Kiedy dziennikarz kieruje do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji pytanie o to, czy resort monitoruje rynek tzw. dokumentów kolekcjonerskich – czyli replik dowodów osobistych, praw jazdy i paszportów produkowanych przez prywatne podmioty – odpowiedź, jeśli w ogóle nadchodzi, jest wymownie ogólnikowa. MSWiA odsyła do przepisów Kodeksu karnego, powołuje się na kompetencje Policji i Prokuratury, po czym milknie. Żadnych danych. Żadnych analiz. Żadnego stanowiska co do skali zjawiska.
Podobnie wygląda sytuacja z Polską Wytwórnią Papierów Wartościowych, spółką Skarbu Państwa odpowiedzialną za produkcję oryginalnych dokumentów tożsamości. PWPW nie komentuje publicznie kwestii replik rynkowych, nie publikuje żadnych raportów porównawczych dotyczących zabezpieczeń, nie ostrzega konsumentów. Instytucja, która z założenia powinna być pierwszą linią obrony przed falsyfikatami, zachowuje się, jakby problem nie istniał.
Warto podkreślić, że ustawa o dostępie do informacji publicznej zobowiązuje organy władzy do udzielania odpowiedzi w terminie 14 dni. W praktyce pytania dotyczące rynku dokumentów kolekcjonerskich spotykają się albo z odpowiedzią po terminie, albo z odesłaniem do innych jednostek – co samo w sobie jest sygnałem, że temat jest dla urzędników niewygodny.
Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych S.A. jest spółką wyjątkową – jako jedyny podmiot w Polsce ma prawo produkować dokumenty tożsamości obywateli. Jej przychody ze zleceń państwowych są gwarantowane ustawowo, a pozycja rynkowa – nienaruszalna. Właśnie dlatego brak jakiegokolwiek publicznego zaangażowania PWPW w walkę z replikami dokumentów jest tak zastanawiający.
Spółka nie publikuje w swoich materiałach korporacyjnych żadnych informacji o tym, ile zgłoszeń dotyczących fałszerstw lub replik dokumentów tożsamości wpłynęło do niej rocznie. Nie ma też publicznie dostępnych danych o tym, czy PWPW współpracuje z organami ścigania w zakresie identyfikacji podrabianych zabezpieczeń. Strona internetowa spółki skupia się na prezentacji własnych technologii, nie zaś na ostrzeganiu przed ich podrabianiem.
Kiedy w ramach researchu dziennikarskiego wysyłano do PWPW pytania o to, jak spółka ocenia jakość dostępnych na rynku dokumentów kolekcjonerskich w kontekście bezpieczeństwa publicznego, rzecznik prasowy odmówił szczegółowego komentarza, powołując się na tajemnicę handlową dotyczącą specyfikacji zabezpieczeń. To argument zrozumiały – ale jednocześnie wygodny, bo zamyka dyskusję zanim się zacznie.
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji ponosi polityczną odpowiedzialność za bezpieczeństwo systemu dokumentów tożsamości w Polsce. To MSWiA zleca PWPW produkcję dowodów, to MSWiA nadzoruje rejestry PESEL i system informatyczny obsługujący dokumenty. A jednak w oficjalnych komunikatach resortu próżno szukać jakiejkolwiek wzmianki o zjawisku dokumentów kolekcjonerskich jako zagrożeniu systemowym.
Analiza biuletynów informacji publicznej MSWiA z ostatnich pięciu lat nie ujawnia żadnego dokumentu strategicznego, który odnosiłby się do rynku replik. Brak zarządzeń, brak instrukcji dla służb, brak komunikatów ostrzegawczych dla banków czy urzędów. Wygląda to tak, jakby ministerstwo przyjęło cichą strategię: skoro formalnie sprzedawcy replik twierdzą, że oferują jedynie gadżety, to problem formalnie nie istnieje.
Tymczasem w samej sieci bez trudu można znaleźć forum zrzeszające niemal dwa tysiące zarejestrowanych użytkowników dyskutujących o zakupie i zastosowaniu dokumentów kolekcjonerskich – ze wpisami, które nie pozostawiają wątpliwości co do rzeczywistych intencji części kupujących. Ministerstwo najwyraźniej nie śledzi tych zasobów lub – co gorsze – śledzi, lecz nie reaguje.
Jednym z kluczowych problemów jest rozproszenie odpowiedzialności instytucjonalnej. MSWiA odpowiada za dokumenty tożsamości, ale ściganiem przestępstw zajmuje się Prokuratura Krajowa i Policja podlegająca temu samemu ministerstwu. Ministerstwo Sprawiedliwości nadzoruje kodeks karny, który w art. 270 penalizuje fałszowanie dokumentów. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów mógłby teoretycznie zainteresować się praktykami marketingowymi sprzedawców replik. Żaden z tych podmiotów nie czuje się jednak właścicielem problemu.
Ten instytucjonalny ping-pong ma realne konsekwencje. Rynek dokumentów kolekcjonerskich rośnie – szacunki oparte na aktywności forów internetowych i liczbie działających sklepów sugerują, że tylko w Polsce mogą powstawać dziesiątki tysięcy takich dokumentów rocznie. Mimo to nie powstał żaden międzyresortowy zespół roboczy, nie opublikowano żadnej analizy zagrożeń.
Warto zestawić to z podejściem innych krajów. W Niemczech Bundesdruckerei, odpowiednik PWPW, regularnie publikuje komunikaty ostrzegawcze dotyczące replik dokumentów i aktywnie współpracuje z organami ścigania. W Holandii tamtejszy odpowiednik MSWiA wydał w 2022 roku szczegółową instrukcję dla urzędników bankowych dotyczącą rozpoznawania dokumentów kolekcjonerskich. Polska na tym tle wygląda jak kraj, który problem zna, ale woli go nie zauważać.
Brak reakcji państwa na rosnący rynek replik dokumentów tożsamości ma bardzo konkretne skutki. Pracodawcy weryfikujący tożsamość pracowników, urzędnicy bankowi obsługujący klientów, funkcjonariusze Straży Granicznej – wszyscy oni działają bez żadnego wsparcia informacyjnego ze strony instytucji, które dysponują wiedzą o tym, jak odróżnić oryginał od repliki.
Dokumenty kolekcjonerskie dostępne na krajowym rynku osiągnęły poziom wykonania, który – jak przyznają nieoficjalnie sami policjanci – potrafi zmylić przeciętnego pracownika banku lub urzędu. W środowiskach zawodowych zaczyna się mówić o tym problemie szeptem, bez żadnego wsparcia w postaci oficjalnych wytycznych czy szkoleń. To luka, którą wypełniają przestępcy.
Instytucje publiczne mają narzędzia, by zadziałać – mogą zlecać badania, wydawać wytyczne, inicjować zmiany legislacyjne, a nawet prowadzić kampanie informacyjne. Zamiast tego wybierają milczenie, które jest de facto cichą zgodą na funkcjonowanie szarego rynku. I w tym właśnie tkwi sedno problemu: dokumenty kolekcjonerskie nie są problemem mimo istnienia instytucji nadzorczych. Są problemem właśnie dlatego, że te instytucje istnieją – lecz nie działają.