Film oparty jest na legendzie o smokach, które od stworzenia świata wybierały miejsca, gdzie ludzie się gromadzili. Smok w tej opowieści nie jest potworem — symbolizuje Czas i jego skarby, czyli skarby historii. Kiedy jednak ludzie stają się chciwi i próbują zatrzymać te skarby tylko dla siebie, one gromadzą się pod ziemią i zaczynają uciskać smoka. Wtedy smok się budzi, zionie ogniem — i zaczynają się wojny.
Bruk starych miast to jak grzbiet smoka.
Ten film opowiada o smoku, który śpi pod Kamieńcem.
Pierwsza scena przedstawia legendę o założeniu Kamieńca Podolskiego przez litewskich książąt Koriatowiczów. Podczas polowania na jelenia natrafili na skalistą wyspę. Widząc jej strategiczne położenie na skrzyżowaniu szlaków handlowych, postanowili zbudować twierdzę. Miasto otrzymało herb ze św. Jerzym, zaprosiło rzemieślników z Europy, uzyskało prawo magdeburskie i stało się ważnym centrum targowym.
Miasto się wzbogaciło, biło własną monetę, miało własne cła i rozwinięty handel. Istniały trzy duże wspólnoty — polska, ukraińska i ormiańska — a w pobliżu mieszkało wielu Żydów. W chwilach zagrożenia wszyscy razem bronili miasta. Każda wspólnota miała swój magistrat, sąd i szkołę przy świątyni. Pierwszy rektor Akademii Ostrogskiej pochodził z Kamieńca. To był złoty wiek miasta.
Rzeka Dniestr była granicą z Imperium Osmańskim. Kamieniec jako bogate i ufortyfikowane miasto stał się celem ataku. Osmanowie otoczyli miasto armią, a ono skapitulowało. Mieszkańcom pozwolono opuścić miasto. Przez 27 lat Kamieniec był pod panowaniem tureckim. Kościoły zamieniono w meczety, budowano nowe fortyfikacje, ale wiele domów zostało zburzonych — miasto popadło w ruinę.
Po powrocie do Królestwa Polskiego rozpoczęła się odbudowa. Starostą i architektem miasta został Jan de Witte. Stworzył barokowe centrum i zorganizował pierwszy start balonu.
Jednak nowe bogactwo i spokój znów przyniosły okupację — tym razem przez Imperium Rosyjskie. Zamek zamieniono w więzienie, gdzie przetrzymywano ludowego bohatera — Ustym Karmeluka. W mieście wciąż używano polskiej waluty i mówiono różnymi językami. Duch wolności żył dalej. Ale Rosjanie zmienili herb miasta na herb Podola — ze słońcem. Zbudowano most przez kanion, przeniesiono targ, szkoły i szpitale na drugą stronę.
Do Kamieńca przybywał Taras Szewczenko, Ferenc Liszt. Marzyła o nim również Łesia Ukrainka. W seminarium kształcił się Mykoła Leontowycz — autor melodii „Szczedryka”, którą świat poznał dzięki trasie koncertowej chóru z Kamieńca na początku XX wieku.
Podczas I wojny światowej przez miasto przebiegała linia frontu. Wojska austro-węgierskie bombardowały Kamieniec. Każdy dom zamieniał się w szpital.
Potem przyszli komuniści. Ludzie w strachu i chciwości zapomnieli o przykazaniach. Zaczęli walczyć z Kościołem, burzyć świątynie — i stracili życie. Obcy zajęli ich domy. Dzieci mieszkały w piwnicach. Wielu Ukraińców, Polaków i Żydów rozstrzelano. A potem — II wojna światowa i znów śmierć panowała nad miastem.
Po wojnie miasto zostało odbudowane. Powstały nowe fabryki. Ale życie ograniczały tylko święta komunistyczne i ideologia. Władza nie tylko kontrolowała finanse, ale też tłumiła marzenia ludzi. Ograniczano ich nie tylko materialnie, lecz także duchowo. Zanikła wiara — w Boga i w smoki.
Po ogłoszeniu niepodległości przez Ukrainę, miasta znów zaczęły swobodnie oddychać. Odbudowano świątynie. Nad Kamieńcem wzniosły się balony — symbol pokoju. Ale obok tych, którzy marzyli o wolności, byli też ci, którzy znów gromadzili złoto pod ziemią i przygniatali nim smoka. I znów zaczęła się wojna.
Smok marzy o pokoju. Czas jest mądrzejszy niż starcy, a dzieci bywają silniejsze od mądrości — bo są szczere i potrafią marzyć. Dlatego nie boją się ani Czasu, ani smoków.
Życie zawsze zwycięża. Mimo wszystko.
Tekst Filmu
Dawno temu, w stworzonym świecie,
Pod skałami mieszkały smoki,
By grzać miejsce dla przyszłych miast.
Skarby zbierać, ogniem oddychać –
Skarby to pamięć, smok to Czas…
Gdy tchnie ogień - powstanie wojna,
aż chłód ulewy ją uśpi.
Na spalonych ziemiach wyrasta trawa –
Życie trwa, mimo wszystko.
Książęta przyszli, popatrzyli,
naradzili się i postanowili:
miasto wielki targ założyć,
na skrzyżowaniu kupieckich dróg.
Herbem jego – Święty Jerzy Smokobójca,
A smok – władca czasu.
Aby miasto wzrastało szybko,
postanowili zwolnić je od podatków;
lud dobry zaprosić z innych miast,
gdzie praca była godna mistrza.
Towary szły z Chin i Indii,
z dalekich wysp, z północy i południa,
A prowadził je smoczy wiatr,
by zebrały skarby dla siebie.
Ormianie przywozili jedwab,
Polacy zamek solidny budowali,
Rusini ziemię starannie obrabiali,
Na jarmark co rok przyjeżdżali,
rzemieślnicy, kupcy z pobliskich miast,
A złoto rosło w kieszeni.
Mnisi uczyli czytać i pisać w cerkwiach,
Prawa działały w łacinie i cyrylicy,
Ormiańskim pismem i jidysz splecione –
Społeczność miała swoje prawa.
Razem stawali, by bronić miasta –
katolik, prawosławny, Ormianin,
I ten, co Jahwe wzywał –
przeciw bandzie tatarskiej,
wspólni w walce. Pożary, powodzie
przenosili ramię w ramię.
Gdy wszyscy razem – to wielka siła.
Tak powstał wielki Kamieniec.
Słynni architekci z Europy
wznieśli nową twierdzę – wschodnią tarczę,
I kamienna stała, podporą chrześcijaństwa,
w które królowie inwestowali pieniądze –
rozdrażniając sąsiadów,
a sułtan chciwie z góry spoglądał.
Sułtan zebrał wielkie wojsko,
twierdzę oblężył i choć obrońcy trwali –
żołnierze i artylerzyści –
Twierdza wielka poddała się.
Otworzyła bramy dla sułtana,
który dał trzy dni na opuszczenie miasta.
Karawele, łzy i korale – do rzeki –
może wrócą…
Tak stali się uchodźcami kamieńczanie…
Wtedy wyrosły meczety,
Smocze skarby się zbierały,
Pod aromat kawy, kardamonu
i słodyczy wschodnich.
Jak przystało Osmanom.
Niespełna dwadzieścia osiem lat
osmańskie panowanie trwało –
Aż odeszli.
"Zostawcie nasze świątynie – minaret, minbar" –
proszą, a zgoda została.
Krzyże powróciły do ołtarzy
I Boża Matka ponad miastem,
Ochroną lepszą od murów,
modlitwa niech chroni miasto.
Pół wieku miasto powstawało z ruin,
Lecz jeden chłopak – artylerzysta,
o pięknie marzył, by miasto sławiło
jego imię, i talent dał mu Pan,
ręce złote, by wznieść nowe dzieło.
Tak stał się starostą Jan de Witte.
Mury obronne, kościoły,
Pałace dla szlachty, triumfalne łuki
Dla króla – a Jan marzył o lotach.
Sam nie zleciał, ale balon wzniecił.
I wypełniły się marzenia jego,
choć XVIII wiek spokojny,
Skończył się wojnami.
Przyszła władza rosyjska na Podole.
Zamek zamienił w więzienie,
A ściany forteczne porastały trawą,
Szlachta zamilkła, straż już nie krzyczała.
Herb kamieniecki, gdzie smok pokonany,
Zmienili na słońce.
I Kamieniec gubernialnym centrum się stał.
Ale ducha wolności nie stracił.
A miasto przerzuciło most,
by bliżej wody być, a mniej ludzi
na kamiennej wyspie osiadło.
Bazar na Nowy Plan przenieśli.
Gimnazja, banki i szpitale.
Szewczenko tu pił kawę w kawiarni,
Z koncertem przyjeżdżał wielki Liszt,
A Łesia pod wierzbami nad Smotryczem
czerpała inspirację, jak pamięta most.
Przy seminarium uczyły się dzieci
z podolskich wsi, by Boga w kościołach sławić.
Muzyka nad nimi wzlatywała
i trzepotała jak jaskółka w oknie.
Tak ją usłyszał Leontowycz,
Przepisał najpiękniejszą pieśń świata
z serca pełnego miłości,
ze świergotu jaskółczej doli,
z blasku słońca na wodzie.
I muzyka poleciała po świecie,
uderzyła w dzwony poruszając dusze –
A te dzwony słychać aż do dziś
w niepokonanej muzyce Bożego Narodzenia.
Ta pieśń przelatywała przez wojnę…
Szła ogniowym sznurkiem linii frontu,
rozciągniętym po mapie przez miasto,
stolica przechodziła z rąk do rąk,
a szpital był w każdym oknie…
Rozpalona żądzą złotą,
w pogoni za bogactwem i sytym szczęściem,
człowiek przekroczył próg,
gdzie patrzyły oczy Boga.
„Boga nie ma!” niósł się krzyk!
Zbijano dzwony z wież,
by milczały kościoły.
Nie mieli Boga – nie mieli życia...
Obcy osiedli w porzuconych domach,
a dzieci wyłaziły z piwnic.
Nie zdążyły nawet podnieść głowy,
by przemówić językiem życia...
Rozstrzelane odrodzenie
Struną zerwaną w pół słowa
zadrżała niewyrażona muzyka wierszy,
dusze wzniosły się ptakami w niebo,
i teraz tylko w snach słychać echo
tych słów, tych nut, tych dźwięcznych głosów.
Zostały kwiaty – miasto pełne kwiatów.
I znów pokój – by leczyć rany,
wstawać z ruin, odbudowywać się.
Z wiosek przeprowadzano się do miasta –
i jechano do stolic po edukację.
Niebo przysłaniał dym nowych fabryk,
a młodzież bawiła się i śpiewała,
jak w czas pokoju.
Rok mijał pełen głośnych świąt –
parad listopada i maja,
Nowego Roku, by zacząć wszystko od nowa.
Ale wszystko zawsze ma granicę.
Nawet marzenia muszą mieć granice...
Nikt nie wierzy w żadne smoki!!!
Aż wzruszyła piersi: Niepodległość!
Narodzie ukochany, dziś masz wolność!
I znów odbudowujesz piękno.
Wielkie kule lśnią nad miastem
i cienie sławnych przodków powstają
i wydaje się, że pokój będzie na długo...
Ktoś woła wolność, szczęście i swobodę,
a ktoś, skąpą, chciwą ręką,
gromadzi złoto pod ziemią...
i ryczy ciężki smok.
Nie śpi smok, gorącym płomieniem
porywa, niesie życie i śmierć.
Układając drogę z przeszłości,
marzy o nietkniętej przyszłości,
bo Czas jest mądrzejszy niż starzy ludzie.
Ale dziecięca szczerość i lot
są silniejsze od mądrości czasem.
I nie boją się ani czasu, ani smoków.
Życie zwycięża mimo wszystko.