Pani Genowefa Mazurek opowiedziała o wysiedleniu z domu, ucieczce z transportu do Niemiec i pracy u obcych ludzi
Pani Genowefa Mazurek z d. Kitka została wysiedlona z Wielączy w wieku 18 lat.
Jej ojciec trafił do obozu po pierwszym wysiedleniu i zmarł 18 grudnia 1942 roku. Pani Genowefa razem z mamą trafiła do obozu 20 grudnia 1942, po drugim wysiedleniu. W obozie przebywały 5 tygodni. Podczas komisji zostały skierowane do pracy przymusowej w Niemczech. 25 stycznia 1943 roku uciekła z pociągu w okolicach Zawady podczas transportu do Niemiec. Matce udało się uciec w Ruskich Piaskach, ale została postrzelona w nogę i trafiła do szpitala w Szczebrzeszynie.
Pani Genowefa pracowała i mieszkała w Klemensowie, u dyrektora cukrowni Jana Baca. Po czterech miesiącach wróciła do Wielączy by pracować u Niemców, którzy mieszkali w jednym z zajętych domów. Mieszkała i pracowała blisko domu. Dopiero w marcu 1944 roku mogła wrócić do swojego domu.
Tak swoją historię wspomina niemal 100 letnia mieszkanka Wielączy:
Jestem Genowefa Mazurek, z domu Kitka. A w czasie wysiedlenia byłam jeszcze u Kitki, aż później po wysiedleniu wyszłam za mąż.
Mówi się o wysiedleniu, mówią ludzie o wysiedleniu, każdy się boi, ale jeszcze tak siedzą. No ale w końcu już zaczynają uciekać. Każdy szuka swojej rodziny, bo mówią że Wielącza i Zawada ma być wysiedlona, a Niedzieliska i Bodaczów nie. My mamy w Bodaczowie rodzinę, mamy siostra jest u Bednarza. Bednarz Tomasz mieszka naprzeciwko fabryki. Ale ta siostra ma jeszcze 3 siostry, jedna na Zawadzie za Siemkowiczem, dwie w Wielączy: Kowalczyk i Kitka. My wyjeżdżamy i tak się rozmawiamy, że my jedziemy do mamy siostry. A ojciec, którego matka była z Bodaczowa woli jechać do babki i swoich wujów. I mówi do swego zięcia: Julek ty mnie zawieź do wuja tam. I on był tam zawieziony do Kawali. A ja, mama i jej siostra do Bednarza, do Bodaczowa pojechaliśmy. A tam już jest z Zawady jedna para, Kowalczyk Władek z żoną druga para, my we trzy no i tam jest rodzina przecież, już cały dom. Siedzieliśmy tam może ze dwa tygodnie. Przychodzi wujek, mąż tej ciotki i mówi tak. Do sołtysa, sąsiada Kowalczyka najechało się Niemców. A to już był strach jak się Niemca zobaczyło. Już większego strachu nie było. Tak się każdy bał. Trzeba uciekać. Młode były w ciąży, Kowalczykowa w ciąży i ta z Zawady. Tutaj już szykują furmankę. Naszykowali cały wóz i jedziemy na Wierzchowiny, tam do siostry córki. Dla nas już miejsca nie ma na furmance i my piechotą za nimi z Bodaczowa na Wierzchowiny, w zimie, w śniegu. Zajeżdżamy tam, a tam cały dom ludzi: Ciurysek Jasiek z rodziną, Hałasa z rodziną i tu zajechał cały wóz. Ale my tylko jedną noc tam byliśmy i zaraz rano Ciurysek jechał do Niedzielisk i nas wziął. A mój ojciec był tam u tego wuja. Ojciec już wtedy chory był. Przywiózł ich: siostrę co za Wróblem była i mego ojca, przywiózł ich w wieczór, a rano wysiedlenie.
A to dali nam znać, jak pod szkołę rolniczą jeździli na stójkę. Ludzie stali wozami, że jak przyjadą czarne, to ich rozwozili po domach. Pojechał sąsiad Jan Pytlowski i Ludwik Mazurek. Pojechali tam, słuchają, a tam mówią przez głośnik: Zawada i Wielącza do wysiedlenia. Oni już nie patrzą żeby szosą wracać, tylko przez pola od szkoły rolniczej z Zamościa do domu, żeby szybciej dać znać, bo tu jest rodzina. My z mamą byliśmy na Bodaczowie. Ale moja siostra ze swoim mężem i ojcem tu byli, bo były jeszcze krowy i konie i musieli dawać jeść. Zaczęli szykować wóz żeby uciekać. Siostra wzięła ojca pod rękę, bo ojciec był chory i wyprowadza go już na drogę na Nielisz, żeby tam uciekać. Najechał ten Pytlowski, co był na stójce. I mówi, Siadajcie, Siadajcie i ojciec wsiadł ten wóz i pojechali. A siostra chodziła po sąsiadach i mówiła Wysiedlenia uciekajcie, wysiedlenia i tak każdego ostrzegała. A ojciec pojechał na Deszkowice, zajechali tam i ojciec wysiadł w Deszkowicach, niedaleko Siembidy. Jasiek Pytlowski pojechał dalej na Nielisz, do lasu. Niemcy przyjechali i już chodzą po domach i sprawdzają. Kto z Deszkowic to go nie ruszają, kto z Wielączy to zabierają na samochód. I ojciec mój na samochód poszedł. Taki biedny chory. Ani łyżki, ani miski, ani kubeczka żeby się napić, tylko za druty. I kto tam dał jeść potem? My tam potem chodziliśmy, rzucaliśmy, ale kto tam odebrał ten chleb to nie wiadomo. My już siedzimy tam z mamą w Bodaczowie, tata w Zamościu, a siostra z mężem tu przy domu.
To było wysiedlenie 5 grudnia. A później niby się uciszyło. Niemcy wzięli się na sposób i ogłosili, że jak u kogoś nie ma Niemca, to można wracać do swego domu. I my wróciliśmy, ja mama i siostra. I sąsiedzi też. Przyszliśmy do domu. Ale nie można było w domu usiedzieć, taki był strach. Wyszłyśmy we trzy z domu i idziemy na noc do Pierożka, ale ten gospodarz krzyczy: Po co. Nie wolno. Mnie nie wolno nikogo trzymać. On tam był zostawiony, bo tam gdzie nie ma gospodarza, to krowy doił i mleko do mleczarni dawał. Na noc tam zostaliśmy, a potem rano wróciłyśmy do domu. A u sąsiada był czarny - Niemiec, kulawy taki, w domu u Gębali. My już się oswoiliśmy w domu, pewne że już będziemy siedzieć. Było co jeść, były krowy, były kartofle w piwnicy, kapusta w beczce, mieliśmy wszystko. Rano mama wstała, nastawiała jedzenie. Ja wstałam, patrzę w okno a tam wojsko idzie szosą i co parę kroki jeden staje, co parę kroki jeden staje. I tak okrążyli całą wieś. My patrzymy, a u sąsiada już furmanka naszykowana. Dwa Niemcy idą do nas. My już gotowe. Bierzemy poduszki, pierzyny, wszystko w płachty na plecy. Jeszcze kazali brać krowy, że niby idziemy na inną gospodarkę. Już jedziemy pod szkołę, do Wielączy. I wieczorem furmankami do Zamościa. Tam do rana przestaliśmy. A potem rano komisja. Wszystkie ludzie idą na komisję. Ja z mamą. Siostra też jechała do Zamościa, ale z furmanki uciekła z sąsiadką, pod las do Zawady. Ona już tam nie była za drutami, tylko ja i mama. Ja już 18 lat miałam, to ja już do Niemiec na roboty skierowana, a mama do dzieci, do pilnowania, bo już miała te 65 lat. Mama nie chciała, mówiła że ona zdrowa, że chce do pracy. Zostaliśmy obydwie. Jakby mama pojechała tam a ja tu, to nie wiem jak by to było.
Były pokoje. Prycze z desek pozbijane, tam się na tym spało. Położyło się na deskach pierzynę i tam się spało. Wychodzi sąsiad Dołba Ludwik, spotkał się ze mną i mówi: Przyjechaliście do ojca na pogrzeb? Umarł tata, w piątek. My pojechaliśmy 20 w niedzielę, a tata zmarł w piątek, 18 grudnia. I mówi, żebym pamiętała, żebyśmy widzieli jaka rocznica ojca. No i potem już siedzieliśmy tam. Robili rano takie stójki, wygnali wszystkich na zimno, trochę się postało na dworze i się wracało. Siedzę raz, już była trzecia godzina. I wpada Niemiec i krzyczy A co dla was nie było zbiórki,ne?. Ne go nazywali, bo za każdym słowem powtarzał „ne”. I ja do drzwi skoczyłam, a on mnie za włosy złapał i w głowę uderzył i później takie siwe kółeczko włosów miałam. Wychodzimy na korytarz, a tam już cały korytarz ludzi. A to wyszły takie dwie młode kobiety, bo tam mieli dzieci i chcieli je zobaczyć. I on je złapał na drodze, ale one mu uciekły. I on zbiórkę zrobił i mówi Niech wyjdą te co uciekli. Nikt nie wychodzi i on powtarza Niech wyjdą te co uciekli. Nie wychodzą. Mówi tak Jeszcze raz powiem. Jak nikt nie wyjdzie to jesteście wszystkie wystrzelane. I wyszły te dwie młode kobiety. I złapał je i do piwnicy wrzucił na placu, trochę je tam potrzymał, a później po jednej wyprowadzał. Zbił, zbił i puścił. Jeszcze na komisji jak byliśmy to widzieliśmy jak Bolka Wiśniewskiego oddzielali na bok od rodziców. Ojcy na bok od dzieci, a było ich czworo. A ta matka fik przewróciła i zemdlała jak te dzieci zabierali. Niemiec ją uderzył po twarzy. Dziecko małe, tak biegało i do ojca i do matki. I do ojca poleciało. Niemiec mówi Po co bierzesz. Puść i ojciec puścił to dziecko i ono poleciało do Bolka. Bolek wziął na ręce. I jeszcze była Mietka, Fredziu, Bolek i to małe. Czworo dzieci, bo Gienek uciekł po drodze. I rodzice do Oświęcimia wzięli, a dzieci do Siedlec pojechały. A to małe dziecko, najmłodsze umarło po drodze, a reszta tam była.
I tam byliśmy do 25 stycznia, 5 tygodni. To tak dali, rano dali czarną kawę bez cukru, bez niczego sama czarna kawa. Na obiad była zupa z brukwi i tak jakby jakieś pokrzywy. Ale się zjadło. A na wieczór też dali kawę tylko i kawałeczek chleba, tak ze 20 deko. My na rano chleb zostawialiśmy sobie. I tak byliśmy tam 5 tygodni. No i potem już zbiórka na placu, już będziemy wyjeżdżać, będą szykować nas do wyjazdu. Idzie cały szereg w stronę stacji. Zaszliśmy na pociąg, każdy posiadał. Ja siadłam przy oknie. Myślę, będę się przyglądać na świat jak będziemy jechać. A mama jak to mama, takie byli prędkie i chodziła po korytarzu i ze wszystkimi rozmawiała. I przychodzi i mówi Ludzie uciekają, to może i ty byś uciekła. To ja kyc i do drzwi i tam stanęłam. Chłop stoi i trzyma się drzwi. Mówię skacz bo i ja zaraz skaczę. I on wyskoczył, a ja zaraz za nim. Upadłam w śnieg. Ciężko było. Tak się potłukłam, że całą zimę nie dało mi prosto usiąść. Ale pociąg trochę zwolnił, bo to byli swoi kolejarze z Zawady, od Zamościa do Zawady. A później jak już w pola skręcił to mówili, że dalej szybko jechał.
Ja wyszłam i stanęłam na drodze. Nie wiem w którą stronę iść. Bo to była wojna i ja tam Zamościa nie jeździłam. Jakaś kobieta stała koło mnie i mówi Chodź, pójdziemy razem. Jakby nie ona, to nie wiem co by było. A ona była z Niedzielisk. No i idziemy obydwie. Moja siostra była w końcu Zawady. Wiedziałam że jest w swoim domu, bo kolejarzy już drugi raz nie wysiedlali. No i ja myślę pójdę do siostry. Moja koleżanka mówi Ja nie pójdę tu na tę drogę bo tam są Niemcy . Minęła stację i ona poszła tędy, a ja idę sama do siostry. Przychodzę a ona zdziwiona, że ja przyszłam. Dała mi jeść i siedzę. Przychodzi jej sąsiad i mówi Ty uciekaj stąd, tu sprawdzają, tu nie wolno, żeby ktoś tu obcy był. I siostra mnie wyprowadziła do Gałowego wygonu i ja sama poszłam do rodziny Mazurków do Niedzielisk. Mazurek z siostrą ożeniony był i tam była cała rodzina i ja tam poszłam.
A mama nie uciekała aż pociąg wyjechał na Ruskie Piaski i tam stanął. Mama wyszła z pociągu na peron. Niemiec strzelił i kula poszła po nodze, aż w drugim bucie cholewa była rozerżnięta, a tu wydarło całą nogę. Mama upadła i poleżała na ziemi, aż pociąg ruszył. Na stacji były budynki, poszła do tego domu. Tamten gospodarz też krzyczał Po co przyszliście, dzieci mi przestraszycie, bo mama cała zakrwawiona była. Ale dał furmankę i zawieźli mamę do Bodaczowa do siostry. Stamtąd już mamę do szpitala zawieźli. Położyli ją na stół i zrobili operację. Doktor był taki dobry, cztery miesiące trzymał mamę w szpitalu.
A ja poszłam do szpitala do mamy z siostrą. I ona się martwi, gdzie ja się podzieję. W fabryce w cukrowni, jedna pani potrzebuje służącej. Zaraz na drugi dzień tam poszłam. Ta pani chora była, a on był dyrektorem fabryki cukrowni. Nazywał się Jan Bac. Miał 2 córki, ale jedna córka była w domu, a druga nie. On miał krowę, bo fabrykanci mieli krowy i można im było trzymać krowę. I ja już tam zostałam. I rano doiłam o szóstej godzinie, o dwunastej i wieczorem o szóstej. Później to mleko wirowałam, masło robiłam, naczynie pomyłam i szykowałam do obiadu, kartofle ubierałam. Później przychodziła już ta córka z pracy, bo ona też pracowała. Przyszła i obiad już zastawiała i gotowała. I potem tam brała, a mi resztę zostawiała i ja sobie jadłam. I tak było cztery miesiące, koniec stycznia luty, marzec, kwiecień. Potem już na polu robiłam, ogród skopałam i zasadziłam. Cztery miesiące tam byłam. Ale ja byłam sama. Oni tam się rozmawiali, a ja byłam sama. I dzień i noc byłam sama.
I potem jak poszłam do szpitala, doktor się pyta, czy mamy gdzie mamę zabrać ze szpitala. No jest córka na Zawadzie to może wziąć i dał ten dyrektor Bac furmankę z fabryki. I zabraliśmy mamę do siostry. Jak przyszła niedziela to ja chodziłam w jedną i drugą stronę do mamy – 9 kilometrów. Ale ja szłam sama i mnie nikt nie zaczepiał. Tak chodziłam. W maju ja poszłam tam na Zawadę i mówię i już nie wrócę tam. I poszłam za parobków. Tam ich zostawiłam. Źle im zrobiłam. Siostra poszła moja po rzeczy do fabryki i doktor pytał Czego odeszła, była by poszła do fabryki, była by sobie pieniędzy zarobiła. No ale ja nie wiedziałam. Jeszcze jak tam byłam ta pani mówiła, że Ty tu tylko stoisz w oknie i patrzysz czy szwagier idzie czy siostra. To tak było. Samemu oderwanemu człowiekowi bez rodziny się kuczy. To tak jest, to nie są żarty.
Ja już potem poszłam. Tu zaraz po sąsiedzku trzeba było kucharki. Było takie dwoje starych i syn i wnuczka. Ale to byli dobre ludzie. Ja poszłam tam, zaraz mi dała łóżko i pościel i tam nocowałam. Wszystko w jednym domu, oni spali i ja spałam. Raz tak sobie leżę, miałam łóżko przy oknie. Wyszła chmura, tak grzmi, tak się błyska. Wszyscy śpią, a ja wstałam. Poszłam po cichutku i tak usiadłam obok niej. I ona się obudziła i tak mówi Szo ty Genowefa sidisz? Nie bujsa, idy ligaj, idy ligaj – tak miłościwie, jak matka do mnie mówiła. I potem jeździłam z ludźmi do buraków do plewienia, we żniwa i już byłam tak jak u siebie, już było bardzo dobrze. Na niedzielę już tam nie spałam, tylko chodziłam do domu spać. Krowę doiłam. Raz nagotowała pierożków z serem i cukrem i jabłkami i cukrem. Takie to było dobre. I tak ze mną rozmawiała Znajesz Genowefa Morze czarne? Oni byli z Bułgarii. Nam tam było dobrze, my tam mieli wszystko. A tu przyjechalim a tu nie ma nic. Tu jeszcze w Polsce nie było jak tam. Tam maszyną młócili, kończyło się młócenie, kończyło się wszystko, a tu jeszcze młynkowanie.
19 marca już się zrobił ruch. Baby, dzieci i starszych zabierają, bo już się ruski zbliża. I oni już mają być w pogotowiu. Już 19 marca w 1944 roku w Warszawie jeszcze było powstanie, tam jeszcze całą zimę była wojna, a u nas już nie było. Im powiedzieli, żeby wóz był naszykowany, uprząż na dyszlu na pogotowiu. I my smażyli i gotowali i potem siedzimy w oknie i patrzymy, a tu pędzi na koniu. Wszystko na nogi, na wóz i wyjechali. Tylko sobie pomachaliśmy i pojechali. Ale było dobrze, dobrzy byli ludzie. I tak się już zakończyło.
A brat mój jak poszedł 15 sierpnia w 1939, to aż wrócił w 1945 roku. Dostał się do niewoli. Z początku do takiego ogrodu ich zagnali, mogli iść kto gdzie chciał. I on miał uciekać z kimś z Zamościa, ale on uciekł, a brat został. Potem zamknęli bramę i już zostali niewolnikami. Urobił się potem tam u tego gospodarza. No ale przyszedł zdrowy.
To było straszne. Ten strach. To wszystko.
Jestem z 1924 roku, 20 lipca skończę 100 lat. Czytam jeszcze gazety, idę na expres i jeszcze mnie polityka ciekawi – kończy rozmowę Pani Genowefa.
Rodzice i najbliższa rodzina Genowefy Mazurek
Genowefa Mazurek - lat 16.
Odwiedziliśmy panią Genowefę w jej domu w Wielączy. Swoją historię opowiedziała nam bardzo chętnie, ponieważ wszystko doskonale pamięta.
W lipcu będzie świętować 100 urodziny.