Pierwszy Zjazd Absolwentów WE PP 1967-1973
21-22 listopada 1981
Parafrazując stare porzekadło autora pierwszej polskiej encyklopedii powszechnej Benedykta Chmielowskiego - jaki był III Zjazd każdy widział. Niektórzy nawet, a było ich sporo w różny sposób okazali swoje zadowolenie i uznanie. Kazio Marchlewski opisał II Zjazd jedynie słusznego rocznika WE PP. Jeżeli był III i II Zjazd, to nie jest odkrywczym, że zapewne był i Pierwszy Zjazd. Pozwólcie, że z głowy, czyli z niczego przywołam jak do niego doszło.
Otóż w połowie 1981 roku, jakże bogatego w wydarzenia polityczne i szybującej w dół sytuacji gospodarczej /nie brakło wtedy tylko octu i musztardy, choć do dziś nie wiem dlaczego/, pojawił się u mnie, a pracowałem wtedy w energetyce, przy jakiejś okazji Bogdan Bączkiewicz. Słowo do słowa, nie pamiętam czy przy piwie czy na sucho, pojawił się pomysł by się w dużym gronie przy dobrze zastawionym stole, na przekór sytuacji gospodarczej spotkać. Wszak student /a wtedy myśleliśmy jeszcze trochę po studencku/ żebrak, ale pan. Trzeba jednak było pokonać dwa problemy. Zdobyć listę adresową, a przecież po studiach rozjechaliśmy się w różne strony, no i miejsce, gdzie takie nieformalne liczne spotkanie w tych niespokojnych czasach, można by odbyć. SEP i Energetyka przyszły w sukurs. Bardzo ważny Dyrektor Okręgu Energetycznego wyraził zgodę na organizację spotkania koleżeńskiego Koła Stowarzyszenia Elektryków Polskich w Ośrodku w Baranowie. Pierwotnie, to bliżej nieokreślone Koło liczyło kilkanaście osób, potem w jakiś dziwny sposób temu Kołu przybyła znaczna ilość członków. Mało tego, ważny Dyrektor będąc sympatykiem SEP-u, a jednocześnie ulegając urokowi załatwiających, wśród których była i Jola Szałajko, uruchomił też skromne, ale jednak dofinansowanie. Jeden problem ogarnięty. Ale okazało się, że aby było coś na stole to trzeba by oddać kartki nie tylko na mięso, masło i … no, właśnie. Ruszyliśmy głową wraz zaproszonymi do współdziałania kolegami – Witkiem Janikiem i Kaziem Marchlewskim i stwierdziliśmy, że „damy radę”, a więc już wtedy nastąpiła w nas „dobra zmiana”. /Co myśmy k…. dobrego narobili!!/. Pojechaliśmy w tzw. teren i chyłkiem wieczorem wróciliśmy z zaszlachtowanym świniakiem w bagażniku. To „no właśnie”, a „czaru PGR-u” już nie pijaliśmy, zdobyliśmy dzięki jednemu z kolegów, nie jestem pewien czy to czasem nie był mój imiennik, który wtedy czynnie uprawiał sport, a przecież na zgrupowaniach kondycyjnych potrzebne były „dopalacze”. Wikt i napitek opanowany. Wróćmy jednak do chronologii. Czyli pierwsza rzecz to lista adresowa. Nie było wtedy „Naszej Klasy”, Facebooka, czy też innych portali społecznościowych, nie było też Ustawy o RODO, ale za to była instytucja, której takie nieformalne zebrania się nie podobały. System łańcuszka koleżeńskiego zadziałał. Jednak dzięki słusznym organizacjom młodzieżowym udało się dotrzeć jeszcze do systemu „Magister”, a więc i ten problem rozwiązany. Zaproszenia wysłane, choć program wcale nie ambitny, mający za to dwa słowa kluczowe – koleżeński i antykryzysowy, spowodował bardzo szybki entuzjastyczny wręcz i liczny odzew.
Zgłosiła się prawie setka koleżanek i kolegów. Bawiliśmy się świetnie w naszym sprawdzonym i słusznym gronie, wszyscy z tego samego sortu, 3 tygodnie przed wprowadzeniem stanu wojennego…
Co jednak najważniejsze. Z tej setki, która dobre dwa – trzy miesiące wcześniej zdecydowała się na przyjazd, nie przyjechała tylko jedna osoba. Był to wg mojej pamięci Jurek O., a powód, jak na owe czasy niestety nierzadki, tydzień wcześniej wyjechał z kraju pachnącego octem i musztardą…
Andrzej Pazda
Październik 2018
Ps.
Jeżeli kogoś pominąłem, a miałem okazję i przyjemność z nim działać, to bardzo przepraszam. Minęło prawie 37 lat , a to ponad połowa mojego życia.