Dawno temu w PRL-u
Dawno temu w PRL-u
Redaktor: Jesteś jednym z nielicznych polskich pisarzy s-f, którzy pisali i publikowali w okresie socrealizmu, przetrwali transformację ustrojową i kontynuują pracę pisarską do dziś. Chciałbyś opowiedzieć, czym różnią się te dwie epoki z punktu widzenia pisarza?
Autor: Wszystkim i niczym. Wszystkim - bo diametralnie zmieniły się warunki publikowania, niczym - bo pisarz tak samo jak niegdyś samotnie przedziera się przez zagony słów, aby dotrzeć do sensu.
R: Nie przeszkadzała ci cenzura? Przecież nie mogłeś pisać, o czym chciałeś.
A: Jak teraz patrzę wstecz, to widzę, że właściwie cenzura mi nie wadziła, a nawet cała mafijno-totalitarna nadbudowa społeczna mnie osobiście zbyt mocno nie krępowała. Owszem, cholernie denerwowała socjalistyczna propaganda, smutne było formowanie ludzi i ich niewolenie, zdumiewały mnie urągające inteligencji frazesy w ustach skądinąd inteligentnych obywateli. Ale to wszystko przetaczało się gdzieś bokiem jak zła pogoda, nie dotykając mnie bezpośrednio. Studiowałem chemię i potem pracowałem w nauce jako chemik, a na reakcje kwasu siarkowego z tlenkami metali polityka siłą rzeczy ma wpływ raczej niewielki. Prace z dziedziny chemii publikowałem, na konferencje zagraniczne mnie puszczano. To był już okres schyłkowy realnego socjalizmu, może dlatego.
R: Niczego nigdy ci nie skreślili?
A: Z literatury chyba nie. Dobrali się natomiast do mojego felietonu (kilkanaście tekstów tego rodzaju opublikowałem w „Politechniku”, w czasopiśmie w którym debiutowałem literacko), gdzie opisywałem mrożący krew w żyłach akt terroru, mianowicie porwanie ministra gospodarki, w celu wymiany jego osoby na kilogram wołowiny. Wtedy wszystko oprócz octu było na kartki, i mięso liczyło się niemal na wagę złota. Wywalili połowę tekstu, ale to miało dla mnie wtedy wydźwięk wyłącznie humorystyczny.
R: No dobrze, ale nie przeszkadzało ci, że w literaturze nie mogłeś pisać o czym chciałeś, że pewnych tematów musiałeś unikać, że trzeba było kluczyć?
A: Widzisz, z tym jest tak, że zależy o czym chcesz pisać. Generalnie nie miałem nigdy zamiaru pisać reportaży, ani literatury faktu, związanej z bieżącymi wydarzeniami. To mnie nie interesowało. Uważałem i uważam, że te sprawy powinny bardziej zajmować publicystów niż pisarzy. Sam patrzałem dalej, ciekawiły mnie problemy ogólne, egzystencjalne, zagadnienia koegzystencji dwóch gatunków człowieka, kobiety i mężczyzny, zachowania ludzi w sytuacjach ekstremalnych, nieliniowa ekstrapolacja futurologiczna dalszego zasięgu. Te sprawy z kolei zupełnie nie obchodziły cenzorów.
R: Ponoć bez wolności nie ma pełnej literatury, powstają dzieła kalekie.
A: To nie jest prawda. Bułhakow pisał „Mistrza i Małgorzatę” w okresie pełnego rozkwitu stalinowskiego terroru. Wbrew pozorom, cenzorów interesuje bardzo wąski zakres tematów. Poza wszystkim, czy sądzisz, że dziś cenzura nie funkcjonuje? Inna, ale też efektywna?
R: Zapewne, ale wielu jest wydawców i występują w różnych barwach, można wybierać. Opowiedz teraz, jak zarabiali pisarze w PRL-u.
A: Całkiem nieźle, pisząc jedną książkę rocznie można było z tego nieźle wyżyć. Płacono wierszówkę, czyli od objętości, miarą był arkusz wydawniczy, który zawierał zwykle ok. 16 stron standardowych. Stawka za taki arkusz wynosiła z grubsza równowartość średniej miesięcznej pensji nauczyciela. Przypuszczam, że kiedyś któryś z dyrektorów departamentu kultury w Komitecie Centralnym PZPR założył, że pismak powinien każdego dnia powszedniego napisać jedną stronę, wtedy wykona robotę taką jak belfer i ma być opłacany tak jak on. Kilka dni wolnych wspaniałomyślnie dorzucił na leczenie niedyspozycji po nadużyciu - wiadomo, artysta. To wszystko dotyczyło tzw. nakładu podstawowego, który wówczas liczył - uwaga - 10 tysięcy egzemplarzy! Książki w tamtych czasach ukazywały się w nakładach średnio 30 tysięcy, więc za te ekstra nakłady też brało się honoraria - trochę niższe, bodajże 80 i 60% tego, co za pierwszy. A więc był to w sumie pokaźny grosz. Pamiętam, że za swój książkowy debiut o objętości 6 arkuszy, czyli była to książeczka niewielka, licząca nieco ponad 100 stron, otrzymałem tyle ile wówczas wyniosło moje roczne stypendium doktoranckie na Politechnice.
R: No to El Dorado! Nie wołasz przez sen „komuno wróć”?
A: Nasz obecny system nie jest bez wad, ale już nie potrafiłbym przystosować się do tamtej rzeczywistości. Do nieposzanowania człowieka, do oficjalnego wciskania ciemnoty na masową skalę. Dziś też się ją wciska, ale rozmaite odmiany z kilku stron naraz, więc wpływy najczęściej się neutralizują. Chyba że ktoś jest jednostronnie podatny, taki stan zawsze jest niebezpieczny. No i standard życia jest nieporównywalny do tamtego.
R: Czy tak monstrualnie wielkie nakłady sprzedawały się?
A: Tak! Najważniejszą przyczyną była bariera dla importu literatury - każdy tytuł musiał zostać zaaprobowany przez partię, a glejt dostawało niewiele książek. Na tym korzystali krajowi autorzy. Plusem takiego stanu rzeczy była jakość zagranicznych książek - to, co przeszło przez sito, zwykle było dobre, o to już starali się wydawcy i krytycy. No i człowiek po wejściu do księgarni nie dostawał oczopląsu, bo właściwie całą ukazującą się wtedy fantastykę dało się czytać na bieżąco. Ponadto, ceny książek nie były wygórowane. No i czytanie stanowiło jedną z niewielu PRL-owskich rozrywek, oprócz kina i gorzały.
R: Czy w tamtych czasach łatwo było zostać pisarzem?
A: Istniało sito, wydawnictwa posyłały manuskrypty do kilku zaufanych i rzetelnych recenzentów. Słabizna była odrzucana, ale kto raz pokonał barierę, zwykle mógł liczyć na publikację następnych książek. Na wydanie książki czekało się długo, średnio 2 lata.
R: A co powiesz o pisarskich przywilejach, wynikających z państwowego mecenatu?
A: Nic! Ominęły mnie, bo właśnie się skończyły, gdy w 1991 roku przyjęto mnie do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wcześniej były do dyspozycji zrzeszonych twórców silnie dotowane Domy Pracy Twórczej, istniało prawo do dodatkowej powierzchni mieszkaniowej, odbywały się nieźle płatne spotkania autorskie. Emeryturę twórczą dostawało się po dwóch latach opłacania niewygórowanych stawek. Ale specjalnie się tym nie przejąłem, bo zawsze wolałem pisać w domu, a na urlopy jeździłem incognito w starannie wybierane miejsca. A emeryturę mam z pracy etatowej. Jeszcze wspomnę o umowach autorskich - był jeden dość prosty formularz, i nie trzeba było znać prawa, żeby go zrozumieć.
R: Powiedz, jak przetrwałeś jako pisarz trudny okres transformacji politycznej i rynkowej.
A: Ci, których jedynym lub głównym celem pisania była walka z reżimem, nie przetrwali, bo z dnia na dzień stracili temat, przeciwnika i sens działania. Także ci, których jedynym źródłem zarobkowania było pisarstwo i nie wydawali bestsellerów, nie przetrwali w zawodzie. Głównym powodem było to, że granice stanęły otworem i zalało nas morze literatury obcej - i dobrej, i chłamu. Przed transformacją namawiano mnie, abym przeszedł na zawodowe pisarstwo, ale szczęśliwie praca na uczelni była dla mnie na tyle ważna, że tego nie zrobiłem. Miałem przerwę w publikowaniu, a potem za książki zacząłem otrzymywać śmiesznie niskie honoraria.
R: Chwalisz się, że poruszałeś tematy ponadczasowe, więc żadne transformacje nie były ci straszne, przynajmniej jeśli chodzi o tematykę. Ale masz w swoim portfolio kilka opowiadań, które niewątpliwie należą do political fiction. Nie wspominasz o nich, czyżbyś się ich wstydził?
A: Gdyby tak było, wrzuciłbym je na dno szuflady, gdzie spoczywa trochę tekstów mniej udanych lub niedokończonych. Cóż, głowa sięgała ponad opar codzienności i wyglądała dalekich krajobrazów, ale nogi nadal mięsiły czerwoną glinę, a pióro nieraz samo zbaczało w tym kierunku. Lecz zawsze w tych utworach było jakieś uogólnienie, rozważania nad istotą władzy, granicami eksperymentu, ludzkim zezwierzęceniem czy odruchami altruizmu. Jednak to tylko drobny ułamek mojej twórczości. Chociaż czasem coś z tego się przydawało także poza krajem, pamiętam, że dostałem prośbę o pozwolenie na przetłumaczenie tekstów „Dwa litry życia” i bodajże „Piąta pora roku” na białoruski. Może takich tłumaczeń było więcej, tylko nikt mnie nie pytał o zgodę.
R: Przeskoczmy w czasy współczesne. Jak się teraz pisze i wydaje, w porównaniu z PRL-em?
A: Pisze się podobnie, choć może bardziej koniunkturalnie, planując co się lepiej sprzeda. Część autorów na pewno w taki sposób wybiera tematy i sposób narracji. Wydać można wszystko, stosując metodę self-publishingu, czyli płacąc za korektę, skład i druk. Schody zaczynają się zaraz potem, bo nakład trzeba sprzedać, a z tym jest duży problem. Kto ma książkę kupić, skoro wie o niej tylko rodzina i garstka znajomych? Nawet jeśli autor jest znany, trzeba dzieło rozreklamować, a choćby poinformować, że jest dostępne. Reklama i dystrybucja kosztują, i to sporo, więc self-autor musi zainwestować, ryzykując że do swej książki dopłaci, zamiast na niej zarobić. A zatem self-publishing można z czystym sumieniem polecić tylko przy wydawaniu e-booków, bo wtedy ryzyko finansowe jest najmniejsze.
Aby zaistnieć na literackim rynku, należy raczej skorzystać z tradycyjnej drogi, przez jakieś znane wydawnictwo, które weźmie na siebie ryzyko finansowe, podejmie się reklamy i kolportażu. Oczywiście książka musi być dobra i dobrze rokować w kwestii sprzedaży. Najlepiej jak jest sprawnie napisana i trafia w bieżące oczekiwania czytelnicze. Już wspomniałem, że niektórzy autorzy tęgo główkują, żeby przewidzieć trendy i trafić w dziesiątkę. Wydawanie książek jest dziś znacznie trudniejsze niż było za PRL-u, bo ryzyko plajty na dawniejszym rynku właściwie nie istniało, biorąc pod uwagę sposób finansowania państwowych wydawnictw. Dziś przy kilku nietrafionych tytułach wydawnictwo może pójść z torbami.
R: Czy można dziś utrzymać się z pisania?
A: Potrafią tego dokonać tylko nieliczni, autorzy prawdziwych bestsellerów, lub ci, którzy wydają kilka nieźle sprzedających się książek rocznie. Czasem dochodzi jeszcze adaptacja filmowa, tłumaczenia czy przeróbka na gry komputerowe, ale zwykle te bonusy odnoszą się do bestsellerów, które i tak zapewniają autorowi środki do życia na niezłym poziomie. Trzeba jednak dodać, że jedna dobra książka nie załatwia sprawy - aby w obecnych czasach utrzymać się na rynku, należy przynajmniej raz na rok wydać książkę, i to nie gorszą niż poprzednia. Istnieje więc niezwykle silna presja i autor, który ma zamiar żyć z pisania, musi brać pod uwagę, że nie czekają go chwile „radosnej twórczości”, a raczej uprawianie niełatwego zawodu przy bezlitosnej konkurencji.
Większość autorów należy do „pisarzy niedzielnych”, mających inne miejsca pracy, a piszących w wolnych chwilach. Mają oni znacznie mniej czasu na twórczość, i zwykle podkradają go rodzinie, ale za to odczuwają wyższy komfort pisania, nie mając przystawionego do czoła rynkowego pistoletu.
R: Co polecasz?
A: Każdy piszący chciałby zostać autorem światowego bestsellera, być na ustach wszystkich, zgarnąć niebotyczną kasę, a potem pojechać do Hollywood doradzać przy kręceniu filmu. Co tu można polecać? Chyba to, żeby po ogłoszeniu laureatów Nobla na spotkanie z królem Szwecji włożyć krawat w dystyngowane prążki, a nie w kwiatki.
R: W takim razie życzę krawata w prążki!
A: Trzymam kilka takich w szafie. Jestem przygotowany.
Artykuł napisany w formie wywiadu
Andrzej Zimniak
Styczeń 2015