"Nie lubię gotowców, ułatwień. Nie podglądam innych. Każdy nawet najmniejszy szczegół, przedmiot, budynek, drzewo chmura jest wymyślone w mojej głowie.
Tylko wtedy wiem na 100 procent, że to jest ABSOLUTNIE I DO KOŃCA moje."
"Nie lubię gotowców, ułatwień. Nie podglądam innych. Każdy nawet najmniejszy szczegół, przedmiot, budynek, drzewo chmura jest wymyślone w mojej głowie.
Tylko wtedy wiem na 100 procent, że to jest ABSOLUTNIE I DO KOŃCA moje."
Przejrzysta jasna koncepcja obrazu Marcina działa na nasze zmysły ukojeniem aby za chwilę zabrać nas na pola pełne poszarpanych parasoli, które przed chwilą pewnie coś chroniły. Ktoś nie dopalił tu wspomnień, a może ktoś podpalił swój świat i uciekł pozostawiając nam strzępy, których nikt nie zszyje.
Głównym wrażeniem dla nieobytego obserwatora jest rozrzucenie po "planszy" płótna wielu tematów.
Nie tyle uważny co otwarty na doświadczenie surrealizmu odbiorca dowolnie połączy w zgodzie ze swoim sercem wszystkie te elementy w całość lub wybierze ich cześć na potrzebę własnej historii. Sam autor jak dobry narrator powieści science-fiction chce opowiedzieć co czuje bohater i wciąga cię w jego historię. Może to ty. To co widzisz jest niejasne i kłóci się z tym co znasz. Poczuj to i nie oceniaj bo Armatys
daje nam dużo powietrza, a jego prace są jak otwarte okno jego wyobraźni i zaprasza nas do niej wychylając się przez nie naprawdę daleko.
Gabriel Garcíia Márquez wyznał kiedyś, że jego najważniejszy problem w literaturze polegał na zniszczeniu linii demarkacyjnej, która oddziela to co wydaje się być realne od tego co fantastyczne. Marcin jej nie uznaje. W zwykły pejzaż wpisuje elementy fantastyki i nie karze nam w obrazie decydować się na cokolwiek.
Wykorzystanie w malarstwie znanej symboliki szachów, domu, wody czy mostów, przeplata się z wyobrażeniem strachu i próby jego interpretacji wizualnej choćby w postaci chmur tworzących układ groźnych twarzy.
Jak na płótnach Paula Delvauxa znajdujemy w malarstwie Marcina nagie kobiety, które ni to z przypadku zadomowiły się w jego obrazie i zostaną w naszej wyobraźni. Drobne postaci starców, czy par są osobistym odnośnikiem do losu nas wszystkich. Otwarte księgi to nasze życie spisane przez czas. Drogi bez początków i końców, schody prowadzące tylko do konkretnych miejsc dają nam lekcje pokory. To co trwałe nie istnieje, a nie wszystkie autostrady prowadzą do celu jaki obraliśmy.
Wszystko to zwykle osadzone jest w szerokiej i głębokiej aż po horyzont płótna przestrzeni. W dalekiej i otwartej perspektywie.
Jak na obrazach Giorgio de Chirico... to ta sama melancholia i podobna perspektywa. Dodatkowo autor pozwala nam daleko wychylić się poza pierwszy plan zawężając ją jak wspomniany Grek . Na wszystkich pracach stałym elementem jest niebo z jego kalejdoskopem barw i rodzajów chmur.
Niebo. To nie tylko bezkresna przestrzeń ale jakieś pole nieskończoności w której Marcin wpisuje losy i rozkłada symbolikę ludzkiego życia. Być może to odnośnik do czegoś w czym wszyscy istniejemy, a niektórzy nazywają to Bogiem. Nie wiem. Wiem, że malarstwa Marcina Armatysa nikt nie przeoczy. Na szachownicy życia tego artysty jak na jego obrazach jest jeszcze wiele pól. Najważniejsze, że ma z kim grać. To nie tylko lata to przede wszystkim my. Odbiorcy jego malarstwa.
Redakcja : Magda Melak