Dzisiejszy dzień zapowiada się nieciekawie. A dokładniej bankiet następców. Szczerze nienawidzę tych wszystkich szlachciców. Chciwi, bezlitośni i zadufani w sobie, ważne żeby interesy były dla nich na plus, a wraz z tym aranżowane małżeństwa.
O bankiecie dowiedziałam się od brata, gdy trzy dni po incydencie z marynarką wybudziła się ze śpiączki po transformacji. Nie jestem zadowolona z tego, jak się wtedy zachowałam, ale dzięki temu Will wziął się w garść i razem z Ifer’em przegnali marynarkę ze świątyni. Wtedy też Zoro zebrał chłopaków i poprosił, żebym ich uczyła walki. Uważał, że szkoła Koshiro to za mało, a chcieli chronić wyspę. Obecnie ten obowiązek przypada na Staruszka i jego zięcia. Oczywiście zgodziłam się, rano trenuję z nimi, po południu z moim mentorem, a wieczorami czas spędzałam z Zoro i Kalisą. No tak, po mojej walce z marynarką przejęła się mną, aż tak bardzo, że nie była już w stanie dłużej milczeć. Od tamtej pory widujemy się codziennie, a tego wieczoru będzie towarzyszyć Zoro, jako osoba towarzysząca i przyjaciółka. Powiedział tak i to stanowczo do ojca, żeby ten nie knuł ich zaręczyn. Chociaż nie bardzo podoba mi się ten pomysł, że zobaczą mnie z tej innej, władczej strony.
Migel jednak nie został długo na Cesalis, bo zaraz po przekazaniu mi wszystkiego opuścił wyspę. A między innymi pozostawił mi mój wynalazek, który był u mojego przyjaciela inżyniera. Trochę mnie uczył majsterkowania, tak hobbystyczne, ale to jednak było za mało bym sama sobie z tym poradziła. Dokładniej jest to projektor, który przy użyciu mojej manny, mającej w sobie cząstkę Oblivion, pobiera wspomnienia z dusz i pokazuje wybrane fragmenty. Chcę tego użyć na bankiecie i otworzyć oczy wszystkich na tajne, niemoralne, bezlitosne samo sondy przewodniczącego rady władców. Głównie dlatego, że dzięki mojemu szpiegowaniu dowiedziałam się, że to on stoi za moim zabójstwem, a dokładniej Rosse i wieloma innymi sprawami. A sama myśl o tym śmieciu sprawia, że krew wrze we mnie ze zdenerwowania.
Wracając do zmian na wyspie. Will w końcu wyszedł ze swojej nory i zaczął słuchać potrzeb ludzi. I z moją małą pomocą, poprzez Ifera, wyspa stała się bardziej żywa, ludzie bardziej otwarci, a wioski współgrały. Świątynia została poddana renowacji, dzieci przeszły Ceremonie Fal i Emma dostała ostateczne kapłańskie błogosławieństwo i jest prowadzona przez Erime. Oprócz tego rozpoczęto budowę dwóch nowych budynków u podnóży wulkanów. Centrum kultury i ratusz. W pierwszym budynku ma powstać nowa, większa biblioteka, sala zabaw i nauki dla dzieci, sala dzienna do wypoczynku dla dorosłych. W drugim natomiast archiwum, skarbiec i sala zarządu, który niedawno powstał. W jego skład wchodzi oczywiście Will, Emma z racji bycia kapłanką, Zoro jako następca i przedstawiciel młodzieżowej grupy ochrony wyspy, Yelen Questis przewodnicząca targowiska w Kodo, Emanuel de Wistel szef najbardziej wpływowej spółki handlowej na Cesalis, Koshiro jako przedstawiciel Mawik i Pino la Fonoyosa, który został wybrany na sekretarza i księgowego, ma się zajmować papierologią.
- Kori!! - krzyk Kalisy wybudził mnie z przemyśleń. Uniosłam swój wzrok w stronę wejścia. Złotooka już po chwili stała przede mną. - Co myślisz? - spytała obracając się wokół własnej osi. Ubrana w butelkową zieloną suknię, która sięga jej do kostek i dekoltem niemal do pępka. Plecy całkowicie odsłonięte. Włosy upięte w ładnego koka z dwoma pasmami wzdłuż policzków.
- Pięknie, a nawet seksownie. Może wpadniesz komuś w oko. - skomplementowałam ją, a ona zaczęła dreptać z ekscytacji. - Spokojnie, bo jeszcze kostkę skręcisz w tych szpilkach. - zwróciłam jej uwagę, na co prychnęła pod nosem.
- A ty wyjdziesz w końcu z tej wody, czy będziesz siedzieć tu, aż do zakończenia bankietu? - rzuciła ironicznie. Przewróciła oczami na jej słowa i westchnęłam.
Podeszłam więc do krawędzi gorącego źródła i wyszłam z wody. Powolnym krokiem podeszła do skały, z której wzięłam ręcznik. Szybko osuszyłam włosy i skórę, po czym owinęłam się ręcznikiem. Podążając za czerwonowłosą weszłam po, wykutych przeze mnie, schodkach opuściłam w ten sposób małą grotę z moim małym, prywatnym źródłem, która służy mi od półtora miesiąca jako łaźnia. Przechodząc przez salon trafiłam do mojego pokoju, w którym ubrałam się w moje normalne ubrania, a włosy związałam w wysoką kitkę. Ze smutkiem spojrzałam na moją czarną bandanę, co zawsze zawiązaną mam na głowię. Jeżeli matka ją zobaczy to mi ją wyrzuci, więc dzisiaj musi zostać. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze po raz ostatni i skierowałam swoje kroki do kuchni, gdzie czekała na mnie Kalisa i ku mojego zdziwienia Zoro. Ubrany w garnitur zdecydowanie nie był z tego zadowolony, a jego włosy zaczesane do tyłu i ulizane żelem bardzo podkreślały jego elegancję.
- A ty dlaczego nie przebrana? - spytała zbulwersowana dziewczyna lustrując mnie spojrzeniem.
- Nie mam tu nic. I tak siłą mnie tam zaciągną do garderoby i zrobią po swojemu, więc nawet jakbym chciała sama się przygotować to będzie po ichniemu. - mruknęłam pod nosem. - Ja się dziwię, że wytrzymacie w tym trzy godziny na statku. Jakbyście nie mogli się na pokładzie ogarnąć.
- Wola ojca była inna. - warknął złośliwie Zoro. Na co prychnęłam śmiechem pod nosem.
- Widzę, że wszyscy w podobnym humorze. - zakpiłam i ruszyłam w stronę wyjścia. - Chyba nie chcecie się spóźnić, co?
Przyjaciele tylko przyznali mi rację i opuścili mój dom. Zamknęłam moją drewnianą chatkę z poddaszem na klucz. Nie mogę pozwolić, żeby ktoś wlazł mi do domu, który sama postawiłam swoimi rękami na północy wyspy, gdzie klif łączył się z plażą na pograniczu lasu, z dala od wszystkich.
Przeszliśmy przez Mawik do Kodo, gdzie już czekał na nas Will. Rozmawiał z Ifer’em o szczegółach, gdy go nie będzie. My stanęliśmy na końcu mostu, skąd odebrać miał nas statek z Lądu Centralnego. Trochę to potrwało, aż w końcu dostrzegliśmy go na horyzoncie. Z wielką niechęcią weszłam na pokład łajby i zajęłam miejsce przy dziobie. Zirytowana spojrzeniami szlachciców nie miałam ochoty z kimkolwiek o czymkolwiek rozmawiać. Zwyczajnie zatopiłam swoje spojrzenie w oceanicznej toni i odpłynęłam całkowicie myślami.
Ostatnio moją uwagę przykuła pojawiająca się na moim ciele blizna. Ciągnie się ona po całej długości mostku. Przypuszczam, że musi być to spowodowane załamaniem przestrzeni wymiaru i wymazaniem istnienia Rosse. W skutek czego to ja byłam tą dźgniętą. Nie sądziłam, że ta rana była aż tak obszerna…
- Zobacz już prawie jesteśmy. - szepnęła piskliwie Kalisa w moim kierunku. Uniosłam swoje spojrzenie na kontynent, do którego się zbliżamy. - Co prawda boję się, co tam będzie, ale jednocześnie czuję taką ekscytację.
- Nie zemdlej tylko, ja ciebie ratować nie będę. - mruknął Zoro niezadowolony. Spojrzałam na przyjaciół. Kalisa nie odrywała wzroku od Dworu Imperialnego, a chłopak wbił swoje spojrzenie w buty. Will siedział obok niego i spojrzeniem analizował pozostałych szlachciców.
- Jeżeli będziecie wyglądać dostojnie, patrząc na innych z wyższością i nie podejmiecie się z nikim rozmowy to przeżyjecie. Nie ufajcie tym ludziom, ani odrobinę. - ostrzegłam ich, a oni przenieśli na mnie swój wzrok, a w oczach pojawiło się niezrozumienie i obawa. - Ci ludzie zrobią wszystko, żeby was poniżyć. Pokazać, że są od was lepsi. A tak naprawdę to zwykłe ofermy, które chcą dowartościować samych siebie.
- Który to twój bankiet? - spytał Will zachrypniętym głosem i spojrzał na mnie ponuro.
- Nie jestem pewna, bo nigdy nie liczyłam. Coś koło dwusetnego pewnie, rodziny królewskie są dosyć często zapraszane na tego typu imprezy. - przyznała wzruszając ramionami. Will odwrócił ode mnie głową i tylko skinął na moją odpowiedź.
- Przygotować się do wyjścia! - krzyk kapitana rozniósł się po pokładzie. - Szlachcice, dowódcy i inni wychodzą teraz! Członkowie rodzin królewskich poczekają trochę dłużej i wysiądziecie przy drugim wejściu.
- Rozdzielą nas. Trzymajcie się tego, co wam powiedziałam i czekajcie, aż do was dołączę. - podsumowałam, a oni przyznali mi rację. O dziwo Will nie miał nic do powiedzenia. Ale co się dziwić, jak dla mnie to straszny z niego introwertyk i sam pewnie nie chce tu dzisiaj być.
Statek przycumował do pierwszego zejścia. Wszyscy zaczęli opuszczać statek, a ja spojrzeniem odprowadziłam przyjaciół do wejścia posiadłości. Na pokładzie pozostałam tylko ja. No tak w końcu w regionie Aurum nie ma żadnego królestwa. Po popłynięciu dalej kapitan podszedł do mnie i skłonił się, żeby poinformować mnie, że zaraz opuszczę łajbę. Przewróciłam oczami na jego zachowanie i wstała z miejsca, aby niedługo później opuścić pokład. Przeszłam po niewielkim betonowym moście zdobionym złotem, a następnie przez jakieś dziesięciometrowe wrota. Aż się zaciekawiłam, jak giganci wchodzą do posiadłości, bo jeszcze nie widziałam ich uczestniczących w bankiecie. Na wejściu wezwałam ochmistrza, który w błyskawicznym tempie znalazł się przede mną. Poinformowałam go, że chciałabym coś przekazać całej szlachcie, więc ma wprowadzić w harmonogram, przed odpłynięciem pierwszych zebranych. Po jego minie zauważyłam, że niezbyt to mu się podoba, ale nie mógł mi odmówić. Służba zaprowadziła mnie do garderoby, gdzie moja matka była przygotowywana do bankietu.
- Skoro to ja muszę reprezentować z dala to dlaczego ty też tu jesteś? - spytałam się jej na wejściu bez skrupułów. Tutejsze pokojówki zaczęły pomagać mi zdjąć moje ubrania, czego bardzo nie lubię.
- Ty reprezentujesz, ja robię interesy dla Rogera i Reylona. - wymruczała do mnie, kiedy makijażystka pudrowała jej twarz. - Poza tym do zaproszenie jest dla dwóch osób. Wzięłam też Migela, jako moją ochronę, więc mną nie musisz się martwić. Nie rób tylko głupstw.
- Mamo..? - zwróciłam się do niej niepewnie. Nasze spojrzenia się spotkały, a ona posłała mi uśmiech. W tym czasie służki zaczęły ubierać mnie w suknię. - Czy za głupotę uznasz to, że chcę ujawnić spisek, w który również był powiązany zamach na mnie? - spytałam niepewnie, bo nie wiem, w jaki sposób odbiera tamten dzień.
- Robisz to dla siebie czy dla innych? - spytała po dłuższej chwili milczenia. A ja ubrana siedzę już na krześle, żeby dziewczyną łatwiej pracowało się z moimi włosami.
- Dla wszystkich. Ta sprawa nie tyczy się tylko nas. - odparłam, a ona skinęła głową w zrozumieniu.
- Jeżeli uważasz to za słuszne to powinnaś siebie słuchać i podążać za rozsądkiem. Pamiętaj tylko, że wszystko niesie swoje konsekwencje. Musisz mieć w tej sprawie niepodważalne dowody i pewnie nie każdy ci w to uwierzy. - podsumowała ze spokojem i delikatnym uśmiechem na twarzy. - Wiesz dlaczego ty tu jesteś, a nie Hanao?
- Nie. Migel nic mi nie mówił. - przyznała niepewnie. Pokojówki przeszły do robienia mi makijażu, więc musiała oderwać spojrzenie od matki.
- Hanao jest w ciąży. Dobrze by było, żebyś za pół roku wróciła na Kelons i tymczasowo przejęła obowiązki cesarzowej. Dobrze wiem, że nie jesteś tym zainteresowana. Zajmie to trzy, może cztery lata. Zależy ile dziecko będzie potrzebowało uwagi matki. Powinnaś również modlić się, żeby była to dziewczynka, jeżeli nie chcesz być następną cesarzową. Albo wyjść za mąż, tak jak ja. - powiedziała wprost na co westchnęłam. Nie chcę opuszczać Cesalis, ale najwidoczniej nie mam innego wyboru.
- Rozumiem. - wymruczałam pod nosem i spojrzałam w swoje odbicie w lustrze.
Moje czarne włosy rozpuszczone i podkręcone z delikatnym upięciem u góry. Sukienka z czarną górą z dużym dekoltem i długimi rękawami, dół ciągnął się po ziemi, a kolory przechodziły od złota do bieli z rozcięciem przy lewej nodze. Delikatne obcasy założyłam i biżuterię. Moją uwagę przykuła szmaragdowa opaska i naszyjnik w mojej szkatułce. W sumie pasowałoby jej. Wzięłam je do ręki i wyszłam z garderoby żegnając się z matką. Powolnym, dostojnym krokiem dotarłam do ogromnej sali balowej. Jeżeli miałabym ją z czymś porównać to małej wielkości wyspa, może z dwa, jak nie trzy hektary. Ale ja się za tym nie znam. Będąc u szczytu schodów rozejrzałam się w poszukiwaniu reszty. A jak ich znaleźć najszybciej? Po zielonych włosach Willa i Zoro. Trzeba przyznać, że jest to bardzo niespotykane. Kiedyś będę musiała dowiedzieć się, dlaczego występuje to tylko u nich w rodzinie.
W końcu ich dostrzegłam. Całkiem sporo nas dzieli i widzę, że pewnie hrabia musiał się do nich przyczepić, bo gada jak najęty w ich stronę. Zeszłam więc po schodach i ruszyłam w ich stronę. Na szczęście nie musiałam przepychać się przez te tłumy, bo jak jedni ustąpili mi przejścia to robili to wszyscy. Aż w końcu przed sobą ujrzałam te blond kudły.
- Młody Hrabio Hilfares blokujesz mi przejście. - powiedziałam dosyć surowo z wyższością i irytacją. Od razu zwróciłam uwagę, jak ciało nastolatka się spina. Sztywny jak kłoda odwrócił się w moją stronę, blady jak ściana, a jego dwukolorowe spojrzenie padło na mnie.
- Księżniczka Miklor. Dawno się nie widzieliśmy. Co sprawiło, że tutaj podeszłaś? - spytał zestresowany. Nerwowo ręką zaczął przeczesywać swoje włosy.
- Odsuń się, bo chcę przejść. - rozkazałam bez żadnych skrupułów.
- Już oczywiście. - odsunął się i skłonił robiąc mi przejście. Od razu podeszłam do Kalisy, przed którą on stał wcześniej. - Księżniczko może zgodziłabyś się później ze mną zatańczyć?
- Mam coś dla ciebie. - zwróciłam się do przyjaciółki ignorując tego pajaca żądnego władzy. Spojrzała się na mnie niezrozumiale. Założyłam jej opaskę i naszyjnik. - No teraz to wyglądasz zajebiście. - przyznałam z uśmiechem.
- Dzięki… - wyszeptała Kalisa wzruszając się. Chwyciła mnie za dłonie i z wdzięcznością spojrzała prosto w moje oczy.
- Nie sądziłem Księżniczko, że spoufalasz się z walkirią. - wtrącił się dalej Nicolas. Przewróciłam oczami na jego zaczepki. Kalisa zaśmiała się pod nosem widząc, co zrobiłam.
- Co ci do tego? - warknęłam w jego stronę i posłałam wrogie spojrzenie. - Nasze rasy nie mają znaczenia. Nie możesz decydować o tym z kim rozmawiam. Poza tym przeszkadzasz i nikogo z nas tu nie obchodzisz. Twoje zaloty nie mają sensu i myślisz, że zgodzę się z tobą zatańczyć? Każdy na tej sali wie, że tańcząc z księżniczką amazonek oznacza to zaręczyny i poparcie Kelons. Nie jestem naiwna i nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.
- Czyli plotki mówią racje. Cesarzowe amazonek to oschłe suki bez uczuć. Nic niewarte żałosne kobiety. - wyśmiał mi się w twarz. Ja jednak nie przestała patrzeć na niego z wyższością, aż odszedł zirytowany. Wielkie oczy zrobiłam, jak Will że się pod nosem z tej sytuacji. W szoku odwróciłam się w jego stronę, tak samo jak Kalisa i Zoro.
- Kobieta o dwóch twarzach. Która jest prawdziwa? - spytał, gdy już uspokoił swoje rozbawienie.
- Szczera jestem przed tymi, na których mi zależy. Reszta to szopka, dla zbędnej obstawy. Na Cesalis jestem całkowicie sobą. - odparłam na spokojnie. - Przed tymi ludźmi nie opłaca się być sobą. Mówiłam już o tym. To Pan o dziwo jest skupiony na mojej osobie.
- Może to dlatego, że chcę zrozumieć, czym ty do cholery jesteś. - mruknął niezadowolony, że zauważyłam jego zainteresowanie mną. - Przypływając na wyspę wprowadziłaś chaos i zamęt. Już nigdy nie będzie tak samo.
- Jeżeli wolał Pan kierować się ścieżką śmierci to proszę bardzo. Marynarka zabiłaby was wszystkich, tak jak zrobiła to nam. Nie mam zamiaru dalej patrzeć, jak otaczający nas ludzie umierają, bo ktoś wydał rozkaz w tajemnicy przed wszystkimi. - odpowiedziałam tonem pozbawionym emocji.
- O czym ty mówisz? - spytał marszcząc brwi niezrozumiale.
- Dowiecie się jeszcze tego wieczoru, ale dopiero później. - przyznałam odwracając wzrok od kowala. Rozejrzałam się po sali. Oczywiście znałam wszystkich na tej sali. Nie tylko jako klientów mojego ojca, ale królewskie savoir-vivre wymagało ode mnie znajomości każdej rodziny królewskiej i szlachty. Nieco trudniej byłoby mi znać wodzów, jak Will, ale pirackie życie uzupełnia te braki. - Wezmę dwa, dziękuję. - podziękowałam kelnerowi, który akurat przemykał z tacą koło mnie i zabrałam od niego dwa kieliszki z szampanem. Podałam jeden z nich Kalisie. - Za dzisiejszy wieczór.
- Ej, a ja? - warknął niezadowolony Zoro. Z Kalisą spojrzałyśmy na siebie, a potem na niego i zaśmiałyśmy się pod nosem.
- Nie wydaje mi się, żebyś miał już styczność z alkoholem. Poza tym twojemu tacie nie podoba się ten pomysł. - skomentowałam i puściłam mu oko. Doskonale widzę tą niezadowoloną minę Willa stojącego za nim. - Ja już miałam styczność z tym i nawet mocniejszym trunkiem.
- Więc nie udawaj dorosłego Gówniarzu. - rzuciła Kalisa żartobliwie, aby mu dokuczyć, z resztą tak jak zawsze. - Jeszcze przyjdzie na ciebie czas. A więc wracając, za dzisiejszy wieczór. - wzniosłyśmy toast i wypiłyśmy całą zawartość na jednym wdechu. Gdy nagle muzyka klasyczna grana przez muzyków ucichła.
- Szanowni Państwo, proszę o uwagę. - głos szambelana rozniósł się po tej ogromnej sali bankietowej. Stał na końcu podwyższenia pośrodku sali, gdzie znajdowała się mównica. Zapadła całkowita cisza i wszelka uwaga skupiła się na nim. - Jak dobrze wiecie, co mniej więcej trzydzieści lat odbywa się bal “Następców”. Dziś również obchodzimy trzysta osiemdziesiątą rocznicę zjednoczenia i utworzenia Sprzymierzonej Ligi, w której skład wchodzą wszystkie państwa, królestwa i wyspy jakie istnieją na Elix. A teraz pozwólcie, że głos przejmie trzydziesta piąta Cesarzowa Seya Shirsu a’n Miklor. - ogłosił i zaczął wycofywać się z mównicy. Wtedy na podeście pojawiła się moja matka w pięknej szafirowej sukni, która idealnie pasowała do jej oczu tego samego koloru i długich blond włosów. Wygląda naprawdę pięknie. Zawsze wiedziałam, że Migel i Hanao są do niej bardzo podobni. Ja to nawet do ojca nie jestem podobna, a to ze względu na wpływ Oblivion…
- Dobry wieczór wszystkim. - przywitała się swoim skowronkowym głosem i z dumnym uśmiechem rozejrzała po sali.
- Ona ma tytuł najpiękniejszej kobiety Elix. Nie sądziłam, że to prawda. - szepnęła podekscytowana złotooka koło mnie. - Co o niej myślisz, Kori? - spytała, a ja spojrzałam na nią jak na idiotkę.
- Kalisa, przecież to moja mama. - powiedziałam wprost. Razem z Zoro zaczęła spoglądać to na nią, to na mnie. A na ich twarzach widzę jedynie niezrozumienie i niedowierzanie w jednym.
- Wszyscy zapewne znacie mnie jako “Najpiękniejsza kobieta Elix”. Ale mój czas już minął i na ostatnich obradach poruszyłam ten temat. Pora, aby wśród następczyń wybrano tą najpiękniejszą. W tym celu zostało wybranych pięć kandydatek z rodzin królewskich. - ogłosiła dumnie moja matka, a ja przewróciłam na to oczami. Naprawdę musieli zorganizować dzisiaj tą głupotę. Nienawidzę tych rzeczy i najchętniej uciekłabym stąd, żeby nie musieć patrzeć na to wszystko. - Zadanie księżniczek jest prosta prezentacja. Dokładniej taniec z partnerem. Rodzaj tańca i melodia do ustalenia z orkiestrą. Wybranymi przez radę kandydatkami są Elizabeth Twestens, Gilinna Qwens, Jin Vins, Robin McDequry i… - zrobiła przerwę w przemowie, a jej spojrzenie spotkało się z moim. Nie! Nie! Nie! I jeszcze raz NIE! Błagam cię nie mów mi, że… - Kostarika Shirsu a’n Miklor.
- Cholera… - wymamrotałam pod nosem zrezygnowana. Dosłownie mam ochotę strzelić sobie plaskacza w twarz. Dlaczego musiała mnie w to wplątać. Uduszę ją.
- Życzę wszystkim miłej zabawy podczas oglądania prezentacji księżniczek. - dokończyła swoje przemówienie i opuściła mównicę. Muzyka znowu zaczęła brzmieć po sali, a inni wrócili do rozmów.
- O. Mój. Boże. - powiedziała Kalisa robiąc przerwę po każdym słowie. Odwróciłam się powoli w jej stronę i odstawiłam kieliszek na stoliku obok. - Co zamierzasz zaprezentować? - spytała podekscytowana, na co przewróciłam oczami.
- Nic. - odparłam wzruszając ramionami. - Nie interesuje mnie to i nie mam zamiaru brać w tym udziału. To tylko durny tytuł, który nie ma sensu. Poza tym każdy ma inne preferencje i jest to po prostu decyzja większości, a do tego konkursu wybierani są jedynie członkowie rodzin królewskich, co dowodzi temu, że nie ma to sensu.
- Nie umiesz się bawić. Chciałam zobaczyć jak tańczysz.- naburmuszyła się i zrobiła obrażoną minę. A no właśnie jak już miałabyś z kimś tańczyć to z kim? Z tego, co wcześniej wspomniałaś to taniec oznacza zaręczyny.
- Migel tu jest. Z bratem raczej by mnie nie zaręczyli. - przyznałam wyśmiewając tą głupią zasadę.
- A no w sumie racja. - zgodziła się ze mną i zaśmiała pod nosem.
- Proszę, proszę, kogo my tu mamy? - ironiczny głos Gilianny rozbrzmiał za mną. Od razu poprawiłam swoją postawę i z kamienną twarzą odwróciłam się w stronę Qwens. - Księżniczka amazonek… Nie powinnaś siedzieć na drzewie z resztą swoich małp Dzikusko? - zakpiła sobie z Kelons, a stojące przy niej księżniczka Elizabeth i Robin zaśmiały się. Krew się we mnie aż zagotowała ze złości. Ze mnie mogą się śmiać, ale Kelons niech zostawią w spokoju. Spokojnie Kostarika, zachowaj kamienną twarz, nie daj sobie wejść na głowę. - Słyszałaś ogłoszenie twojej matki? Mam nadzieję, że nie weźmiesz w tym udziału. W końcu nie masz szans z kimś takim jak my. Jesteś z nas najmłodsza, więc to logiczne, że wybiorą dojrzałe kobiety, a nie takiego dzieciaczka, jak ty. - kpiła dalej chowając swój ironiczny uśmiech za wachlarzem. - Twoja siostra, może miałaby jakieś minimalne szanse, ale ty? Nawet nie jesteś podobna do nikogo z rodziny. Nie zdziwiłabym się, gdybyś była adoptowaną pokraką, którą przygarnęli z litości.
- Pokraka? Przecież to zwykły morderca. Bezlitośnie zabija ludzi patrząc im prosto w oczy. Skoro mąż cesarzowej Seye to pirat to zapewne wytresowali ją sobie, jako maszynę do zabijania. Nie rozumiem, jak z kogoś takiego mogli zrobić koronowaną księżniczkę. - skomentowała Robin patrząc na mnie znad wachlarza wzrokiem pełnym obrzydzenia.
- Ona..! - krzyknęła Kalisa chcąc się wtrącić, ale uniosłam dłoń, aby nic nie mówiła.
- Kto by się spodziewał, że Walkiria stanie po stronie demona. Ta dziewczyna niesie za sobą tylko śmierć. Radzę trzymać się od niej z daleka. - zakpiła Elizabeth wyśmiewając zachowanie mojej przyjaciółki. - Doprawdy żałosne, tak jak cała wasza wyspa. Jak to tam było Celtis? - drażniła się specjalnie. Czuję, jak powieka skacze mi ze zdenerwowania. Mam ochotę przywalić całej trójce, aż padną trupem. Niestety za dużo tu świadków i zbyt wysoka kara za zabicie rodziny królewskiej.
- Bynajmniej nie jest kurwą puszczającą się na lewo i prawo wypinającą dupę przed każdym mężczyzną. - Oniemiała, szok i niedowierzanie, kiedy w mojej obronie stanął nie kto inny, jak Will. - Obserwowałem was od dłuższego czasu i nie da się nie zauważyć, że próbowałyście dobrać się do spodni większości mężczyzn na tej sali. Dokuczanie i te kpiny są tylko dowodem na to, że jesteście nic nie warte.
- Żartujesz sobie ze mnie Starcze! Zobaczysz, jeszcze spotka cię kara za obrażanie rodziny królewskiej. - protestowała Gilianna, a dziewczyny jej przytaknęły.
- Uważaj i nie myśl, że na to pozwolę. - warknęłam na nie lodowatym tonem. Przerażenie pojawiło się na twarzy całej trójki. - Jeśli dobrze pamiętam to wasze małe królestwa mają mniejsze wpływy od Kelons.
- Ha! Nie myśl, że ty coś wskórasz. - wyśmiała mnie Robin. - W takim raz jeżeli zwyciężysz w tym konkursie odpuścimy tobie i tym miernotą. A nawet ukłonię się przed tobą. Jeśli jednak przegrasz to złożysz nam pokłon i przez trzy lata będziesz naszą służką.
- Nie zgadzaj się na to. - wymamrotali wspólnie Kalisa i Zoro. Ja jednak zdjęłam rękawiczkę i rzuciłam ją na podłogę. Robin od razu ją podniosła.
- Czyli wyzwanie przypieczętowane. Widzimy się na prezentacji, Dzikusko. - zaśmiały się i cała grupka opuściła nas.
- Dlaczego się na to zgodziłaś?! Oszalałaś?! - Kalisa chwyciła mnie za ramiona, gdy tylko ocknęła się z szoku i zaczęła mną potrząsać. W końcu przestała i spojrzała mi prosto w oczy.
- Nie sądziłam, że jesteś w stanie we mnie zwątpić, Kalisa. - uświadomiłam ją w tym, co właśnie robi. - A robię to dla Kelons i Cesalis. Więc teraz wybaczcie, ale muszę zrealizować moje zwycięstwo. - oznajmiła, a lewy kącik ust uniósł się samoistnie. Spojrzałam na nią z powaga i odsunęłam się od niej powoli. - Nie macie prawa oderwać spojrzenia ode mnie.
Nie czekając na odpowiedź odwróciłam się i zniknęłam w tłumie. Oczywiście wszyscy schodzili mi z drogi, kiedy z dumą przemierzyłam całą długość sali, aby znaleźć się na zapleczu. Od razu udała się do łazienki. Zmyłam wodą cały makijaż, co było nieco oporne, ale jakoś dałam radę. Wyjęłam wszelkie ozdoby z włosów i zniszczyłam upięcie. Włożyłam całą głowę pod strumień zimnej wody. Muszę ochłonąć i się uspokoić, bo nerwy w niczym mi nie pomogą. Po chwili wyjęłam głowę spod kranu i spojrzałam w swoje odbicie w lustrze.
- Oblivion… Proszę oddaj mi moją twarz, ten jeden raz… - wyszeptałam do swojego odbicia. Doskonale wiem, że nie ma to sensu. Westchnęłam ciężko i zaczesałam dłońmi mokre włosy do tyłu. Pozbyłam się reszty biżuterii.
Wyprostowałam się i wyszłam z łazienki. Suknia przemokła od moich włosów i częściowo przykleiła się do mojego ciała. Podeszłam do wyjścia na mównicę. Odsłoniłam delikatnie kurtynę, aby zobaczyć sytuację na sali. Właśnie trwała prezentacja Jin, która tańczyła Walca. Kpina na twarzy Robin, która z dwójką swoich przyjaciółek stała na podwyższeniu, zapewne zdaje sobie sprawę, że to ona jest królową walca.
- Księżniczko, jesteś cała mokra! - Przy mnie pojawiła się jakaś pokojówka. - Powinnaś się szybko przebrać. Przeziębisz się. Chyba nie chcesz tak wyjść do wszystkich.
- A właśnie, że wyjdę i to teraz. - odpowiedziałam jej pewnie i rzuciłam kurtyną robiąc sobie przejście.
Powolnym krokiem wyszłam do pozostałych księżniczek. Fala wiatru za mną dała mi do zrozumienia, że kurtyna już opadła. Ustawiłam się w szeregu, gdzie one stały ze swoimi partnerami do tańca. We trzy spojrzały na mnie lekko zdezorientowane. Pewnie dlatego, że jestem sama.
- Nikt nie chce z tobą tańczyć? Nic niezwykłego. - zakpiła Elizabeth, przy której stałam.
- Nie. Zwyczajnie ja nie muszę prosić o taniec. - odparłam na spokojnie.
- Ja bym nie chciała tańczyć z przemoczoną zdechłą kurą. - wymamrotała pod nosem, tak żebym tylko ja ją słyszała.
Nie odpowiedziałam nic tylko oglądałam przebieg prezentacji. Robin oczywiście poszła w Walec, żeby pokazać Jin, że ona rządzi w tym tańcu. Gilianna postawiła na tango. Elizabeth natomiast na foxtoka, ale moim zdaniem nie bardzo jej to wyszło. W ogóle nie zgrała się ze swoim partnerem, który miał zdecydowanie wolniejsze tempo od niej samej.
- Księżniczko Miklor, co gramy? - szepnął do mnie pomocnik kompozytora, który podszedł do mnie, tak aby ludzie go nie dostrzegli.
- Dzikie róże. - odparłam na spokojnie. Nawet na niego nie spojrzałam, a wiedziałam, że nadal tu stoi.
- Ale… Ale to pieśń ludowa. - wymamrotał niepewnie i zapewne jest zdezorientowany moim wyborem.
- Wiem. Róbcie, co mówię. Poproście Sasi o zaśpiewanie. - rozkazałam bez zawahania. Odszedł więc do orkiestry, a ja kontynuowałam obserwację tańca Elizabeth.
Pozostałe stały koło mnie podlizując się tłumowi, który nie zwracał uwagi na tańczącą parę. Od czasu do czasu coś do mnie mówiły, ale nie zwracam na nie w ogóle uwagi. W końcu muzyka zaczęła zwalniać oznajmując zbliżający się koniec tańca. Wzrokiem zaczęłam szukać mojego brata, gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały. Swoje blond włosy miał zaczesane do tyłu na żel, podobnie jak miał Zoro. Dziś jego zarost jest idealnie przystrzyżony. Ubrany w smoking stał przy loży VIP, w której siedziała moja matka. Skinęłam do niego delikatnie głową, a on puścił mi oko na znak zrozumienia. Taniec Elizabeth dobiegł końca, a ona i jej partner skłonili się, gdy po sali rozległy się brawa. Wróciła z partnerem na podwyższenie koło mnie.
Niedługo później, gdy na sali zapadła cisza. Wtem Migel wyszedł na parkiet, gdzie uklęknął na kolano i wyciągnął dłoń z prośba o taniec. Powolnym krokiem ruszyłam w stronę mojego brata. Sasi na moja prośbę zaczęła już śpiewać. Zaskoczona zdałam sobie sprawę, że suknia zaczęła mi ciążyć. Już nie była to moja czarno-złota sukienka, a ogromna, czerwona suknia balowa usłana różami. Na rękach i dekolcie pojawiła się rubinowa biżuteria. A moje włosy nie były już mokre. Długie blond loki zaczęły opadać wzdłuż mojej twarzy.
- Nie myśl sobie, że spełnię każdą twoją prośbę. - głos Oblivion rozbrzmiał w mojej głowie. Ona naprawdę to zrobiła…
Otrząsnęłam się z szoku, kiedy Migel chwycił mnie za rękę przyciągając do siebie. Zaczęliśmy taniec, od spokojnego kroku, aż muzyka narzuciła nam szybsze tempo. W tym czasie Migel podrzucił mnie w powietrze, gdzie wykonywałam różne akrobacje w stylu salt czy figury, w takim tańcu zawsze czuję się jakbym latała. Gdy tylko tempo zwalniało Migel brał mnie w ramiona wykonując różne odchylenia, podnoszenia i takie tam. Stworzyliśmy prawdziwe widowisko, któremu nie dorównał żaden wcześniejszy taniec. Bynajmniej takie odniosłam wrażenie obserwując ludzi wokół nas. I na zakończenie dziesięć szybkich obrotów mną pod ręką Migela, po czym przyciągnął mnie do siebie, odchylił mnie do tyłu, a ja wyciągnęłam lewą rękę za siebie, a prawą przytrzymałam się ramienia brata. Lewą nogę przyciągnęłam do siebie, a z powodu rozcięcia w spódnicy jest całkowicie widoczna, a prawa rozciągała się w puencie delikatnie nad parkietem. Muzyka całkowicie ustała, a słyszę jedynie przyspieszony oddech mój i Migela. W końcu brat postawił mnie na podłodze. Wtem pochłonęły mnie zielone płomienie przywracając mój poprzedni wygląd.
- Zdecydowanie wolę cię w tej wersji. - wymamrotał pod nosem, a w śród tłumu pojawiły się pojedyncze klaśnięcia, które po chwili przekształciły się w prawdziwe owacje.
Razem ukłoniliśmy się kończąc wystąpienie. Migel wrócił na swoje stanowisko przy matce, a ja wróciłam na scenę. Brawa nadal nie ustawały, a ja nie wiem co z sobą zrobić, więc stoję niewzruszona tym chaosem.
- Niby nic, a jednak wprawiło to prawdziwą zabawę naszym gościom. - barwa męskiego głosu przebiła się przez owacje uciszając je. Automatycznie moje pięści zacisnęły się. Kostarika spokojnie. Nie rób zamieszania. - Pytanie do naszych pięknych księżniczek. Jakieś zastrzeżenia przed ogłoszeniem werdyktu? - spytał wychodząc przed nas. Oczywiście święta trójca podniosła ręce.
- Protestujemy, aby księżniczka Miklor została zdyskwalifikowana w związku z transformacją. - odezwała się Robin, a reszta się z nią zgodziła.
- O proszę. Księżniczko Kelons, masz coś na swoje usprawiedliwienie? - zwrócił się do mnie, a ja nadal stałam niewzruszona, chociaż w głębi serca pragnę zabić tego bezdusznego drania.
- Oczywiście Przewodniczący Rady Władców. - Skierowałam na niego swoje zimne spojrzenie, ale to i tak nie sprawiło, że ten głupi uśmieszek zniknął z jego twarzy. - Raczej nie wydawało mi się, żeby pokazywanie nie swojego oblicza było zgodne z zasadami. Jako Divinarii mój wygląd zmienia się pod wpływem manny. W chwili tańca moje ciało zostało całkowicie oczyszczone z manny wpływającej na mój nienaturalny wygląd.
- Racja. Przyznać muszę, że nawet ja byłem zdumiony twoją metamorfozą. - ogłosił na całą salę i odwrócił się w stronę tłumu. - Akceptujecie słowa Księżniczki?! - krzyknął, a wszyscy przyznali mi rację. Dzięki Oblivion. - A więc pozwólcie, że ja, Yustin Dragonir ogłoszę nową Najpiękniejszą Kobietę Elix! - oznajmił entuzjastycznie, a brawa tłumu oznajmowały zniecierpliwienie werdyktu. - A więc naszą nową królową piękności Zostaje Kostarika “Neo” Shirsu A’n Miklor!! - ogłosił donośnym tonem podkreślając moją pozycję. Ponowna fala owacji rozniosła się po sali bankietowej. Pozostałe osoby odeszły na bok, a Pan Najważniejszy podprowadził mnie pod mównicę. - Doszła mnie informacja, że chciałaś przemówić dzisiejszego wieczoru, a więc głos trafia do ciebie, Księżniczko. - Położył koronę zwycięstwa na moją głowę. Odwróciłam się w stronę szlachty i czekałam, aż wszyscy się uspokoją.
- Imvula. - powiedziałam na spokojnie, a wszystkich zamurowało. Całkowita cisza zapadła na sali.
- No co ty? Kostarika. Nie psuj zabawy takimi błahostkami. - wykpił mnie Yustin. - Nie czas na błahe rozprawy nastolatki, takiej jak ty.
- Imvula. - powtórzyła swoje słowa nie zważając na Przewodniczącego. - Te jedno słowo nie jest wypowiadane do błahych spraw sądowych. A do tragedii narodowych łączących wiele państw. Dlatego zwracam się do was wszystkich, bo tyczy się to każdego z nas.
- No powiedz nam. Co jest takiego ważnego ? - dopytał ironicznie. Odwróciłam się przodem do niego.
- To ja zapytam ciebie. Dlaczego nadużywasz swojej władzy i stoisz za zabójstwem dziewięćdziesięciu procent następców i nie tylko? - spytałam go bez emocji. Jego twarz zbladła i mina spoważniała. - Powtórzę to jeszcze raz i to głośniej, żeby każdy na pewno mnie usłyszał. Yustin Dragonir Przewodniczący Rady Władców dokonał samosądów i rozkazał zabić każdego członka rodziny królewskiej, szlachty czy wodzów powyżej pierwszego pokolenia. Każdy, kto mógł odziedziczyć władzę prócz pierwszego dziecka miał zginąć. Dlatego też Marynarka próbowała mnie zabić sześć lat temu, ale ze względu na moje Divinarii nie udało im się to. Każde poronienie, każde porzucone śledztwo morderstwa było zleceniem od Pana, a ja mam dowody na to.
Grobowa cisza zapadła. Wszyscy ze zdumieniem wpatrywali się w naszą dwójkę. Yustin zaczął analizować chyba w swojej głowie przebieg moich słów. Nikt inny chyba nie miał odwagi się odezwać. Gdy nagle Dragonir wybuchł śmiechem i dotknął mojego ramienia. Udał, że ociera łezkę ze śmiechem. Z niedowierzaniem nie mogę oderwać od niego spojrzenia. Co ten człowiek do cholery wyrabia?!
- Wspaniały żart Kostarika. Dzieci są doprawdy zabawne, nie uważacie? - wyśmiał mnie obracając moje słowa w dziecięcy żart. Zdumienie wzrosło we mnie jeszcze bardziej, gdy kilka osób zaczęło śmiać się razem z nim. - Aż przypomniało mi się, że masz jedynie jedenaście lat. Moja droga, prosiłbym, żebyś następnym razem nie używała haseł przeznaczonych dla dorosłych. A teraz przeproś.
Szok… Nie wiem jak inaczej mam opisać to, co się teraz ze mną dzieje. On naprawdę udaje, że to nic takiego. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam prosto w jego oczy. Posłał mi ironiczny uśmiech zwycięstwa. Nie mogę tak po prostu pozwolić, aby uszło mu na sucho.
- Haha ha, doprawdy śmieszne żarty. - ironiczny śmiech rozbrzmiał po sali. Zielone płomienie pochłonęły ciało Kori ukazując prawdziwe oblicze Oblivion. - Szkoda tylko, że mówiła prawdę, a ja i tak ciebie zabiję.
- Kim ty do cholery jesteś? - wydukał z siebie Yustin wycofując się od niej.
- Oblivion, Bogini Śmierci. Miło mi. Nie chcesz pozwolić mówić dziecku to przemówi Bóg. Ale w tym przypadku nie będzie przebacz. - kpiła ironicznie śmiejąc się w niebo głosy. - Moi Drodzy! Dzisiaj wyznam prawdę o ludziach, którzy dokonali największych zbrodni za waszymi plecami. To oni zabili wasze rodziny, pozbawili dzieci i ukochanych!
Z zielonych płomieni wyłoniły się łańcuch śmierci, które pognały w głąb posiadłości, żeby niedługo później przyciągnąć na mównicę trzech pułkowników i zarazem zastępców Dragonira.
- Pułkownik Unir Mins, Pułkownik Etus Hirest, Pułkownik Strin Werst, wszyscy z sumienną starannością dopilnowali tego, żeby wszelkie rozkazy Yustina zostały perfekcyjnie wykonane bez dodatkowych śladów. A ktoś wie, jakie mamy dowody przeciwko ich zbrodni? - spytała ironicznie podśmierdując się. Oblivion posłała im morderczy uśmiech i ponownie wybuchła śmiechem. Nikt nie śmiał się odezwać. - No proszę. Śmiało. Nie zabije nikogo poza tymi winnymi.
- Chodzi o dusze, prawda? - niepewny głos Kalisy rozniósł się po sali.
- I za to cię uwielbiam Kali! Jesteś naprawdę bystra. - pochwaliła ją Oblivion. Pewnym krokiem podeszła i chwyciła Dragonira za kark. - Pokaż Kotku, co masz w środku.
- Idiotyzm! Banda idiotów. - Wspomnienie Yustina ukazało się nad mównicą. - Musimy zrobić z tym porządek. Nie możemy pozwolić, aby pozbawili mnie władzy. Doskonale wiem, że większość mam w garści, ale ich dzieciaki… Musimy się ich pozbyć. Rozumiecie? Nie obchodzi mnie jak, ale macie pozbyć się każdego drugiego w kolejce do tronu. Nawet jeżeli miałoby to być wymuszenie poronienia u ciężarnych kobiet i ich śmierć. Nie interesuje mnie to. Po prostu się ich pozbądźcie.
- Mało rzetelny dowód? - spytała zuchwale Oblivion i rzuciła mężczyzną o ziemię, a ten wybudził się ze wspomnień. - Słowo przeciwko słowu. A teraz… Imvula. A jeśli nadal nie rozumiesz… Znaczenie tego słowa to osąd. - powiedziała dumnie nachylając się nad przerażonym Dragonirem i ponownie wybuchła ironicznymi śmiechem. - Proszę ludzie! Słuchamy! Co macie do powiedzenia w tej sprawie?! Zadawajcie pytania, a ja powiem wam prawdę! Wydajcie osąd, a ja będę katem!
Grobowa cisza panowała na sali i tylko ciężkie oddechy oskarżonych niosły się echem. Po jakimś czasie jako pierwszy odważył się podnieść rękę Will. Nie musiał jednak pytać, a Oblivion doskonale wiedziała, że chodzi o jego żonę. Od razu potwierdziła, że jej śmierć była częścią ich intryg. Pozostali widząc to też zaczęli niepewnie podnosić ręce, a ona tylko przytaknęła potwierdzając ich obawy. W duszach wszystkich zaczęła ponownie pojawiać się zapomniana rozpacz, która z każdą narastającą chwilą zaczynała się przemieniać w złość. Atmosfera stała się naprawdę odważna.
- Imvula… - spokojny tym razem głos Oblivion rozniósł się ponownie po sali. - Uwielbiam to słowo. Miód na moje uszy. - dodała ironicznie i delikatny śmiech opuścił jej usta. A szyderczy uśmiech ani na chwile nie schodził z jej twarzy. - Jakie są wasze propozycje odnośnie tych panów? - zwróciła się do szlachty.
- Proponuję ugotować ich w oleju. - wycedził przez zęby król Jinualu.
- Lepiej oblać ich miodem i zostawić ptakom na rozszarpanie ich na strzępy. - warknął przelotnie wódz wyspy Tiliko.
- A może damy dojść do słowa, tym którzy najbardziej na tym wycierpieli? - spytała dumnie Oblivion. Machnęła ręką, a jej płomienie rozeszły się po sali ukazując duszę ofiar.
Mozolnie otworzyłam oczy, ale oślepiające światło mi tego nie ułatwiło. Zachwiałam się na nogach nie bardzo rozumiejąc co się dzieje. W końcu złapałam ostrość i oczy dostosowały się do jasności reflektorów. Nadal stałam przy mównicy, ale wokół mnie znajdowała się masa dusz umarłych. Odwróciłam głowę w stronę, w którą skierowany był wzrok wszystkich. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że niecałe dwa metry przede mną stała ONA. Po raz pierwszy miała zaszczyt stanąć twarzą w twarz z królową śmierci, która teoretycznie zamieszkiwała moje ciało.
- W takim razie, skoro mamy pewność, że wszyscy są obecni… - piękny głos wydobył się z jej ust. Dosłownie zszokowało mnie to, bo w ogóle nie przypominał tego w mojej głowie. Spojrzałam na siebie i o dziwo mogę stwierdzić, że ubrała mnie nieco… Piracko? Obcisłe brązowe spodnie, buty na obcasie do kolana, biała koszula, na głowie miałam moją chustę i kątem dostrzegłam włosy charakterystyczne dla mojej mamy i mojego rodzeństwa. - Imvula… - powiedziała prześmiewczo. Nadal nie mogę oderwać od niej wzroku z powodu jej boskiego piękna. Nie spodziewałam się, że może wyglądać TAK!
- Każmy im wypić truciznę! Niech poczują ból kobiet, które przez nich straciły dzieci, a nawet swoje życie!! -wrzasnął wzburzony Hrabia Milower, którego żona i dziecko stracili życie w podobny sposób.
- Mam inne rozwiązanie… - niepewny głos wydobył się z moich ust, a uwaga wszystkich spoczęła na mnie. - Nie zapomnijcie przed kim stoicie. - Wskazałam ręką na stojącą, na wyciągnięcie mojej ręki, Oblivion. - Bogini Śmierci… Dlaczego więc myślicie o tak przyziemnych karach w obliczu, tak niewybaczalnych zbrodni!
- Co więc proponujesz Kostarika? - poważny ton głosu mojej matki dotarł do moich uszu. Ostrożnie odwróciłam się w jej stronę i spojrzałam głęboko w oczy.
- Odebranie ciała i wieczne cierpienie duszy w otchłani zaświatów. - przyznałam ze spokojem. Widzę smutek w jej oczach wymieszany z niepewnością. Poczułam dziwne ukłucie w sercu, tak jakbym właśnie ją zawiodła. Lecz ona nie jest świadoma, że jedno z jej dzieci również straciło przez nich życie. Rosse… Chociaż została stworzona, jako oddzielona część mnie, a jej istnienie zostało wymazane… Wcale nie złagodziło mojego cierpienia po stracie najbliższej. - To jest najwyższy stopień kary, prawda? - spytałam zwracając się do Oblivion. Na jej twarzy widniał złowieszczy uśmiech, a oczy lśniły od pożądania takiej kary.
- Zgadza się. - Tym razem piskliwy ton wydobył się z jej ust. Nie długo musieliśmy czekać, a jej ironiczny śmiech rozniósł się po sali bankietowej. Posłałam jej wrogie spojrzenie. Ona coś knuje… - Cudowna! Nie sądziła, że to ty wypowiesz te słowa i sama będę musiała rzucić tą propozycję! - Nachyliła się nad moją twarzą i palcem uniosła mój podbródek, żebym spojrzała jej prosto w oczy. - Taka delikatna! Taka naiwna! Aż jestem dumna z tego, że odbiorę ci ciało! - zakpiła ironicznie, a ja zmarszczyłam brwi.
- Niczego mi nie odbierzesz. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby, a na jej twarzy ukazało się zaskoczenie. Chwyciłam ją za nadgarstek i mocno zacisnęłam dłoń. Spojrzałam na nią złowrogo. - Nie przejmiesz mojego ciała. Ani nie będziesz robiła tego, co ci się żywnie podoba. - oznajmiłam pewna siebie. Nie mam zamiaru odwrócić spojrzenia z jej oczu. Wewnętrznie poczułam dziwną energię, tak jakbym pochłaniała jej mannę. Kątem oka dostrzegłam, że moje włosy zaczęły ponownie robić się czarne. - Możesz być Boginią i decydować o zaświatach, ale zapomniałaś, że jedyny sposób, żebyś mogła stąpać w świecie żywych jestem JA. Ani Celestis, ani Aeternus nie dali ci prawa przekraczania granic między światami. Tak więc jedyną osobą, która może używać twoich mocy i decydować o ich zastosowaniu, jestem JA. Dlatego teraz grzecznie w końcu ustąpisz i z łaski swojej pozwolisz wykonać mi zadanie, które powierzyli mi Astra i Terra. Ponieważ to mi kazali chronić Cesalis i to mnie przekazali twoje moce, żebyś posłusznie wykonywała moje rozkazy.
Zadymienie nie znika z jej twarzy choćby na sekundę. Chyba się nie spodziewała takiej mojej postawy. Cały czas krzyżujemy ze sobą spojrzenia, ale ja nie zamierzam ustąpić. To ona musi mi ulec, bo do tego została powołana. Nie wiem, ile czasu minęło, aż w końcu zamknęła oczy. jej ciało zaczęło opadać, a ja uwolniłam jej nadgarstek. Oblivion ukłoniła się przede mną akceptując moje zwycięstwo.
- Jeżeli ktoś sprzeciwia się takiej karze dla Dragonira i jego ludzi, niech odezwie się teraz! - ogłosiłam rozglądając się po sali. Zignorowałam oczywiście protesty oskarżonych. Nikt ze szlacht nie miał odwagi lub ochoty ogłosić sprzeciw. - Skoro wszyscy są zgodni. Oblivion wykonaj na nich karę najwyższej wagi zaświatów! - rozkazałam jej, a ona pstryknęła palcami, a czwórka oskarżonych rozpłynęłam się w powietrzu. - A teraz zrób to, co ci wcześniej powiedziałam i przywróć poprzedni ład.
Bogini skinęła głową. Jej ciało przemieniło się w płomienie, które od razu otulił moje ciało, a ja ją wchłonęłam. Dusze umarłych zniknęły, a ja spojrzałam na swój nowy strój. Znowu ta sama suknia balowa, co wcześniej, ale tym razem czarna z elementami szmaragdów. Na dłoniach rękawiczki po same ramiona, dekolt ozdobiony naszyjnikiem i tiara na głowie. Ostrożnie odwróciłam się do tłumu i podeszłam bliżej mównicy.
- Z racji, że ja ogłosiłam rozpoczęcie Imvula, ogłaszam jego zakończenie. Chociaż jestem tylko dzieckiem proponuję zakończenie balu i z racji obecności wszystkich… Rozpoczęcie Zebrania Sprzymierzonej Ligi w celu wybrania nowego przewodniczącego. - przemówiłam ze spokojem. Zauważyłam, że dorośli zgadzają się ze mną i powoli zaczęli opuszczać salę balową.
Niepewnie zeszłam po schodkach podwyższenia. W sumie nie wiem, co z sobą zrobić. Stanęłam na wolnym fragmencie parkietu, a wzrok wbiłam w podłogę. Znowu zrobiłam coś bezmyślnego i nierozsądnego… Zacisnęłam dłonie na sukience. Mam wrażenie, że przytłacza mnie wszystko wokół mnie. Przecież kurde się tu nie rozpłaczę. Nie mogę pokazać swojej słabości. Szczególnie, że pewnie wszyscy mnie odrzucili…
- Kori! - Z impetem wpadła na mnie, a ja zrobiłam krok do tyłu, abyśmy się nie przewróciły. Jej ramiona zacisnęły się wokół mojej szyi, a ja zdezorientowana osłupiałam. - Byłaś niesamowita. - wyszeptała mi do ucha. Niepewnie objęłam Kalisę i poczułam, jak szklą mi się oczy. - Nawet nie wiesz, jak dumna z ciebie jestem. - podsumowała wzmacniając uścisk. Nie wytrzymałam i rozkleiłam się chowając twarz w ramieniu przyjaciółki. Nawet nie pamiętam, kiedy ktoś ostatnio mi to szczerze powiedział. Również wzmocniłam uścisk, ale tak żeby nie zrobić jej krzywdy.
- Długo zamierzacie się mazać? Łódź na Cesalis jest już przygotowana, płyniecie? Czy wolicie tu zostać? - pytania Zoro wytrąciło mnie z transu rozczulenia. Kalisa delikatnie się ode mnie odsunęła i wyciągnęła rękę w jego stronę.
- Tylko jęczeć potrafisz Gówniarzu. - warknęła i siłą wcisnęła go między nas dwie. - Doskonale wiemy, że też chcesz się przytulić. - rzuciła dokuczliwie i zamknęłyśmy go w silnym uścisku. Od razu moją uwagę przykuła jego czerwona twarz od zawstydzenia i o dziwo nie protestował. Nawet nie zwróciłam uwagi na to, że zamiast płaczu na mojej twarzy zagościło rozbawienie. Szkoda tylko, że zostało mi tylko pół roku z nimi…