ZWIADOWCA
„Niektórzy ludzie nie chcą rozmawiać o możliwości istnienia innych cywilizacji”
Avi Loeb, astronom z Harvardu
Tajemniczy obiekt nadleciał z głębokiego kosmosu od strony gwiazdy Wega w gwiazdozbiorze Lutni z prędkością podróżną 26 kilometrów na sekundę, stopniowo przyspieszał w polu grawitacyjnym Słońca aż do prędkości ok. 90 km/s, którą osiągnął w peryhelium (będąc najbliżej Słońca), zmienił przy tym ostro kierunek lotu, poruszając się po hiperboli i obierając kurs na okolice Ziemi. Inne wewnętrzne planety, do których należą Merkury, Wenus i Mars, minął w dużej odległości, zaś do naszego globu zbliżył się najbardziej, na 24 miliony kilometrów, co wydaje się daleko, ale w kosmosie jest to bliska mijanka. Nasz Księżyc jest tylko 60 razy dalej, a odległość Ziemi od Słońca to 150 milionów kilometrów. Następnie obiekt zaczął zwalniać oddalając się od Słońca, ściągany jego potężną grawitacją, jednak poruszając się po hiperboli miał wystarczającą prędkość, aby swobodnie opuścić Układ Słoneczny. Skierował się w stronę gwiazdozbioru Pegaza.
Oumuamua
Obiekt, o którym mówimy, najbliżej Słońca znalazł się 9 września 2017 roku, 14 października niezauważony przemknął stosunkowo blisko Ziemi, a odkryty został dopiero 19 października (wtedy cały tor lotu obliczono wstecznie). Obiekt został dostrzeżony z obserwatorium na Hawajach, posiadające teleskop o najwyższej rozdzielczości na Ziemi – Panoramic Survey Telescope Rapid Response System (Pan-STARRS). Najpierw zakwalifikowano go do komet, potem – gdy okazało się, że nie ma typowego warkocza gazowego – do asteroid. W końcu, ze względu na zagadkowy charakter zjawiska, nadano mu hawajską nazwę Oumuamua, co po hawajsku dosłownie oznacza „pierwszy posłaniec”, lub w skrócie – zwiadowca. Wielkość tej asteroidy dało się oszacować tylko bardzo zgrubnie, długość na od 100 do 1000 metrów, grubość na 30 – 150 m. Z tych oszacowań wynika jednak ważny wniosek: obiekt miał silnie wydłużony kształt i był sporych rozmiarów.
Oumuamua pozornie nadleciał od strony Wegi, ale gdyby rozpoczął swój lot z obecnych okolic tej gwiazdy i poruszał się z prędkością 26 km/s, podróż na trasie liczącej 25 lat świetlnych zajęłaby mu aż 300 tysięcy lat. Wtedy w domniemanym miejscu startu nie byłoby Wegi, bo gwiazdy też stale wędrują przez kosmos. Co tam wtedy było? Nie jest to specjalnie ważne, bo lot mógł zacząć się z punktu bliższego lub dalszego, a także mogły mieć miejsce zmiany kierunku. A więc wiemy tylko tyle, że nadleciał z głębokiego kosmosu i nie pochodzi z Układu Słonecznego. To bardzo istotne, bo jest pierwszym pozaukładowym makroskopowym gościem, który nas odwiedził – wszystkie komety i asteroidy są „nasze”, to znaczy orbitują wokół Słońca, choć czasem po bardzo wydłużonych orbitach. Ów gość oddalił się w stronę konstelacji Pegaza, co również nic nie znaczy, w świetle powyższych rozważań.
Same zagadki
Początkowo astronomowie byli przekonani, że odwiedziła nas zwykła kometa lub asteroida, jednak potem zaczęli zastanawiać się nad kształtem obiektu. Jego jasność zmieniała się dziesięciokrotnie powtarzalnie co osiem godzin, a więc tyle czasu zajmowało mu dokonanie pełnego obrotu. Proporcja długości do szerokości wynosiła od 10:1 do 5:1, a więc obiekt miał kształt silnie wydłużony, stanowił coś w rodzaju cygara. Przy takich proporcjach musiał być zbudowany z materii o dużej gęstości, z litej skały albo... metalu. Żadne naturalne ciało kosmiczne, odkryte dotychczas, nie miało takiego kształtu.
Ponadto obiekt był bardzo jasny, był co najmniej dziesięć razy bardziej „odblaskowy” niż typowe kamienne asteroidy lub komety Układu Słonecznego. Takie właściwości mogłoby mieć ciało niebieskie, zbudowane z błyszczącego metalu. No, no...
Ale to, co najbardziej zafrapowało naukowców, działo się po przejściu Ou przez peryhelium. Każda bezwładna asteroida zaczęłaby wtedy wytracać prędkość, hamowana przez grawitację Słońca, i takie spowolnienie da się dokładnie obliczyć. W przypadku naszego gościa coś się jednak nie zgadzało – z porównania wyliczeń astronomów i obserwacji teleskopowych wynikało wyraźnie, że obiekt zwalnia w mniejszym stopniu, a więc de facto działa jakiś czynnik przyspieszający jego ruch. Co mogło napędzać Ou?
Tego rodzaju zjawiska przyspieszania znane są w przypadku niektórych komet. Ich nagrzewana przez Słońce powierzchnia odparowuje zestalone w niskiej temperaturze gazy, które wywierają działanie podobne jak w silniku rakietowym. Jednak tajemniczy Ou nie był kometą, nie zaobserwowano nawet śladu gazów i charakterystycznego dla komet warkocza. Przedstawiono hipotezę, według której tym napędowym gazem był wodór, niewidoczny dla dostępnych przyrządów. W odpowiedzi inni uczeni, wśród nich Avi Loeb z Uniwersytetu Harvarda, obliczyli, że zestalony wodór podczas przelotu asteroidy przez przestrzeń kosmiczną znacznie wcześniej uległby odparowaniu.
Obecnie większość astronomów uważa, że mieliśmy do czynienia z interesującym zjawiskiem naturalnym, które w kilku kwestiach wymaga wyjaśnienia. Ale nie wszyscy, bo niektórzy przypuszczają, że Oumuamua mógł być wytworem obcej cywilizacji.
Sonda czy technologiczne śmieci?
Wspomniany Avi Loeb, astronom z Harvardu, pyta prowokująco: „Co by się stało, gdyby jaskiniowiec zobaczył telefon komórkowy? Przez całe życie widział skały i pomyślałby, że to tylko lśniąca skała”. I mówi dalej: „Kiedy pierwszy zwiastun inteligentnego życia przybędzie do nas z kosmosu, raczej nie będzie to gigantyczny spodek unoszący się nad Nowym Jorkiem. Bardziej prawdopodobne jest, że będą to przypadkowe śmieci obcej cywilizacji”.
Loeb wyraźnie jest pod wrażeniem tysięcy sztuk kosmicznych śmieci o człowieczej proweniencji, unoszących się na wokółziemskich orbitach. Trzeba też pamiętać o wrakach łazików księżycowych i marsjańskich, a także o sondach badawczych, które unoszą się gdzieś w okolicach gazowych olbrzymów, lub uleciały poza Układ Słoneczny. Jednak są to prawdziwe, zdezelowane wraki czy oryginalne szczątki, a w najlepszym razie urządzenia zamarłe na zawsze z braku energii, np. z powodu wyczerpania się ogniw izotopowych lub awarii anten solarnych. Jednak jeśli założymy, że Oumuamua był kosmiczną sondą Obcych, to była ona sprawna, bo jej silnik zadziałał podczas odlotu.
Loeb i jego współpracownicy wysunęli przypuszczenie, że obiekt, który obserwowano, nie był ani kamienną maczugą, ani metalowym cygarem, tylko kosmicznym żaglem. Sami pracują nad takim napędem, więc tym łatwiej przyszło im tego rodzaju wytłumaczenie. Odpowiednio ustawiony żagiel, wypełniony wiatrem słonecznym, nadał sondzie pożądane przyspieszenie podczas oddalania się od Słońca. A zatem Loeb dopuszcza działanie części mechanizmów w już wyeksploatowanym urządzeniu. A przede wszystkim grupa Loeba optuje za hipotezą, że obca inteligencja (inteligencje?) istnieje i dysponuje wysokorozwiniętą technologią. I nawet jeśli jeszcze nie wysyła świadomie sond i statków w naszym kierunku, to należy liczyć się z tym, że niebawem zacznie to robić.
Obce cywilizacje coraz bliżej
Dlaczego piszę o Zwiadowcy właśnie teraz? Otóż niedawno odezwał się „głos pozaziemskiego rozumu”, jak twierdzą entuzjaści, i to bardzo blisko nas, bo przypuszczalnie z planety obiegającej najbliższą nam gwiazdę, Proximę Centauri. Jest to skalista planeta, nazwana Proxima b, nieco większa od Ziemi, na której panują warunki sprzyjające istnieniu ciekłej wody. Jednak jej macierzyste słońce, czerwony karzeł, jest niespokojną gwiazdą, i jej gwałtowne erupcje przypuszczalnie już dawno usunęły atmosferę planety, jeśli ona w ogóle istniała. Ale odległość Ziemi od Proximy b jest za duża, aby wyciągać jednoznaczne wnioski. Może tamtejsza cywilizacja zupełnie nie przystaje do naszych wyobrażeń? Czytelnikowi literatury SF przyjdzie zapewne na myśl powieść „Problem trzech ciał” Cixin Liu.
Co zaobserwowano? W 2019 roku za pomocą teleskopu Parkesa w Australii został zarejestrowany sygnał radiowy w wąskim paśmie częstotliwości ok. 980 MHz, którego źródło znajdowało się w rejonie Proximy Centauri. Astronomowie rejestrują dziesiątki różnych sygnałów, ale zwykle zostają one w końcu przyporządkowane naszej ziemskiej cywilizacji. Jak dotychczas, nie znaleziono jednak „ziemskiego” źródła wspomnianego sygnału.
Innym wartym wzmianki wydarzeniem było wychwycenie sygnału „WOW”. W 1977 roku, w którym akurat miała miejsce premiera filmu „Gwiezdne Wojny”, Jerry Ehman, astronom prowadzący poszukiwania obcych transmisji za pomocą radioteleskopu Big Ear na Uniwersytecie Stanowym Ohio, znalazł coś ciekawego podczas skanowania nieba. Podczas obserwacji grupy gwiazd Chi Sagittarii zarejestrował 72-sekundowy impuls fal radiowych. Ehman zakreślił dane i napisał „Wow!” na odczycie, w ten sposób nadając sygnałowi jego nazwę. Naukowcy zaproponowali różne możliwe źródła, ale wiarygodne źródło sygnału nie zostało do dziś określone.
Bracia w rozumie?
Zwolennicy tezy, że życie pleni się w kosmosie jak chwasty na ziemskim polu, są na dobrej drodze do udowodnienia swoich racji. Uważają oni, że materia ożywiona jest wyższą, ale naturalną formą istnienia materii prostej, i powstaje samorzutnie w sprzyjających warunkach. Jednak nawet oni sądzili, że życie inteligentne zwieńcza ten rozwój na tyle rzadko, że cywilizacje pozostaną izolowane ogromnymi kosmicznymi odległościami. Teraz, być może, nastał czas weryfikacji tego założenia. Niewykluczone, że każda biocenoza dąży do wykształcenia własnej inteligencji, i że udaje się to nadspodziewanie często.
Jeśli przypłynęłaby do mnie złota rybka i pozwoliła mieć trzy życzenia, byłyby one następujące. Pierwsze – pozwolicie, że zachowam je dla siebie, bo nie ma związku z poruszanym tematem. Drugie – chciałbym dożyć chwili, w której zostanie potwierdzone powszechne występowanie prostych form życia na okolicznych planetach i księżycach, a może i dalej. Trzecie – wolałbym nie dotrwać do czasów, w których napotkamy na swojej drodze cywilizację Obcych. Dlaczego? Ilość i ciężar problemów, którym będziemy jako ludzkość musieli wtedy stawić czoła, może okazać się większa, niż w całej dotychczasowej historii.
Andrzej Zimniak
Warszawa, styczeń 2021