Jak to Azu kiedyś wpadł na szalony pomysł, by pogadać z kobietą...
Lód. Otwarcie oczu sprawiało ból, zupełnie jakby powieki stanowiły ostatnią zasłonę przed wybuchem nuklearnym tuż przed twarzą. Wszędzie była biel. Tylko ta parszywa biel. I tak cholernie zimno. Czuł, jak każda jedna komórka ciała przebijana jest przez te pierdolone, lodowe igiełki, niczym jakaś mordercza akupunktura, rozrywająca materię na pojedyncze cząstki. A jak bardzo w duchu przeklinał! Siebie, świat, wszystko, co na czym stało, cały ten burdel. Może trzeba było zdechnąć na tamtej starej kupie gruzu… Sylvaris czy jak to tam. Na co mu było uciekać z tłumem? Może ten śmieszny aniołek miał dobry pomysł. Ta myśl - to była jego ucieczka. Zresztą, mógł…
Po prostu nie leźć do tego konkretnego, zjebanego miasteczka. No i po co widział się z tą babą? Po co wtykał w ten interes swój ciekawski nochal? Teraz miał, kuźwa, śnieg. I tak niby wyglądał jego wewnętrzny świat? Dupa, baba go w balona robi i jeszcze się cieszy, że mu dupa marznie. No, właśnie. Najbardziej pluł sobie w brodę, że podkusił się zdjąć ubrania. Pewnie, czuł, jakby mu skóra spływała z kości z gorąca, ale mógł w nich siedzieć, skoro już i tak rozpuszczał się w płynną masę. To nie, rozebrał się. A teraz? A teraz jego bufiaste spodenki… Wygodne choli i mięciutki chunnari są gdzieś, kurwa, pod śniegiem. I to na dobrą sprawę nawet nie widział gdzie, bo przecież przez zawieruchę i wiatry zupełnie zgubił poczucie kierunku i przestrzeni. Nie było to trudne, widział jedynie biel zamazującą nawet horyzont, a czuł tylko przeszywający kości i duszę chłód. Szukał ich nawet. Ubrań w sensie. Był tak zawzięty, bo, czego jak czego, ale uporu osła mu nie brakuje. Długo to nie trwało, bo w końcu ręce podrętwiały mu już całkiem, nabierając ładnego, sinego odcienia, odmawiając reakcji na jego wolę, pozostając, niczym te kamienne dłonie posągu, całkiem nieruchome. Nim w jego ładnej główce zgasła ostatnia myśl, całkiem w swej czerni wyprana odcieniem śniegu, urodziła się jeszcze jedna, słabiutka bardzo, jak i jego chęć do dalszego życia. Czemu mu jeszcze te ręce nie odpadły?
Wymęczony skrajną aurą wewnętrznego świata symulowanego przez Tepesh, nie wiedział, że odpaść po prostu nie mogły, bo nauczycielka jednak tak całkiem katem nie była. Myśl ta jednak wracała do niego dość regularnie, gdy pasek rtęci na termometrze bawił się na huśtawce, raz, to gdy czuł już oddech hipotermii na plecach, by za chwilę znów gnębić odczuciami ofiary wrzucanej do wulkanu, mającej wybłagać łaskę krnąbrnego boga. Wracała tylko po to, by zaniknąć, najpierw w toku gorączkowych myśli, że znowu się zmienia i że może to jednak jest ta chwila, ta szansa, by od tej katorgi uciec. Później wpadała apatia, gdy ciągły bieg w pustej przestrzeni w niczym nie pomagał, gdy ciało znów zdawało się osiągać apogeum wytrzymałości, jednocześnie serwować zmęczonemu umysłowi wersję demo śmierci. Demo, jedynie nęcące niczym wywieszona przed wygłodniałym kundlem kiełbasa, drażniąca nozdrza, wywołująca rebelię w żołądku, tylko po to, by zniknąć.
W końcu się poddał. Coś w jego głowie kliknęło, gdy nadeszła kolejna odwilż, zrywając go znów z posłania niby-śmierci. Biel zaczęła szarzeć, zmieniając się w odrażającą czerń, całkiem pozbawioną światła. Czerń parną, duszną, a zarazem zbyt suchą, drażniącą, zmieniającą w pył. I przede wszystkim, pozbawiającą chęci do działania. Chłód był inny, chłód gonił, poganiał rózgami, popychał do ucieczki, by pracujące mięśnie ogrzewały wychudłe ciałko. Gorąc był gorszy. Gorąc zabijał inaczej. Zabijał stagnacją, powolnym zatracaniem się kształtów, możliwości i odczuć. Co z tego, że jeszcze przez chwilę czuł ręce, jak już całkiem nie miał w nich sił?
Nie tym razem. To, co kliknęło, kazało mu wstać. Przeciwstawić się obezwładniającemu ciepłu i ruszyć. Teraz mógł znaleźć ubranie. Ba, nie było to trudne, wystarczyło… Nie wiedział ile kroków, zatracił poczucie czasu. Nie miał siły liczyć i myśleć, było zbyt gorąco. Miał wrażenie, że każdy ruch pali mięśnie, niczym bezlitosna maszyna obdzierając kości z ciała. Ale… Szedł. Zawzięcie, aż w końcu się potknął. Znalazł. Padł na kolana jak drętwa lalka i nieporadnymi rękami, które całe się kleiły od potu, mozolnie zaczął zakładać kolejne elementy odzieży. Miał wrażenie, że zajmuje mu to całą wieczność, ale udało się. I narzucił na plecy chunnari, poczuł powiew chłodu. Kolejna zmiana przyszła znacznie szybciej. Gwałtowniej. Pot nie zdołał wyschnąć, zamarzając bez mała na skórze, powodując drobne jej ranki. Azu jednak nie drgnął nawet. Uciekał już tak wiele razy, bezskutecznie, że po prostu siedział. Skupił się na swoim szaliczku, na wygodnych, choć przewiewnych spodenkach. Myślał o cieple, odganiając w umyśle wizje chłodu. Nie pomagało to zbyt wiele, wciąż powietrze krzywdziło ciało, jakby była to tylko zewnętrzna zbroja, stojąca na drodze do celu - ducha. Chłopak zwinął się tylko w sobie, nie zważając zupełnie na pokrywający wszystko puch. Pojawiła się senność. Odwieczna koleżanka, która nigdy nie chciała przekroczyć progu, zawsze zostawała na werandzie, kusząc jedynie, drapiąc w gardło, sprowadzając ziewanie. I tym razem się postawił. Zignorował ją zupełnie, mimo kolejnych odruchów organizmu, budząc w sobie nowy upór. Miał dosyć tego miejsca, tego treningu i tego wszystkiego. I wtedy właśnie, gdy temperatura sięgała już zenitu - wiedział o tym doskonale, znał ten system już aż za dobrze - usłyszał słowa.
- Gratuluję.
Trening zakończony.