Półtora miesiąca minęło mi szybciej niż mogłam to zakładać i tak o to kwiecień sprawił, że na Cesalis stało się znacznie cieplej w pełni rozwijając porę susz. Naprawdę byłam zaskoczona, gdy Ifer mi o tym powiedział. Myślałam, że tak jak na Kelons występują trzy pory, czyli wiosna, lato i jesień. A tu proszę… Coś nowego. Ale wracając. Pomimo minionego czasu, ja w pewnym sensie stoję w miejscu. Do Risel mam zakaz wstępu na start od tamtego wieczoru, jak Ifer kazał mi przyjść do kuźni. Więc nie mam w ogóle szansy na normalną, spokojną rozmowę z Willem. Podobna sytuacja tyczy się mojego Divinarii. Nic nie działa. Razem ze Staruszkiem próbowaliśmy wszystkiego. Nawet rytuałów. Również próbowałam z Oblivion jakoś porozmawiać. Czy to normalne, czy w myślach. Nie dostałam żadnej odpowiedzi. Plusem będzie na pewno to, że medytacje narzucone mi przez Ifera wzmocniły moje Mekiru. Jeżeli chodzi o Kalise to w dalszym ciągu się ze mną nie spotkała. Zoro o wszystkim mnie informuje i na szczęście z nim zaczęła znowu rozmawiać z miesiąc temu. I w skrócie będzie to raczej wszystko. Martwi mnie jednak sprawa marynarki. Kilkukrotnie po zmroku udałam się na Aeter, na którego szczycie w świątyni Ronis zrobili sobie bazę. Podsłuchiwałam rozmów marynarzy i teoria Zoro była prawdziwa. Marynarka chce się pozbyć Emmy w szczególności i przesiedlić mieszkańców Risel. Naprawdę jest to denerwujące. Sama w tej chwili nic nie jestem w stanie zrobić. Tym bardziej, że Umeri nie pozwala mi się wychylać. Muszę mieć większe wsparcie i zaufanie wśród dorosłych. Nie uda mi się to siedząc z założonymi rękami. Przypuszczam, że gdybym coś odwaliła, co przykuje uwagę marynarki to nawet Ifer stanąłby przy Willu, żeby nie mieszać w to mieszkańców.
- Ita… - wyjęczałam z bólu, gdy tylko oberwałam w głowę. Otworzyłam oczy i spojrzałam na zirytowanego Staruszka. - Dlaczego mnie bijesz?
- Bo znowu nie słuchasz do co ciebie mówię. - wymamrotał przez zaciśnięte zęby, na co przewróciłam oczami. Westchnął jedynie na moje zachowanie i podkręcił z niedowierzania głową. - O czym znowu myślałaś? Dobrze wiesz, że tym knuciem na pewno nie wejdziesz w łaski Willa. Nie zaufa ci tak łatwo. Ciągłe myślenie o zostaniu kowalem wyszkolonym przez niego, nic ci nie da.
- Wiem o tym. - Wzruszyłam ramionami i oparłam głowę na dłoni.
Spojrzałam w niebo, aby określić położenie słońca. Przypuszczam, że jest już jakiś czas po południu. Czyli kolejne godziny medytacji za mną. Ogólnie mam wrażenie, że mój przepływ manny jest całkowicie zablokowany i kontrolowany przez Oblivion. Dlatego pozostaje mi mieć nadzieję, że kiedy dam radę się przemienić to powie ona, w jaki sposób przekaże mi swoją moc. Nie da się ukryć, że moje ciało jest całkowicie pod jej kontrolą, gdy tylko mnie odcina.
- Co dzisiaj na obiad? - spytałam, gdy tylko skurcz żołądka przypomniał mi, że nic jeszcze nie jadłam.
- Bułki z mięsem lub z krewetkami. Kupiłem dzisiaj na targu. - wymamrotał już w nieco lepszym nastroju. Zeskoczyłam więc ze skały wulkanicznej i z torby wygrzebałam losową zdobycz. Od razu wgryzłam się, co wywołało rozbawienie Ifera.
- Całkiem dobre. - oznajmiłam po przełknięciu pierwszego kęsa bułki z krewetkami. Szczerze mówiąc nigdy nie spotkałam się z czymś taki. Krewetki przygotowany w sosie takim słodko-ostrym, chociaż to drugie nie wybija jakoś bardzo, w cieście drożdżowym gotowane na parze. - Muszę w końcu podejść do tego stanowiska z bułeczkami pani Yulen.
- Na pewno zaskoczy cię ona nie jeden raz. - przyznał nadal lekko rozbawiony i sam wziął się za jedzenie. Dzisiejsza pogoda jest idealna. Ani za gorąco, ani za zimno. Wiatru też nie za wiele.
- Dlaczego z góry założyłeś, że myślę o “podlizaniu się” Willowi? - spytałam po chwili namysłu robiąc cudzysłów w powietrzu. Staruszek rzucił na mnie spojrzenie kątem oka i zaśmiał się pod nosem.
- Marszczysz brwi, kiedy coś cię irytuje. A w tej chwili możesz myśleć o dwóch sprawach. O Divinarii lub od zdobyciu zaufania Willa. Ale po twojej minie stwierdziłem, że to jednak o Willa chodziło. - podsumował rozbawiony.
- Aż tak u mnie to widać? - spytała z uniesioną brwią.
- Czytam z ciebie, jak z otwartej księgi. - oznajmił i stuknął mnie po nosie, wskutek czego go zmarszczyłam.
- Ifer-xino*! - Z lasu wydobył się krzyk Zoro, a jego właściciel niedługo później zjawił się tuż przed nami. - Marynarka zmierza do Risel! Will-jno* chce, żebyś natychmiast przyszedł!
- Idziemy! - warknął Staruszek zostawiając wszystko i pobiegł w kierunku wioski. Po minie Zoro wiedziałam, że nie jest to dobry znak.
Chwyciłam Zoro za nadgarstek i pociągnęłam za sobą. Pobiegliśmy za Ifer’em. Chłopak zdecydowanie jest zmęczony tym, że przybiegł po swojego dziadka. W końcu byliśmy na drugim końcu wyspy, a Cesalis nie jest, aż taka mała, na jaką może się wydawać. Dlatego też chciałam go wesprzeć w drodze powrotnej.
Cała droga przez krzewy, urwiska i rzeki zajęła naszej trójki dobre kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt minut. Na miejscu zastaliśmy oddział marynarki stojący na środku placu Risel. Tylko fontanna dzieliła ich od Willa stojącego pod kuźnią. Zauważyłam, jak schyla się do Emmy, która od razu podbiegła do Ifera. Jeden ważny szczegół przykuł moja uwagę najbardziej. Tuż przy oficerze oddziału stał nie kto inny jak mój brat. Aż sama jestem ciekawa, dlaczego go wezwali.
- Jak wiecie jestem oficer Furein. Przybyliśmy w bardzo poważnej sprawie. Złamaliście zasadę, więc teraz otrzymacie karę. - wygłosił dumnie ważniak w mundurze.
- O czym ty mówisz?! - warknął Will zaciskając pięści. Przypuszczam już o co może chodzić i na pewno chodzi o mnie.
- Bardzo zabawne Orone. Myślisz, że jesteśmy głupi?! Rozpracowaliśmy już twoich ludzi. Wiemy, że wysyłasz szpiegów do naszej siedziby! Więc teraz za to zapłacicie! - oskarżył mężczyznę i uśmiechnął się dumnie, kiedy zobaczył niezrozumiałą minę na twarzy kowala.
- O czym ty mówisz człowieku? Nikogo nie szpiegujemy. Żaden z mieszkańców nie wszedł na Aeter. - bronił siebie i mieszkańców. Wiedziałam, że o to chodzi. Czyli moje udawanie szczura nie zadziałało, jak ostatnim razem rozbiłam butelkę wina w ich magazynie. Wszystko przez tamtego pijaka, który nie wiem jak mnie zauważył. Pozbawiłam go przytomności, a on stracił tamtą butelkę.
- Kłamiesz! Migel! Doprowadź tą ruinę do porządku. - rozkazał mojemu bratu, który zrobił krok naprzód i rozejrzał się wokół. Bez namysłu wystąpiła między oddziałem, a kuźnią. - Dziewucho, odejdź.
- Will-ano* mówi prawdę. Żaden z mieszkańców nie był na Aeter. To byłam ja, ale nie jestem mieszkańcem Cesalis. Dlatego też nie macie prawa do zniszczenia Risel. - oznajmiłam donośnie. Spojrzałam w oczy brata, który wpatrywał się we mnie z lekkim rozbawieniem.
- Po co tam byłaś?! - wrzasnął Will na mnie, ale nie zamierzam się odwrócić. To nie jest teraz ważne.
- Chciałam zrozumieć, jaka jest prawda. Dowiedzieć się, co knują te żmije. A wy? Nie chcecie wiedzieć, co tak naprawdę robią żołnierze, którym płacicie za obronę wyspy? - wygłosiłam dumnie spoglądając na ludzi podziwiających to widowisko. Moje spojrzenie utkwiło na Kalisie, które wpatrywała się we mnie ze smutkiem.
- Spełniamy swoje obowiązki. A ty, smarkulo! Złamałaś zakaz! - wykrzyczał oficer zdecydowanie wkurzony. Na moje oko, nie jest on jakoś mądry. Lubi być ważny, ale intelektu mu brakuje. - Aresztować ja!
- Czekaj! - krzyk Migela przerwał rozkaz oficera. - Pozwólmy jej mówić. Czego takiego się dowiedziałaś? Masz na to jakieś dowody?
- Migel. Wyjaśnij chociaż, po co tu jesteś. - wtrącił Will, który jest zdecydowanie zdenerwowany. - Kiedyś często przebywałeś na Cesalis i chroniłeś mieszkańców. Dlaczego teraz stoisz po ich stronie?
- Bardzo zabawne Will. Ja nigdy nie byłem po niczyjej stronie. A to, że służę pomocą marynarce ze względu na moją siostrę. Nie chce, żeby jej list gończy stał się publicznym. Więc pomyślę, co zrobić, gdy dowiem się czegoś więcej. Kostarika mów. - zażądał wyjaśnienia, a ja skinęłam głową na znak kontynuowania.
- Sprawa jest prosta. Pod wyspą jest platyna. Marynarka chce ją wydobyć, ale grozi to zawaleniu terenu Risel. Dlatego też stwierdzili, że mądrym pomysłem będzie pozbycie się Emmy. - tłumaczyłam na spokojnie. Oficerowi drży powieka ze złości i zaciska zęby do takiego stopnia, że strużka krwi wypłynęła mu z kącika ust. - Dzięki temu pan Will i mieszkańcy załamaliby się, a wtedy z łatwością zgodzili się na przeniesienie na inne tereny. Po przeprowadzce oni mogliby zacząć wydobycie. Dlatego też stworzyli maszynę symulującą ruchy sejsmiczne, albo jak kto woli trzęsienie ziemi. Zrzucali również głazy, aby nastraszyć mieszkańców. A także wyszkolili psa, aby polował na Emmę. A jako dowód mam to. - przyznałam i wyciągnęłam kawałek kartki z kieszeni. Migel podszedł i wziął ode mnie przedmiot. - Jest to kopia raportu wysłanego do siedziby głównej, w którym informują o postępach pozbycia się rodziny Orone.
- Wszystko się zgadza. - potwierdził moje słowa po przeczytaniu raportu.
- Kłamstwo! - wrzasnął Furein plując przy tym krwią. - To fałszywka! Żaden taki raport, nigdy nie wyszedł z naszej siedziby!
- Mam bardzo łatwy sposób na rozwiązanie tego konfliktu. - przemówił donośnie Migel. - Stań z nią do pojedynku. Skoro kłamie to pokonanie jej będzie łatwą karą dla takiego potężnego oficera, jak ty Furein. - W jego głosie tylko ja potrafię wyczuć to rozbawienie. Migel słynie ze swojej nie emocjonalnej postawy i tylko najbliżsi rozumieją jego emocje. - Oczywiście do niczego nie zmuszam, tylko proponuje.
- Jestem gotowa przyjąć taką karę. Zawalcz ze mną oficerku i naucz mnie dyscypliny. - rzuciłam ironicznie, a Mogel stanął po prawicy Willa.
- Potrzymaj to! - wrzasnął i podał jednemu ze swoich podwładnych płaszcz, który zdjął. Po czym pewnym krokiem podszedł do mnie i zamaszystym ruchem wycelował bronią, której koniec przystawił mi do czoła. Spojrzałam mu prosto w oczy. Nie boję się go. Nawet jeżeli miałby pociągnąć za spust, nie cofnę się. - Nie wiesz z kim zadarłaś dziewucho. Spójrzcie ludzie! Tak skończy każdy z was! Jeżeli nie będziecie przestrzegać zasad! - wygłosił ironicznie i pełnym wściekłości głosem. Nasze oczy spotkały się. Aż w końcu usłyszałam strzał.
Huk rozniósł się po całej wiosce. Kostarika nadal stoi i oczami wbitymi w marynarza. Jednak jej spojrzenie stało się puste, pozbawione życia. Wszyscy stoją w szoku i z przerażeniem patrzą jak z rany na czole dziewczyny wydobywa się dym, a strużka krwi spływa obficie po twarzy. Kalisa opadła na kolana ze łzami w oczach. Ciszę przerwało dopiero klaskanie Migela.
- Barwo Kilan. Dokonałeś swojego. Pokazałeś im. - przyznał z ironią Devon. - Szkoda tylko, że za to odpowiesz dużo gorszą karą niż za zabicie normalnego obywatela.
- O czym ty mówisz, Migel? - zapytał oficer chowając broń do pochwy. - Przecież widać, że to pirackie dziecko. Na pewno wynagrodzą mnie za to solidnie.
- Ona nie jest zwykłym dzieckiem, śmieciu. - przyznał i podszedł powolnym krokiem do marynarza. Zbliżył dłoń do martwego ciała Kostaryki, która nadal stała. Chwycił kosmyk jej włosów do ręki. - Bo widzisz… Moja Siostra… - zaczął mówić ze spokojem, podkreślając pokrewieństwo. - Jest koronowaną Księżniczką amazonek z Kelons i córka wice-kapitana Shirsu Reylona. A przez to, że jest rzeźnikiem z Meriflor i przez jej Divinarii cała załoga została przeklęta załogą Demona Śmierci. A nagroda za jej głowę wzrosła do trzech milionów dwustu tysięcy Win. Jednak nie wiem, czy jest to warte kary śmierci za zabicie członka rodziny królewskiej, szczególnie koronowanej księżniczki. Dlatego też Kilan Furein… - zwrócił się do oficera wyciągając ostrze w jego stronę. W oczach marynarza pojawiło się przerażenie. - Zostaniesz obciążony karą śmierci za zabójstwo księżniczki Kelons.
- Migel… No co ty? Nie bądź śmieszny… - jąkał się, a jego głos drżał. Uniósł ręce do góry i powoli stawia kroki do tyłu, aby się wycofać. Strach sprawił, że jego ciało zaczęło drżeć. - Odłóżmy te kłamstwa na bok. W końcu to nieprawda, racja?
- Twierdzisz, że nie wiem, kim jest moja siostra i mam udawać, że jej nie zabiłeś na oczach wszystkich? - wysyczał głosem pełnym jadu. A Furein potknął się o kamień i przewrócił na plecy. - Lecz to nie ja będę twoim katem. Tylko osoba najwyżej statusem.
Wzrok wszystkich spadł na Willa. Przywódca zacisnął pięści, sam do końca nie rozumiem, co się tu wydarzyło. Lecz grobową ciszę panującą wśród ludzi przerwał dźwięk strzelającego karku. Migel odszedł na bok do reszty gapiów. Ten przerażający dla większości ludzi dźwięk wydobył się od nikogo innego, jak Kostarika. Jej głowa zaczęła kręcić koła, aż w końcu kula wypadła i rana na czole zrosła się.
- Ała… Ty wiesz jak postrzał w głowę boli?! - jęczy ironicznie Kori przywrócona do życia. - A skoro już wróciłam to wracajmy do pojedynku. Pokaż, że jesteś prawdziwym mężczyzną. - wygłosiła dziewczyna ręką sięgając po swój młot, który jak zawsze znajdował się w uprzęży na swoich plecach. - No… Chyba, że się boisz.
- Aaa…!!! - głośny krzyk przerażenia Fureina rozbrzmiewa po całej wiosce. W panice nieudolnie zaczął podnosić się z ziemi. - Strzelać! Zabić ich wszystkich!! Ta wioska jest przeklęta! Strzelać to rozkaz! Zabić wszystkich! - wrzeszczał żałośnie.
Jego ludzie chwycili za broń od razu ją przeładowują i celując w ludzi, których ogarnęła panika. Większość kobieta zaczęła uciekać w popłochu. Inni zaś stali sparaliżowani. Kostarika wykonała solidny zamach i rzuciłam swoim młotem, który niczym bumerang rozniósł oddział marynarki niszcząc ich broń palną. Furein, który w końcu stanął na nogi, chwycił ponownie swój pistolet i wycelował ponownie w dziewczynę. Zaczął strzelać lecz wszystkie kule zostały zatrzymane w locie między jej palcami. Ostatecznie chwycił za swoją szablę i zaszarżował na Kori. Ta chwyciła nadlatujący w jej stronę młot wyrzucając w tym samym momencie kule na ziemię. Obuchem zablokowała ostrze i odrzuciła oficera zwiększając tym samym dystans między nimi. Reszta oddział nie stała bezczynnie i również ruszyli na dziewczynę. Will chwycił za swoją broń i już chciał stanąć do walki, kiedy to ręka Migela powstrzymał go przed podjęciem jakichkolwiek działań.
- Jeżeli dołączymy do walki będzie to wystarczającym dowodem dla marynarki, że jesteście winni. - uświadomił kowala i wrócił do obserwacji siostry.
Gdy nagle Kori wzbiła się w powietrze znajdujące się nad głowami marynarzy. Wykonała szeroki zamach swoim młotem nokautując przy tym kilkoro żołnierzy. Struga krwi uniosła się w powietrze brudząc oddział krwią. Furein korzystając na natłoku przy Kori ruszył w stronę Ifera, u którego na rękach Emma chowała twarz w zgięciu szyi staruszka. Chwiejnie zatrzymał się kilka metrów przed nimi i wycelował rewolwer w dziecko. Nie umknęło to uwadze Kostariki, która w ułamku sekundy znalazła się za oficerem i obniżając się na rękach zrobiła obrót wokół własnej osi, a nogami kopnęła Kilana w piszczele. Pociągnął za spust celując w niebo i z hukiem opadł na ziemię. Część oddziału zajęła się wykrwawiającymi się żołnierzami, a reszta ponownie ruszyła na Shirsu.
- Kori! - wśród okrzyków walki rozbrzmiał głos Migela. Dziewczyna spojrzała w górę i po chwili w dłoń chwyciła rękojeść katany z czarnym ostrzem, którą rzucił jej brat.
Nie zaprzątała sobie myśli i od razu ruszyła do walki. Młot i ostrze stały się jej jednością. Przedłużeniem rąk i nie tylko. Ci którzy obserwowali walkę mieli wrażenie, że ona tańczy. Dzięki wytwarzanym falą uderzeniowym wznosiła się w powietrze. Stopami prawie nie dotykała ziemi, ale lewitowała nad nią, niczym piórko niesione podmuchami wiatru. Kilka piruetów, skłonów, stal, a były to zwykłe uniki, bo taki styl walki dopracowała do perfekcji nazywając go “Tańcem ze Śmiercią”. W końcu jej płynne, delikatne ruchy pozbawiały życia tych, którzy stawali z nią do walki. Krew lała się haustami, a wpatrzone w walkę osoby nie mogły oderwać spojrzenia od dziewczyny. Gdy w końcu cała jednostka leżała już martwa, na nogi podniósł się oszołomiony Furein. Trzymając się za głowę rozejrzał się dookoła. Przerażony stwierdził, że stoi na środku morzu krwi swoich podwładnych. Poćwiartowane i zmiażdżone ciała leżały w centrum wioski. Kilkanaście metrów przed nim Kori, w którą wbił swoje spojrzenie. Ręce zaczęły mu drżeć, a serce dudni w uszach. Oddech Kostariki ciężki i krótki, ciało całkowicie pokryte krwią ,która ściekała po czarnym ostrzu i obuchu. W końcu powolnym ruchem odwróciła swoje spojrzenie na oficera. Puste, a jednocześnie płonące zielonym ogniem oczy przeszły duszę mężczyzny strachem. Wycelował w nią bronią, którą trzymał w ręce. Bez namysłu pociągnął za spust, a nagły wybuch odrzucił go na kilka metrów łamiąc przy tym kości i parząc skórę na dłoni. Szybko podniósł się z ziemi, gdy Kori wykonała swoje pierwsze kroki w jego stronę. Mężczyzna wpadł w panikę i zaczął uciekać. Shirsu zwinnym ruchem doskoczyła do mężczyzny jednym ruchem pozbawiając go głowy i miażdżąc ją młotem, a krew rozprysła się na dobre kilka metrów w około. Jego bezwładne ciało upadło, a krew strumieniem wypłynęła z rozciętej szyi.
W ten sposób w wiosce zapadła cisza, którą każdy bał się przerwać, czy jakkolwiek skomentować. W tym czasie do Kori dotarła zbrodnia, którą właśnie dokonała. Stanęła prosto i swoje spojrzenie skierowała ku niebu. Strach przed odrzuceniem przeraził ją, a po policzku spłynęły łzy, które przebarwione krwią całkowicie kamuflowały się na jej twarzy.
- Dobra robota Kostarika. - rozniósł się głos Terry po wiosce, która razem z Astrą objawili się wszystkim mieszkańcom. Bożkowie stali na szczycie fontanny po środku wioski.
- Ale teraz czas, aby Oblivion się tym zajęła. - dodał Astra. Dziewczyna skierowała na nich swoje smutne spojrzenie i skinęła głową.
Zamknęła oczy i odchyliła się do tyłu wyrzucając katanę w powietrze. Druga ręka wykonała zamach nie pozwalając jej upaść i połączyły się z kataną w płonącą zielonym ogniem, który od razu pochłonął całe jej ciało. W kilka sekund na miejscu dziewczyny stała przed wszystkimi dojrzała kobieta dumnej postawy. Odziana w czarną, ciągnącą się po ziemi suknie. Na głowie korona stworzona z kości przeplatana kryształami szmaragdu. Dostojna i zarazem piękna królowa umarłych stała w całej okazałości. A wokół niej łańcuchy śmierci trzymały dusze zabitej dopiero co jednostki marynarki. Rozejrzała się po wszystkich i nagle zaśmiała się na całą wioskę. Śmiech pełen pogardy i ironii przeszył wszystkich strachem.
- Och… Jak dobrze wrócić do domu. Terri, Asti, wieźcie się chociaż trochę uśmiechnijcie. Nie tęskniliście za mną? - zapytała Oblivion z jadem w głosie i garścią ironii. Cwany uśmiech nie schodzi z twarzy kostuchy. Spojrzała na plac przed sobą i wystarczył jej jeden ruch ręki, a wszystko stanęło w płomieniach. Każde ciało i najmniejsza kropla krwi zniknęły z Risel.
- Za tobą, tak. Za twoją osobowością już mniej. - dokuczył jej Astra, co tylko ponowiło śmiech królowej śmierci. - A co do was. - zwrócił się w szczególności do Willa. - Musicie skończyć współpracę z marynarkę zanim zabiją kapłankę i doszczętnie zniszczą Cesalis. - rozkazał po czym jego spojrzenie wróciło na młodszą boginię. - Oblivion zniszcz tę duszę i wykonaj rytuał odbudowy.
- Nie - odparła od razu stanowczo i olewczo.
- Oblivion! - krzyknęła oburzona Terra. - Musisz wykonać swoje obowiązki.
- Zapomnieliście jednak, że nadal jestem powiązana umową z kapłanką. Nie mogę zrobić nic więcej bez rozkazu Umeri. - przyznała sarkastycznie przez śmiech.
- Dlatego nakazuje ci zniszczenie tych dusz i odtańczenia ze mną rytuału. - głos Umeri rozniósł się po wiosce, a jej pół przeźroczyste ciało wyłoniło się z lasu. Ubrana w kapłańską białą szatę stanęła przed obliczem kostuchy. - Rozumiemy się? - spytała oschle. Oblivion spojrzała jej głęboko w oczy i uśmiechnęła się ironicznie po czym skłoniła się przed kapłanką.
- Jak sobie życzysz Umeri, ale wiedz, że to nasz ostatni wspólny taniec. Nowa kapłanka została już wybrana, a ty zostaniesz odprowadzona do zaświatów. - odparła i zaczęła palić dusze, których krzyk bólu rozniósł się nawet poza wyspę.
- Emma. - łagodny głos Terry skupił uwagę wszystkich. Dziecko na rękach dziadka w końcu spojrzała na świat wokół i wzrok skierowała na boginię. - Podejdź proszę. - Mała niepewnie uwolniła się z objęć staruszka i ostrożnie podeszła do bogini, która zeszła z fontanny. - Jesteś jeszcze mała, ale gdy tylko przejdziesz rytuał fal będziesz musiała wybrać boga, z którym zawrzesz umowę i obejmiesz stanowisko kapłanki, tak jak twoja mama z Oblivion. Chociaż na twoim miejscu podjęłabym wybór bóstwa nieco bardziej rozsądnie niż Umeri. - powiedziała i lekko zaśmiała się mówiąc ostatnie zdanie. Obie spojrzały na duszę kapłanki i jej bożego opiekuna. - Przyznasz sama, w jaki sposób podjęłaś taką decyzję, Umeri?
- Oczywiście, że wybrałam najpiękniejszą boginie. - oznajmiła od razu i puściła oko do Oblivion. - A teraz pora na rytuał.
Emma podbiegła do ojca, a bliźnięta zniknęły. Will jak zaczarowany niemal przez łzy wpatruje się w duszę zmarłej żony, która stanęła na środku i zaczęła malować kręgi rytualne. Oblivion stanęła w płomieniach, a jej strój się zmienił. Teraz dokładnie tak samo, jak Umeri ma na sobie czarną szatę. Kapłanka ukończyła swoje zadanie, a patronka stanęła za nią. Na ciele Oblivion rozbłysły starożytne symbole, pokrywając każdy najmniejszy skrawek skóry. Z zaświatów rozbrzmiała rytualna pieśni i obie ruszyły zsynchronizowanym tańcem. Delikatnie, precyzyjne i doskonałe w każdym calu, bez możliwości pomyłki ruchy. Kręgi na ziemi zabłysły i zapłonęły zielonym ogniem Oblivion, która po chwili w nim zniknęła. Umeri nie zatrzymała się jednak, a płomienie rozprzestrzeniły się na całą wyspę, a nawet na niebo. Jakby cała wyspa tańczyła razem z nimi w rytuale. Drzewa tańczyły na wietrze, ptactwo na niebie ćwierkające w rytm pieśni. Moc Kostuchy nie była już czymś przerażającym niosącym śmierć, a piękne i delikatnie niczym zorza polarna. Noc, która zapadła stworzyłam dodatkowy klimat i tylko uwydatniła piękno tego wydarzenia. Łąki pokryły się kwiatami, a na drzewach pojawiły się świetnie pąki, woda wokół wyspy rozbłysła światłem. Cała manna zebrana przez Boginię zaczęła się kumulować kilkanaście metrów nad świątynią, a jej postać znowu przybrała ludzką formę. Aż nastało zakończenie rytuału i całą zebraną mannę przekierowała do źródeł Celestis i Aeternusa. Wyspa otrzymała w ten sposób drugie życie, a niebezpieczne zapadliska zniknęły. A wraz z końcem rytuału rozpłynęła się Umeri. Staruszek Ifer uniósł swoje spojrzenie za Boginią. Jego oczy rozszerzyły się na widok spadającego ciała dziewczyny.
- Cholera… - przeklął pod nosem i od razu zaczął biec, aby po chwili przybrać smoczego Divinarii.
Sprawnym ruchem chwycił Kostkarkę w swoje szpony i przygotował się do lądowania w Risel. Odmienił się w ludzką postać i upadł na kolana z dziewczyną na rękach. Strużka krwi wypłynęła z kącika ust, ale szybko ją otarł, była ona konsekwencją starości i przemiany.
- Nie potrzebie ją łapałeś i tak by nic jej nie było. - sapnął olewawczo Migel i przewrócił oczami na czyn Staruszka.
- To że jest nieśmiertelną nie musi oznaczać, że można niszczyć jej ciało do woli. Wszystko ma swój limit. - warknął w odpowiedzi karcąc szermierza spojrzeniem.
- Co z nią? - spytała Kalisa podbiegając do Divinarii. W jej oczach nadal były łzy, a emocje szargały niemiłosiernie jej duszę.
- Nic jej raczej nie będzie. - odparł swobodnie Ifer. - Przypuszczam, że wystarczy poczekać, aż się obudzi.
- Ty też powinieneś odpocząć Ifer-xino. - wtrącił Zoro również podchodząc do trójki.
- Skoro to już mamy zakończone. - odchrząknął Migel skupiając na sobie uwagę. - Will za cztery miesiące, a dokładniej szesnastego sierpnia na Centralnym Lądzie odbędzie się Bankiet Następców. Zaproszony jesteś ty z synem wraz z osobami towarzyszącymi. Jako przedstawiciele Cesalis macie obowiązek obecności. - poinformował i wręczył kowalowi listy z zaproszeniami.
- Ale nuda nie chce tam iść… - mruknął niezadowolony chłopak. - I kogo niby miałbym zabrać?
- Jeżeli przyjaźnicie się we trójkę to wybrałbym tą stojąca koło ciebie. Kostarika i tak będzie jaki przedstawiciel Kelons. - stwierdził Migel przyglądając się ich relacji. - To tylko taka moja sugestia. A teraz wybaczcie. Muszę zająć się siostrą.
Przejął dziewczynę z rąk Staruszka i przerzucił ją sobie przez ramię. Jej bezwładne ciało zwisa i kołysze się z każdym krokiem szermierza. Pozostała czwórka wpatruje się z niedowierzaniem za znikającym rodzeństwem. Żadne z nich raczej nie spodziewało się, aż takiego obojętności do dziewczyny ze strony Migela.