Featured Members

ARCHIVES

ANDRZEJ CHMIELECKI

Moja przygoda z bieganiem rozpoczęła się od zakupu lekkich butów roboczych a że wygodnie się w nich chodziło i pracowało więc wyznaczyłem sobie nowy życiowy cel - spróbować swoich sił w bieganiu. Co mi wówczas strzeliło do głowy tego doprawdy nie wiem. Było postanowienie, że biegamy więc wyznaczyłem sobie pierwszy jasny cel, przebiegnę 4 kilometry. Ruszyłem ostro by po 400 metrach przekonać się, że oddechu złapać nie mogę i chyba będę umierał. W czasie swojego pierwszego biegu umierałem 7 razy ale 4 km zostały pokonane. W kolejnych dniach było już coraz łatwiej i coraz mniej umierania. Po dwóch tygodniach uporczywych treningów i ogromnej woli walki opanowałem 4 km, po miesiącu 7 km, po 2 miesiącach 10 km więc szło fantastycznie. A skoro już dam radę przebiec ( w moim ówczesnym wyobrażeniu) tak strasznie długi dystans to przez myśl przeszła chęć sprawdzenia się na zawodach. Padło na Warszawę i dystans 10 km. Wyjazd oczywiście rodzinny bo to wielkie wydarzenie ma być. Jesteśmy nowicjuszami, nic nie wiemy o strefach czasowych, odbiorach koszulek dla mnie istnieje tylko start i meta. Odebranie pakietu startowego, przypięcie numeru i ruszam w drogę, bez żadnych planów, strategii itp. Tłum biegaczy poniósł mnie swoim pędem i czas 50.08 na mecie był oczywiście szczytem marzeń. Z czasem zwiększyłem pokonywany dystans treningowy aż doszedłem do półmaratonu. No i nastąpił pierwszy sprawdzian na tym dystansie. Czas 1.48 - rewelacja, żyć nie umierać a skoro tak dobrze idzie to przebiegnę jeszcze kilka półmaratonów i wydłużymy dystans. Po osiągnięciu 29 km w czasie 3 godzin dojrzałem do decyzji że spróbuję zmierzyć się z magicznym dystansem maratonu. Słowo się rzekło i stanąłem na starcie Maratonu Warszawskiego. Strach był ogromny ale wola walki jeszcze wieksza. Idąc do swojej strefy startowej spotkałem znajomego, który już wówczas był wytrawnym maratończykiem. Szybko podjęta decyzja że biegniemy razem. Ruszyliśmy. Pędzimy co sił w nogach i rozmawiamy o wszystkich rzeczach tylko nie o bieganiu. Kilometry uciekają a my gadamy, zero zmęczenia. Na 30-tym kilometrze z jego ust padają słowa - " wiesz, ale my lecimy na czas 3.30". Pomyślałem, o kurczę jakie to proste, pyk i mam zaliczony maraton, niestety życie zweryfikowało brutalnie moje zamysły, nie utrzymałem tempa, samotnie i ostatkiem sił dobiegłem do mety z czasem 3.48 ale finisz był doprawdy piekny. Na kilometr przed metą adrenalina buzowała we krwi ale nogi wcale nie rwały się do biegu, dopiero widok Stadionu Narodowego spowodował nagłe szarpnięcie i rwanie do przodu. Finisz na płycie stadionu przy aplauzie kibiców i zewsząd brzmiącej muzyki jest fantastyczny, niesamowite, nieziemskie przeżycie. I tak oto po 8-u miesiącach biegania zostałem maratończykiem. Później już wszystko było prostsze, liczyły się tylko maratony; Kraków, Wrocław, Poznań, Toruń, Gdańsk, Lublin, Przemyśl, Zakopane i tak dalej i tak dalej aby do przodu. W przeciągu 9-u miesięcy przebiegłem wszystkie najważniejsze maratony w Polsce zdobywając Koronę Polskich Maratonów. Czasami przy ostrym sprzeciwie żony, która stwierdziła że nie zgadza sie na więcej niż jeden maraton w miesiącu, ale kto by tam słuchał żony, po cichutku robimy swoje i biegamy kolejne maratony. Wszystko do czasu. Pech chciał, że wprzeciągu pięciu tygodni miałem zaplanowane 4 maratony bo oczywiście wszystkie były interesujące. Przebiegłem 3 i został mi czwarty w Budapeszcie. Piekne miasto, cudowna atmosfera aż sie chce biegać. Lecę, przebiegam przez kilka mostow nad rzeką Dunaj, mijam budynek Parlamentu, podziwiam krajobrazy aż tu nagle na 20 kilometrze całkowice zesztywniała mi lewa noga i koniec biegania. Chwilę stoję bez ruchu z nadzieją że wszystko zaraz minie i ruszę do przodu a tu nic nie mija a punktu medycznego brak. Trzeba podjąć dezyzję - co robić. Zrezygnować ? Nigdy w życiu. Próbuję biec prawą nogą a lewą z bólem dostawiam, koszmar. Cały czas kombinuję jak tu dotrwać do mety. Po kilku kilometrach takiego niby biegu doszedlem do perfekcji w ciągnięciu nogi a że ciągle bolało to trudno, dam radę. Na mecie zameldowałem się po 4 godzinach i 20-u minutach, szczęśliwy że się nie poddałem. Brałem kilkakrotnie udział w Maratonie Toruńskim gdyż jest to jeden z ostatnich maratonów w sezonie późnojesiennym. Trasa tylko częściowo biegnie przez miasto, zdecydowana większość na terenie przyległych gmin. Start z Rynku Głównego spod pomnika Mikołaja Kopernika. Ruszamy, na początku lekko wolniej bo już trochę doświadczenia mam i wiem że przyspieszać to można ale pod koniec dystansu. Trasa bardzo urokliwa, kolorowe liście na drzewach i pod nogami, typowa piękna polska złota jesień. Kilometry uciekają jeden za drugim, jest lekko, spokojnie istny luzik. Mijam spokojnie tabliczkę z informacją że 40 km mam już za sobą, już wiem że gdy minę kolejny ostry zakręt pojawi się stadion sportowy i będzie słychać odgłosy dochodzące z mety. Nagle czuję w głowie lekki dyskomfort, coś mi mówi - zwolnij, ale teraz ? gdy jest półtora kilometra do mety. Nigdy. Lecę, widzę w oddali czekającą przy skręcie na stadion żonę aż tu nagle ponownie czuję dziwny sygnał i raz po raz zapalają się w głowie czerwone lampki jedna po drugiej i nagle świat wiruje dookoła, jest prawie kompletny odlot. Pamiętam, że zawisłem na szyi żony i zdążyłem powiedzieć tylko że muszę coś zjeść. Wyglądałem strasznie. Żona przytrzymując mnie wpół delikatnie usadziła na krawężniku drogi i z damskiej torebki wyjęła garść śliwek w czekoladzie. Jadłem łapczywie jak opętany będąc na wpół przytomny bo przecież meta na stadionie czeka, wówczas sam na własnej skórze przekonałem się o tym, że oprócz ogromnego bałaganu znajdującego się w damskiej torebce są też rzeczy ratujące życie. Po kilku minutach odpoczynku, gdy już doszedłem do siebie i wyglądałem jak człowiek ruszyłem do przodu z wielką werwą bo trzeba nadgonić stracony czas. Zanim rodzina idąc na skróty doszła do mety to ja już tam byłem i na kolanach całowałem tartan dziękując za to że udało mi się kolejny raz, że miałem niebywałe szczęście. Ktoś mógłby zadać zapytanie – Który maraton był najlepszy ? Na takie pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, każdy ma swój niepowtarzalny urok, charakter, wyjątkową atmosferę, fantasyczne historie, nowo poznani ludzie. Nie można porównać niesamowitego finiszu na Stadionie Narodowym z biegiem po Wałach Krakowskich, Wzgórzu Wawelskim i metą na Rynku Głównym przy Sukiennicach, czy też z biegiem wewnątrz Europejskiego Centrum Solidarności , przy historycznej Sali BHP w Gdańsku z metą na Długim Targu przy pomniku Neptuna. Taki najstarszy polski maraton w Dębnie, mała miejscowość ale w czasie weekendu gdy odbywa się maraton praktycznie całe miasto żyje tym wydarzeniem, wszędzie tłumy ludzi, nawet gdy biegniemy poza granicami miasta to po wioskach zagrzewają do biegu orkiestry straży pożarnej, gospodynie wiejskie częstują wyśmienitym świeżo upieczonym ciastem, kompotem i innymi przysmakami. Wszędzie widać radość. To tylko tam dobiegając do mety przez ostatnie 800 metrów biegnie się w bardzo wąskim korytarzu utworzonym przez stojących kibiców i nawet gdy nie mamy już sił biec to ich wrzawa, doping i słowa otuchy same zaniosą nas do mety. Jest też piekny maraton Brzegiem Morza wzdłuż Mierzei Helskiej, cały czas biegnie się po plaży lub jak kto woli można i po wodzie, najlepiej na boso, tłumy plażowiczów, kibiców ale jeden moment jest najciekawszy gdyż przebiega sie przez osławione Chałupy i plażę nudystów. Który z biegaczy płci męskiej nie będzie wspominał radośnie momentu gdy przebiega się wzdłuż ustawionych po obu stronach roznegliżowanych pań, kobiet, dziewczyn radośnie podskakujących i zagrzewających do walki z dystansem maratońskim. Wrażenia bezcenne. Są dziesiątki takich miejsc gdzie warto pobiec, gdzie czuć wyjątkową atmosferę stworzoną przez organizatorów i biegaczy. Nie jest ważne ile przebiegło się maratonów, półmaratonów czy ultra, nie ważne z jakim czasem, najważniejsze jest to aby bieganie przynosiło radość.

MALGORZATA MACIEJEWSKA

„Moja przygoda z bieganiem zaczęła się w dziwny sposób. Zapisałam się na loterie na maraton do Berlina i postanowiłam, ze jak wylosuje to zacznę biegać.... no i wylosowalam!!!Strach i stres na kilka dni przed maratonem był ogromny. W dniu maratonu luzik totalny. Jakby mnie to nie dotyczyło. Co ma być to będzie. Pierwsze 18 km przeleciało w mgnieniu oka. muza, kibice, rady prezesa niosły mnie jak na skrzydłach. Po połówce zmęczenie dało się odczuć (nigdy wcześniej nie biegałam dłuższych biegów), trochę zwolniłam. Ale starałam się biec cały czas. Najpiękniejszą chwila był widok Bramy Brandenburskiej. Adrenalina poniosła mnie do samej mety. Radość z ostatnich metrów była niesamowita A na mecie – euforia, niedowierzania, myśli o kolejnym maratonie i o rodzinie oraz przyjaciołach na trasie, którzy podczas całego biegu byli bezcenni. Na koniec łzy szczęścia.”

MAGDALENA SIDOR