycznych. Znaczy, informacyjnych.
Rozmawiam z dziadkiem. Jest miło. Nagle mi przerywa - cicho, cicho - bierze do ręki pilota, by podgłośnić rozmowę polityków. Rechocze i komentuje ich słowa. Czasami (zazwyczaj) leci też z wulgaryzmami. Co najzabawniejsze, bo zwykle nie jest już nawet na temat polityki. A ty siedzisz. Bo co masz zrobić? Przyłączyć się do komentowania odcienia podkładu prezenterki?
Gorzej jest z babcią. Ona przyłącza się do tego z mniejszym zrozumieniem. Nie wie do końca o co chodzi, ale ważne, że rzuci w stronę ekranu paroma ,,k'', co on ,,p'' i tak dalej. Czy nie zdrowiej byłoby włączyć sobie telenowelę? Tam też zobaczą bezsensowne kłótnie i ludzi skaczących sobie do gardeł. Chyba jednak po rozrywkę sięgają, odpalając kanał informacyjny.
A poza tym, mogliby chociaż... wyłączyć telewizor, kiedy ktoś ich odwiedza. Zwrócić uwagę na ludzi wokół (a raczej na najbliższych, a nie na osiedlowe obiekty plotek, ale to inny temat).
To niby młodzież jest oderwana od rzeczywistości, bo gry, bo fejsbuki... Ale czym od tejże młodzieży różnią się seniorzy plujący wiązankami w stronę polityków na śmiesznym kwadratowym ekranie?
A. ;)
III, 2022
Przez ostatnie kilkanaście lat powstało wiele seriali i filmów umiejscowionych w szpitalu, dotyczących głównie pacjentów, ich chorób, trudnych operacji i ewentualnie innych, pobocznych wydarzeń. Dla wielu ludzi są to produkcje niezwykle interesujące i wciągające. Paradoksalnie, nie mam na myśli osób z wykształceniem medycznym.
Kto obejrzał choć parę odcinków ,,Doctora House'a'', ,,The Good Doctor'' czy ,,New Amsterdam'' wie, że są to twory nad wyraz przekoloryzowane. Wprowadźmy się w przykładową, typową akcję takiego serialu. Przyjeżdża pacjent po makabrycznym wypadku, lekarze nie widzą nadziei i z jakiegoś nieznanego powodu nie popierają pomysłu jednego, wyjątkowego medyka. Jakimiś męczącymi drogami dochodzi do możliwości wykonania badania lub konkretnego zabiegu i ... zawsze, praktycznie za każdym razem ma rację!
,,Happy end'' co odcinek. Czy ma to jakiś większy sens? Najwidoczniej ma, wciągnięcie się w taki serial to powszechne zjawisko. Poszukajmy przyczyn: edukacja? Nie sądzę, dla większości widzów terminy używane w tego typu produkcjach brzmią jak czarna magia. Utożsamienie się? Już wspomniałam o przekoloryzowaniu, niestety szpitalna rzeczywistość nie wygląda tak pozytywnie, nie ma nic wspólnego z serialem. W nim zobaczymy utrudniony, generujący milion przygód, transport wątroby do szpitala oraz szczęśliwe zakończenie, a w realnym świecie raczej nie zdobędziemy od razu możliwości szczęśliwego przeszczepu.
Postarajmy się poszukać rzeczywistych zalet, które skłaniają do włączenia następnego odcinka. Być może krew, wnętrzności, ale bez kreowania taniego horroru, przyciągają widzów? Tyle, że często te elementy również nie są udane. Wyglądają sztucznie, czasem nawet niemowlęta to wyraźne lalki. Kolejna kwestia to wywołanie emocji, wpływ na widza, np. ,,zmuszenie'' do współczucia. Tani chwyt? Komentarz pozostawiam Wam. W takim razie może życie prywatne bohaterów, poboczne wątki? Złapmy się czegokolwiek! No nie, ten element zwykle też postępuje bardzo powoli, wprowadza w zniecierpliwienie i zatraca ciekawość.
Zalety niby są, ale gubią się gdzieś podczas trwania serialu. Po dłuższym przemyśleniu stanowią jednocześnie wady, a produkcja nie zostaje w pamięci zbyt długo po rezygnacji w dalsze brnięcie w tę przewidywalną podróż.
J.M.G.
II, 2022
Koniec końców, jak powinniśmy odbierać koncepcję zbrodni w dziele Fiodora Dostojewskiego ,,Zbrodnia i kara''? Jej nadinterpretacja jest niewątpliwie niebezpieczna.
Słowo ,,koniec'' na samym początku wypowiedzi brzmi średnio, więc zacznijmy od nowa, od kwestii najbardziej podstawowej, takiej, która od razu nasuwa się po przeczytaniu książki, a właściwie już w jej trakcie. Czy Rodion Romanowicz Raskolnikow powinien zabić, czy jego wytłumaczenia należy w ogóle brać po uwagę, czy da się usprawiedliwić jego szczególne, nietypowe przyczynowo zabójstwo? Rozważając to zagadnienie należy na chwilę (tylko na chwilę) odrzucić wszelkie zasady, zarówno aktualne, jak i ówczesne, każdą wartość, jaką sami kierujemy się w życiu oraz reguły danej wiary lub jej braku. Obserwujemy tylko utwór literacki, psychikę Raskolnikowa ujawnioną bogatymi, szczerymi, często chaotycznymi (i dobrze!) monologami. I tutaj akurat dostajemy odpowiedź na pytanie. Wyodrębnia się proces.
Raskolnikow dzieli ludzi, a siebie przydziela do grupy niezwykłych, mających prawo do dobrze uzasadnionej zbrodni. Analizując zachowania (nieumiejętnych) morderców popadających w obłęd, dochodzi do wniosku, że nadczłowiek właściwie zbrodni nie popełnia - jeśli nie towarzyszą mu wyrzuty sumienia, nie popada w stan chorobowy
i nie waha się (niczym Napoleon), to nie czyni zła. Wtedy, w mniemaniu głównego bohatera, zbrodnia to bardziej ,,wygłoszenie nowego słowa'', coś bardzo pozytywnego. Tak też postrzegał swój plan zabicia Alony, którego zakończenie znamy wszyscy. W nim znajdujemy jasną odpowiedź, która potwierdza zrozumienie swojej winy, do czego dojrzewał jeszcze przez rok na Syberii.
Nie, Raskolnikow nie powinien zabijać. Nie jest jednostką wybitną, nie potrafi szlachetnie wykorzystać zdobytych pieniędzy. Jego doskonała wizja to efekt tragicznego stanu psychicznego. Po prostu.
I właśnie teraz nadchodzi moment o wiele trudniejszy, w którym wreszcie możemy dopuścić do głosu naszą moralność, religijność, ludzkie poczucie przyzwoitości. Odrzucenie ich przy pierwszym pytaniu jest trochę trudne, ale niestety konieczne - odpowiadamy patrząc jedynie na to, co zostało opisane w książce, nie tworzymy domysłów, całkowicie unikamy własnych odczuć dotyczących któregokolwiek
z bohaterów (przykładowo - gdy większość opisana jest z perspektywy Raskolnikowa, możemy bardziej się do niego przywiązać, bo dostajemy więcej czasu na obcowanie
z daną postacią). Te czynniki zaburzają trzeźwe spojrzenie na sam w sobie utwór literacki, a w dyskusji nierealne staje się wtedy dojście do konsensusu.
Pora na utrudnienie sobie życia. Czy rzeczywiście dla ludzi niezwykłych, takich jak opisani w artykule Raskolnikowa, istnieje usprawiedliwienie, a wręcz wskazania do morderstwa? Nadmienię, że prawidłowa odpowiedź nie istnieje. Oczywiście, jeśli rozpatrzysz to w zakresie własnych wartości (i nie mowa to o tym, czy sam byłbyś w stanie zabić) to tak, jakieś stwierdzenie się pojawia. Każdy odpowiada w zgodzie
z własnym sumieniem.
Wracając do powieści, początkowo ta teoria przybiera jakiś sens dla czytelnika, widać pewną logikę, są powody, mamy prawie namacalne korzyści! Jedno życie za tysiąc, jedno istnienie za dziesiątki uratowanych rodzin. Uratowanych od ogromu cierpienia, demoralizacji, braku jakichkolwiek opcji na szczęście, na spędzenie choć jednego dnia w dostatku. Tymczasem Alona Iwanowna krzywdzi swoją siostrę, wykorzystuje zdesperowanych studentów, a jej majątek po śmierci nie przyniesie nikomu choćby... śmiechu. Jedynie nieszczere modlitwy gubiące się murach klasztoru. Trudno ani przez chwilę nie pomyśleć o absolutnej słuszności planu Rodiona, nie z powodu jakiegoś nieludzkiego wartościowania ludzi czy nienawiści do niemiłych staruszek, ale przez zwykłe uczucie do upadającego społeczeństwa, tak naturalistycznie przedstawionego w utworze. Dostojewski bezlitośnie serwuje nam na dokładkę szaleństwo Katarzyny Iwanowny opatrzone rozpaczą jej dzieci, tak bardzo świadomych przyczyn tragedii, jaka ich spotyka.
Gdy argument sam się kształtuje, pojawia się Sonia.
- Przecież zabiłem tylko wesz, Soniu. Niepotrzebną, plugawą, niegodziwą.
- Ale tą wszą był człowiek.
Nie ma obiektywnej odpowiedzi.
J.M.G
X, 2021
Jak współcześnie postrzegamy dziennikarzy?
Czego oczekujemy od dziennikarstwa?
Co z rzetelnością?
Jak wygląda nasza styczność z mediami?
Oto cztery głosy uczniów z klasy 3i, którym nie jest obojętny temat przemian we współczesnym dziennikarstwie.
I - ,,Witamy w przedszkolu dla dziennikarzy''
Wyobraźmy sobie przedszkole. Stojący rządek pierwszaków, czekający na wejście na scenę. Kiedy nadchodzi moment rozpoczęcia przedstawienia, pojawia się zwątpienie. Tyle przygotowań, czasu poświęconego na to, żeby za wszelką cenę wystąpienie wypadło jak najlepiej. Co teraz? Na koniec może i wychodzi, że niby coś tam sensownego zostało powiedziane, jednak całość nie ma takiej wartości, która pojawiła się w zamyśle. Przeraża mnie podobieństwo przedstawienia przedszkolaków do współczesnego dziennikarstwa.
Zosia
II - ,,Gdzie są pieniądze?''
Dwanaście lat nauki, pięć lat studiów, dyplom z wyróżnieniem. Mamy papierki, możemy nazwać się pełnoprawnymi dziennikarzami. Rynek pracy stoi przed nami otworem, ale gdzie są pieniądze?
Jakie miejsce pracy wybierze młody dziennikarz, żeby dobrze zarobić? Jak głęboko spróbuje wejść komuś w życie, żeby pozyskać klikalną informację? Jaki wstyd spłynie po nim jak po kaczce, żeby zdobyć wyświetlenie?
Czy nie czuje się podle, pytając o intymne sprawy młodej, przechodzącej rozstanie dziewczyny?
Dziennikarze stali się BEZOSOBOWI. Niektórym brak wstydu, inni wstydzić się nie muszą, bo pod tekstem pełnym pustych słów pozostawią tylko dwie litery - niby inicjały, ale one już dawno stały się tylko narzędziem pracy. Trudno się im dziwić.
Popyt. Ale współczesne dziennikarstwo bardzo staniało za cenę dużych pieniędzy.
26 :)
III - ,,Ciekawość ludzka nie zna granic''
Dziennikarstwo: wstyd i chamstwo
teraz dziennikarz Cię spyta
o Twoją kartkę z pamiętnika
o rozmiar Twojego stanika
i czy masz bzika
trzeba zainteresować czytelnika
ciekawość zaspokoić
popularność podwoić.
xxx
IV - ,,Dziennikarstwo - kierunek dla każdego?''
Czy dziennikarstwo jest kierunkiem dla każdego? Ludzie myślą, że to idealny wybór studiów dla osób, które nie wiedzą, co chcą robić w życiu. No i idą na studia po to, żeby iść, więc dziennikarstwo. Właśnie takie mam wrażenie, patrząc na współczesnych dziennikarzy. Czy to nie jest skandal, że dziennikarz przychodzi na wywiad i nie wie nawet z kim rozmawia?
Miałam okazję wywiad pewnej Pani, która żyła w głębokim przekonaniu, że rozmawia Marcinem Dubielem, a w rzeczywistości był to ... zupełnie inny mężczyzna. To naprawdę nie do pomyślenia.
Chciałabym zwrócić uwagę na dziennikarzy, którzy prowadzą reportaże i okłamują swoich czytelników bądź słuchaczy. Spójrzmy na reportaże o niepełnosprawnych. Dlaczego w niemalże każdym reportażu są oni ukazani jako ofiary? Dlaczego dziennikarze nigdy nie pokażą niepełnosprawnych, którzy mimo przeciwności świetnie sobie radzą?
Znam odpowiedź. Łzawe historyjki najlepiej się sprzedają. Gdyby powstało więcej reportaży pokazujących niepełnosprawność w innym świetle, ludzie też chętnie by je oglądali, naprawdę.
Jeśli ktoś ma wybrać studia dziennikarskie po to, żeby tylko pójść na studia, to nie ma to sensu. Dziennikarze będą stawiani w coraz to gorszym świetle.
Nikola
X, 2021
Była godzina 20:59 kiedy na zamarznięte, przestarzałe tory wjechał mój spóźniony (o 33 minuty) pociąg. Przez moje zgorzkniałe od czekania, wypełnione chęcią leżenia w cieplutkim łóżeczku myśli, postanowiłam posłuchać - nie jak zawsze muzyki - ale audiobooka. Nawet nie wiem jakim cudem na to wpadłam. Pewnie przez scrollowanie social mediów coś nadzwyczajnie zwróciło moją uwagę, aby wyszukać tego
w internecie.
W przepełnionym pociągu, niespieszącym się, by ruszyć ze stacji, nie było mało ludzi. Dźwięk rozmów, śmiechu i rozgoryczenia nie pomagał mi w tym, by skupić się na psychologicznej książce, która miała mi pomóc zrozumieć siebie. Miałam wrażenie, że nikt w tym wagonie nie potrafił zachować zasad kultury. Częściej niż zawsze zaczęło mnie to irytować, a myśli gniewu piętnowały się, gdy paradoksalnie w słuchawkach mojego telefonu leciał audiobook ,,Jak mniej myśleć”.
Słowa, które słyszałam wydawały się nadzwyczajnie trudne do zrozumienia. Nie wiem, czy autorka pomyślała o tym, że ludzie chcą zadbać o własny samorozwój czytając - czy słuchając - książek, a nie o to, by poznać multum słów z terminologii psychologii. Nie poddałam się, słuchałam dalej. Odbicie ludzi w oknie, przez które spoglądałam, nie było pomocne. Wbrew ciemności godziny i nieustającemu zmęczeniu, z niecierpliwością czekałam na kolejne zdania książki.
Po kilkudziesięciu minutach zrozumiałam, iż w zupełności nie utożsamiam się z tym, co słyszę. Lecz nie było to na marne. Ta książka pozwoliła mi zrozumieć nie siebie, a osobę którą kocham. Wysłałam jej link, z nadzieją, że pomoże to jej w poukładaniu sobie myśli na temat własnych zachowań, czy nieszablonowego myślenia, które posiada, i którego nie rozumie. Na coś ten nadmiar technologii się jednak przydaje,
a opóźnienie pociągu służyło pomocą, której nie potrafiłam wcześniej znaleźć.
Gabriela
X, 2021
Jest godzina 19. W pokoju pali się mała lampka, ekran komputera rzuca niebieską poświatę na bladą twarz Alicji, która już piątą godzinę spędza w grze komputerowej. Woła ją mama i każe jej wyjść po zakupy, niezadowolona dziewczyna narzuca na siebie starą znoszoną kurtkę i wychodzi z domu. Alicja pośpiesznym krokiem zmierza w kierunku sklepu, szerokim łukiem omija wszystkie osoby, nie lubi innych ludzi, chce zrobić zakupy jak najszybciej i wrócić do wirtualnej rzeczywistości, gdzie czuje się ona bezpiecznie.
Według definicji wirtualna rzeczywistość jest to złożone, komputerowo symulowane środowisko, w którym dzięki współczesnej technologii można wygenerować wrażenia charakterystyczne zarówno dla realnego środowiska fizycznego, jak i społecznego, a także wzbogacić je o efekty niewystępujące realnie. Sporo młodych ludzi spędza w niej długie godziny, na rozwijaniu swoich awatarów oraz rozmowach z innymi graczami. Damian Janus uważa, że wirtualna rzeczywistość jest zagrożeniem dla rozwijającej się psychiki, niezależnie od treści, jakie ona przedstawia. Moim zdaniem może być jednak formą terapii. Dlaczego?
Alicja zagłębia się w świat wirtualnej rzeczywistości, ponieważ to jedyny sposób aby mogła nawiązać relacje międzyludzkie, jest zbyt nieśmiała na to by “zagadać” do kogoś w rzeczywistym świecie. Wirtualna rzeczywistość może być także formą uciekania od własnego życia i swoich problemów. Dzięki grze gracze mogą stać się, kimś innym – kimś, kogo będą bardziej lubić niż samych siebie.
Często osoby nawiązują również głębokie relacje z innymi graczami, takie jak przyjaźń czy miłość, zastępują one im potrzebę nawiązywania relacji z innymi ludźmi.
Alicja gra, ponieważ to gra staje się dla niej swoistą opoką, w której czuje się bezpiecznie oraz komfortowo. Bez obawy o publiczne wyśmianie dzieli się z innymi graczami swoimi problemami i przemyśleniami pod postacią swojego awatara rozmawia o swoich problemach z innymi graczami.
Niektóre elementy gry mogą także zaspokajać inne potrzeby życiowe: ulepszanie swojej postaci może dać nam poczucie kontroli oraz poczucie jasnej wytyczonej ścieżki, którą mamy podążać. Syroka, M. Staszczak w ,,Rzeczywista nierzeczywistość” pisze: „Uczestnicy dyskusji mogą tworzyć swój wizerunek tak, aby spełniał ich oczekiwania, marzenia o tym, jacy chcieliby być i jak chcieliby być postrzegani przez innych.'' . Gry potrafią zaspokoić nasze oczekiwania względem samych siebie i stworzyć wyidealizowany i nierealny obraz nas samych. Czy to aby bezpieczne?
Współcześnie kontakt z innymi ludźmi zostaje ograniczany, a wiele z dotychczasowych miejsc spotkań młodzieży zamknięto. Młodzi zaczęli spędzać jeszcze więcej czasu w wirtualnym świecie. Nie powinniśmy ich pozbawiać całkowicie dostępu do ich własnych wirtualnych światów, ale kontrolować ilość czasu w nich spędzonego. A najlepiej sprawić, by mieli inne zajęcia niż tylko granie w gry komputerowe.
Karioker
X, 2021
Jednym z najbardziej szkodliwych zachowań człowieka, jakie zaobserwowałam
u innych, a przede wszystkim u siebie, jest nakładanie zbyt dużej presji na perfekcjonizm.
To cecha pozornie pozytywna. Społeczeństwo nie docenia niszczącej siły perfekcjonizmu.
Ciągłe kalkulowanie i analizowanie, co jeszcze zostało do zrobienia w danym dniu, miesiącu, tygodniu, roku...
A w życiu?
Kto jeszcze myśli o szczęściu, tym prawdziwym i teraźniejszym, a nie tylko o jego osiągnięciu, dążeniu do niego?
Czy punkt, w którym do niego docieramy w ogóle istnieje?
Perfekcjonizm niszczy, przeszkadza.
NIE jest dobry, to nic pozytywnego.
J.M.G.